Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

ostatnie dnia lata

niedziela, 30 września 2007 16:27
Jutro początek października, a wciąż lato. Była w południe kawa w ogrodzie. I będzie obiad na tarasie. Trzeba się cieszyć, korzystać z ostatnich dni lata. Wczoraj wieczorem Teatr Na Woli zainaugurował swój nowy projekt "Modrzejewska wraca do Warszawy", w ramach którego pokazaliśmy spektakl "Zabijanie Gomułki" z teatru z Zielonej Góry, spektakl w reżyserii Jacka Głomba wg. powieści Jerzego Pilcha (adaptacja Robert Urbański). Ten spektakl to absolutny popis aktorstwa Zbigniewa Walerysia. Widziałem go wcześniej jedynie w "Łemku" w reż. Jacka Głomba.  Prawdą jest, że stworzył chyba jedną z najciekawszych pijackich kreacji w polskim teatrze. Pan Trąba, którego gra Waleryś snuje fantazje, żyje opowiadaniem marzeń, spełnia się opowiadając. Upija się tymi fantastycznymi historiami. Scena, w której opowiada swój sen, pewnie śniony na jawie, o zabiciu przewodniczącego Mao, o tym, jak dostaje się do pałacu, jak idzie korytarzami, jest noc, jak słyszy, że gdzieś za drzwiami stuka maszyna do pisania, w końcu jak widzi Mao w białym szlafroku i jak potem ten ucieka nagi, a pan Trąba dopada go... Już sam ten fragment, ten soczysty monolog zagrany jak najlepszy monodram. To rola wybitna, zagrana niuansami, odrysowana kolorami i odcieniami, niejednoznaczna, pełna. Już teraz polecam "Łemka" z Walerysiem, którego Teatr Na Woli pokaże w grudniu. A Klub Karuzela... to prawdziwie gomułkowski klimat. Po spektaklu poszliśmy na piwo. Takich miejsc już nie ma. Na drewnianym barze nawet ceramiczny krasnal, jeden z tych, które uciekły Amelii. I kawa capuccino z paczki za dwa złote.
Dawno nie byłem na Jelonkach. To osiedle akademików - fińskich, drewnianych domków, zbudowanych dla budowniczych Pałacu Kultury, którzy musieli gdzieś w Warszawie na czas wielkiej budowy zamieszkać. Jak każda prowizorka, i ta trwa dziesiątki lat, przytulając kolejne pokolenia studentów. Na Jelonki jeździłem na wu-ef (z Sadyby, na ósmą rano, to rajd przez całą Warszawę, jeździł, pewnie nadal jeździ autobus E-2). Pan od wu-efu mówił, że moim ulubionym ćwiczeniem jest przerwa i miał rację. Wczoraj, znów, po latach, spacerowałem alejkami między fińskimi barakami, idąc do Karuzeli. Folklor i relikt. Dotknięcie PRL-u. No i "Zabijanie Gomułki".

Sobotnia "Gazeta Wyborcza" publikuje fragmenty "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza - ukażą się już w październiku. Wstrząsające niektóre fragmenty:
"Dlaczego nigdy w życiu nie kochałem szczęśliwie? Cóż za potworne okrucieństwo losu. Nie mówię o Hani, to jest sprawa, jakby spoza mojego życia. Dlaczego nikt nigdy nie cieszył się moim ciałem? Dlaczego nikt mnie nie obejmował z radością? Hania dziś od piątej wstawała, żeby pójść na ósmą do kościoła do spowiedzi. Porównywałem stan naszych dusz: niewątpliwie niebo i piekło. Jakież potworne męczarnie i jaka samotność. Noc lipcowa cudowna, cicha, bez wiatru, oddychająca zapachami, szczęśliwa. Mogłem spać z otwartymi oknami, bo Hania spała osobno, i budziłem się regularnie co godzina z widokiem na liście i drzewa, na niebo coraz to inne(..) I w tej szczęśliwej atmosferze błogiego spokoju myśl jedna, świdrująca i potworna, o niemożności ogarnięcia, posiadania innego człowieka, którego się tak kocha(...) Mam wrażenie, że to jedyny rozsądny krok, jaki w życiu zrobiłem, to ożenienie się z Hanią. Cierpiałem - i jak strasznie - ale tym bardziej byłem do niej przywiązany".
Pisał Jarosław Iwaszkiewicz w latach 50. jako sześćdziesięcioletni człowiek.
Smutne.


Podziel się
oceń
0
0

Wątpliwość

sobota, 29 września 2007 15:59
Uciekłem przed sprzątaniem do ogrodu. Jak tylko słyszę włączony odkurzacz, wymeldowuję się. Wziąłem laptopa pod pachę i teraz mogę uciec jeszcze dalej, czyli w cyberświat. Kot Tutka ma to samo, tyle że laptopa nie mieści pod pachą. Ale ucieka jeszcze szybciej ode mnie. Na przykład u mnie w domu, w Starogardzie, odkurza się codziennie, i tego, prawdę mówiąc zrozumieć nie potrafię, chociaż staram się od lat. A w ogrodzie pięknie, bo pogoda dzisiaj jak na specjalne zamówienie. Lato wróciło.

Obiecałem napisać o wczorajszej próbie generalnej. Dzisiaj w Teatrze Polonia premiera "Wątpliwości". Mam nadzieję, że nic nie zapeszę, publikując tutaj swoją opinię. "Wątpliwość" Johna Patricka Shanleya to opowieść o pochopnie rzuconym oskarżeniu (a więc dzisiaj temat bardzo aktualny). Dyrektorka katolickiej szkoły, siostra Justyna (Aleksandra Konieczna)  usłyszawszy od młodej zakonnicy, siostry Dominiki (Lidia Sadowa), że jeden z uczniów zachowywał się dziwnie po powrocie z plebanii i chyba było czuć od niego alkohol, wypowiada prywatną wojnę, omal krucjatę, młodemu wuefiście, księdzu Andrzejowi (Cezary Kosiński). Sprawa jest dla niej oczywista, ale czy na pewno? Nie będę opowiadał spektaklu, powiem tylko, że cały dramat osadza się na wątpliwościach, są one zarówno po stronie postaci, jak i po stronie widzów. Piotr Cieplak, reżyser spektaklu, przeniósł akcję sztuki w polskie realia. Stąd polskie imiona, nazwy własne. Chłopiec, który rzekomo molestowany jest przez księdza Andrzeja jest Ukraińcem, który uczy się w tej szkole dzięki pomocy pewnej fundacji. Na scenie go jednak nie zobaczymy. Pojawi się za to jego wyrachowana mamuśka, pani Marczuk (Żanna Gierasimowa). Prawie każda z postaci ma w tej sztuce coś do załatwienia, jakąś sprawę. Widownia ustawiona jest w pozycji prokuratora. Ale przecież od początku rolę prokuratora gra siostra Justyna. I tu mówię uczciwie: jest to rola zagrana po mistrzowsku, pełna odcieni i niuansów, wieloznaczna, skomplikowana. Aleksandra Konieczna tak kreuje graną przez siebie dyrektorkę szkoły-zakonnicę, która wcześniej wiodła normalne życie, była żoną (tak twierdzi, ale czy to prawda? przecież i tu pojawiają się różne wersje i okoliczności śmierci jej męża), że nie jesteśmy pewni do końca, jaką sprawę chce załatwić. Miałem nawet takie wrażenie, że podświadomie próbuje - poprzez rzucone przeciwko księdzu oskarżenie - doprowadzić do sytuacji, w której zostanie wydalona z klasztoru. Jest na to gotowa. Tłumaczyły mi to między innymi sceny, w których ubiera buty - jakby zakładając je, wciskała się w gorset, skorupę, która w rzeczywistości nie tylko ją ogranicza, ale która jej nie odpowiada. Inna jest spacerując po ogrodzie w wygodnych butach, inna, kiedy wchodzi do swojego gabinetu i za pomocą wielkiej łyżki zakłada czarne służbowe buty. Genialna jest w rozmowach z księdzem Andrzejem i młodą zakonnicą, zwłaszcza, kiedy próbuje ją przepytywać. Ma w swobie dziwny rodzaj jadu oplecionego w aksamit. Uśmiecha się, ma miły głos, nawet serdeczny, ale to nic nie znaczy. Jakby grała esesmankę na pikniku... Przypomniały mi się od razu opublikowane niedawno fotografie z obozu w Auschwitz, na których esesmani leżą na leżakach, grają w karty. Gdyby zamiast mundurów, mieli na sobie białe, sportowe stroje, nie umielibyśmy powiedzieć, kim są naprawdę. Rozpisuję się tak o roli Aleksandry Koniecznej, bo siedzi mi w głowie. Bo jest tak wieloznaczna. I ta ostatnia scena, której nie opiszę, ale powiem tylko, że Konieczna wygląda w niej jak Jackie Kennedy ubrana w habit zakonnicy.
Ciekawy Cezary Kosiński, jako ksiądz Andrzej. Zyskuje sympatię widzów od pierwszej minuty spektaklu, od pierwszego kazania, powiedzianego tak, jak mówi się kazania w amerykańskich kościołach, gdzie trzeba pozyskać sympatię widzów. Ma charyzmę. Wierzymy mu. Bez względu na to, jakie wątpliwości sam zasieje w naszej głowie. Kosiński bardzo oszczędnie rozkłada akcenty. Ksiądz Andrzej jest przy tym znakomitym mówcą potrafiącym każdego przekonać do swojej opowieści. Genialny monolog o pierzu, które wysypane na ulicę z rozdartej poduszki nie da się pozbierać, podobnie jak plotki, które raz wypowiedziane, nie pozwolą się zatrzymać.
Genialna opowieść o rowerzyście, który wyrusza do Watykanu przez Las Kabacki.
Na scenie debiutuje Lidia Sadowa, zdolna aktorka. Chciałoby się jednak, żeby i grana przez nią postać była bardziej dwuznaczna, miała coś do załatwienia - choćby chęć przypodobania się swojej przełożonej, siostrze Justynie.
Kiedy pojawia się pani Marczuk wiadomo już, że prowadzona jest tu niejedna gra. Przekonujemy się, że to również spektakl o manipulacji. A jaki będzie werdykt? Co okaże się prawdą? Komu uwierzy publiczność? Trudno stracić sympatię dla księdza Andrzeja ale i trudno nie uwierzyć siostrze Justynie, zwłaszcza, że w większości scen zapytana o swoje opinie, o to, w którym momencie kazała księdza śledzić etc. zawsze odpowiada szczerze. Mówi otwarcie, że postawi na swoim. Mówi otwarcie, czego w rzeczywistości chce.
John Patrick Shanley w jednym z wywiadów powiedział, że napisał swoich bohaterów z miłością. Czuje się to na scenie. Wypunktowuje to Piotr Cieplak, idzie za tą myślą. To reżyser, który traktuje aktora z miłością. Traktuje też w ten sposób kreowane przez aktorów postaci. Takie były też "Szczęśliwe dni" Becketta w Teatrze Polonia, z Krystyną Jandą i Jerzym Trelą. Trzeba też dodać, że inscenizacja "Wątpliwości" jest oszczędna. Teatr jest w aktorze. A że zespół jest znakomity przez prawie dwie godziny spektaklu nie ma momentu, który by się dłużył.
"Wątpliwość" to poza wszystkim zaletami doskonale napisana i skonstruowana sztuka. Bardzo precyzyjna. Łamiąca wszelkie możliwe schematy. Trzymam kciuki za dzisiejszą premierę.

Reżyseria: Piotr Cieplak
Scenografia: Andrzej Witkowski
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Muzyka: Patryk Zakrocki
Producenci: Teatr Polonia i Gene Gutowski
Producent wykonawczy: Magda Kłosińska
Obsada: Aleksandra Konieczna, Lidia Sadowa, Żanna Gierasimowa, Cezary Kosiński.


Podziel się
oceń
0
0

Kinga Baranowska

piątek, 28 września 2007 17:18

Pani Magda Mikołajczuk z programu pierwszego Polskiego Radia zrobiła mi wczoraj dużą niespodziankę i sprawiła radość zapraszając do godzinnej audycji, w czasie której miałem okazję opowiedzieć nie tylko o książce. To była jedna z najlepszych audycji, w jakich wziąłem udział w ogóle. Doskonale skomponowana, świetnie przygotowana. Z piosenkami Wiery Gran, Marleny Dietrich, Anny Prucnal, Barbary Krafftówny, Edith Piaf. Z "As time goes by" z "Casablanki", piosenką, która występuje w mojej powieści. Z nagraną rozmową z panią Barbarą Krafftówną i z archiwalnym wywiadem Anny Retmaniak z 1993 z Wierą Gran, w którym kokietuje, jest niepokorna, wytyka publiczności, że przyszła oklaskiwać starą Mistinguette, która przyjechała do Warszawy na swoich nieładnych nóżkach i w ogóle nogi Mistinguette to była nieprawda. Piękna audycja, po której miałem dużo telefonów i esemesów. Najbardziej wzruszyła mnie Krysia, która powiedziała, że zakończyła tę audycję otwierając butelkę koniaku. To jest coś, prawda? Krysia, słuchająca w swoim drewnianym domu w Borach Tucholskich z koniakiem na zwieńczenie audycji radiowej. Moi rodzice nagrywali na dwa magnetofony, jak w akcji ABW...  Ta audycja to była piękna niespodzianka.

Dzisiaj ukazał się październikowy numer "Sukcesu" z moją rozmową z Kingą Baranowską, himalaistką, która wspina się teraz na Dhaulagiri. Polecam. W "Sukcesie" rozmowa w okrojonej formie. Całość zamieściłem w swoim okienku na www.parnas.pl w dziale "bez cenzury". Polecam. Kinga, jak już chyba tu wspomniałem, bardzo mi imponuje.

Wieczorem idę na próbę generalną "Wątpliwości" do Teatru Polonia. Na pewno opiszę wrażenia. Dobrego wieczoru.


Podziel się
oceń
0
0

Dla mnie bomba!

czwartek, 27 września 2007 20:11
Jestem totalnie rozbawiony. Dostałem od Janusza maila - zapis rozmowy z "Radia Maryja", rozmowy kulinarnej, która powala na kolana. Przeczytajcie:

Słuchaczka: - Szczęść Boże siostro!
> Siostra Leonilla: - Szczęść Boże.
> Słuchaczka: - Mówi Irena z Wrocławia. Czy siostra mogłaby mi
powtórzyć
> sałatkę z cukinii, która była chyba w zeszłym tygodniu podawana?
> Siostra Leonilla (po chwili ciszy) : - ... z cukinii?
> Słuchaczka: - Tak, bo mi chodziło o to, że w ilościach było podane
> właśnie:
> wiadro startych kabaczków... (z wahaniem) No to z kabaczków, tak ...
> Siostra Leonilla: - To była ikra!
> Słuchaczka (zdezorientowana): - Taaak?
> Siostra Leonilla: - Tak. Tak zwana ikra.
> Słuchaczka (słabym głosem): - Aha ...
> Siostra Leonilla: - Tam były ten, kabaczki ... (mruczy do siebie) no nie

> mam
> teraz tych ...
> Słuchaczka (wymienia powoli): - ... kabaczki, olej, cukier, ocet,
przecier
> pomidorowy, potem łyżka mielonej chyba ostrej papryki i dziesięć deko
> czosnku ...
> Siostra Leonilla (z triumfem): - No i pani ma wszystko!
> Słuchaczka: - Tak, ale nie mam wiadra.
A zapis dźwięku jest tu:

http://bi.gazeta.pl/im/4/4434/m4434814.mp3

Dla mnie bomba! Słuchałem ze cztery razy i jeszcze mnie to bawi.
Nie wiem, chyba zwariowałem. Czasem trzeba jakoś odreagować.
Tyle się ostatnio dzieje. Dzisiaj w Polskim Radiu, w programie pierwszym
około godz. 23.00 będzie godzinna audycja ze mną, o książce i nie tylko, więc
zapraszam do wysłuchania. A jutro odzywam się znowu.



Podziel się
oceń
0
0

Szczyt

środa, 26 września 2007 10:19
Chyba jednak jesień. W każdym razie szary poranek. Zachęcam Was do przeczytania przy kawie fragmentów zapisu spotkania z Jerzym Pilchem i Jackiem Głombem, jakie prowadziłem w poniedziałek w ramach Teatr w Gazeta Cafe. Opracowane fragmenty są tutaj:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34861,4521519.html

Może jeszcze coś tu czasem zacytuję, bo dostałem zapis całości.

Z zapartym tchem śledzę dokonania Kingi Baranowskiej, która wspina się na Dhualagiri (8167 metrów). Kinga jest niesamowitą osobą. Zrobiłem z nią spory wywiad do październikowego numeru miesięcznika "Sukces" (ukaże się pewnie jeszcze do końca tygodnia). Urzekła mnie swoim poczuciem humoru, dojrzałością i mądrością. Kiedy czytam relacje na przykład Anny Czerwińskiej, która wielokrotnie decyduje się na ryzykowanie życia, i kiedy słucham Kingi, która bardzo kalkuluje i stara się ryzyko ograniczać, wiem, że nie pozwoli sobie na żaden błąd. Rozmowa z Kingą bardzo mi zaimponowała. A teraz na jej stronie internetowej czytam relacje z wyprawy. Na przykład 23 września zapisała:

"
23.09.2007
Już przed 8 rano wylądowaliśmy helikopterem w bazie, a właściwie kilometr od bazy, na lądowisku. Nasze 700 kg zostało wyrzucone na morenę (4750 m n.p.m.), Wysiedliśmy ja i Dodo oraz nasi kucharze, po czym helikopter odleciał i zostaliśmy z całym naszym dobytkiem jak na Marsie. Wokół tylko śnieg, lód i skała... I temperatura niższa o jakieś 30 st. Cały dzień nosiliśmy nasze rzeczy do bazy. Nie ma tu żadnych porterów, ale na szczęście pomogli nam kucharze. Jestem padnięta i od rana chodzę jak pijana, ruchy mega spowolnione... Postawiliśmy mesę i kuchnię, mamy gdzie spać i jeść :) W bazie naliczyłam kilkunastu wspinaczy z całego świata. Jesteśmy bliskimi sąsiadami z Francuzami poznanymi na Nanga Parbat. Drugi, odległy koniec bazy zajmują Japończycy, jak to zwykle bywa - separują się :)"

Jej dziennik możecie przeczytać na stronie, do której link obok.
Bloga zaczęła też pisać Anna Mucha, która jest w Nowym Jorku, zaczęła uczyć się w Lee Strasberg Actors Studio. Bloga zaczęła ciekawie, opisując bardzo sugestywnie spotkania z ludźmi, kolor ulicy, zapach kawy... Uwielbiam takie klimaty. Link do jej strony też obok. Na jej stronie też fantastyczne zdjęcia reporterskie (ma talent!) z wypraw, w tym z ostatniej wyprawy do Indii.

Zdobywamy. Wszyscy coś zdobywamy. Nasz cel jest bliższy lub odleglejszy, czasem okupiony wysiłkiem, czasem po prostu chęcią poznania. Zdobywanie to twórczy proces. Fajnie jest realizować marzenia i fajnie, kiedy marzenia odradzają się, kiedy wciąż mamy nowe, i nowe, albo po prostu, kiedy się chce.


Podziel się
oceń
0
0

"tere-fere-kuku do Gomułki z łuku"

poniedziałek, 24 września 2007 22:56
Mogę już pisać bez stresu, który towarzyszył mi przez cały dzień. Najpierw w Teatrze Polonia prowadziłem konferencję prasową a propos najbliższej premiery - to "Wątpliwość" Johna Patricka Shanleya, sztuka o księdzu oskarżonym o molestowanie seksualne ucznia. Dramat nagrodzony Pulitzerem, nagrodą krytyków nowojorskich, wystawiany na świecie (we Francji reżyserował "Wątpliwość" Roman Polański), który za moment będzie zekranizowany (zdjęcia zaczynają się w grudniu, zagrają Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman), jeden z największych hitów broadwayowskich (zagrany tam prawie 600 razy, co jest prawdziwą rzadkością)... W Teatrze Polonia "Wątpliwość", przeniesioną w polskie realia reżyseruje Piotr Cieplak, premiera 29 września, z obsadą: Cezary Kosiński, Aleksandra Konieczna, Żanna Gierasimowa i debiutująca na scenie Lidia Sadowa. Tekst ważny, ciekawy i znakomicie napisany. Tematem sztuki jest właściwie oskarżenie, widownia pełni w jakimś sensie rolę prokuratora. A wątpliwości się mnożą. Pewności co do popełnienia czynu nie będzie. Sam autor mówi, że nawet jeśli wie, że ksiądz - bohater jego sztuki molestował ucznia, to zabierze tę wiedzę ze sobą do grobu. Konferencja prasowa z udziałem aktorów, pani Krystyny Jandy, prezentującej plany na najbliższy sezon (m.in. nowe sztuki Przemysława Wojcieszka "Miłość ci wszystko wybaczy" i Macieja Kowalewskiego "Okolice bikini") i Gene Gutowskiego, który współprodukuje spektakl, sam go zresztą teatrowi zaproponował. Gene Gutowski był producentem takich filmów Romana Polańskiego jak "Wstręt", "Matnia", "Nieustraszeni pogromcy wampirów" czy "Pianista".
Zaś wieczorem w redakcji Gazety Wyborczej, w ramach akcji Teatr w Gazeta Cafe prowadziłem spotkanie z Jerzym Pilchem i Jackiem Głombem, poświęcone spektaklowi "Zabijanie Gomułki" według powieści Pilcha "Tysiąc spokojnych miast", który zostanie pokazany 29 września w Klubie Karuzela - organizatorem spektaklu jest Teatr Na Woli. "Zabijanie Gomułki" przyjeżdża w ramach większego projektu Teatru "Modrzejewska wraca do Warszawy". Rozmowa z mojej perspektywy arcyciekawa. Jacek Głomb opowiadał, jak wgryzał się w materię powieści Pilcha, Pilch mówił o swojej niechęci do adaptowania jego prozy. Mówił, że siedząc na spektaklu z własnej powieści czuje się jak na meczu Polska - Litwa. Były momenty humorystyczne, np. kiedy Jacek Głomb powiedział, że "autora trzeba brać pod uwagę" (w kontekście "niestety trzeba brać pod uwagę"), na co Pilch odpowiedział: "znam to powiedzenie, że dobry autor to martwy autor". Pilch opowiadał o swoim poznawaniu biografii Gomułki, o tym, jak krawiec, który szył Gomułce garnitury brał od niego 1/10 ceny, żeby pokazać, że w państwie nie jest aż tak drogo, a Gomułka i tak uważał, że to dużo za dużo. Opowiadał o swoim dzieciństwie, o swojej babci, o jej niechęci do katolicyzmu, który był dla niej o wiele poważniejszym problemem niż komunizm, bo ten dla niej właściwie nie istniał. Jacek Głomb realizacją spektaklu też wracał do własnych wspomnień z dzieciństwa. Pilch przyznał się, że jako dziecko chciał być stolarzem, Głomb nauczycielem. Zapytani o pierwszy łyk alkoholu, której to inicjacji poświęcone są fragmenty powieści jak i spektaklu, odpowiedzieli, że to stało się bardzo późno i już nie pamiętają... Rozmowa momentami miała prywatny, momentami anegdotyczny charakter. Pełny zapis spotkania ukaże się w portalu Gazety Wyborczej we środę, a fragmenty opublikowane zostaną w środowej Gazecie Stołecznej - warszawskim dodatku Wyborczej. Spotkanie poświęcone było też nowemu profilowi Teatru Na Woli. Jak widać dla mnie emocji sporo, ale przeżyłem i  z przyjemnością relacjonuję.
Wczoraj zacytowałem parę fragmentów z powieści Pilcha "Tysiąc spokojnych miast", jak dzisiaj przyznał, jego ulubionej własnej powieści. Dzisiaj kilka kolejnych, które wyjątkowo mnie urzekły:
"W tamtych czasach ani na chwilę nie rozstawałem się z ołówkiem i zeszytem, silniejsza nade wszystko wola zapisywania słów i zdań, które zostały przed chwilą albo które zostaną za chwilę wypowiedziane, kierowała każdym moim krokiem na jawie i we śnie".
"Rano dźwięk dzwonów był delikatny niczym powoli podnosząca się powieka konfirmantki, w południe miał w sobie pełnię ognia huczącego pod blachami ewangelickich pieców, o zmierzchu był układny i giętki jak mieszane lasy na Bawolej Górze".
"- Gdyby zresztą nawet jakimś cudem mi się powiodło - głos pana Trąby przywrócił mi poczucie obowiązku - gdyby zresztą nawet jakimś cudem mi się powiodło i gdybym zdołał się dostać w jego bezpośrednią bliskość, z bliska i tak bym tego nie potrafił zrobić, nie ugodziłbym go sztyletem ani tym bardziej nie zrobiłbym tego gołymi rękami. Wstręt fizyczny, który odczuwam do towarzysza Wiesława, niechybnie sparaliżowałby mnie".
"Groteska nie wyklucza przelania krwi - pan Trąba jadowicie cedził sentencję za sentencją - groteska nie wyklucza śmierci, groteska nie wyklucza zastrzelenia Władysława Gomułki z chińskiej kuszy miotającej bełty. Przeciwnie, właśnie groteska daje w całej pełni taką szansę realności. Naród to wie..."
"Picie było moją sztuką, moim koncertem i moim kunsztownie napisanym sonetem. Picie było moim poznaniem, moim opisem, moją syntezą i moją analizą".


Podziel się
oceń
0
0

Tysiąc spokojnych miast

niedziela, 23 września 2007 18:54
Smooth jazz. Już sama nazwa wysmukla. Dodaje lekkości jak po czerwonym, wytrawnym winie, a może jedno i drugie, bo piję Pinot Noir. Spokojna niedziela. Czytam powieść Jerzego Pilcha "Tysiąc spokojnych miast", bo jutro w redakcji Gazety Wyborczej prowadzę spotkanie z Jerzym Pilchem i Jackiem Głombem na temat "Zabijania Gomułki", spektaklu według "Tysiąca spokojnych miast" (adaptacji dokonał Robert Urbański). Sączę frazę powieści jak wino. Więc już trzy w jednym. "Mój drogi, mój drogi, boję się, że już jest za późno. Kiedy istotnie się tak fatalnie zdarzy, że na samym początku młodości natkniesz się na leniwe ciało, będziesz ty stracony dla życia, twoje wrodzone próżniacze skłonności zostaną rozbudzone i utrwalone i przez całe życie będziesz szukał obiecanej krainy lenistwa, będziesz kroczył przez tysiąc spokojnych miast, całe życie będziesz łaknął leniwych ramion. Nie będziesz żył, ale będziesz spał, prześpisz życie".
Przesiaduję więc teraz w kuchni, z bohaterem powieści, panem Trąbą. "Przesiadywanie pana Trąby za ogromnym stołem w naszej kuchni zawsze było niezmierne, gdy wszakże przychodziły ulewy, śnieżyce, powodzie, zyskiwało wymiar nieskończoności, nie ruszał się on stamtąd w ogóle".
Tysiąc spokojnych miast... Kot Tutka pochrapuje śpiąc na białej skórze przy kominku. Ogrzewam się powieściową frazą. Niedziela wypełnia się.
PS: Ogłoszono nominacje do nagrody Angelusa.

Przewodnicząca jury Literackiej Nagrody Europy Środkowej "Angelus" rosyjska poetka Natalia Gorbaniewska ogłosiła wczoraj listę 14 nominowanych do niej książek (25 października poznamy finałową siódemkę).

Ogłoszenie zwycięzcy 1 grudnia we Wrocławiu, w zeszłym roku był to Jurij Andruchowycz, w tym Angelus przypadnie jednemu z tych tytułów: "Lala" Jacka Dehnela, "Riwne/Rowno" Ołeksandra Irwaneca, "Pałac snów" Ismaila Kadare, "Dziennik" Imre Kertesza, "Krystaliczna sieć" Mirko Kovaca, "Król kier znów na wylocie" Hanny Krall, "Powrót Aleksandra" Zbigniewa Kruszyńskiego, "Każdego dnia" Terezii Mory, "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego, "Święta księga wilkołaka" Wiktora Pielewina, "Moje pierwsze samobójstwo" Jerzego Pilcha, "Śmierć w bunkrze" Martina Pollacka, "Gottland" Mariusza Szczygła i "Ministerstwo Bólu" Dubravki Ugresić.

Spośród sześciu książek Polaków aż trzy - Myśliwskiego, Pilcha i Szczygła - znalazły się także w finale nagrody Nike. Pozostali autorzy pochodzą z Ukrainy, Albanii, Węgier, Czarnogóry, Rosji, Austrii i Chorwacji. Jak powiedział we Wrocławiu jeden z jurorów - Andrzej Zawada - wszystkie te utwory to "proza artystyczna". - Mają też bardzo wyraźne nasycenie problematyką przeszłości. Życie bohaterów i narratorów naznaczone jest zagadnieniami historii i tożsamości kulturowej - mówił Zawada.

O statuetkę Angelusa autorstwa Ewy Rossano i czek na 150 tys. zł. mogą ubiegać się autorzy z 21 krajów naszej części Europy.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Podziel się
oceń
0
0

jak puenta

sobota, 22 września 2007 15:23
Korzystam z pięknego dnia, pierwszego dnia jesieni, w słońcu i cieple, i piszę z ogródka, patrząc na kiście fioletowych już winogron, które przez okno zaglądają do pokoju. Kot Tutka też korzysta z pogody i goni motyle. Odprowadziłem Mamę na dworzec. Jeszcze w pociągu, jeszcze godzinę. Przyjechała specjalnie na spotkanie w Teatrze Polonia, a wczoraj zrobiliśmy spacer jak świat - obeszliśmy połowę Warszawy, zatrzymując się w Wedlu - wypiliśmy czekoladę pomarańczową, a potem wracając z Ogrodu Saskiego weszliśmy na lunch do "Czterech pór". Wieczór w Multikinie. Obejrzeliśmy "Katyń". W zasadzie trudno cokolwiek napisać, bo nie jest to film, który powinno się recenzować. Jest momentami tak realistyczny, że recenzowanie tego filmu jest trochę jak recenzowanie historii. Wstrząsająca rola Mai Komorowskiej, grającej matkę oficera zastrzelonego w Katyniu i żonę krakowskiego profesora. Rola oszczędna, zbudowana właściwie głosem, mimiką, drobnymi gestami, a jednak porażająca. Pozorny brak emocji obnaża jej podwójność. Scena, w której dotyka paczki, przysłanej z obozu koncentracyjnego... Maja Komorowska gra tę postać profetycznie. Jakby była wszechwiedząca i wszechczująca. Jej brak emocji, jej zamurowanie w sobie wyprzedza tragiczne wiadomości. W jej oczach, w jej głosie, w ruchach dłoni jest świadomość tego, co się wydarzy i chyba brak nadziei. W jej gestach jest zapisane przeznaczenie. Rola Komorowskiej zasługuje na ważne filmowe nagrody. Trudno mi pisać o tym filmie. To nie jest film do komentowania. Po pokazie, kiedy w ciszy wyświetlają się napisy, publiczność nie wstaje z miejsc, tkwi w nich zamurowana. Patrzyłem na twarze. Smutne, zamyślone, jak twarze świadków a nie widzów. Widziałem oczy zaczerwienione, przerażone... Jedno co mi może przeszkadzało, to muzyka. Krzysztof Penderecki napisał monumentalną, patetyczną muzykę, właściwie tren. Rozumiem, dlaczego muzyka ma taki wymiar, przecież podkreśla wymiar katyńskiej tragedii, a jednak dla mnie muzyka tworzyła pewien dysonans w zderzeniu z opowiedzianymi w filmie historiami konkretnych osób. A może właśnie ta muzyka pokazała, że  ich los  był monumentalny. Muszę to przemyśleć, bo muzyka przecież poruszająca, piękna, ale wielka... I ta wielkość właśnie... W bezradności stawiam trzy kropki, bo trudno wraca się do filmu, który tak jak "Katyń" obnaża okrucieństwo historii, do filmu, który nakręcony jest również po to, by bolało, choćby w czasie spotkania w kinie, żeby bolało i żeby się nie zabliźniło.
Przyszła jesień, jakby była poza wiekiem. Moja sąsiadka śpiewa właśnie "Everybody loves somobody sometimes"... Ma piękny głos. Przez otwarte okna jak puenta do wczorajszego dnia. Jak puenta.




Podziel się
oceń
0
0

Teatr Polonia

piątek, 21 września 2007 10:56
Wczoraj w Teatrze Polonia Krystyny Jandy odbyła się promocja mojej książki "Bądź moim Bogiem". Cieszę się, że odbyła się właśnie tam, w miejscu, które jest mi bliskie, które ma taki klimat, taką atmosferę. Cieszę się zwłaszcza, że propozycja zorgniazowania tego wieczoru wyszła właśnie od Teatru Polonia, dla mnie nie było to nawet w sferze marzeń. Dzisiaj pełen jestem emocji i wrażeń, bo spotkanie nadzwyczaj udane. Mogę o tym pisać, bo od wczoraj dostaję smsy i maile z komentarzem, który to potwierdza, ktoś nawet napisał, że to najlepsze spotkanie, na którym był. Obszerne fragmenty książki przeczytała pani Barbara Krafftówna, i był to właściwie mini-spektakl, fragmenty dotyczące Borysa, Eriki, no i Very. Poruszająca interpretacja. Pierwszą rozmowę dziennikarza z Verą czytaliśmy wspólnie, pani Barbara namówiła mnie na to, dzięki czemu zadebiutowałem na scenie i to w duecie z panią Krafftówną! Tu muszę zrobić małą dygresję. Jednym z tematów powieści jest rola przypadku w życiu. Umówiłem się z panią Barbarą, że zabiore ją taksówką spod domu. Ale wczoraj była apokalipsa komunikacyjna. Zamówiłem taksówkę dużo wcześniej, po 15 minuta oddzwoniono, że samochodu nie ma w pobliżu. Zadzwoniłem do drugiej korporacji, czekałem, po kwadransie to samo. W trzeciej podobnie, a już stałem przed domem i czekałem na samochód, denerwując się, że pani Barbara czeka na mnie i że nie mam z nią kontaktu, bo nie ma telefonu komórkowego. I w tym momencie zatrzymuje się samochód, z którego wysiada Marcin, informatyk, który naprawia mój komputer, przejeżdżający tu przypadkiem, i pyta: "A co tak stoisz na ulicy?" "O nic nie pytaj, błagam, jedziemy do centrum, musimy kogoś zabrać, a potem do Teatru Polonia". I Marcin rzeczywiście zawiózł mnie do pani Barbary, a potem nas do teatru. Rola przypadku... Warszawa to nie jest małe miasto. A proszę...
Gości witał głos Charlese'a Dumonta, z płyty, jaką mi podarował. A potem spotkanie rozpoczęło się, prowadził Tomasz Raczek, któremu jest szczególnie wdzięczny, bo zgodził się poprowadzić spotkanie promujące książkę wydaną w konkurencyjnym dla niego wydawnictwie. Tomasz Raczek był wydawcą mojej poprzedniej książki "Bagaże Franza K." Rozmowa fantastyczna, na luzie, analiza postaci z powieści i w jakimś sensie też analiza mnie samego. Doktor Jeckyll i Mr Hyde - jak nazwał mnie Tomasz. Pytał, ja odpowiadałem klucząc, wymijająco, nie chcąc opowiadać książki, ani mówić, co w niej jest prawdą, a co nie. I to chyba było zabawne, bo publiczność wyglądała na rozbawioną. Zaskoczyło mnie, że przyszło tak wiele osób, teatr był pełen, i że taka jest dobra energia i że po spotkaniu wszyscy wychodzą radośni, uśmiechnięci. To też ważne. Dość powiedzieć, że zabrakło książek, wydawca dowoził, ale jednak książek zabrakło. Byłem wzruszony, że na spotkanie w Polonii przyszło tak wiele osób z Teatru Na Woli, w którym teraz pracuję, ale też z moich poprzednich miejsc pracy. A propos Teatru Na Woli, czułem się zaszczycony obecnością pani Marii Bojarskiej, żony Tadeusza Łomnickiego, założyciela Teatru. Zwłaszcza, że jestem absolutnym wielbicielem jej książki o Mieczysławie Ćwiklińskiej, z której to książki dowiedziałem się na przykład, że aktorka grała "Drzewa umierają stojąc..." również w moim rodzinnym Starogardzie... Więź ze Starogardem odzywa się we mnie często.
Jednym słowem, mogę powiedzieć, że spotkanie nadzwyczajne. Dostałem mnóstwo kwiatów i prezentów, za wszystkie bardzo, bardzo dziękuję. Przepraszam, że piszę tak emocjonalnie, że tak chwalę się... Ale dla mnie to spotkanie było wyjątkowym wydarzeniem, a jego energia jeszcze dziś mnie ogrzewa, tak że rozpływam się jak masło. Dziękuję. Zamieszczę tu jakieś zdjęcia. A teraz do pracy...

Podziel się
oceń
0
0

Ptasie radio

środa, 19 września 2007 18:57
Prawie noc, jestem w domu może od godziny,  tylko praca.  Ale tak też jest dobrze.  Inspirująco. Próby w teatrze, montaż filmu, którego jestem współautorem. Telefony, maile, spotkania, rozmowy. Obiecuję sobie czytanie w weekend. Obiecuję sobie jak ciastko. A to miła perspektywa. Wczoraj miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w kolacji wydanej w hotelu Bristol z okazji 95. urodzin pani Ireny Kwiatkowskiej, będącej, co pokazała wczoraj, w fantastycznej formie. Kiedy weszła na scenę, wstąpiła w nią energia. Muzycy grali, pani Irena ruszała się w rytm tej muzyki, dowcipkowała do mikrofonu. Kiedy okazało się, że prowadzący imprezę nie dotarli na czas, powiedziała: "No tak, ja już jestem... ich nie ma". Przejęła prowadzenie i zaczęła nucić melodię z prośbą, by muzycy jej akompaniowali. Pozowała do zdjęć, ani przez moment nie będąc zmęczoną. Udzielała wywiadów telewizyjnych. Patrzyłem z zachwytem i podziwem. Głos z dzieciństwa. Głos "Ptasiego radia"... Gdzieś w domu, w Starogardzie są pewno jeszcze winylowe płyty z bajkami, które nagrywała, na których się z siostrą wychowaliśmy. Pamiętam jeszcze "Czerwonego kapturka" w jej genialnej interpretacji. Słuchaliśmy tak wiele razy, że do dzisiaj pamiętam fragmenty tekstu, które kojarzą mi się wyłącznie z głosem pani Ireny: "Borem lasem przybiegłam tu sama, z lekarstwami przysyła mnie mama"... Głos z dzieciństwa. Babcia z winylowych płyt.















Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 995  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl