Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pół grama

wtorek, 30 września 2008 23:24
Przepraszam, nie mam dzisiaj pół grama siły. Za to zapis fragmentów rozmowy z Kasią Adamik i Marcinem Dorocińskim z wczorajszego spotkania w "Gazecie" (z jutrzejszego wydania stołecznego).

Kasia Adamik i Marcin Dorociński w Gazeta Cafe

 Rozmawiał Remigiusz Grzela 2008-09-30, ostatnia aktualizacja 2008-09-30 20:39:08.0

Coś, co mnie zaszokowało, co było dla mnie odkryciem przy okazji pracy nad filmem - że ta droga do bezdomności bywa taka prosta, czasem wystarczy jedno potknięcie - mówiła Kasia Adamik na spotkaniu w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe"

"Boisko bezdomnych" - nowy film Kasi Adamik - na ekranach kin pojawi się 10 października. Reżyserka oraz grający główną rolę Marcin Dorociński wzięli udział w spotkaniu z naszego cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe".



Remigiusz Grzela: Film "Boisko bezdomnych" przywiózł z festiwalu polskich filmów fabularnych w Gdyni trzy nagrody: tę najważniejszą dla twórców, czyli nagrodę publiczności, nagrodę za drugoplanową rolę męską dla Eryka Lubosa i nagrodę za kostiumy. "Boisko bezdomnych" wbrew temu, co piszą niektórzy dziennikarze, nie jest debiutem fabularnym Kasi Adamik...



Kasia Adamik: Nie jest. Zrobiłam przed tym inny film fabularny - "Szczek!", "Boisko..." jest drugie, a wręcz drugie i pół, bo w tym czasie nakręciliśmy z mamą Agnieszką Holland połowę "Janosika". Wykonałam bardzo dużo telefonów, e-maili itd., żeby w Gdyni wypisali mnie z tej listy debiutów, na której się początkowo znalazłam.



Po pierwszych pokazach filmu dziennikarze pisali, że film jest pełen optymizmu.



K.A.: Że jest za wesoły, za amerykański.



Nawet, że przypominałby Kena Loacha, gdyby Ken Loach miał tyle optymizmu w sobie. Gdynia cię zdenerwowała czy usatysfakcjonowała?



K.A.: Byłam tam pierwszy raz. Żałuję, że nie miałam więcej czasu, żeby oglądać, bo było sporo fajnych filmów. Co mogę jeszcze powiedzieć o Gdyni? Nie wiem, czy ktoś z państwa oglądał rozdanie nagród w telewizji? Przypominało troszkę rumuński "Taniec z gwiazdami", prawda, ale poza tym było super.



Marcin, opowiadałeś w jednym z wywiadów, że marzyłeś kiedyś, żeby być piłkarzem.



Marcin Dorociński: Tak. I ta moja historia jest trochę podobna do historii bohatera filmu. Nie byłem jednak tak utalentowany. Bardzo chciałem grać w piłkę, ale nie miałem ani tyle samozaparcia, ani siły, ani takiego talentu. Zabrakło mi też chyba dobrego trenera, który by mnie zmobilizował. A potem mi złamali nogę i trzeba było znaleźć sobie inny zawód. Ale i tak spełniło się moje marzenie: będąc w reprezentacji artystów polskich w 1999 r. zagraliśmy mecz z artystami włoskimi i wygraliśmy 1:0 i tę jedyną bramkę strzeliłem właśnie ja. Na widowni 15 tys. ludzi krzyczało moje nazwisko. To było fantastyczne. Miewałem właśnie takie sny, że na dużym stadionie, 90-tys. strzelam gole i cały stadion krzyczy moje nazwisko...



"Boisko bezdomnych" to historia drużyny piłkarskiej, sformowanej z bezdomnych. Pomysł na film przyniosła twoja mama Agnieszka Holland?



K.A.: Agnieszka przeczytała w gazecie krótką wzmiankę o tym, że właśnie polska drużyna wygrała srebrny medal na mistrzostwach świata piłki nożnej dla bezdomnych. I my właściwie z tego jednego zdania napisałyśmy parostronicowy treatment i dałyśmy go scenarzyście Przemkowi Nowakowskiemu. Przemek jest kolekcjonerem historii, zawsze rozmawia ze wszystkimi i wyciąga różne ciekawostki z ludzi, a potem wykorzystuje w swoich scenariuszach. Potem jeszcze wspólnie z aktorami wymyślaliśmy detale. Aktorzy pojechali na Marywilską do Monaru, spotykali się z chłopakami, którzy tam mieszkają i myślę, że takie spotkania były bardzo pomocne.



Jakie to były spotkania?



M.D.: Bardzo były pomocne, ale i bardzo dziwne. Na początku przyjęli nas dość sceptycznie, ale po chwili, jak zobaczyli, że tu się nikt nie będzie wygłupiać, że przyjechaliśmy poznać fajnych ludzi, którymi oni są, zaczęli się przed nami otwierać. Mówili o swoim życiu, o tym, co przegrali, co wygrali, teraz wychodząc z nałogu. To spotkanie dla nas aktorów było potwornie inspirujące, bo o bezdomności niewiele wiedzieliśmy. Potem były jeszcze następne, niektórzy zagrali też w naszym filmie.

A z tymi prawdziwymi piłkarzami, którzy zdobyli srebrny medal w mistrzostwach dla bezdomnych kiedyś miałem przyjemność grać w piłkę. Przyjechali, jak byliśmy w hali na Bemowie z reprezentacją artystów. I grałem najpierw przeciwko nim, a potem z nimi w drużynie. Dawno nie byłem skrzyczany tak jak wtedy. Że nie podaję piłki, że szybko muszę oddawać piłkę, bo od strzelania goli są inni.

Gdy kręciliśmy już zdjęcia tzw. normalni ludzie nas nie zauważali, natomiast momentalnie wyczuli nas bezdomni, którzy tam mieszkali, i podchodzili i zagadywali: "Skąd jesteś, skądś się tu wziąłeś...".

Ktoś nawet podszedł i spytał: "Bracie, co ci się stało, kto cię tak pobił?". I to nie była zaczepka, naprawdę się przejął, że coś mi się stało. Tak świetną mieliśmy charakteryzację.



Jak rozumiesz bezdomność, Kasiu, teraz po doświadczeniu tego filmu?



K.A.: To trudne pytanie. Coś, co mnie zaszokowało, co było odkryciem w pracy nad filmem, że ta droga do bezdomności jest taka prosta. Że czasem wystarczy jedno potknięcie, zły zakręt, zły wybór, zła passa, nałóg, coś błahego. Nie wiem, czy to duma, czy to wstyd, ale jest w nich coś, co zabrania im pójść do najbliższych po pomoc czy szukać tej pomocy gdzie indziej.



Może to godność?



K.A.: Nie wiem... Może poczucie, że zawiedli oczekiwania innych - rodziny, bliskich czy znajomych. Ale jest w tym taka niesamowita samotność.



Jest na sali Maciej Nowak, który zagrał w twoim filmie postać Wariata. Temat bezdomności wrócił do ciebie po raz drugi - wystawiłeś w teatrze Wybrzeże "Pamiętnik z dekady bezdomności", spektakl grany w noclegowni.



Maciej Nowak: Gdy w Gdańsku przygotowywaliśmy "Pamiętnik z dekady bezdomności" pojechałem jako dyrektor teatru na próbę generalną do schroniska dla bezdomnych w Nowym Porcie. Ja pan dyrektor pod to schronisko podjechałem taksóweczką. I zobaczyłem kolesi w spranych dresach, palących papieroski przed wejściem. Pomyślałem, że nie wyjdę z tej taksówki, poprosiłem kierowcę, żeby pojechał dwie ulice dalej, tak, żeby oni mnie nie widzieli.... W czasie próby generalnej dotknęło mnie to, o czym ty, Kasiu, przed chwilą mówiłaś. Jak niewiele trzeba.... Bo zdałem sobie sprawę, że jak zwykle zapominam na czas zapłacić za mieszkanie, a przecież coś się może zdarzyć i zrobiło mi się gorąco, że za chwilę ja się znajdę w podobnej sytuacji.

Gdy kręciliśmy "Boisko..." najmocniej przeżyłem zdjęcia w schronisku podziemnym - w Hadesie. To jest proszę państwa coś wstrząsającego: schronisko dla bezdomnych w starym przejściu podziemnym.... Jak obrazowo sytuuje bezdomnych w naszym społeczeństwie, ich miejsce jest pod ziemią, są szczurami, są bytami, które wypieramy z życia oficjalnego.

K.A.: Niektórzy myśleli, że to jest jakaś metafora, a to jest, a raczej było, bo zostało zamknięte prawdziwe schronisko.

M.N.: I było tak, że właśnie my, bezdomni, którym za to płacili, ładnie wymalowani, dobrze przez Kasię i przez Magdę ubrani, byliśmy w sytuacjach razem z facetami, którzy tam mieszkają na stałe. Po zakończeniu dnia zdjęciowego szliśmy sobie do autobusu garderoby, zdejmowaliśmy makijaż, zakładaliśmy swoje modne klubowe ciuszki i dalej już nasze życie było gdzieś tam w naszych sprawach, a ci ludzie, z którymi byliśmy, jesteśmy na ekranie, tam zostawali. Oni nie mieli szatni, w której mieli swoje lepsze ciuchy, przepustkę do świata.



Kasiu, powiedziałaś o Marcinie: "Przekroczył moje oczekiwania".



K.A.: To prawda. Wiedziałam, że jest superaktorem, inaczej bym go nie wybrała do filmu, ale nie wiedziałam, że potrafi być tak zaangażowany, że jest tak hojnym aktorem. Bardzo wiele scen sam wymyślił, on to wszystko czuł. Misternie budował postać.



Kasia słuchała twoich pomysłów?



M.D.: Słuchała, bo jest mądrym reżyserem.



Ma charakter generała?



M.D.: Kasia to osobowość. To silna kobietą, ale jednocześnie urokliwa, wesoła, uśmiechnięta. Niebywały czar.



Pierwszy film "Szczek", "Bark" - amerykański film fabularny przyszedł do ciebie Kasiu w sposób absolutnie hollywoodzki. Dziewczyna, która nie jest reżyserem, dostaje od producenta propozycję zrobienia filmu...



K.A.: Jak z bajki. Pewnego dnia na imprezie, kiedy byłam trochę pijana i ogólnie wesoła, podszedł do mnie producent, którego znałam bardzo słabo, i powiedział: "Tak na ciebie patrzę i czuję, że ty będziesz fantastyczną osobą, żeby wyreżyserować film, mam scenariusz, myślę, że to jest scenariusz dla ciebie". Uświadomiłam mu, że nigdy nic nie wyreżyserowałam i ta propozycja jest absurdalna. A on: "Nie, nie, wierzę w to, ja mam instynkt, na pewno będziesz super". I cztery miesiące później byliśmy już w produkcji. Amerykański sen.



No tak, zrobiłaś ten film, pokazałaś go na różnych festiwalach w Stanach i co dalej?



K.A.: Wyruszyłam na Słowację, żeby robić z Agnieszką Holland "Janosika".



Ale wtedy się nie udało?



K.A.: Zrobiłyśmy może 40 procent filmu i z braku środków musiałyśmy przerwać zdjęcia, jak się później okazało na sześć lat. Wpadłam w depresję. Jak wróciłam do Stanów to przez sześć miesięcy nic nie robiłam, leżałam w łóżku i oglądałam filmy. A ponieważ Ameryka ma krótką pamięć, to jak kogoś przez półtora roku nie ma na rynku, to jakby go już nie było.



W jednym z wywiadów powiedziałaś, że emigracja była dla ciebie wielką traumą i niektóre lata musiałaś wypierać z pamięci.



K.A.: Nie musiałam. Wyparłam, nie pamiętam. To nie jest wybór, to nie jest tak, że sobie powiedziałam, a te lata są straszne, nie chcę o nich myśleć. Ale mówimy tu o mojej emigracji francuskiej, jak byłam dzieckiem.



A jak to było, kiedy twoja mama próbowała cię leczyć z traumy w metrze?



K.A.: Popadłam w konformizm. Bardzo szybko nauczyłam się po francusku i mówiłam ludziom, że się nie nazywam Kasia, tylko Catherine. Chciałam być taka jak moje koleżanki z Francji. Agnieszka uznała, że to niebezpieczne i postanowiła mnie z tego leczyć. W metrze, w godzinach szczytu, brała mnie za rękę i bardzo głośno piała.



Jak to piała?



K.A.: Jak kogut. Piała. Byłam bardzo czerwona i próbowałam się schować,i wyrwać, ale ona mnie mocno trzymała za rękę i nie puszczała. To było straszne.



Skąd ta metoda?



K.A.: To była autorska metoda Agnieszki.



Wróciłaś do Polski? Jesteś patriotką?



K.A.: Wróciłam. Jestem wielką patriotką. Kibicuję Polsce, jak gra mecze.



Jak patriotyzmu uczą Amerykanie?



K.A.: Oni się przed wszystkim nie wstydzą swego patriotyzmu. A my się wstydzimy, nam się od razu kojarzy z nacjonalizmem albo ekstremalną prawicą... A mnie się wydaje, że można być patriotą nawet wtedy, gdy się wcale nie jest tak bardzo zadowolonym z tego, jak wygląda twój kraj, ale wierzyć, że będzie lepiej wyglądał, i kibicować mu, tak jak się kibicuje drużynie.



Gramy w tej samej drużynie!



K.A.: Otóż to, można kibicować i być jednocześnie krytycznym.



A co cię w Polsce denerwuje?



K.A.: Mnie się tutaj bardzo podoba. Denerwuje mnie brak tolerancji.



Myślisz, że kino może uratować albo zmieniać ludzi?



K.A.: Pewnie nie, ale jeśli choć na chwilę przez te półtorej godziny podczas oglądania filmu zmieni jedną osobę, to już jest bardzo dużo.



Rozmawiał Remigiusz Grzela

Podziel się
oceń
0
0

Mam talent!

poniedziałek, 29 września 2008 23:26
Chciałbym takiej jesieni, jaka wyciągała z domu na spacery w miniony weekend. Dwa dni w pięknych miejscach poza Warszawą, w malowniczych Pracach Dużych koło Tarczyna, niedziela niedaleko Żelazowej Woli, u Eli Czerwińskiej, gdzie nagrywaliśmy mini-spektakl, fragment większego projektu "Cancer Tales", o którym tu kiedyś pisałem. Filmowaliśmy w pięknym domu Eli, otoczonym fragmentem lasu.

Jesień, która pozwala siedzieć długo przed domem, rozmawiać do późna, patrząc w gwiazdy. Spotkanie z przyjaciółmi, Anią i Jeanem. Dobre wino, francuski ser, rozmowy o teatrze i książkach. Jean skończył właśnie pisać nową książkę, dedykowaną drzewom, wykłada w niej filozofię swojego życia, a już zdradził mi pomysł na nową - ma mieć tytuł "Podróż do Polski" - opowie w niej o swoich zmarłych przyjaciołach, Francuzach, którzy nagle budzą się żywi w Polsce i patrzą na ten kraj z fascynacją, ze zdziwieniem, czasem rozumiejąc, a czasem nie. Jean, filozof, poeta, pisarz. Rozmowa z nim sprawia mi zawsze dużo, dużo radości. Ania, która nie przestaje mieć lat dwunastu. Jestem podekscytowany, bo mam w końcu aparat fotograficzny, o jakim marzyłem, prawdziwy, profesjonalny aparat, wiozę go na spotkanie z Anią i Jeanem i zamęczam ich prosząc o pozowanie do zdjęć. "Chcę mieć na zdjęciach dwanaście lat" - prosi Ania. Fotografuję. Jean, rano, w szlafroku przechadza się między drzewami. Jest w środku swojej książki. Ania jest znów dzieckiem. Chciałbym to wszystko zatrzymać, utrwalić, przecież w końcu mam aparat! Tylko jeśli chcę zdjęcie bez lampy, wychodzi poruszone, a jeśli włączam lampę, nie wychodzi ładne. Zdjęcia, owszem, mają charakter sentymentalny, ale wolałbym robić portrety z prawdziwego zdarzenia. Dobrze, następnego dnia ćwiczę na Eli, na ekipie. Znów wiele poruszonych. Nie poddaję się. Myślę, że skoro udało mi się zrobić w ciągu tych dwóch dni dwa dobre portrety to chyba nie jest źle. Dzisiaj w Teatrze znów zamęczam. Pozuje mi nasza garderobiana, później Małgosia Rożniatowska, ale sama, oglądając efekt moich starań mówi: "Piękne, ale każdy zapyta, kto jest na tych zdjęciach..." Upieram się, że mam talent. Dobra. Zabieram aparat do "Gazety", gdzie prowadzę spotkanie z Kasią Adamik i Marcinem Dorocińskim. Przed spotkaniem fotografuję Kasię, jej babcię i Dorotę. Większość zdjęć oczywiście poruszona albo z lampą. Kasia mnie nokautuje - robi mi portret i ten od razu jest świetny. Ręka reżysera. Ale mnie, dopiero co urodzonego fotografa to już prawie dobija. Za to spotkanie daje mi dużo radości. Kasia opowiada o pracy nad filmem, o nowych projektach, ale najciekawsze dla mnie są jej wspomnienia, opowieści rodzinne, choćby ta, w której mama Kasi, Agnieszka Holland, chcąc aby córeczka nie stała się konformistką, trzyma ją za rękę w paryskim metrze i pieje jak kogut. Marcin Dorociński opowiada o spotkaniach z bezdomnymi, o tym, jak szedł korytarzami Dworca Centralnego w charakteryzacji i tylko bezdomni zatrzymywali się i pytali: "Bracie, skąd jesteś i co ci się stało?" Jest też Maciej Nowak, który zagrał w "Boisku bezdomnych". Opowiada, jak będąc dyrektorem Teatru Wybrzeże wystawiał "Pamiętnik z dekady bezdomności" Anny Łojewskiej w noclegowni i jak jechał tam taksówką i nagle uświadomił sobie, że chyba coś jest nie tak, tu, on, dyrektor, taksówka, a tam noclegownia, i jak zatrzymał taksówkę parę ulic dalej, bo wstydził się podjechać. I jak kręcąc "Boisko bezdomnych", gdzie grali aktorzy ale i gdzie grali bezdomni, myślał o tym, że zaraz, jak zejdzie z planu, założy swoje prywatne ubranie, które jest przepustką, biletem do innego świata. Lubię te spotkania w "Gazecie", mam wrażenie, że za każdym razem udaje nam się choć trochę dotknąć prawdy, dotknąć pęknięć.
W domu przeglądam zdjęcia, które dzisiaj zrobiłem. Dochodzę do wniosku, że będę pierwszym w Polsce fotografikiem specjalizującym się w zdjęciach poruszonych. Lubię takie. Kto mi zabroni? Lubię zdjęcia, na których jest życie. A w poruszonych zdjęciach jest go jeszcze więcej. A potem może zrobię wystawę, wydam album... Zaproszę Yoko Ono i gejszę bez kimona... Zrobię wystawę w Tokio pod śniegiem. Kto mi zabroni? Przecież jeszcze nigdy nie powstrzymał mnie brak kompetencji.


Podziel się
oceń
0
0

Sukces Anny M.

sobota, 27 września 2008 1:03
Ma talent, osobowość, charakter, seksapil, jest interesująca na scenie, prowokacyjna, wyrazista, przykuwa uwagę - taką Annę Muchę zobaczyłem dzisiaj w spektaklu "Ostatni Żyd w Europie" w reż. Olgi Chajdas, u nas, w Teatrze Na Woli. Jest pracowita, poszukująca i zdolna. Nieustannie się rozwija. Ale wiem to od dawna. I wiedziałem, że obsadzenie Ani w tym spektaklu jest dobrym pomysłem. Byłem świadkiem pierwszych prób teatralnych Ani. Jako pierwszy zobaczył w niej prawdziwą aktorkę Piotr Łazarkiewicz. Obsadził w serii prób czytanych mojej sztuki "Na gałęzi", składającej się w zasadzie z dwóch monodramów. Ania miała wielki monolog i moim zdaniem interpretowała go znakomicie. I choć były to zaledwie próby czytane, choć jednak inscenizowane - Piotr Łazarkiewicz zawsze przygotowywał swoje próby jak mini-spektakle, Ania istniała na scenie, nie tylko była na niej, ale istniała, w tym dramatycznym monologu chorej na raka dziewczyny była przejmująca. Na widowni nie było szmerku. Otwierała publiczność, która zostawała potem na długich dyskusjach. Mam te próby nagrane, kiedyś je sobie obejrzę, będąc już starym człowiekiem z długą siwą brodą jak Jańcio Wodnik, siedząc w fotelu, w końcu mając czas, obejrzę te próby i dyskusje po nich, posłucham znów Piotra, który zawsze mówił celnie.
"Na gałęzi" miało być Ani debiutem w teatrze, mieliśmy nawet wyznaczony termin premiery w dawnym Teatrze Nowym przy Puławskiej u Adama Hanuszkiewicza, ale teatr przestał istnieć i nic z tego nie wyszło.
Ania pisała wtedy na swojej stronie internetowej:

Zadebiutowałam w Teatrze.

Udało się. Okazuje się, że jednak można! Mimo wszystko - mimo przeciwności, mimo biurokratycznych zawiłości i wobec argumentu, iż nie ukończyłam (nie zaczęłam nawet!) Szkoły. Wczorajszy wieczór to mój (i nie tylko J ) sukces. To sukces "ducha i wiary nad materią". Zupełnie nie znany autor, zupełnie nie znany tekst, debiutująca aktorka bez szkoły w jednej z głównych ról i ...

Moje serce biło tak mocno, że chyba słychać je było w pierwszych rzędach.

Starałam się oswoić publiczność.

Słuchali. I to chyba największy komplement.

Tym bardziej, że sztuka Remigiusza Grzeli "Na gałęzi" nie należy do najłatwiejszych.

Dwa akty pełnego monologu, milion emocji,... zero scenografii, i tylko dwie aktorki, które pozornie nie miały ze sobą wiele wspólnego. Sztuka kontrastów i zapożyczeń. Z jednej strony starość i śmierć; z drugiej młodość i życie. W pierwszym akcie - monologu Krystyna Łubieńska - aktorka teatru Wybrzeże, w drugim ...ja. Nad wszystkim starał się zapanować Piotr Łazarkiewicz, co nie należało do zadań łatwych, choć -jak sam przyznał - przyjemnych.


A potem publiczność się pokłóciła. Pokłócili się o interpretacje tekstu naszą i swoją własną. Dlatego nie będę tłumaczyć o czym jest ten tekst. Jeżeli po jego obejrzeniu zrozumieliście, znaleźliście własną interpretację (jakakolwiek by ona nie była, a możliwości jest kilka bo tekst jest rzeczywiście wielowarstwowy) to oznacza, że udało nam się, że obroniłyśmy tę historię. Bardzo kobiecą, bardzo prawdziwą i smutną historię.


To dla mnie przejście na drugą stronę mocy. To przekroczenie pewnej bariery; magicznej. Cieszę się, że już WIEM JAK TO JEST. Wiem jak się czuję na scenie.

"pytasz jak się co czuję?" czuje się dobrze.

A to dla mnie dużo znaczy...


Widziałem Anię w "Bombie" Macieja Kowalewskiego. To był jej prawdziwy debiut sceniczny. Choć gra w tym spektaklu niedużą rolę, jest do zjedzenia, jest zabawna, wyrazista. Ma fajną energię.

Rola Marii w "Ostatnim Żydzie w Europie" jest spora - cała sztuka osnuta jest wokół postaci Marii, jej narzeczonego Józefa (Piotr Ligienza) i mormona Johna Jaya Smitha (Rafał Mohr) - spora i interesująco napisana, pozwala pokazać wiele aktorskich kolorów i możliwości. Ania korzysta z tych możliwości w pełni. Jest prowokacyjna w scenie w dyskotece, gdzie spotyka mormona i wyciszona, nawet subtelna w intymnej rozmowie z Józefem (kiedy ten przed ślubem ogląda ją w białej sukni), ale już za moment wpada w furię i całkowicie zmienia nastrój. Wierzę, że to teatralny początek Ani, której kibicuję od dawna. Wierzę, że teatr da jej satysfakcję i radość. Wierzę, że scena da jej możliwość poznania swojego prawdziwego ja i stworzenia wielu interesujących postaci, które pozostaną w pamięci widzów. Wierzę, że ulotność teatru da Ani więcej radości niż zapis na taśmie filmowej. Bo choć teatr istnieje tylko jeden wieczór, daje maksimum doznań, daje samoświadomość, daje możliwość przeniesienia się w odrealniony a przecież realny świat, daje możliwość zamieszkania w bajce. Najtrudniejsza, najpiękniejsza przygoda.

Anna Mucha w spektaklu "Ostatni Żyd w Europie":





"Ostatni Żyd w Europie" w październiku jeszcze dwa razy. Zapraszam.

Podziel się
oceń
0
0

Yoko Ono

czwartek, 25 września 2008 23:06
Jesienią dom coraz bardziej przypomina dziuplę, coraz mniej w nim miejsca, bo pod każdą ze ścian, koło łóżka, na parapecie, na biurku leżą książki, leżą jak puchowe kołdry, jakby miały opatulić w tej dziupli, rozgrzać, więc czasem wyciągam rękę po miodzik i smakuję...
Kiedy wracaliśmy z Łodzi Agata zapytała mnie, jak znajduję czas na wracanie do książek już przeczytanych, skoro tyle też czytam nowych. Do książek już przeczytanych wracam najczęściej, kiedy mam niewiele czasu, kiedy nie umiem się wyciszyć, kiedy gdzieś biegnę i powinienem na moment się zatrzymać. Sięgam po książki, które znam, bo nie muszę ich czytać od deski do deski, po prostu otwieram na dowolnej, często przypadkowej stronie i poświęcam tym fragmentom tyle czasu, ile akurat mam. Potem gdzieś je odkładam, wiedząc, że nie jest to nasza ostatnia rozmowa.
Przy łóżku leży "Dziennik" Virginii Woolf i "Rozmyślania przy makijażu..." Marii Kornatowskiej. Właśnie, kiedy jestem zajęty lubię zajrzeć sobie do domu Virginii, a czasem do jej głowy, tak samo jak przejść z Marią Kornatowską ulicami Nowego Jorku, pozwolić się zaprosić do coffee shopu albo do galerii albo do kina albo popatrzeć, jak Centrum przenosi się w inną część miasta, albo po prostu stanąć przed obrazem Hoppera i poczekać z jego bohaterami.
Byle nie zmarznąć.
Słucham Marię Peszek, wciąż mam fazę!

marznę bez ciebie
zamarzam powoli
się kulę
nad ranem tulę
twoją koszulę
czule
zawijam się w dywan
twym zapachem się okrywam
kocham się ze snami
które noc zamiast ciebie da mi
jak gejsza bez kimona
yoko ono bez lennona
jak tokyo pod śniegiem
marznę bez ciebie
bez ciebie chłód
bez ciebie mróz
gaśnie na niebie
wielki wóz
jak gejsza bez kimona
yoko ono bez lennona
jak bez słońca piegi
marznę bez ciebie

Tej piosenki słucham teraz już trzeci raz, więc mam fazę. Jest jak mantra...
Yoko Ono przefrunęła przez jesienną Warszawę, udzieliła kilku wywiadów, otworzyła swoją wystawę, zrobiła performance. Śledziłem jej warszawskie poczynania. W wywiadach mówiła głównie, że kocha ludzi, kocha nas wszystkich, kocha pokój i ludzi, po prostu kocha, I love you all, peace and love! Peace! Love you all. Kochajcie się, zwłaszcza, kiedy kołdra za krótka. Na jej wystawie drzewa wyrastały z trumien. Kochajcie się. Love and peace. Ale też zrobiła performance, rozdała latarki i namawiała ludzi do świecenie sobie w twarze. Sama też świeciła. Love and peace! A, i jeszcze na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego wyrosło drzewo, na którym można było powiesić karteczkę z wyrazami miłości. Love and peace... A, i jeszcze w hallu miał stać telefon, a Yoko Ono, osobiście, miała dzwonić na ten telefon i do tego, kto akurat odbierze mówić, że kocha...
I nagle zrozumiałem słowa piosenki Marii Peszek. Zrozumiałem, co to znaczy być Yoko Ono bez Lennona...
Zawijać się w dywan i zapachem przykrywać...

Gdyby jesień była taka jak dzisiaj. Tak bardzo brakowało mi słońca, że postanowiłem wystawić twarz i iść... Szedłem tak ze Starówki na Wolę, szedłem wolno, ogrzewając się, szedłem Andersa, placem Bankowym, Solidarności, Wolską, Skierniewicką... Nie czułem zmęczenia. Nie marzłem. Nie czułem się jak bez słońca piegi.

Wracam do dziupli. Ogrzewam się słowami. Gdyby nie tom rozmów z Żuławskim, już bym miał za sobą lekturę "Angielskiego pacjenta". Lektura na dzisiaj.

Dobrze, obiecuję, że to już ostatni raz dzisiaj włączam "marznę bez ciebie"... Naprawdę ostatni, najostatniejszy.


Podziel się
oceń
0
0

Elżbieta Czerwińska

czwartek, 25 września 2008 19:50

NA ZAKRĘCIE ŻYCIA

W ostatni weekend rozpoczął się przegląd monodramów pod hasłem „42-200 Monodram”. Widzowie, którzy odwiedzili Galerię Teatr From Poland, mieli okazję obejrzeć przedstawienie w reżyserii Remigiusza Grzeli, na podstawie tekstu Anny Mentlewicz, pod tytułem „Kochany synu”. Elżbieta Czerwińska wcieliła się w rolę żony i matki, która po tragicznej śmierci męża samotnie wychowywała syna. Jej bohaterka opowiedziała kolejne etapy swojego życia, które na początku pełne miłości i szczęścia zamieniło się wkrótce w prawdziwy dramat. Aktorka w przekonujący i niezwykle sugestywny sposób ukazała widzom, rozkład osobowości, prowadzący w efekcie do choroby psychicznej, spowodowanej utratą rodziny. Widzowie mieli okazję poznać przejmującą historię ludzkiego upadku, miłości i nienawiści, która zaprowadziła główną bohaterkę na samo dno, a w konsekwencji doprowadziła do śmierci.
Organizatorzy rozpoczęli cykl pokazów niewątpliwie mocnym akcentem. Widzowie obejrzeli, świetny i co należy podkreślić trudny w odbiorze spektakl. Natomiast Elżbieta Czerwińska swoją rolą wysoko podniosła konkursową poprzeczkę, a warto przypomnieć, że monodram „Kochany synu” był prapremierą i jednocześnie pierwszą z sześciu propozycji jakie Częstochowianie będą mieli okazję obejrzeć w ramach przeglądu.
A.Z.

Tygodnik 7 dni, Częstochowa
nr 37 (227) 11.09-17.09.2008


Podziel się
oceń
0
0

Maria Awaria

środa, 24 września 2008 18:56
Słucham właśnie nowej płyty Marii Peszek "Maria Awaria", która zachwyca mnie nie tylko interpretacją ale i tekstami. Genialne jest to, co się dzieje w słowach i pomiędzy słowami. Myślę, że wiele z tych tekstów ma szansę wejść do języka potocznego. W ogóle uważam, że Maria Peszek jest fantastyczną artystką i aktricą, nie tylko aktorką, ale właśnie aktricą. Dopiero co wróciłem do jej ról w spektaklach Piotra Łazarkiewicza "Martwej królewnie", gdzie grała wstrząsającą rolę Rimmy, weterynarki uśmiercającej zwierzęta, "Fotoplastikonie" - pełna napięć rola namawianej do współpracy ze służbami kobiety, wreszcie w wybuchowym "Trelemorele" według Różewicza. - Genialna scena piosenki śpiewanej na sedesie w "toalecie męskiej pełnej luster i pedofilów". Czytałem niedawno rozmowę z Marią Peszek w "Wysokich Obcasach", w której mówiła o swoim odejściu z teatru*. W ogóle lubię jej słuchać i ją czytać. W wywiadach jest bezkompromisowa, szczera, osobna, indywidualna do bólu, egotyczna, kontrowersyjna, drażniąca, pociągająca, autotematyczna i autokreacyjna. Ma odwagę być Artystką. A to nie jest dzisiaj łatwe.
Maryja Awaria - śpiewa teraz. Właśnie w tej piosence śpiewa

(...) sama jestem sobie winna
jestem inna niż powinnam
nie chcę być normalna
ja akcja specjalna
poza normę wystrzelona
i wykolejona

Pociągająca Awaria. W indiańskim pióropuszu.

Trzymam kciuki, bo za chwilę na scenie Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie, w ramach Festiwalu Przez Dotyk spektakl Teatru Na Woli "Ostatni Żyd w Europie" w reż. Olgi Chajdas, spektakl-premiera Anny Muchy, która po raz pierwszy zagra w tym spektaklu rolę Marii, narzeczonej Józefa. Lubię ten spektakl, ma świetną energię, uderza, daje do myślenia. Lubię ten spektakl. A w piątek, w tej samej obsadzie, już w Warszawie, w Teatrze Na Woli, zapraszam.
A już 28 września Małgorzata Rożniatowska, która gra w tym spektaklu Żbrodzką, matkę Marii, na scenie Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie, w ramach tego samego Festiwalu pokaże nasz monodram "Uwaga - złe psy!" w reż. Michała Siegoczyńskiego. Nic na to nie poradzę, ale kiedy któryś mój monodram jest grany mam tremę jakbym to ja miał wyjść na scenę i zagrać. Kompletna paranoja. Czasem wychodzę do kina, żeby po prostu czymś zająć myśli, a nie zerkać na zegarek i zastanawiać się, w którym momencie jest aktualnie Małgosia Rożniatowska czy Barbara Krafftówna, czy mniej więcej już kończy, czy już mogę zadzwonić i zapytać, czy poszło dobrze... Paranoik zupełny!


*
Rok temu w czerwcu pracowałam z Michałem Zadarą. To było jedno z najbardziej traumatycznych doznań w moim życiu zawodowym. Można to ubierać w rozmaite słowa, ale najważniejsza myśl była taka, że szkoda mi czasu na próby. Zadara jest jednym z najfantastyczniejszych reżyserów. Sytuacja, którą stworzyliśmy, była czymś wyjątkowym w polskim teatrze. On pracuje fenomenalnie, nie traci sekundy, wszystko jest doskonale zorganizowane. Przychodzisz, rozgrzewka, praca nad ciałem, praca nad rolą, wszystko się zgadzało, a mimo to czułam się do głębi nieszczęśliwa. Było mi szkoda czasu na bycie puzzlem jego wyobraźni. Płakałam, fizycznie nie potrafiłam powstrzymać tej niechęci. Odeszłam z teatru.

 

Miałaś zagrać w tym spektaklu z ojcem.

 

- Powiem coś ryzykownego - zdałam sobie sprawę, że nie ma miejsca dla dwóch gwiazd na scenie. Przestraszyłam się, kiedy to do mnie dotarło. Wybuchłaby wojna. Były jej początki. Ewidentne. Jest między nami niewiarygodna bliskość, czułość, potrafimy wszystko dla siebie poświęcić, ale w pracy nie ma między nami taryfy ulgowej. Pewnie stworzylibyśmy fantastyczny spektakl. Nie przestraszyłam się Jana Peszka, poradziłabym sobie, ale już zaczęłam pisać piosenki. Wtedy wyraźnie poczułam, czego chcę. To ja mam być w centrum.

 

Dlaczego nie grasz w filmach?

 

- Długo nie przyznawałam się do tego przed sobą. Bardzo chciałam, ale film mnie nie chciał. Dlatego stworzyłam sobie alternatywny świat w muzyce. Nigdy tak naprawdę nie zagrałam w filmie, jak chciałam. Nie mogłam chodzić do kina, bo byłam zazdrosna o dobre role. Dopiero teraz rozumiem, że reżyserując własne koncerty, teledyski, robię to, czego nie dostałam od filmu.

 

Nie było propozycji?

 

- Były, ale nie dostawałam ról. Dziwne, bo teoretycznie jestem dobrą aktorką. Tak mówią. Myślę, że byłam niezła. Mam oczywiście dużo zastrzeżeń, ale wydaje mi się, że pokazywałam przed kamerą dość niezwykłą osobowość. Zawsze w ostatnim momencie nie decydowali się na mnie. Teraz myślę, że wynika to z mojej nadekspresji, z rozsadzania taśmy filmowej.

 

 

 

Istnieją genialni aktorzy, którzy rozsadzają taśmę filmową.

 

- Prawda. Nie wiem, mam żal. Kiedy zaczynałam z muzyką, wygłupiałam się, mówiąc, że może wejdę do kina tylnymi drzwiami, jako piosenkarka. A może za bardzo było widać to moje chcenie. Czuli, że jest we mnie coś niewiarygodnego, ale za dużo. Te wszystkie największe gwiazdy filmowe to są takie śnięte ryby, ekspresja potrafi być zabójcza.

(fragment świetnej rozmowy Marty Strzeleckiej z Marią Peszek "Jestem trochę zdzirą" Wysokie Obcasy, 20-21 września 2008)


fot. Piotr Dyba

 


Podziel się
oceń
0
0

Bessy

wtorek, 23 września 2008 23:04

Wróciłem z Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem spotkanie autorskie promujące moją książkę "Bądź moim Bogiem", a poprzedzające pokaz filmu fabularnego "Bezdomni" z 1938 roku z Idą Kamińską i Wierą Gran, grającą w tym filmie piosenkarkę Bessy. Po serii nieudanych spotkań i wyjazdów było to z pewnością jedno z moich najlepszych spotkań autorskich, jedno z najlepiej zorganizowanych, dzięki profesjonalizmowi pani Małgorzaty Burzyńskiej-Keller, szefowej Festiwalu Sztuki Filmowej Jidysz, która odzyskuje dla świata zaginione filmy i pokazuje w ramach wędrującego po Polsce festiwalu. Jestem pełen podziwu dla jej zaangażowania w szukanie zagubionych filmów i kopii. Wiem, że planuje ich wydanie w kolekcji dvd. Żałuję, że dzisiaj mogłem zobaczyć tylko ten jeden film, żałuję, że nie mogłem zostać na projekcji "Wesela chasydzkiego", ale musiałem dzisiaj wracać do Warszawy. "Bezdomni" są filmem pełnym uroku, to opowieść o żydowskiej rodzinie z małego polskiego miasteczka, której syn utonął w rzece. Ojciec, chcąc uciec od wspomnień ale też próbując zapewnić rodzinie lepszy byt emigruje do Nowego Jorku. Tam zatrudnia się w eleganckim hotelu, pracuje "na zmywaku". Przez uchylone drzwi na salę balową, na których zawieszone jest lustro odbijające to, co dzieje się na sali, ogląda występy młodej, ślicznej piosenkarki jidysz, Bessy (Wiera Gran). Zaprzyjaźniają się i ona pomaga mu sprowadzić rodzinę do Stanów. Jednak jego żona (Ida Kamińska) nie będzie umiała odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w tym raju na ziemi. Film, choć prostolinijny, a miejscami schematyczny, napisany grubą kreską, ma w sobie urok, wciąga, może dlatego, że pokazuje świat, którego już nie ma. Są i fragmenty bardzo komiczne, choćby scena, w której czarna pokojówka otwiera drzwi i widać, że jest to aktorka pomalowana na czarno, bo szyję ma zupełnie białą... Ale oglądanie Bessy przez uchylone drzwi kuchni podobało mi się, a nawet przypomniało podobną scenę, nakręconą wiele, wiele lat później z filmu "Gosford Park".

Niewątpliwą wartością filmu są piosenki jidysz w wykonaniu Wiery Gran. Cieszę się, że zobaczyłem ten film.

 

W ogóle cieszę się z tego spotkania, z publiczności, która słuchała z zainteresowaniem i reagowała z entuzjazmem, z profesjonalizmu organizatorów, ale też cieszę się, bo poznałem w końcu autorkę jednej z moich ulubionych książek "Rozmyślania przy makijażu. Życie codzienne Nowego Jorku". Wielokrotnie do tej książki wracałem właśnie w bloogu i wielokrotnie wracam do niej, po prostu żeby odpocząć. Kilka egzemplarzy tej książki podarowałem przyjaciołom i mam nadzieję, że mają taką samą frajdę. Z panią Kornatowską łączą mnie przynajmniej dwie fascynacje - Fellini, którego jest wybitną monografką i Edward Hopper, którego obrazy niepokoją oczekiwaniem. Bohaterowie obrazów Hoppera zawsze czekają... Nie wiemy na co, ale właśnie dlatego wydają mi się tak bardzo fabularne. Obecność pani Kornatowskiej sprawiła mi dużą, dużą radość.

 

Wyjazd był świetny, bo jechała ze mną Agata, moja specjalna agentka Scully, więc w końcu nagadaliśmy się i nadrobiliśmy zaległości. To był pierwszy, od dawna, wyjazd zawodowy, który sprawił mi szczerą przyjemność, w czasie którego wszystko się zgadzało...

 

Wracam do wywiadu-rzeki z Andrzejem Żuławskim, najczęściej nie zgadzając się z nim, ale nie mogąc oderwać się od lektury. Drażni, niepokoi, denerwuje a to jest duża wartość tej książki i tej postaci w ogóle. Lubię Żuławskiego-pisarza, jego autotematyczne powieści, a "Jako nic" uważam za jego najlepszą książkę, za jedną z ciekawszych polskich powieści ostatnich lat, jakie znam. Pamiętam, że nie mogłem przestać czytać, że mnie porwała, że drażniła, złościła, ale nie mogłem przestać czytać. Taką literaturę lubię. Wracam do lektury, zostawiając wpis w odnowionym bloogu, Wirtualna Polska zaprojektowała mi nowy layout, ciepły, zielony, więc kładę się na trawie, patrzę w niebo, jest dobrze, jest u siebie.



Podziel się
oceń
0
0

Jak puch

poniedziałek, 22 września 2008 23:46

Na scenie stała makieta miasta. Między budynkami rozciągały się tory kolejowe, w ostatniej scenie w budynkach zapaliły się światła, a elektryczna kolejka ruszyła. Pociąg przyspieszał. Zrobiło się całkiem ciemno, tylko te światła w mikroskopijnym mieście i jadący pociąg-zabawka. A potem aktorzy wyszli kłaniać się publiczności, dyrektor Teatru im. Witkiewicza w Zakopanem wszedł na scenę, rozdał swoim aktorom dzwonki, takie, jakie zawiesza się na szyi wypasanych w górach owiec, aktorzy dzwonili, a dyrektor rzucał w górę biały puch, usłyszałem jeszcze słowa: "To dla Piotra". To było piękne, oczyszczające. Zapamiętam tę makietę, ten pociąg, te dzwoneczki i biały puch dla Piotra na długo. "Antoni S. czyli Wieża Babel" to inteligentny, w gruncie rzeczy bajkowy, bardzo plastyczny i widowiskowy spektakl o Antonim Słonimskim, ale właściwie w losie Słonimskiego przegląda się los polskiej inteligencji, nasza historia, zawirowania dziejowe, wariactwa, natręctwa, uprzedzenia, dziwactwa, absurdalne poczucie humoru. Ten piękny spektakl o nieokiełznanej wyobraźni, ostatni wyreżyserowany przez Piotra miał w sobie bezinteresowność i fantastyczną energię. Było w nim coś czystego. A po spektaklu, którego poczucie humoru miało w sobie coś z Monty Pythona aktorzy, nie zdejmując kostiumów wyszli na foyer, zmieszali się zwidzami, rozmawiali, zatarli granicę teatru. Tak jak to robią w Zakopanem. To był wyjątkowy wieczór, bo na sali była rodzina Magdy i Piotra Łazarkiewiczów, ich przyjaciele, aktorzy, był autor sztuki, pan Waldemar Okoń. Miałem poczucie święta, nie tylko spektaklu, ale święta, czegoś wyjątkowego. Spotkania - tematu, który naznaczył twórczość Piotra.

 

Wczoraj, po spektaklu, ktoś położył na krześle z napisem "reżyser" róże. 

 

Dzisiaj, spektaklem "Prawo McGoverna" Zbigniewa Hołdysa zakończyliśmy cykl "Drogi Piotra Łazarkiewicza". Jednak myślę, że to dopiero początek, że twórczość Piotra dopiero zostanie odkryta. Przedwczoraj w Gdyni Stowarzyszenie Filmowców Polskich przyznało Piotrowi nagrodę za film "0_1_0", za film, który łamie wszelkie konwencje.

 

Czytam rozmowy z Andrzejem Żuławskim. Łamie w nich wszelkie konwencje. Jest wielkim mistyfikatorem. Fantastycznym story-tellerem, prowokatorem, czasem bokserem. Jednak denerwuje mnie skandaliczna redakcja tej książki, a właściwie jej brak. Nie rozumiem, jak można puścić książkę bez redakcji.

 

Żuławski zachwyca mnie jako rozmówca. Bo który reżyser, jeśli nie on, odważy się mówić o głupocie kina jako medium. Mówi, że kino to zamach na świat, na jego urodę, na jego brzydotę, jego wulgarność, piękno, na jego wojny, na jego literaturę...

 

Tak samo zachwycającym rozmówcą był zawsze Adam Hanuszkiewicz. Uwielbiałem czytać rozmowy z nim, a jedną chyba z najciekawszych, bo rozmowę-spór, a momentami wręcz otwartą wojnę przeprowadził z nim kiedyś Roman Pawłowski. Hanuszkiewicz powiedział wtedy: "Teatr jest nudny beze mnie". Zazdroszczę takich rozmówców.

 

Już niebawem, 6 października w Teatrze Na Woli spotkanie poświęcone Adamowi Hanuszkiewiczowi, który wycofał się z życia publicznego, odizolował, nie udziela wywiadów. Jednak postanowił przełamać milczenie i we wrześniu udzielił dużego wywiadu Maciejowi Kowalewskiemu, dyrektorowi Teatru. Na tym spotkaniu pokażemy filmowy zapis tej rozmowy. Traktuję to jako duże wydarzenie i już dzisiaj zapraszam na tę rozmowę ze świata izolacji.


 


Podziel się
oceń
0
0

Kierunek: Teatr

niedziela, 21 września 2008 14:44

Usiadłem do komputera z filiżanką cappucino. Usiadłem z zamiarem nowego wpisu. Nagle zorientowałem się, że zamiast adresu blooga, wpisałem adres strony internetowej Teatru Na Woli. Myślę, że to coś znaczy. Od kilku dni wszystkie wieczory spędzam w teatrze, zaangażowany w cykl "Drogi Piotra Łazarkiewicza. Kierunek: Teatr". Z przyjemnością ponownie obejrzałem Piotra spektakle telewizyjne, a wczoraj wysłuchałem słuchowisk radiowych. Zobaczyłem konsekwentą drogę artysty, którego najważniejszym tematem - jaki mi się odsłonił - jest spotkanie, rozmowa, a właściwie potrzeba spotkania i brak porozumienia. To temat spektaklu "Duże i małe" wg Botho Straussa, historia nieszczęśliwej kobiety, Lotty, która próbuje wrócić do ludzi, ale spotyka się z ich obojętnością a nawet niechęcią. Znakomita rola pani Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, która była gościem pokazu a po nim opowiedziała o swojej współpracy z Piotrem Łazarkiewiczem. Traumatyczna "Marta królewna" Nikołaja Kolady i znów problem odosobnienia, osobności, niezrozumienia, życia we własnym świecie bez perspektyw. "Fotoplastikon" wg Krzysztofa Bizio, historia kamienicy i mieszkających w niej ludzi, opowiadana z perspektywy kilkudziesięciu lat - jeden z najpiękniejszych spektakli telewizyjnych Łazarkiewicza. Para i ten trzeci, Ten Obcy... Patrzenie na swoje życie niejako oczami tego trzeciego, próba dostrzeżenia tego, co zgubione a czasem co niewypowiedziane. Tajemnica, która jest w ludziach. Historia, przed którą uciekają. Strach. Napięcie. Przypadkowe spotkanie, które może zmienić całe życie. Wreszcie, na koniec pokazów telewizyjnych "Trelemorele" wg Tadeusza Różewicza, spektakl-dowcip, ale przecież nie tylko, przecież satyra na telewizję ale tak naprawdę smutna prawda o zaniku wartości, przecenie intelektu, zamianie kultury w kulturystykę. Może ten jeden spektakl wymyka się tematom "spotkanie" i "rozmowa", ale który - w moim odczuciu - je puentuje. Ostatni spektakl, jaki Piotr zrobił w telewizji. Wczorajszy wieczór, wieczór słuchowisk, wypunktował jeszcze te tematy. "Ostatni cieć" Janusza Głowackiego - i jakiś kawałek polskiego losu, krzywe zwierciadło, w którym jednak można się przejrzeć. Gdzieś epilog do "Trelemorele". Dalej "Naznaczeni" wg mojej sztuki - spotkanie Dory Diamant i Franza Kafki, opowiedziane już po śmierci Franza. "Lament" Krzysztofa Bizio - trzy kobiety, trzy pokolenia, trzy światy plus wstrząsający finał w interpretacji pani Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej. No i "Dziecko" Marii Spiss, młoda para, która pozornie ma wszystko, a jednak obserwujemy rozpad ich związku, oddalanie się od siebie, niemożność porozumienia.

Do prezentacji słuchowisk przearanżowaliśmy teatralny bufet, Małgosia Misiło zamieniła go w stary salon wypełniony odbiornikami radiowymi. A od początku przeglądu, od czwartku, w foyer Teatru, na podeście stoi krzesło z napisem: "reżyser", pada na nie punktowe światło z reflektora, z drugiej strony krzesła postawiona jest włączona kamera skierowana w zdjęcie Piotra, będące równocześnie okładką książki "Drogi Piotra Łazarkiewicza", wydanej przez Teatr Na Woli z okazji tej prezentacji.

Wczoraj, w foyer, podszedł do mnie starszy mężczyzna i powiedział: "Muszę to panu powiedzieć, dlatego przyszedłem. Kiedy w czwartek dyrektor teatru i pan staliście na scenie, przedstawiając program przeglądu... przepraszam, ja po prostu widzę więcej od innych... między wami stała postać, trochę niższa od pana, o, mniej więcej takiego wzrostu, widziałem tę postać jako poświatę. Mówiliście, a ta poświata była między wami i rozpłynęła się dopiero, kiedy skończyliście mówić".

"Warto rozglądać się dookoła, patrzeć analitycznie, zauważać to, czego inni nie widzą. Jak wiele scen z życia codziennego ma swoje ukryte dno, kilka warstw. Parafrazując Tadeusza Różewicza, 'na powierzchni dramatu' jest często niby nic nieznaczące spotkanie dwojga ludzi" - przepisałem to zdanie Piotra z książki "Drogi Piotra Łazarkiewicza"... Tę parafrazę z autora, który była dla Piotra wyjątkowy, który był dla Piotra tym, który zna tajemnicę. Od razu kupiłem nowy tomik wierszy Tadeusza Różewicza, pełen jego ślamazarnych odręcznych wpisów, koślawych rysowanek, zielonych kotów namalowanych pisakiem. Spojrzałem w tę książkę jak w pamiętnik dziecka. Tylko prawdziwy Poeta może pozwolić sobie na dziecięctwo, naiwność, a może przede wszystkim brak skrępowania.

Stos lektur się powiększa. Jest "Stambuł" Orhana Pamuka, "Między aktami" Virginii Woolf, wreszcie rozmowy z Andrzejem Żuławskim, 500-stronicowy tom, który dostałem awansem na imieniny.

Dzisiaj wieczorem kolejny dzień przeglądu. Tym razem "Antoni S. czyli Wieża Babel" Waldemara Okonia, gościnny spektakl z Zakopanego o Antonim Słonimskim, który Piotr wyreżyserował w maju. Jutro wieczorem przegląd zamykamy "Prawem McGoverna" Zbigniewa Hołdysa, spektaklem, którego Piotr nie zdążył już dokończyć.

Piotr Łazarkiewicz: "Dwadzieścia kilka lat temu, kiedy studiowałem w Katowicach rozmawialiśmy na zajęciach z Krzysztofem Kieślowskim o tym, że reżyser filmu dokumentalnego musi mieć w sobie pewien hamulec, aby wiedział, kiedy trzeba wyłączyć kamerę".


PS

We wtorek, 23 września o godz. 16.00 będę promował swoją książkę "Bądź moim Bogiem" w Łodzi, w Teatrze Nowym w ramach "Festiwalu Sztuki Filmowej Jidysz 2008". Zapraszam.


Podziel się
oceń
0
0

Dlaczego aktor się wstydzi?

środa, 17 września 2008 23:27
Przed chwilą wkleiłem poniżej zapis fragmentów wczorajszego spotkania poświęconego Piotrowi Łazarkiewiczowi. Od jutra w Teatrze Na Woli cykl "Drogi Piotra Łazarkiewicza. Kierunek: Teatr", w którym zaprezentujemy wybrane spektakle telewizyjne, słuchowiska radiowe i ostatnie spektakle, jakie wyreżyserował w teatrze.
Dla mnie ostatnie tygodnie, i wciąż, to bardzo pracowity czas. Wychodzę rano, wracam późno. Dzieje się więcej, niż bardzo dużo. Ale lubię, kiedy się dzieje.

Wczoraj, kiedy wsiadłem przed teatrem do taksówki i zamówiłem kurs do Gazety, taksówkarz zapytał: "Pan pracuje w teatrze, czy w Gazecie?" "W teatrze" - odpowiedziałem. "Bo gdyby pan był artystą w teatrze i krytykiem w Gazecie, to bym panu powiedział, że nie chcę takich krytyków, trzeba być obiektywnym, a jak być obiektywnym, jak się pracuje i tu i tu. Teatr to jest ważna sprawa. Ja, proszę pana do 40. roku życia nie chodziłem do teatru. I nagle jakby na mnie spadło, olśniło mnie, że umrę głupi, jak nie zacznę chodzić do teatru. I wie pan, przynajmniej raz w miesiącu muszę coś w teatrze zobaczyć. Czego ja nie widziałem?! Zapasiewicz gra Becketta - widziałem. Ostatni spektakl Amadeusza - widziałem. Też Zapasiewicz... Niektórzy mówią, że on jest taki sam... Nie jest. Zagrał Salieriego przepysznie. Panie, co to była za rola. Żałuję, że nie widziałem w tym Łomnickiego, ale jak Łomnicki żył to ja byłem jeszcze po tej głupiej stronie i wydawało mi się, że nie warto. Ale... powiem panu, pojęcia nie mam, jak to wszystko zobaczyć, przecież nie da się, musiałbym nie wychodzić z teatru. Teraz to chcę iść na Iwanowa do Narodowego, uwielbiam pana Gajosa, lubię obejrzeć osobistego Gajosa, i muszę się przyznać, że Miłości na Krymie nie widziałem, aż wstyd, muszę pójść na Słonecznych chłopców do Powszechnego, znów Zapasiewicz, ale z Pieczką, wspaniały aktor, ale nigdy nie myślałem o nim jako pierwszej lidze, ale pójdę, o, i koniecznie Żar w Narodowym, był pan?, mówią, że piękny spektakl, i znów Zapasiewicz, ja go lubię oglądać, dla mnie mistrz, ale tam przecież i pan Gogolewski i pani Szaflarska, Żar muszę koniecznie zobaczyć, bo dużo w Zeszytach Literackich czytałem o Maraiu... I do Słobodzianka, do Laboratorium - muszę zobaczyć "Maestra", bo to podobno o Rubinsteinie... Tylko jak to wszystko ogarnąć? A moja pasja, wie pan, się rozrasta. W manię popadam. Prowadzę kronikę, wycinam sobie z gazet teksty o teatrze i wywiady z aktorami i tam wklejam to, na czym byłem i to, na co chcę iść. Tylko nie rozumiem, jak aktorzy mówią, że są nieśmiali i że się wstydzą. I jeszcze jak mówią, że nie wiedzą, jak stworzyli rolę. Pan pracuje w teatrze, to może pan mi odpowie na te pytania, bo sam sobie nie radzę".
Ale dotarliśmy na miejsce... Może na szczęście dotarliśmy, bo na takie pytania nie umiałbym odpowiedzieć. Ten kurs wydał mi się dziwnym przypadkiem. Jechałem prowadzić spotkanie poświęcone Piotrowi, a ta historia była jak opowiedziana przez niego, jakby wyjęta z jego filmu...


Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 772  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości