Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Byłem Szymborską

czwartek, 13 maja 2010 20:14
Oczywiście, w czasie swojej azjatyckiej podróży, nie ominąłem koreańskich księgarni. Postanowiłem w prezencie dla koreańskich przyjaciół kupić polskie książki w koreańskich przekładach. A przypominam, tam nikt nie mówi po angielsku, więc komunikacja w ogóle staje się pantomimą. Ponieważ założyłem, że i tak i tak się nie dogadam, wszedłem na stronę ambasady polskiej w Seulu i znalazłem na niej listę polskich książek w koreańskich przekładach. Wypisałem kilka tytułów i bardzo dokładnie przekaligrafowałem koreańskie znaczki do swojego notatnika. Tak wyekwipowany poszedłem do wielkiej księgarni w największej na świecie galerii handlowej. Podałem panu kartkę i o dziwo odczytał to, co na nią przepisałem. Okazało się jednak, że z całej listy jest tylko jeden tytuł i to w jednym egzemplarzu. No, dobrze, to jak dowiedzieć się, co jeszcze z polskiej literatury mają. Przecież po okładce do tego nie dojdę. Pisałem na kartce nazwiska autorów, którzy mogli być tłumaczeni, a sprzedawca zamieniał te litery na znaki i wpisywał je do komputera. Szczęśliwy, że znalazł tak dużo polskich książek, zaczął mi przynosić np. powieści Guntera Grassa, Paula Austera, a nawet książkę Ceausescu - tak dowiedziałem się, że rumuński dyktator był polskim pisarzem. To mnie już zupełnie przybiło.
Postanowiłem jednak zagrać pantomimę i jakimś cudem musiałem skutecznie zagrać Wisławę Szymborską, bo sprzedawca przyniósł mi nagle dwa zbiory jej wierszy. Kupiłem jeszcze koreański "Quo vadis" i zbiór polskich opowiadań od Sienkiewicza, Prusa przez Konopnicką, Iwaszkiewicza, Borowskiego i Hłaskę.
Umordowany kupowaniem książek, trwało to naprawdę ze dwie godziny, przypomniałem sobie o butelce wina w hotelowym pokoju. Poszedłem więc do małego sklepu z alkoholem i zakładając od razu, że się nie dogadam, postanowiłem zagrać korkociąg. Wyglądało to mniej więcej tak, że w powietrzu narysowałem butelkę, potem zrobiłem ruch dłonią przypominający wykręcanie korka, a na końcu wydałem z siebie dźwięk, takie "puh", który słychać kiedy korek wyskakuje z butelki. Sprzedawca patrzył na mnie z politowanie, po czym piękną angielszczyzną zapytał: "You look for wine-opener?" ("Szuka pan otwieracz do wina?"). Poczułem się jak kompletny kretyn.

Podziel się
oceń
0
0

Joanna Kubik, Karolina Jarawka

środa, 12 maja 2010 14:42
Poszukuję kontaktu do pani Joanny Kubik i pani Karoliny Jarawki, których teksty zamieszczałem na parnas.pl
Pani Joanno, Pani Karolino, proszę o kontakt z moją agentką:
agata.kabat@greenlight.art.pl
Dziękuję.

Podziel się
oceń
0
0

Powrót

wtorek, 11 maja 2010 19:31
Wróciłem z wielkiej koreańskiej metropolii. Zamożne miasto drapaczy chmur, eleganckich aut, plastiku i rozwiniętej ekonomii wciąż we wspomnieniach, a jednak jest mi teraz miło, kiedy siedzę na tarasie w Warszawie, patrzę na świerki, dziką różę, margerytki i japońską wiśnię. Jaka jest droga od ducha do plastiku? To pytanie stawiałem sobie jeszcze w Korei, która oderwała się od tradycji. Owszem, zrujnowana wojną odbudowała się jak powojenna Warszawa, a jednak Warszawa chwyciła po dawne plany architektoniczne, odbudowała stare miasto, zamek królewski, dzięki czemu widzimy, jak tradycja i historia trwa. W Busan, czteromilionowym mieście najstarsze budynki pochodzą z lat 70. ubiegłego wieku, a jak mi powiedziano, za dwadzieścia lat będą tam wyburzać wieżowce, bo przecież wyjdą już z mody i stawiać na ich miejscu jeszcze nowsze, piękniejsze i bardziej dostojne. Już za moment pojawi się w Busan stupiętrowy wieżowiec, w konkurencji do Dubaju. Już teraz mają największą galerię handlową na świecie i kończy się budowa wieżowca 63-piętrowego.
I nagle Francesca, rodowita Koreanka, to jej chrześcijańskie imię, pokazuje nam targ rybny w porcie, cudo, nagle oddech prawdziwego życia, nagle zmęczeni i zapracowani ludzie, i znów słyszymy, że targ rybny za rok zostanie zniszczony.
Nic z tego nie rozumiem. Francesca zawiozła nas też pod miasto do starej świątyni buddyjskiej Boemeosa (Temple of the Nirvana Fish), na ceremonię bębnów. Znaleźliśmy się w górach, płynące strumienie, ptaki śpiewają i cisza, jakiej w tym mieście nie ma nawet przez chwilę. Prawdziwy oddech. Przebudzenie. Gdyby ten kraj mógł być właśnie taki, gdyby mógł się na chwilę zatrzymać, okiełznać potrzebę ekonomicznego rozwoju, unowocześniania, prześcigania się z zamożnymi państwami. Czym jesteśmy bez naszej tradycji i bez naszych przodków? Nie, nie myślę tu o martyrologii. Raczej o pozostawianiu cząstki siebie i swojego oddechu w ścianach zbitych z desek albo cegłach.
Czytam wykłady Osho, jednego z najgłośniejszych nauczycieli duchowych. Przede mną leży jego książka "Radość. Poczucie szczęścia, które masz w sobie". Pisze Osho: "Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że ludzie mogą być szczęśliwi. Szczęśliwsi niż ptaki, drzewa, gwiazdy. Istoty ludzkie mają coś, czego nie ma żadne drzewo, żaden ptak, żadna gwiazda. Ludzie mają świadomość(...) Cokolwiek robisz w poczuciu szczęścia, jest modlitwą. Twoja praca staje się przejawem twej wiary".
Postanowiłem zajrzeć w siebie.



(ten pan zagląda w przeszłość, chociaż tego nie widać jest szczęśliwy)



(targ rybny)



(Boemeosa)



(ceremonia bębnów)



(Francesca)






Podziel się
oceń
0
0

trzecia w nocy, Busan, Południowa Korea

środa, 05 maja 2010 19:42
Koreańska przygoda trwa. Znów telegraficznie, bo tutaj jest prawie trzecia w nocy. Poznałem dzisiaj młode małżeństwo z Włoch, prowadzą warsztaty na festiwalu, byliśmy razem na kolacji w fantastycznej restauracji w studenckiej dzielnicy, kurczak w sezamie, bardzo pikantny... Nicola mówi, że był w Polsce kilka razy. Pytam gdzie. Odpowiada: Tczew. Aż mnie zatkało. Jestem w Korei, rozmawiam z Włochem, który był w Polsce kilka razy w Tczewie, na festiwalu Zderzenia, w Tczewie, w którym mieszka moja siostra i trzydzieści kilometrów od miasta, w którym się urodziłem. W końcu Tczew to nie jest turystyczne miasto i nie jest to ani Wrocław ani Kraków, bo najczęściej słyszę od obcokrajowców, że właśnie te miasta wybierają plus Warszawę i Gdańsk. Od razu zacząłem dzwonić do siostry, ale była pewnie jeszcze w pracy, a my już właściwie kończyliśmy kolację. Kilka fotek.











Podziel się
oceń
0
0

Impresjoniści w Korei

niedziela, 02 maja 2010 18:50
Tutaj już dobrze po pierwszej w nocy, ale nie mogę spać w związku ze zmianą czasu. Dzień też był pełen obrazów, myśli, obserwacji, emocji i spostrzeżeń.
Przede wszystkim byłem w Muzeum Sztuki zobaczyć wystawę "Od Moneta do Picasso", która przyjechała z Filadelfii. To niezwykłe, że musiałem znaleźć się w Korei, żeby obejrzeć obrazy i rzeźby Moneta, Degasa, Pissarro, Renoira, van Gogha, Cezanne'a, Rodina, Rousseau, Picassa, Braque'a, Duchampa, Matisse'a, Utrilla, Modiglianiego, Chagalla, Miro. Wspaniała kolekcja. Wiele z tych obrazów znałem oczywiście z różnych reprodukcji, ale jest też kilka absolutnych odkryć, np. "Martwa natura z bukietem stokrotek" van Gogha, niezwykły obraz, którego nigdy wcześniej nie widziałem, "Młode płazy" Joaquina Sorolli y Bastidy, "Portret ojca artysty" Marcela Duchampa z 1910 roku, nie mówiąc o "Ledzie i łabędziu" Marie Laurencin.
Możliwość zobaczenia tych dzieł otworzyła głowę. Oczywiście od razu kupiłem katalog, żeby zachować wspomnienie.
Wieczorem, na festiwalu, znakomity spektakl przygotowany przez trzech koreańskich aktorów "Chaser". Młodzi entuzjaści, dający z siebie więcej niż potrzeba w teatrze, pełni pasji, energii, radości, powiew absolutnej świeżości. W spektaklu break-dance, pantomima, iluzja, żonglerka, lalki. Jestem pewny, że objedzie cały świat. Dotąd nie spotkałem się z taką publicznością, jak tutaj, na wczorajszym i dzisiejszym spektaklu. Reagują entuzjastycznie, jak dzieci. Nie naiwnie, ale otwarcie. Wyrażają głośno swoje emocje - oooo!, uuuu!, aaaaa!!! - przenosi się z jednej strony sali na drugą i trwa naprawdę cały spektakl. Złapałem się na tym, że po dwudziestu minutach sam tak zacząłem reagować.
W ogóle Koreańczycy mają dużo z dzieci, otwarcie się śmieją, nie są ponurzy, bardzo pomocni. Dzisiaj na przykład, kiedy okazało się, że bankomat ma tylko koreańskie napisy, poprosiliśmy o pomoc panią, która stała obok. Nie znała angielskiego, ale chwyciła za komórkę i zadzwoniła do córka, która próbowała nam pomóc przez telefon, a w końcu przyszła do banku, bo mieszkała niedaleko. W Polsce niespotykane.
Angielski jest problemem, bo mimo że Busan to miasto dwa razy większe od Warszawy, to naprawdę trudno znaleźć kogoś, kto mówi w tym języku. W restauracji pani próbując coś nam polecić znała tylko dwa słowa "ryba" i "ocean". Zamówione białe wino okazało się czerwonym słodkim. Nawet w niezłym hotelu na recepcji, w centrum miasta, angielski jest właściwie językiem bardzo obcym.
Słucham, patrzę, wchłaniam w siebie ten kraj, który zaskakuje inną mentalnością, innymi zwyczajami, wrażenie jest zdecydowanie pozytywnie. To kraj roześmianych, pełnych pasji ludzi. A samo Busan ma idealne położenie - nad morzem i w górach.
Dużo rozmów o Korei Północnej. Ale o tym może innego dnia.



(może trudno w to uwierzyć, ale to wieniec ślubny... tu akurat szarfa z gratulacjami jest schowana, ale dowiedziałem się, że wieńce gratulacyjne mają szarfę różową, a pogrzebowe białą)



(uwielbiam fotografować fotografujących, Muzeum Sztuki Busan, plansza prezentująca Muzeum Sztuki w Filadelfii)





(próbuję makaron)


Podziel się
oceń
0
0

Daleko od Polski

niedziela, 02 maja 2010 2:17
Na placu za oknem tłum wsłuchany w jakąś panią, która skanduje hasła w rytm muzyki (coś jak fanfary). Niezwykłe. Obudziłem się w Korei Południowej. Prawie doba w samolotach Warszawa - Monachium - Seul - Busan, wczorajszy dzień na rzęsach, m.in. uroczystość otwarcia Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Performatywnych, różne oficjalne spotkania, na razie staram się dojść do siebie - przemęczenie plus siedem godzin różnicy. Na razie pozdrawiam.
 

Podziel się
oceń
0
0

Emmanuelle

środa, 28 kwietnia 2010 23:10
Zapis audio spotkania z uroczą Emmanuelle Seigner:

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7826925,Nieprzewidywalna_Seigner_w__Gazeta_Cafe___relacja_.html

Jutro spotkanie z Janem Englertem.

Podziel się
oceń
0
0

Na Boga

wtorek, 27 kwietnia 2010 22:06
Na Boga, zatrzymaj się - usłyszałem dzisiaj. Ale jak? Skoro tak wiele spraw mnie interesuje, wciąga, zajmuje? Jak zrezygnować z wszystkich rozmów, spotkań, możliwości? Skoro świat taki sycący, pachnący, wyrazisty a przecież jeśli wyrazisty to trzeba w nim szukać detali, tego, co przykryte? Więc jak to zrobić?
Więc biegnę.
Wczoraj wieczorem w Teatrze Na Woli promocja wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem "Spełniony". Byłem szczęśliwy. Spotkanie prowadził pan Wojciech Mann, mój guru, a na widowni wśród wielu ważnych dla mnie osób była pani Alicja Kapuścińska. Tylko takie migawki. Pan Wojciech Mann patrząc w scenariusz: "Mam tu napisane, że teraz Wojciech Mann zaprasza na scenę publiczność, która może skomentować lub coś powiedzieć... Zastanawiam się tylko, czy my się tu wszyscy zmieścimy, ale zapraszam".
Komentarze pana Wojciecha absolutnie cudowne, iskrzące dowcipem, inteligencją. No, pyszne. Z Marianem czytaliśmy fragmenty "Spełnionego", te bardziej nostalgiczne i te całkiem śmieszne, na przykład anegdoty Maklakiewicza ze SPATIF-u. Również Zofii Czerwińskiej, która siedziała w pierwszym rzędzie. Marian czyta: "Zosia nie wychodziła ze SPATIF-u". Ja na to: "Zofia Czerwińska, proszę państwa, siedzi w pierwszym rzędzie". Zosia: "W pierwszym rzędzie nie wychodziłam ze SPATIF-u".
A potem specjalna dedykacja od Mariana dla żony, Grażyny Kociniak. Piosenki związane z Cesarią Evorą, zaśpiewała jej najbliższa przyjaciółka, Elżbieta Sieradzińska. Zaśpiewała, zaczarowała ta "myszka, która urodziła górę" - taki tytuł miał kiedyś jej portret w "Wysokich Obcasach". Elżbieta, gitara i piosenki śpiewane po kreolsku i francusku. Mindelo. Jasny kolor nieba. O Eli pisałem trochę w "Hotelu Europa", w komentarzu dotyczącym Evory. Nie pamiętam tylko, czy pisałem tam, że Elżbieta jest również himalaistką. Myszka, która rodzi górę. A skoro góra, to przecież Kinga Baranowska zdobyła dzisiaj Annapurnę. Tak się cieszę. Tak bardzo to podziwiam. Kinga uprawia alpinizm w jego najcenniejszej, najszlachetniejszej formie, wyznając, że zejście z góry jest ważniejsze niż wejście na nią.
A potem tyle różnych rozmów, spotkań z dawno niewidzianymi i widzianymi przed chwilą gośćmi, również blogowymi przyjaciółmi, jak Małgosia, India, której tekst o Jubileuszu Mariana zamieściliśmy w książce. Piękne zakulisowe rozmowy. Pani Barbara Krafftówna do Zofii Czerwińskiej: "Zosiu, tak pięknie wyglądasz. Dziękuję ci za to". I tyle szczerego śmiechu. Krzyś, mąż Eli Czerwińskiej proszący panią Barbarę o autograf na książeczce zdrowia, bo nic innego przy sobie nie miał, a ja na to: "Pani Barbaro, parę dni temu, w szkole teatralnej, wygrażała pani, że będzie zdawać na medycynę, ale żeby już wpisywać się w książeczkę zdrowia?"
Marian dwie godziny sumiennie podpisywał egzemplarze. Kiedy wychodziłem z teatru, wciąż była kolejka.
Biegłem na urodziny przyjaciółki. Przyjazna restauracja "U Kucharzy" i znów dużo szczerego śmiechu. I nagle słyszę przy stole jak mama przyjaciółki mówi: "Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej". Zapamiętuję, żeby pamiętać, bo to aforyzm Zofii Czerwińskiej, żeby jej powtórzyć, że już jest powtarzany.
Powrót późną nocą, rano zdjęcia dla "Zwierciadła" w Miedzeszynie, powrót do domu. Telefon. "Teleexpress" chce nagrać mnie i Mariana do jutrzejszego wydania, ale... Marian jest już w swoim domu nad Narwią i czy mam kilka godzin, bo musimy tam pojechać. Jedziemy. Tak mam podarowaną godzinę w pięknym drewnianym domu, herbatę na tarasie a widok z tarasu na płynącą Narew. Gniazdo bocianie puste. Bocian stracił żonę i nie wraca z rozpaczy.
Jest gdzieś w ogóle Warszawa?
A tu tyle spraw, tyle różnych zajęć.
Jutro spotkanie z Emmanuelle Seigner w Gazecie Wyborczej, przełożone z dziś, aktorka nie mogła przylecieć z przyczyn rodzinnych. Ale jutro będzie. Początek godz. 19.00
We czwartek w Teatrze Na Woli spotkanie z Janem Englertem.
W piątek skoro świt wylot do Korei.
Na Boga, zatrzymaj się.
Na pewno?

Kilka migawek z wczorajszego spotkania, autorem fotografii jest Hubert Komerski.












Podziel się
oceń
0
0

Creme brulee

sobota, 24 kwietnia 2010 13:52
Lubię słuchać swoich przyzwyczajeń. Na przykład wyjść w sobotę rano po gazety i spacerować małymi uliczkami, które wstają trochę później niż zwykle. Magnolie w ogrodzie pana Axera już właściwie zaczynają opadać, ale wiele kwiatów wciąż jeszcze mocno trzyma się gałęzi. W ogrodach teraz pięknie kwitnące forsycje, magnolie, a nawet japońskie wiśnie. Moja wiśnia w tym roku zmarzła i właściwie nie zauważyłem, kiedy, jeśli w ogóle przekwitła.
Koty przeciągają się na płotach, nieświadome, że mogą zostać skrzywdzone. Łobuz, który dwa razy dziennie przychodził jeść i miał już swoją miskę przed domem, ten sam Łobuz, którego ratowałem całą zimę przed mrozem, zaginął, może poszedł gdzieś, chociaż wątpię, bo coraz bardziej się oswajał. A może uciekł przed całkowitym oswojeniem? Ale w ludzi przestaję wierzyć. Uciekam w lekturę. Zamykam się w świecie, który bywa najbezpieczniejszy.
W ostatnim numerze "Przekroju" znakomity wywiad z panią Marią Iwaszkiewicz, która opowiada o ojcu, Jarosławie i o swoim stosunku do publikacji dzienników i listów. Wzrusza, kiedy mówi, że nie mogłaby skreślić czy ocenzurować ani jednego zdania. "Chyba by mi ręka uschła" - mówi. Pięknie opowiada o swoich rodzicach, o stosunku matki, Anny do relacji Iwaszkiewicza z Jurkiem Błeszyńskich, do którego sama Maria miała stosunek mocno krytyczny. Ale po śmierci Błeszyńskiego posłała ojcu depeszę. Zaś Anna Iwaszkiewicz, kiedy Błeszyński ciężko chorował pojechała w intencji jego i Iwaszkiewicza do Częstochowy. Rozmowa Jana Strzałki z Marią Iwaszkiewicz ma tytuł "Miłość to jest różnie". W ogóle "Przekrój" znakomity, świetne fragmenty dziennika Jerzego Pilcha na temat Schulza i jego wpływu na przykład na Tomasza Manna. Sporo też w "Przekroju" o arcypowieści "Dzicy detektywi" Roberto Bolano. Pisałem o tej powieści już kiedyś na blogu i mam zamiar do niej za chwilę powrócić.
Wierzę w "Przekrój" Katarzyny Janowskiej, która jest od jakiegoś czasu naczelną tego pisma.
Jeszcze wczoraj wieczorem czytałem "Zniewolone dzieciństwo" Alice Miller. Po jej książce "Bunt ciała", która odpowiedziała mi na wiele pytań, która zmieniła znacznie moje myślenie, która wreszcie pokazała mi fragment własnego świata, jakiego nie rozpoznawałem wcześniej, kupiłem właśnie "Zniewolone dzieciństwo". Leżało na biurku, długo, a sam wciąż wpadałem w różne sprawy, tematy i lektury. Wczoraj dowiedziałem się o śmierci Alice Miller i postanowiłem sięgnąć po jej książkę. Cytuje w niej zdanie Eriki Burkart, które daje wiele do myślenia: "Kochamy w jakiś okrutny sposób i nienawidzimy z niewytłumaczalną miłością".
Mam nadzieję przeczytać tę książkę jak najszybciej, mimo że mam teraz, przed wyjazdem do Azji, ogrom różnych obowiązków, z którymi powinienem się już uporać. Ale Ela powiedziała mi dzisiaj słusznie: "Nie myśl o wszystkim, co masz zrobić. Po prostu zajmuj się pojedynczymi tematami". Dobrze byłoby więc usunąć tę blokadę wynikającą z nadobowiązkowości.
Przedwczoraj dobra, wspaniała wiadomość, że Karolina Gruszka dostała nagrodę "Gwarancje kultury" TVP Kultura w kategorii Teatr za rolę w "Lipcu" Iwana Wyrypajewa w Teatrze Na Woli. Tak się cieszymy. To kunsztowna i bardzo wymagająca rola.
Za chwilę wracam do pracy, ale jeszcze teraz jestem w świecie fantastycznej duńskiej wokalistki śpiewającej po francusku Madmoiselle Karen. Posłuchajcie jej piosenki "Creme Brulee":

http://www.youtube.com/watch?v=Cpji9IZ6sCU

Na youtube są też różne koncertowe wykonania.

W "Gazecie" z cyklu "Wiersz Świątecznej" wiersz słoweńskiego poety Alesa Debeljaka, który przemówił do mnie dzisiaj filozofią, która jest mi bliska.

Ales Debeljak

z cyklu Biografia snu


Przeżyć wszystko, co trwa w pozornej harmonii.
Być śniegiem na ciepłej dłoni, która zamarznie od ciężaru
srebrzystych kryształów. Być literą w sanskrycie.
Gryczanym miodem. Być czymś mniej niż pożądanie wieczności i poufnych

dokumentów. Stać się kwiatem maku, liściem tytoniu, pustym
krajobrazem. Słowem, którego nie umie nikt prawidłowo
powtórzyć. Czasem komuś zaszumieć jak rym w sonecie
i zniknąć zaraz w chaosie. Być bezsensownym ptasim

ćwierkaniem, które we wszystkich pomieszczeniach rozbrzmiewa jak jedna pieśń.
Być nieogarnionymi polami, bluesem w pamięci czterdziestolatków.
Przeżyć grozę przestrzeni, zwężającej się jak źrenica zwierzęcia.
Uderzającej z mocą straszną, by wyrównać swój niegdysiejszy dług.

przełożyła Katarina Salamun-Biedrzycka




Podziel się
oceń
0
0

Nienasycenie

czwartek, 22 kwietnia 2010 22:52
Postanowiłem dzisiaj, po miesiącach przerwy, zajrzeć do swojej porzuconej powieści. Taki powrót jest trudny, bo to duży wysiłek znów wejść w tamte sprawy, ten świat, w psychikę i motywację bohaterów. W dodatku od razu zacząłem przerabiać, pisać właściwie na nowo, co wywołało we mnie nawet irytację, bunt przeciwko sobie. Z jednej strony wiem, że takie wielomiesięczne przerwy dobrze robią tekstowi, bo obnażają jego słabości, z drugiej poczułem się tak, jakbym musiał zaczynać to, co już zaprowadziłem kiedyś tak daleko. Znam siebie i swoją konsekwencję, a zwłaszcza potrzebę doprowadzania spraw do końca, swój destrukcyjny perfekcjonizm, podnoszenie sobie poprzeczek - wiadomo, ascendent w pannie. Ale czy będę miał siłę zbudować ten dom od podstaw, kiedy już właściwie stawiałem dach, zanim zacząłem go burzyć. I właśnie w takiej autoirytacji pozostawałem, aż w końcu wyszedłem z domu i pojechałem do Akademii Teatralnej na spotkanie z panią Barbarą Krafftówną, prowadzone przez Rafała Sławonia w ramach cyklu Natalii Adaszyńskiej "Eviva l'arte". No i na tym spotkaniu zapomniałem o swoich wątpliwościach, prawdę mówiąc zapomniałem o Bożym świecie, bo pani Barbara opowiadała przez dwie godziny zajmująco, pięknie, finezyjnie o budowaniu ról, o awangardach, o literaturze teatralnej, o swoim dzieciństwie i o szkole u Galla, o tym, ile pracy i wysiłku wkłada w kreowanie postaci, o współpracy z Wojciechem Hasem i swojej wybitnej roli w "Jak być kochaną", gdzie proponowała pewne rozwiązania i reżyser kręcił dwa duble - swój i ten proponowany, aby móc dokonać właściwego wyboru, o benedktyńskiej pracy nad rolą Matki u Witkacego po angielsku, o swoim marzeniu, aby pojechać do Japonii, o swojej miłości do sztuki i do precyzji i o tym, że jest problemem zarówno dla reżyserów, jak i lekarzy, bo zaczęła już grozić lekarzom, że wybiera się na medycynę, o swoim ogromnym nienasyceniu na życie, a także o tym, że bardzo dba, aby nic z ról, z granych postaci nie miało na nią wpływu, nie zostawało w niej, nie sztampowało się, o tym, aby w każdej roli być inną i by tworzyć ją innymi środkami.
To była i arcyciekawa rozmowa i fascynujący wykład pani Barbary, która właściwie powinna uczyć w szkole teatralnej. Sala była pełna. A jednak młodych słuchaczy niewielu. Idąc tam, przecież do Collegium Nobilium, czyli właściwie do Akademii Teatralnej, spodziewałem się, że to spotkanie dla studentów. Dlaczego nie przyszli? Kompletnie tego nie rozumiem. To wstyd, że nie przyszli. To była prawdziwa lekcja teatru, którą przekazała wielka, legendarna aktorka.
Słuchałem z zapartym tchem. Zresztą zawsze tak słucham pani Barbary Krafftówny. Jestem szczęśliwy, że mam w niej ważną nauczycielką teatru i nauczycielkę życia. Chociaż pełne humoru wypowiedzi pani Barbary dalekie są od dydaktyki. To pełne pasji wyznia artystki, która pozostaje nienasycona. Tego właśnie chciałbym się nauczyć najbardziej.

A teraz kilka zaproszeń:
26 kwietnia, w poniedziałek, o 19.00 w Teatrze Na Woli promocja książki, wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem "Spełniony", prowadzi pan Wojciech Mann
27 kwietnia, wtorek, godz. 19.00, Gazeta Cafe, warszawska redakcja Gazety Wyborczej, spotkanie z Emmanuelle Seigner, francuską aktorką i wokalistką, prywatnie żoną Romana Polańskiego
29 kwietnia, czwartek, godz. 19.00, Teatr Na Woli, spotkanie z Janem Englertem w ramach cyklu "Wszystko już było" poprzedzone pokazem spektaklu Teatru TV "Oszuści".

Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 982  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl