Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Kino według Zygmunta Kałużyńskiego

niedziela, 08 listopada 2009 20:18
Ach, ten pan Zygmunt.

"Na przykład wielkim mistrzem, o którym ciągle się czytało, pisało i brzęczało, był niejaki Ingmar Bergman, szwedzki reżyser, który nakręcił ze czterdzieście filmów. Nie było roku, żeby dwóch rzeczy nie natłukł. Dziś, kiedy się ogląda te jego kawałki, to szczęka opada. Jakie to puste! Nic tam nie ma. To jest drętwy teatr, który nawet jako teatr jest lichy. Podejście, że film jest sztuką, spowodowało, że szanowano tylko jego wybrane elementy".

"TR: A nie miał pan takich myśli, że chodzenie do kina i spędzanie tylu godzin w ciemnościach to jest podkradanie godzin z pana własnego życia? Że kino coś panu zabiera, a nie tylko daje?
ZK: Przeciwnie, to były najlepsze godziny mojego życia. Kiedy wychodziłem z kina i znów widziałem moją ulicę, wracałem na mój barłóg, to czułem, jak serce mi się ściskało, czułem się przygnębiony, musiałem przez jakiś czas przyzwyczajać się, że znów wracam do tej smutnej szarzyzny.
TR: Czyli pan nie tyle chodził do kina, co uciekał do kina?
ZK: Tak, to bardzo dobre określenie. Psychoanalitycy nazywają to ewazją i traktują nawet jako zagrożenie dla życia psychicznego(...) Znajdowaliśmy się na tej ciemnej sali w niezwykłej sytuacji - mianowicie każdy był sam i każdy był w społeczności, wśród innych. Ja w moim fotelu, zahipnotyzowany ekranem, byłem zdany na siebie samego i na swoje emocje. Ale zdawałem sobie sprawę z tego, że wokół mnie są ludzie(...) Prawdziwy maniak do kina chodzi sam(...) Ja nigdy nikogo do kina nie zapraszałem, to by mi okropnie przeszkadzało. Nie można wykonywać psychoanalizy we dwoje. Ekran i to, co się na nim dzieje, wciąga do tego stopnia, że ożywia tę część naszego umysłu, która nazywa się podświadomością. To samo jest zadaniem psychoanalityka, który każe nam wyciągnąć się na kozetce i mówić, co nam przyjdzie do głowy, licząc na to, że z tego bełkotu wyciągnie wnioski i wydobędzie je na światło dzienne(...) Kino demoralizuje - to prawda. Z tym, że to się szelenie opłaca, więc siadając w ciemnościach w fotelu, poddawałem się psychoanalizie(...) Każde dobre kino jest psychoanalityczne".

(Zygmunt Kałużyński, Tomasz Raczek "Alfabet na cztery ręce", Instytut Wydawniczy Latarnik, 2009)

Dwa dni z Zygmuntem Kałużyńskim

sobota, 07 listopada 2009 12:45
Jak ten czas goni, tak trzeba go teraz wydrapywać na czytanie. Na razie korzystam z wolnego południa, chcę żeby chociaż przez godzinę, dwie płynął wolno. Filiżanka cappucino i już dużo lepiej.
Kilka dni temu obejrzałem film, o którym wciąż myślę. To nominowany do Oskarów 2008 i do Złotych Globów "Miłość Larsa" w reżyserii Craiga Gillespiego. Oryginalny tytuł to: "Lars And The Real Girl". Nieoczywista opowieść o miłości młodego mężczyzny z małego bliżej nieokreślonego prowincjonalnego amerykańskiego miasta do lalki, którą zakupił w internecie. Lalka ma rozmiar prawdziwej kobiety, ma być spełnieniem męskich marzeń, dla niego wcale nie seksualnych. To, co w tym filmie nadzwyczajne to pokazanie tego małomiasteczkowego środowiska nie tylko jako grupy wsparcia, ale jako mechanizmu uzdrawiającego chorobę mentalną faceta. To w gruncie rzeczy też opowieść o bezwarunkowej tolerancji, a nie o jej granicach. I właśnie to w tym filmie wydaje mi się wartością szczególną. Film jest nie tylko znakomicie opowiedziany ale i zagrany, a Ryan Gosling w roli tytułowego Larsa to zupełne odkrycie. Nie znałem tego aktora. Zachwycił mnie omal od pierwszej sceny.
Na uwagę zasługuje też Patricia Clarkson w roli lekarki, psychologa, która uzdrawiając lalkę, właściwie odmienia też zakochanego w Biance (tak nazywa się lalka) faceta. Patricii Clarkson przyglądam się od dawna, ale ostatnio właśnie drugo- i trzecioplanowymi rolami zapada w pamięć. Zagrała w ostatnich latach w "Vicky Christina Barcelona", czy "Elegia", o której ostatnio pisałem. Pojawiła się też w jednym z moich ukochanych filmów "Dróżniku", też tu o nim kiedyś pisałem. A może jeszcze na swoim poprzednim blogu.
Wczoraj, kiedy już późnym wieczorem wróciłem do domu, włączyłem film dokumentalny Tomasza Raczka i Jana Sosińskiego "Zygmunt Kałużyński. Pół życia w ciemnościach". Film ten jest dodatkiem do książki Zygmunta Kałużyńskiego i Tomasza Raczka "Alfabet na cztery ręce", jaka się właśnie ukazała. Bardzo polecam ten pakiet. Książka jest zapisem rozmów, jakie Tomasz Raczek nagrywał w ostatnich miesiącach życia pana Zygmunta Kałużyńskiego i jakie zdecydował się opublikować dopiero teraz, pięć lat od śmierci krytyka. Czytam tę książkę z zapartym tchem. Przypomina mi inny, iskrzący wywiad-rzekę, to znaczy "Wańkowicz krzepi" Melchiora Wańkowicza i Krzysztofa Kąkolewskiego. Podobnie dowcipna, sporna, zapalna. Jedna i druga jest rozmową z mistrzem zawodu. W obu też książkach rozmowa przechyla się raz w stronę jednego bohatera, raz drugiego i staje się właściwie dialogiem, w którym obie strony chcą się czegoś o sobie dowiedzieć. Wpisuję "Alfabet na cztery ręce" na listę lektur dla studentów uczestniczących w moich zajęciach z "kultury wywiadu".
Wzruszający jest Wstęp Tomasza Raczka, którego Zygmunt Kałużyński, o czym mówi i w filmie i w książce, traktuje jako swojego prawdziwego przyjaciela. Tyle, że w filmie oczy mu iskrzą, głos się łamie, uśmiech rozszerza, czoło marszczy, a to nie jest w stanie niczego ukryć, to odsłania, że Tomasz Raczek był dla pana Zygmunta właściwie najbliższą rodziną.
Pisze Tomasz Raczek: "Na parę tygodni przed ostatnim wyjazdem do szpitala gramofon u Zygmunta został wyłączony z prądu. Definitywnie. Wtyczka leżała daleko odrzucona od gniazdka. Nie słuchasz już muzyki? - spytałem. Nie mogę - odpowiedział - muzyka jest sztuką tak drobiazgowo wykalkulowaną, że wymaga najwyższego skupienia, a ja już nie mogę się skupić".
I mogę prawie ułyszeć ton pana Zygmunta, tak pełnego energii, tutaj już zgaszonego. Książka przedstawia oczywiście całe bogactwo myśli Zygmunta Kałużyńskiego. Jego oryginalne i często niepopularne poglądy, które mogą jątrzyć, są jak kij wbity w mrowisko. Na przykład pogląda o Czesławie Miłoszu: "Jego cała twórczość jest dla mnie dokumentem dezercji z tragicznych czasów, gdzie inni jednak starali się dotrwać do końca na miejscu, gdzie umieścił ich los, sytuacja, najbliższe otoczenie".
Najpiękniejsze są oczywiście te fragmenty, w których mówi o swojej miłości do kina. "Chodzę do kina dlatego, żeby uciec od mojego życia. Kiedy zasiadamy w sali kinowej, zawsze mamy nadzieję, że wejdziemy w inny świat".
"Uważam, że nie ma filmu tak złego, żeby nie było w nim pół minuty wartej zobaczenia".
Będę do tej książki tutaj na pewno wracał, bo chcę przeczytać niektóre fragmenty raz jeszcze. Usłyszeć pana Zygmunta. Dlatego też wczoraj wieczorem zobaczyłem ten dołączony do książki dokument, nakręcony w zagraconym mieszkaniu na Wilczej, pełnym papierów, zakurzonych bibelotów, zaśniedziałej porcelany. Pan Zygmunt, jak chłopiec, pokazuje przed kamerą z prawdziwą dumą swoje trofea - reprodukcje słynnych obrazów, włącza adapter ustawiając płyty prezentujące muzykę klasyczną i muzyczną awangardę. Film lekki, dowcipny, zrobiony z przymrużeniem oka, wypełniony animacjami tańczącej Marilyn Monroe, czy Rity Hayworth ze słynną sceną streaptisu - zdejmowania rękawiczki!
Ulubiona scena filmowa pana Zygmunta, o której mówi: z "Pół żartem, pół serio", kiedy Marilyn Monroe jako nasza rodaczka Kowalczyk idzie peronem i podchodzi do lokomotywy, która puszcza parę, taki wybuch dymu, uderzający w Monroe. Omal ze łzami w oczach pan Zygmunt mówi, że mógłby tę scenę oglądać bez końca.
Fantastyczna scena, w której pan Zygmunt ogląda fragment filmu Morgensterna "Do widzenia do jutra", w którym Teresa Tuszyńska mówi głosem żony pana Zygmunta, amerykańskiej aktorki, Elinor Griswold.
Film pełen oddechu, poczucia humoru i przez to poruszający.



zachowaj ten świat

środa, 04 listopada 2009 20:20
Słucham właśnie, chyba po raz trzeci, nowego dwupłytowego albumu Urszuli Dudziak "Urszula Dudziak Superband Jazz Cafe Live" wydanego przez EMI Music Poland. Re-wel-ka! Bardzo energetyczne brzmienia, klimatyczny koncert, nieokiełznany głos Urszuli i ekstremalna kapela! Pomimo że na albumie w większości są utwory, które mam na innych krążkach, jak "Krakus", "Tango", "Body Rub", "N.Y. Baca" i najsłynniejszy z nich "Papaya", to tutaj brzmią zupełnie inaczej. A już mistrzostwem świata są interpretacje muzyki Chopina "Preludium e-moll" i "Walc Minutowy", oba w opracowaniu Jana Smoczyńskiego. Cieszę się też z tych utworów, których dotąd nie miałem, czyli "Sparrows" i "Zomar Land".
To zapis koncertu z Jazz Cafe Łomianki z maja 2008 roku.
Więcej niż gorąco tę płytę polecam. I do domu, i do samochodu. Naprawdę ma moc i potrafi rozhuśtać. Świetny prezent na Święta, a przecież już za chwilę.
Więc słucham i słucham szczęśliwy, że moja dyskografia Urszuli się powiększa.
Rozbawiło mnie tylko w metrykach utworów "słowa: brak" przy każdym z nich. Urszula żartowała kiedyś, że Filipińczycy, którzy pokochali jej "Papayę" i wymyślili nawet taki taniec, myśleli, że śpiewa "Papayę"... po polsku.

Pisałem wczoraj o spotkaniu z panem Romanem Gutkiem. Zapisu tego spotkania można już posłuchać tutaj:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95158,7218671,Roman_Gutek_w_Gazeta_Cafe__Posluchaj_relacji.html

Muszę sobie dzisiaj sporządzić taką listę zadań i obowiązków do końca roku, bo coraz ich więcej. A lubię wszystko rozplanować. Mój zeszyt notatek do spotkań się zapełnia. Rozbawił mnie wczoraj pan Gutek, który po kolejnym moim pytaniu, zapytał: "A dużo ma pan jeszcze tych notatek". Bo ten zeszyt to moje prywatne archiwum X.
Daje mi poczucie bezpieczeństwa na spotkaniach, że gdybym nagle miał "blank", czyli nagle nie wiem, gdzie jestem, co dalej, zawsze mam w co zerknąć. Rozmawiam bez planu, ale swoją porcję notatek muszę mieć jako zabezpieczenie. A to naprawdę czasem się zdarza, rzadko, ale się zdarza nagle mieć pustkę.

Czytam w tych dniach wiersze Ireny Conti, czytam je na nowo, po latach, na nowo, szukając innych, ukrytych sensów i zwierzeń. Kiedyś wydawało mi się, że je rozumiem, a nie rozumiałem wcale. Teraz czytam i rozumiem więcej. Teraz, kiedy wiem, że Irena schowała się w sobie.

Irena Conti di Mauro

Spotkali się po latach
tak jakby to było wczoraj
a to już jutro
Ktoś z nich wypisał na murze
"Boże zachowaj ten świat"
W Jego to było rękach
czy może pozwolili mu odejść
sami

*

Tylko rękom zawierzam
to czego słowami dopowiedzieć
nie potrafię

Ręce - dwie kobiety matki
rozpalają ogień
kroją chleb
i drżące otwierają
listy

Tylko rękom spowiadam się
z każdego oddechu
niczego nie odejmując
z nasycenia

Ręce - dwie kobiety kochanki
spragnione ptaki
nad rzeką obfitości
posuwają się chwiejnie
wzdłuż brzegów twoich warg
nieporadne potykają się
przed otwartą bramą
raju

Tylko rękom strach mój
donoszę
w całości

Ręce - dwie kobiety dziewczynki
przerażone przytrzymują
twoje ręce kiedy nadchodzi
burza

(z tomu "Cztery pory pieśni nieustającej. Wiersze włoskie", Czytelnik 1998)

oderwać stopy od ziemi

wtorek, 03 listopada 2009 22:17
Wróciłem z Gazety, gdzie prowadziłem spotkanie z panem Romanem Gutkiem z okazji 15-lecia firmy Gutek Film. Co za biografia i osiągnięcia! Mam nadzieję, że pan Gutek kiedyś opisze to wszystko, co mu się przytrafiło. Wzruszająca opowieść o tym, jak zaprosił do Polski starego już i schorowanego Michelangelo Antonioniego i jak zobaczył w nim chłopca. Antonioni szalał w Łazienkach jeżdżąc meleksem, o północy zażyczył sobie wyjścia do klubu i kiedy się tam pojawił zdziwili się wszyscy bawiący się młodzi. Przypomniałem sobie jedną z historyjek z powieści Fannie Flagg "Nie mogę się doczekać... kiedy wreszcie pójdę do Nieba". Bohaterka, ciotka Elner szacowana na lat 87, a w rzeczywistości dobiegająca setki, wsiada do traka i wyrusza w podróż. Jej siostrzenica zdumiona pyta po powrocie: dlaczego w tym wieku pozwoliła sobie na taką niebezpieczną dla niej wyprawę ciężarówką. Ciotka Elner odpowiada: "Właśnie dlatego, że to może być ostatnia podróż trakiem. Taka okazja może mi się więcej nie trafić".
I mnie się ta filozofia szalenie podoba.
Nie wiem, dlaczego akurat to skojarzyło mi się z Antonionim. Chciałbym to zobaczyć, jak jeździ meleksem parkowymi alejkami.
Obym miał kiedyś i taką siłę i taką fantazję, jeżeli dane mi będzie dożyć takiego wieku.

Dzisiaj pogrzeb Ireny Conti di Mauro, na którym nie mogłem być.
Dla niej przepiszę jeden z moich ulubionych Jej wierszy. Teraz, kiedy wiem o Niej więcej, ile więcej w nich czytam. Teraz zatrzymują mnie bardziej takie wersy, jak ten o podwójnym imieniu.

Irena Conti di Mauro

Niepotrzebnie piszecie
takie smutne wiersze -
mówią zaniepokojeni
i ufnie czekają
na wyczerpującą odpowiedź
i ja nieprzyzwoicie radosna z powołania
i jakże niewesoła w pisaniu
mogę tylko tyle powiedzieć
we własnym podwójnym imieniu

Najpierw - wybaczcie - z uśmieszkiem
życzliwej ironii a potem
już zupełnie na serio:

A więc poezja nie jest
damą do towarzystwa
na odciętej od świata wyspie
ani gazem rozweselającym
rozpisanym na strofy wiersza

Jej życiorys układa się powtarzalnie
od odciętej pępowiny
do zatrzaśnięcia wieka
Rodzi się z człowiekiem
i z człowiekiem umiera
Idzie za nim krok za krokiem
i wbrew powszechnym przekonaniom
jest właśnie prozą codzienności
to znaczy:

Staruszką gramolącą się do tramwaju -
kulawym psem wyrzuconym z samochodu
na pierwszym postoju
nie napisanym listem
milczącym telefonem
pustym nakryciem
nie tylko przy wigilijnym stole
łóżkiem szpitalnym na białej granicy
piekła i raju
marszem codziennym przez dolinę płaczu
bez laski ślepca krzykliwej bielą
nasłuchiwaniem serca
dotykiem wyciągniętej dłoni
dobrym spojrzeniem na drugiego
smutkiem jego smutku
radością jego radości
kawalkadą obłoków
cwałujących do słońca
kiedy stopy odrywają się od ziemi
i rozpoczyna się podróż
do wielkiego zakochania...

Więc może warto pisać dalej
niepotrzebnie smutne
potrzebne wiersze

(z tomu "Cztery pory pieśni nieustającej. Wiersze włoskie", Czytelnik 1998)

FeFe

poniedziałek, 02 listopada 2009 22:28
Wróciłem z teatru, z czytania nowej sztuki Radosława Paczochy "Bar Babylon", pod opieką reżyserską Gabriela Gietzky'ego. Dla tych, którzy nie byli mam dobrą wiadomość, tekst sztuki opublikuje grudniowy "Dialog". Obsada dzisiejszego czytania przepyszna, a już pan Mariusz Benoit to właściwie zarysował postać, nie mogłem się od niego oderwać. Duet z Haliną Rasiakówną znakomity. Ale i charyzmatyczna pani Elżbieta Kępińska, Magdalena Kuta, Sławomir Orzechowski, Sławomir Pacek, Michał Czernecki, Michał Sitarski, Olga Bołądź. Czyli cykl czytań po wakacjach wznowiony.
Wróciłem do domu i zajrzałem na bloga Eli. Tym razem pisze o powrocie do Felliniego. Tyle mamy wciąż wspólnych tematów, często o tym, że wspólne dowiadujemy się właśnie z blogów. Moim ulubionym "Fellinim" jest nieśmiertelny film "Ginger i Fred". Widziałem ze trzy razy. Zawsze poprawia mi nastrój. Ta para, Giulietta Masina i Marcello Mastroianni nie wychodzi mi z głowy. Ich próby po latach, ich strach i wątpliwości. Piękny film o sztuce i marzeniach, o młodości i przemijaniu, o telewizji i świecie poza nią. Ale uwielbiam też inne filmy FeFe, "Giulietta i duchy" to jeden z tych, które mógłbym oglądać po wielokroć. Wspaniałe "Noce Cabirii". "La Strada" i oczywiście "Osiem i pół". No i "Miasto kobiet" ze względu na Annę Prucnal.
Tak, jest kino, które nigdy się nie starzeje. Patrzę teraz na zdjęcie Masiny, z jej autografem, które stoi w biblioteczce (kupiłem kiedyś w antykwariacie w Berlinie). Kino dla mnie wciąż jak Cinema Paradiso. Kiedy oglądam film wciąż jestem tych chłopcem zapatrzonym w ekran. I jak niedorosły od czasów szkoły wciąż zbieram autografy ulubionych aktorów i reżyserów. Na szczęście urodziłem się jeszcze na przełomie epok i zdążyłem napisać list z prośbą o autograf do Marcello Mastroianniego (i dostałem!), ktoś podarował mi autograf Felliniego wiedząc o mojej pasji. Ktoś inny kopertę wypisaną ręką samej Ginger Rogers. Nawet dzisiaj przyszła pocztą ze Stanów autobiografia Lauren Bacall, której chcę ją teraz wysłać do podpisania. Po prostu od tego nawyku bycia kinowym fanem nie mogę się uwolnić.
Wczoraj obejrzałem "Przerwane objęcia", nowy film Pedro Almodovara, który moim zdaniem cały jest z Felliniego. W jednym z ujęć, na ścianie w gabinecie reżysera i scenarzysty zauważyłem fotos Bette Davis. I to jest ten sam fotos, który dostałem kiedyś, po realizacji "Patty Diphusa" w teatrze, jako "kartkę świąteczną" właśnie od Pedro Almodovara, z jego autografem na odwrocie tego fotosu Bette Davis...
I jak tu nie wierzyć w film.
A skoro o Fellinim...



Stanisława Zawiszanka

Tren dla Felliniego


- hotel dalla mora
opodal ponte scalci
przygarnął amerykańskiego syna
i polską matkę –
spotkanie w wenecji –
- gdy piszę te słowa
dopada mnie wieść:
„umarł mózg felliniego
federico żyje
zwoje nie pracują”
- ludzie!
przywdziejmy żałobę!
kolorową –
bajecznie zdobioną –
wypuśćmy ptaki z klatek –
otwórzmy pojemniki motylom –
zapalmy wszystkie światła -
rozżarzmy neony –
zawieśmy barwne flagi –
uruchomijmy alfabet chorągiewek na statkach –
chóry śpiewajcie –
muzycy tchnijcie życie w instrumenty –
dzwońcie wszystkie dzwony świata –
niech leje się szampan –
teatry wybiegnijce na ulice –
niepełnosprawni na wózki!
nocą palcie pochodnie –
dzieci na hulajnogi –
wrotki
niech wyją syreny –
klaksony samochodów –
konie przeskakujcie najwyższe przeszkody –
alpiniści na szczyty –
sztucznymi ogniami rozjaśniajcie niebo –
samolotami rysujcie imię „federico” w chmurach –
strzelajcie z armat –
ludzie!
ubierajcie oszalałe kostiumy –
malujcie twarze –
nałóżcie wesołe maski –
gondolierzy nućcie pieśni –
chodźcie na szczudłach –
szalejcie na parkietach
na boiskach i bieżniach –
hejnały z wież niech przebiją niebo –
róbmy wszystko na co nas stać
do ostatniego tchu
na cześć tego który uruchomił wyobraźnię świata –
spełnił najwyszukańsze marzenia –
nie płakać!
la strada którą idzie w nieśmiertelność
jest przybrana lampionami
żywych
serc!


Zaproszenie

niedziela, 01 listopada 2009 22:36
Jutro (poniedziałek) w Teatrze Na Woli czytanie znakomitej sztuki R. Paczochy "Bar Babylon". Zapraszam.

BAR BABYLON

Radosław Paczocha

2 listopada 2009 r., godz. 19.00
wstęp wolny

W pobliżu Baru Babylon zamordowano nieletnią prostytutkę. Podejrzani to czterej mężczyźni w średnim wieku, stali bywalcy baru: kumple, karciarze, szulerzy i zawalidrogi w kapeluszach. Śledztwo ciągnie się latami, a mieszkańcy miasteczka nadal nie wiedzą, kto zabił. Nie wiedzą tego również sami podejrzani. Wie o tym tylko morderca i być może jeszcze jedna osoba. Wszyscy pozostali wiedzą tylko, że zrobił to jeden z nich.
Bar Babylon to sztuka ubrana w amerykański kostium, ale też sztuka, która trochę z amerykańskiego kostiumu kpi. Autor celowo próbuje podążać tym samym szlakiem, którym podążają amerykańskie filmy drogi, westerny, filmy Lyncha czy Tarantino i szlakiem, którym podąża nasz prywatny dreszczyk emocji. Ten sam, który stwarza koniunkturę na filmy Lyncha, kryminały i filmy Tarantino. Wreszcie ten sam dreszczyk, który towarzyszy stałym czytelnikom „Detektywa” albo widzom programu „997”. Bar Babylon w sposób ironiczny i przewrotny śledzi nasze zainteresowanie zbrodnią w wersji pop: w wersji pop-kulturowej, literackiej, filmowej, teatralnej, pastiszowej, ale…
Ale nie lekceważmy fabuły! Dokonano strasznej rzeczy: ktoś zabił niewinną dziewczynę! Wszyscy chcemy wiedzieć, kto to zrobił, wszyscy chcemy ukarać winnego i przestać wreszcie błąkać się po lesie pełnym poszlak i literacko-filmowych aluzji. Irytuje nas fakt, że wiemy tylko, że zrobił to jeden z nas i że ktoś w nas zawsze może to zrobić. Wszyscy wiemy, że to za mało, śledztwo ciągnie się latami, a morderca jest ciągle jednym z nas. Czyli to jest tak jakby morderca był ciągle w nas…

obsada: m.in. Mariusz Benoit, Halina Rasiakówna, Sławomir Pacek, Sławomir Orzechowski, Magdalena Kuta, Michał Sitarski, Michał Czernecki

Radosław Paczocha (ur. 1977), absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim i Wiedzy o Teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Autor recenzji, artykułów, esejów i opowiadań drukowanych w pismach „Teatr”, Dialog”, „Scena”, „Pamiętnik Teatralny”, „Aspiracje”, „Opowieści”, a także tekstów o charakterze literacko-krytycznym drukowanych przez Teatr Wybrzeże w Gdańsku, a także Teatr Narodowy w Warszawie. Laureat V Ogólnopolskiego Konkursu na Dramat „Windowisko 2008” (za dramat Zapach czekolady), a także zdobywca głównej nagrody (za dramat Przyjaciel) na II konkursie współczesnej dramaturgii polskiej „Metafory rzeczywistości”, organizowanym przez Teatr Polski w Poznaniu. Autor scenariusza do spektaklu muzycznego Bal z Szekspirem (wspólnie z Gabrielem Gieztky’m) oraz utrzymanego w poetyce amerykańskiego filmu kryminalnego dramatu Bar Babylon (druk: „Dialog” 2009 nr 12). Również autor noweli dramatycznej Być jak Kazimierz Deyna oraz autor scenariusza filmowego o tym samym tytule (wspólnie z Anną Wieczur-Bluszcz). W chwili obecnej pracuje jako sekretarz literacki w Teatrze Powszechnym w Warszawie, a także studiuje w Instytucie Sztuki PAN (studia doktoranckie).


                                                    

zabliźnić choćby obrzeża

sobota, 31 października 2009 17:34
Zbieram siły. W nocy wysoka gorączka, ale już jest lepiej. Dzisiaj leżę i czytam. Przysypiam i budzę się.
Dzisiaj dowiedziałem się o śmierci Ireny Conti di Mauro, poetki, którą dobrze znałem, ceniłem, lubiłem. Irena napisała posłowie do mojego drugiego tomiku wierszy "Drzewa wierzą naprawdę" i przełożyła kilka moich wierszy na włoski. Zawsze rozemocjonowana, pełna energii, gdzieś biegnąca, coś załatawiająca, działająca, zbierająca pieniądze na kolejny cel charytatywny. Pamiętam wizyty w jej pięknym ale dziwnym domu bez ścian w Konstancinie. Pamiętam jakieś wspólne wyjazdy, do Nałęczowa czy Białegostoku. Pamiętam jej opowieści o podróżach z Lechem Wałęsą, kiedy pisała o nim książkę na początku lat. 80, którą opublikowała we Włoszech i za którą dostała nagrodę Amnesty International. Miałem poczucie, że znam Irenę, wiele osób myślało, że zna Irenę. Ale tak naprawdę nikt z nas nie wiedział nic o jej życiu. To jest oddzielna opowieść, oddzielny rozdział. To, jak ukryła swoje życie nawet przed samą sobą. Jak nauczyła się życia na nowo i jak w nie uwierzyła. Bo przecież musiała uwierzyć w swoje życie bez ścian, kryjówek i piwnic. Trochę wiedzieliśmy, a trochę nie wiedzieliśmy, ale nikt nie pytał, a Irena nie mówiła.
Dzisiaj o tym myślę. Właściwie myślę o tym od wielu miesięcy. I myślę, że jest coś symbolicznego w tym, że Irena odeszła w tym samym miesiącu, co Ostatni Dowódca.
Irena, która uosabiała dla nas wszystkich, jej znajomych, słoneczną Sycylię nigdy nie ujawniła nic z tamtego mroku.
Tak, od miesięcy o tym myślę.
Wczoraj wizyta na Powązkach. Stewardessy z pilotem paliły świeczki koleżankom i kolegom z załóg samolotów, które się rozbiły. Zawsze mnie przerażały te długie alejki nagrobków z jednakową rocznicą śmierci i podpisami: stewardessa, kapitan, inżynier...
"Tak, Małgosia, tego roku, kiedy była katastrofa spotkaliśmy się w górach, na nartach" - słyszałem wczoraj strzęp rozmowy nad grobami jednej z załóg lotniczych.
Świeczki na grobach Piotra Łazarkiewicza, Ryszarda Kapuścińskiego (zostawiłem też jednorazowy długopis, bo Pan Ryszard namiętnie je zbierał), a także dyrektorów Teatru Na Woli, Tadeusza Łomnickiego i Bogdana Augustyniaka.
I kiedy wracałem nagle stanąłem przed grobem rodziców przyjaciółki. Nawet nie wiedziałem, że na tym cmentarzu są pochowani. Po prostu nagle, wśród tysięcy grobów, zatrzymałem się właśnie przed tym.
Jak drogi dziwnie prowadzą.

Irena Conti di Mauro

Pewnego dnia wracasz do domu
myjesz ręce stajesz przed lustrem
i nie widzisz własnej twarzy
tylko patrzy na ciebie
niewyraźny kształt pamięci

Moja pamięć jest bosa
spaceruje niepewna
po ścieżkach przeszłości
potyka się o przerwy w życiorysie
rani sobie stopy kuleje

Od pewnego czasu
nie skacze po drzewach
nie wspina się po górach
ani śladu po niej na jeziorach

Zmęczona jakoś po nowemu
tłucze się na umilkłych
kamieniach własnej historii
od siebie... do siebie
i z powrotem

Myśli ma jakże niewesołe
ograniczone długością
przemierzonych szlaków więc i marzenia
proporcjonalnie skromniutkie

Tylko zabezpieczyć sobie miejsce
na pustej jeszcze niemodnej plaży
może fala obmywająca brzegi
zabliźni choćby obrzeża jej ran
ciągle otwartych pod wyblakłym
sklepieniem odpływających
w szarość obłoków

(z tomu "Cztery pory pieśni nieustającej. Wiersze włoskie", Czytelnik 1998)

wszystko na świecie...

czwartek, 29 października 2009 22:46
Historie ludzi, filmów i książek. "Czy książka czytana po   dziesięciu latach wciąż jest tą samą książką?" - pyta bohater filmu "Elegia" Isabel Coixet, nakręconego według powieści Philipa Rotha "Konające zwierzę". Pisałem już tutaj o Isabel Coixet, bo jej filmy zapadają w pamięć, coś otwierają, dają do myślenia, są nieoczywiste. Tym razem sięgnęła po powieść Rotha, jednego z moich ulubionych amerykańskich pisarzy. Znany profesor (Ben Kingsley), chętnie zapraszany do programów telewizyjnych zakochuje się w swojej studentce (Penelope Cruz). Ale jak to w życiu bywa po burzliwym romansie ich drogi rozchodzą się, na lata, aż do momentu, w którym... Nie, nie opowiem treści. Powiem, że to piękny film o pragnieniach, miłości, odrzuceniu, samotności i sztuce, odpowiedzialności, starzeniu się, chorobie, o zapachu śmierci, wypełniony muzyką Arvo Parta. "Czy książka czytana po dziesięciu latach wciąż jest tą samą książką?" A nasza własna historia, schowana często głęboko, czy z upływem czasu wciąż jest tą samą? Wczoraj obejrzałem "Solistę" Joe Wrighta, według autentycznej historii genialnego młodego muzyka chorego na schizofrenię, opisanej przez dziennikarza "Los Angeles Timesa" Steve'a Lopeza. Gdzie kończy się sztuka a zaczyna szaleństwo? Jaki los noszą w sobie ludzie, których spotykamy na ulicy? I czy w ogóle można odmienić czyjeś życie? Czy można je odczarować, ulepszyć, naprawić, uzdrowić? Oto pewnego dnia Steve Lopez (znakomity Robert Downey Jr) słyszy grającego na dwustrunowych skrzypcach młodego człowieka, Nathaniela Ayersa (genialny Jamie Foxx). Zaczyna z nim rozmawiać. Wyrzucający z siebie potoki słów i opowieści Nathaniel wspomina coś o studiach w słynnej Juliard School of Music. Lopez usiłuje to sprawdzić. Dzwoni do szkoły i słyszy, że takiego studenta nie było. Skreśla więc temat ze swojej listy. Aż odbiera telefon z Juliard, że ktoś pomylił się udzielając tej informacji, że sprawdził tylko listę absolwentów, a nie studentów i że rzeczywiście był Ayers, tylko zrezygnował na drugim roku. Lopez podąża za tą historią aż próbuje odmienić życie chłopaka. Na początku jeszcze nie wie, że taką odmianą jest sama przyjaźń. I że niczego więcej dać nie może. Wczoraj powiedziałem do Eli: "ile lat trzeba czekać, żeby poznać kogoś, kogo się znało całe życie". I wierzę, że tak jest.
Dzisiaj ktoś mi powiedział, że film szmirowaty, dla mnie nie był. Nawet wzruszyłem się. Wierzę w takie opowieści. Idę za nimi.
To dziwne, że właśnie wczoraj, zanim obejrzałem ten film jedna z pań sprzątających teatr przyniosła mi prezent. Swoją płytę cd, z piosenkami, które śpiewa po polsku, angielsku i arabsku. Ta pani była kiedyś piosenkarką i dużo koncertowała. Podarowała mi też tomik własnych opowiadań. Teraz słucham tej płyty i jeszcze bardziej wierzę w historię książek, filmów i ludzi. W to, że wszystko zależy od tego, jak patrzymy a w gruncie rzeczy chciałoby zależeć od tego, czego nie widzimy.
Właśnie wczoraj przyszła pocztą z wydawnictwa Karakter przepięknie wydana książka Susan Sontag "O fotografii", która pisze tam m.in. "Robić ludziom zdjęcia to gwałcić ich - oglądać takimi, jakimi sami nigdy siebie nie widują, zyskać o nich wiedzę, jakiej sami nigdy nie będą mieli, i w ten sposób uczynić z nich przedmioty, którymi można symbolicznie zawładnąć. Podobnie jak aparat fotograficzny jest sublimacją broni, robienie komuś zdjęcia stanowi sublimację morderstwa - cichego morderstwa, pasującego do naszych smutnych, pełnych strachu czasów", i w innym miejscu: "Poznanie bowiem zaczyna się od nieprzyjmowania świata takim, na jaki wygląda".
I cytat z Mallarmego: wszystko na świecie istnieje po to, by znaleźć się w książce.

Emisariusz

wtorek, 27 października 2009 21:33
Yannick Haenel, autor powieści "Jan Karski" przyjechał do Polski i wczoraj spotkał się z publicznością w Warszawie, w redakcji "Gazety". W spotkaniu, które prowadziłem brał również udział pan Jean-Yves Potel, autor książki "Koniec niewinności. Polska wobec swojej przeszłości żydowskiej". Lubię te niespodziewane, nadzwyczajne zdarzenia na spotkaniach. Kilka dni temu zamieszczałem tutaj link do mojej rozmowy z Haenelem, w której mówił o swoich studiach na Uniwersytecie w Rennes, gdzie pani prof. Łabędzka nie tylko uczyła francuską młodzież polskiej literatury, ale i wyświetlała polskie filmy, w tym "Sanatorium pod klepsydrą". Mówił wtedy, że ta miłość do Polski z pewnością zaczęła się na studiach w Rennes. I oto pani profesor Łabędzka pojawiła się wczoraj w "Gazecie", spotkała się ze swoim studentem po raz pierwszy od dwudziestu lat. Nie mogłem nie włączyć jej do rozmowy. A te filmy, jak powiedziała wczoraj, najpierw musiała z Polski przemycać, kopia filmu z metalowym pudłem ważyła wtedy dwadzieścia pięć kilogramów! Powiedziałem: "Mamy takich pisarzy i takie książki, właśnie dzięki takim nauczycielom" i to wszystko prawda.
Głos zabrała również pani Ewa Wierzyńska, która znała Karskiego przez trzydzieści lat. Mówiła o pamięci o nim i słusznie zwróciła uwagę "Gazecie", że w ubiegłym roku, w rocznicę śmierci emisariusza nie pojawiła się nawet mała wzmianka.
Ciekawe były wypowiedzi pana Potela, który powiedział, że powieść Haenela nie tylko wywołała we Francji debatę dotyczącą Polski, ale też pokazała postać Karskiego, który był tam nieznany. "Często zaprasza się mnie do różnych debat, udzielam wywiadów o mojej książce, ale odkąd wyszła powieść Haenela nie ma wywiadu, w którym by mnie nie zapytano o Karskiego".
Dyskusja wokół postaci Karskiego i samej książki Haenela, która w Polsce wyjdzie dopiero w przyszłym roku, była emocjonująca.
Długo przygotowywałem się do tego spotkania. Poza książkami Haenela i Potela przeczytałem też biografię Jana Karskiego, która wyszła w Polsce niedawno, a której autorem jest Stanisław M. Jankowski. "Karski. Raporty tajnego emisariusza" to jedna z najlepszych polskich biografii, jakie w ogóle czytałem. Czyta się ją dosłownie jak książkę sensacyjną, ale przecież biografia Karskiego to jest materiał sensacyjny, wzbogacona o bogaty materiał dokumentalny - są na przykład fotografie raportów Karskiego z 1940 roku, pisanych we Francji, które istniały w dwóch wersjach. Karski przez lata nie wiedział, że raporty, które pisał były zmieniane, a ich sens był wypaczany.
Naprawdę emocjonująca książka. A czytanie jej razem z powieścią "Jan Karski" nie tylko odsłania historię, ale i pomaga wejść w głowę jednego z największych bohaterów naszych czasów, współczesnego Ulissesa, którego nikt nie chce słuchać. Człowieka, który chciał powiedzieć światu, co dzieje się z europejskimi Żydami w Polsce. Człowieka, którego nie chciano usłyszeć.
Kiedy chodziłem do liceum, napisałem do Jana Karskiego, do Ameryki, pamiętam, że dostałem miłą odpowiedź. Gdzieś ten list wciąż jest w Starogardzie. I fotografia Karskiego z papierosem, podpisana na odwrocie.
Czytając biografię Jankowskiego z wypiekami na twarzy odkrywałem też udział Zofii Rysiówny, wielkiej aktorki, z którą miałem kiedyś przyjemność przeprowadzić wywiad w jej mieszaniu w Alejach Jerozolimskich. - Jej udział w uratowaniu Karskiego z rąk Niemców był więcej niż znaczący. Pomagała mu wydostać się ze szpitala w Nowym Sączu i przetransportować do Krakowa.
Pisał o Karskim Stanisław M. Jankowski: "Nigdy nie uważał się za bohatera. Niosą go wydarzenia, a prowadzą ludzie, od pierwszej jego misji w listopadzie 39 r. przekazujący z miejsca na miejsce kogoś, kto - nie bardzo wiedząc dlaczego - zdecydował się zostać emisariuszem. Nigdy nie miał skłonności do hazardu i ryzyka ani potrzeby dowodzenia innym, że jest odważny".
Oczywiście emocje wzbudzała też postać Claude'a Lanzmanna, autora filmu "Shoah", który utwierdził na świecie wizerunek Polaka-antysemity. Lanzmann wykorzystał Karskiego. Umieścił w filmie tylko niektóre jego wypowiedzi. Yannick Haenel powiedział wczoraj, że posłał Lanzmannowi swoją książkę. Usłyszał potem od kogoś, kto zna Lanzmanna, że ten nie życzy sobie jakiegokolwiek kontaktu z Haenelem. Sam Haenel mówił wczoraj, że chociaż jego stosunek do Lanzmanna nie jest jednoznaczny to go podziwia, bo wysłuchał Karskiego. Dzięki temu przerwany przekaz znów działał. I gdyby nie ten film, on sam nigdy nie dowiedziałby się o Karskim. I nie napisałby swojej powieści.

Yannick Haenel w poniedziałek w Warszawie

sobota, 24 października 2009 10:21
Zaraz biegnę na zajęcia ze studentami, potem się odezwę pewnie.
Na razie tylko zaproszenie. W poniedziałek będę prowadził w warszawskiej redakcji "Gazety" spotkanie z francuskim pisarzem, Yannickiem Haenelem, nominowanym do Goncourta za powieść "Jan Karski", którą tutaj wspominałem. Początek godz. 19.00. W spotkaniu weźmie też udział pan Jean-Yves Potel, autor książki "La fin de l'innocence. La Pologne face a son passe juif". Spotkanie będzie tłumaczone oczywiście.
Niedawno przeprowadziłem wywiad z Yannickiem Haenelem, którego fragmenty ukazały się w "Gazecie". Całą rozmowę o Haenelu i o książce można przeczytać tutaj:

http://www.parnas.pl/index.php?co=blog&id=12&idb=877


sobota, 20 marca 2010

Licznik odwiedzin: 574597

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran i ukazującej się właśnie "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009). Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI