Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

"maszynownia tajemniczego okrętu"

poniedziałek, 31 sierpnia 2009 23:57
Ponieważ jest 23:45, tylko obietnica. Obiecuję jutro zdać relację z lektury powieści "Pensjonat" Piotra Pazińskiego, jednej z piękniejszych książek, jakie czytałem w tym roku.
Mam jeszcze czternaście minut do północy, więc mały cytat:

"W drugiej paczuszce były listy, wojenne, adresowane w Warszawie, słane do Łucka(...) Ale i tak pozostały tylko pojedyncze słowa, rozproszone to tu, to tam. Ciężko cokolwiek odczytać, jakby zapisano je nie atramentem, lecz sokiem z cebuli. A w miejscu każdej zatartej litery zalęga się zło, czyż nie tak? A każdy kaleki daszek, naderwana nóżka, uszkodzona korona, choćby szczelina w niej była ledwie na włos cienka, czyż nie wzruszają podstawami wszechświata i nie odbierają mu cząstki jego istnienia?(...) Litery w listach, i tak prawie nieczytelne, roztapiały się w mroku. Ubywało ich z każdą chwilą, w miejscach, gdzie jeszcze przed momentem mogłem dostrzec ich zarys, a nawet próbowałem na powrót ułożyć z nich słowa, uchwycić ich wspólny sens w jakimkolwiek języku, rozpościerała się teraz wyłącznie pustka wystrzępionego pergaminu".

Powieść, która z pewnością podoba się Annie Boleckiej, która mnie porwała swoim wyciszenie, swoim zatrzymaniem, spojrzeniem w przeszłość, stop-klatkami, skrzypiącymi schodami, zmurszałym dachem, i żydowskim pensjonatem, który tonie jak Titanic. A jednak wciąż jest.



Zdążyłem przed północą. Zanim wybije zegar. Rano napiszę więcej.

Podziel się
oceń
0
0

Wątpliwość

niedziela, 30 sierpnia 2009 15:27
Rano przeglądałem swoje ulubione blogi i zatrzymały mnie dwa w jakimś sensie dotyczące etyki pisania. Pierre Assouline na swoim blogu pisanym na stronach "Le Monde'a" recenzuje wydaną przez Gallimarda powieść Yannicka Haenela "Jan Karski". Muszę tę książkę przeczytać, choć recenzja Assouline'a nie do końca zachęca do lektury. Ale jednak intrygujące jest, że poza Polską powstała powieść poświęcona postaci legendarnego kuriera Armii Krajowej, który próbował opowiedzieć brytyjskim i amerykańskim rządzącym o eksterminacji Żydów. Nie pamiętam, żeby w Polsce powstała choćby biografia Karskiego. To luka wciąż do wypełnienia.
Pierre Assouline opowiada o książce Haenela, ale wyraźnie złości się na niego. Ta niewielka, 108-stronicowa powieść podzielona jest na trzy części, z czego dwie pierwsze są transkrypcjami świadectwa samego Karskiego, zarówno z filmu "Shoah" jak i z jego własnych wspomnień. Dopiero w trzeciej części, jak pisze Assouline, najlepszej, Haenel opowiada jak powieściopisarz, pokazuje Karskiego inaczej, czyta przez siebie. Assouline przywołuje scenę, z tej trzeciej części, w której Jan Karski opowiada o swoich wizytach w nowojorskim muzeum, prezentującym obraz Rembrandta "Polski jeździec". "We wszystkich decydujących chwilach mojego życia, chodziłem oglądać Polskiego jeźdźca. Za każdym razem mnie ratował". Jan Karski to właśnie polski jeździec z obrazu Rembrandta - tłumaczy Assouline. I dalej opowiada, że zamyka oczy i próbuje sobie wyobrazić powieść, która zaczyna się w chwili, kiedy Jan Karski stoi przed obrazem Rembrandta. Powieść, która miałaby tytuł "Polski jeździec", powieść, której pomysł przyniosła mu książka Haenela "Jan Karski". Pyta, czy wolno mu napisać taką książkę i odpowiada sam sobie, że wolno. Raz napisana powieść ucieka autorowi i inspiruje innego. Bo można świadczyć dla świadka.
Po lekturze bloga Assouline'a zajrzałem do bloga Mariusza Szczygła. Cytuje on list czytelniczki, która nie moża pozbyć się wątpliwości dotyczących pracy reportera. Tego, że zaprzyjaźnia się ze swoim bohaterem, zbiera materiał, a potem nim manipuluje, ubiera w słowa, interpretuje, więc w jakimś sensie zdradza tego bohatera.
Pozwalam sobie przekleić odpowiedź Mariusza, bo wydaje się być nie tylko interesująca, ale i ważna.

Pani Julio,
bohater musi wiedzieć, co reporter mu robi. Reporter musi mu to uświadomić. Nie można wyssać z rozmówcy wszystkiego, trzymać go w niewiedzy co do skutków, a potem pozostawić na pastwę czytelników.

Bohater musi wiedzieć, co go czeka i na co się naraża. Za tę jego wiedzę odpowiada reporter i nie ma prawa go narażać. Musi zrobić wszystko, żeby np. bohatera zakamuflować. Chyba, że zagrożenia nie ma, jest przecież mnóstwo szczerych tekstów z prawdziwymi nazwiskami, które nie mają złych skutków. Cały mój „Gottland” ma prawdziwych bohaterów (i tych głównych, i rozmówców, którzy o bohaterach głównych opowiadają).
Najczęściej potrzeba wypowiedzenia się, odreagowania, oczyszczenia, jest w bohaterze tak silna, że zgadza się on na to, że reporter o nim otwarcie napisze.
Ale opowiadanie może czasem boleć. A jak powiedział jeden z dokumentalistów filmowych - musi czasem boleć.

Gdybyśmy mieli takie dylematy, które ma Pani ("Skoro bohater oddaje swoje życie, swoją tragedię, historię autorowi reportażu, czy to w porządku, że ten przetwarza ją, układa w zdania, redaguje, w końcu na niej zarabia?"),  to chyba nie powstałaby nigdy żadna literatura. (Nie mówię, że reportaż jest literaturą  w ogóle, czasem, rzadko, bywa nią). Jeśli pisarz czerpie z życia, to kto jest właścicielem tej historii: pisarz czy życie?

Singer: żywił się życiem; z tego, co wiem mało wymyślał. Gdybyśmy szli tropem Pani obaw, to czy mamy prawo czytać dziś jego opowiadania?
Czy po 80, 90 latach Jakiel Ciasto, Karola Lipińska-Kohen, Moryc Szapiro... - realni ludzie, o prawdziwych nazwiskach - nie są za każdym razem, kiedy czytelnik otworzy książkę, pozbawiani godności i prawa do tajemnicy? A jednak czytamy Singera.

Ma Pani obiekcje?

Może powinniśmy je mieć. Dlaczego ich więc nie mamy?

Bo obdarzyliśmy pisarza zaufaniem. Wierzymy, że tak zakamuflował te postaci, tak pozmieniał szczegóły, że możemy wchodzić każdego wieczoru z naszymi okularami i herbatą w ich życie.

A może nie wierzymy, że to wszystko prawda...

Kiedy pracowałem w tv, czasem ludzie na ulicy nie przyjmowali do wiadomości, że jestem realną osobą, traktowali mnie jakbym był w telewizorze i ich nie widział, nie słyszał. Może zachodzi ten sam mechanizm, kiedy otwieramy książkę? Wszystko staje się kreacją, a nie prawdą, którą ktoś wyrwał sobie z serca.
A może - czytając Singera - mamy podświadomą nadzieję, że opisał ekshibicjonistów, jakieś sławne na Placu Grzybowskim osoby, które na prawo i lewo opowiadały o swoim życiu, czyniąc je własnością publiczną Warszawy, więc pisarz nie zrobił im wielkiej krzywdy, a może nawet przez opisanie uwznioślił, uchronił od zapomnienia?

Czasem reporter ma bohatera nieżyjącego (ja często). I on już nic nie może. Biorę sobie jego życie i przetwarzam po swojemu (Hanna Krall stawia to jako warunek żyjącemu bohaterowi; reporetrka pokaże go tak jak go widzi, a on nie ma prawa ingerować w tę wizję, w przeciwnym razie H.K. nie pisze o nim; i ludzie nie chcę się wycofywać z reportaży Hanny Krall, mimo niepewnego dla nich efektu), a więc biorę sobie jego życie i przetwarzam po swojemu, a on nie napisze sprostowania, bo jest martwy.

(Odrębny temat: które spojrzenie bohatera jest bardziej uprawnione do publikacji: to jak on sam widzi siebie czy to jak go widzi reporter? Najczęściej mieszamy obie. Jednak rozmówcy często życzą sobie a przynajmniej wyobrażają, że reporter musi pisać o nich tak jak oni siebie widzą. Ale to na marginesie tego wywodu).

Wracam do bohatera, który nie żyje.

Raz, kiedy pisałem o nieżyjącym bohaterze („Łowca tragedii”) miałem wątpliwości, czy mam prawo upublicznić wszystko, co wiem, ba: wszystko złe, co o nim wiem. I spytałem o zgodę córki bohatera. Dałem im cały reportaż do przeczytania przed drukiem.
Drugi raz, kiedy pisałem o chłopcu, który popełnił samobójstwo („Film się musi kręcić”), miałem wątpliwość, czy mogę opowiadać o jego życiu bez jego zgody. A ponieważ utożsamiłem się z nim i miałem wrażenie, że piszę o sobie (tak podobne było nasze dziecinstwo), było to silniejsze ode mnie: musiałem napisać. Starałem się jednak napisać tekst tak, żeby go ZROZUMIEĆ. Żeby nie miał pretensji... Ale prawdopodobnie się usprawiedliwiam.

To podstawowe moje odkrycie w tym zawodzie: Bohater  ZROZUMIANY, nie ma pretensji.
(Mówię teraz o bohaterze żyjącym).

Może inni reporterzy przeżywają proces zbierania materiału, ja niewiele przeżywam (w sensie w jakim Pani pisze o przejmowaniu się). Mam emocje związane raczej z tym, czy wyjdzie mi dobry tekst.

Przeżywam, czy czytelnik będzie przeżywał.

Nie chcę nikogo oszukiwać, że jest inaczej. Wydaje mi się, że potrafię być jak chirurg, jak lekarz, którzy nie przyjmuje dramatu do siebie, bo nie zrobiłby operacji. Ja przeważnie wiem, kiedy czytelnik przy czytaniu zaśmieje się, ale ja się nie śmieję. Wiem, kiedy czytelnika przejdzie dreszcz (nie mam w swoich tekstach tych momentów znów tak dużo), ale on mnie nie przechodzi. Mnie poruszają filmy w kinie, ale nie historie, które ja piszę.

Płaczę tylko przy cudzych książkach.

Kiedy bohater mi się zwierza z makabrycznej rzeczy, to moja pierwsza myśl jest taka: czy to wystarczający obraz? Czy przekonam nim czytelników. Czy da się z tego coś ułożyć i jakie jeszcze szczegóły są potrzebne.
Oczywiście mówię o procesie zbierania materiału, nie o sytuacji, kiedy zwierza mi się ktoś bliski. Bardzo oddzielam pracę od życia osobistego. Tego "czułego chłodu" w życiu prywatnym nie mam. Nawet muszę powiedzieć, że jestem facetem bardzo skłonnym do wzruszeń i łez w oczach.
Czuły chłód - to chyba najlepsze określenie. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś pracował inaczej, bo nie powstałby reportaż.

Mam kolegów, którzy mówią, że niosą ze sobą cierpienie bohaterów. Nie znam tego uczucia.

"Reporter wraca do domu, a bohater zostaje tam, gdzie był, z tymi samymi problemami..." Nie napisałem zbyt wielu mocnych tekstów, nie piszę reportaży psychologicznych, wolę typ historyczno-obyczajowo-społecznego eseju na czyjś temat, ale wiem jedno: po DOBRYM tekście, Pani Julio, bohater nie może zostać tam, gdzie był. Jak tekst jest przeciętny, to tak, może zostać. Ale trzeba pisać tak, żeby biedny myślał, że pieniądze, a głodny, że jedzenie.

Najważniejsza zasada przy pisaniu reportażu: NIE KRZYWDZIĆ. Ex equo z zasadą: NIE NUDZIĆ.
Czasem ta druga narusza tę pierwszą, a pierwsza drugą.

Reporter czasem narusza tabu, narusza prywatność, narusza dobry smak, ale uważam, że powinien mieć na to solidne uzasadnienie. A najlepiej wyższy interes społeczny powinien nad tym się unosić.

Jeśli się unosi tylko interes "literacki", estetyczny, to lepiej zrezygnować z odsłaniania bohatera.

Tyle mojej odpowiedzi.

Może ktoś coś tutaj doda do tej naszej korespondencji, dlatego ją publikuję (za p. Julii zgodą).

Szcz.

Podziel się
oceń
0
0

Bunt ciała

sobota, 29 sierpnia 2009 11:43
Ciało nie myli faktów. Jest zapisem pamięci. Ciała nie można ani uśpić ani oszukać. - Przekonuje w swojej głośnej książce "Bunt ciała" Alice Miller. Od wczoraj siedzę w tej książce i sam jestem zdumiony, jak Alice Miller wywraca do góry nogami pewne moje przekonania, przemyślenia, nawet pamięć.
Zdaniem Miller ciało pamięta dokładnie przeszłość, zwłaszcza dzieciństwo, również to najwcześniejsze, sposób, w jaki nas wychowano, pamięta dokładnie domowe awantury, uderzenia, przemoc, zarówno psychiczną jak i fizyczną, molestwoanie. Pamięta i się buntuje. Dlatego, jej zdaniem, zapadamy na ciężkie choroby, depresje, powracające dolegliwości, otyłość, astmę itd. Ciało przypomina przeszłość i buntuje się tak długo, aż będziemy sobie w stanie uświadomić, co jest prawdziwą przyczyną dolegliwości. Jeśli w ogóle będziemy w stanie sobie to uświadomić, wbrew wpojonym nam nakazom, normom, zwyczajom.
Ciało jest źródłem wszelkich informacji na drodze do samopoznania - tłumaczy Alice Miller. Depresje i zmęczenie powracają, kiedy tłumimy wspomnienia. Astma pojawia się u tych, którzy od rodziców otrzymywali bezwzględną miłość, taką, w której nie zrobisz własnego kroku, ale i która jest absolutną blokadą emocjonalną. Więc u tych, którzy wdychali ale którym zabroniono wydychać, bo muszą być posłuszni, grzeczni, dobrzy itd. (Marcel Proust pisał o matce: "Wdycham zbyt wiele powietrza, ale nie wolno mi wydychać jego nadmiaru, bo wszystko co ona mi daje, musi być dla mnie dobre, nawet jeżeli miałbym się z tego powodu udusić").
Otyłość pojawia się u tych, którzy nie potrafią się od swoich rodziców uwolnić, którzy są od rodziców zależni, w których jest lęk przed odrzuceniem i możliwości stanowienia o sobie samym.
To okrutna książka, uświadamiająca, że wychowanie często czyni z nas chodzące szpitale, pełne zamkniętych lęków i koszmarów.
Alice Miller przekonuje do swoich teorii pokazując życiorysy, a właściwie to, w jaki sposób zostali wychowani Dostojewski, Kafka, Nietzsche, Mishima, Proust, Rimbaud, Virginia Woolf... I jak bardzo nie umieli czytać sygnałów własnego ciała i jak bardzo nie umieli się uwolnić z zakodowanych w nim horrorów.
Wczoraj opowiadałem o tej książce pięćdziesięcioletniej koleżance, która ma powracające ropne anginy, grypy, zapalenia oskrzel. Sama już zmartwiona tymi nawrotami poszła zrobić sobie badania odpornościowe.
"Wiem, skąd ta moja choroba - powiedziała mi - jestem rozczarowana pracą". I kiedy już myślałem, że tym zdaniem obala teorię Alice Miller, usłyszałem następne zdanie: "Mam pracę, która by się podobała moim rodzicom. Tato byłby zachwycony, pomagam innym, służę ludziom, wspaniale, tego mnie ciągle uczył". I nagle uświadomiła sobie, że to bunt ciała przeciwko wychowaniu. I sama zadała sobie pytanie: "A czy ja muszę pomagać innym?"
Właśnie. Ale to długi proces.
Alice Miller przekonuje, że potrzebna jest czułość dla siebie. Musimy pokochać dziecko, którym byliśmy. Pisze też: "Nakaz bezwzględnego kochania i szanowania naszych rodziców, bardzo często nie pozwala nam na uświadomienie sobie prawdziwych emocji, a za ten kompromis płaci nasze ciało".
Zdaniem Miller dziecko zawsze jest na pozycji zależnej, co ma swoje źródło w tradycji składania dzieci w ofierze. Tyle że dzisiaj jest to przymus kochania i szanowania rodziców. Tego oczekują od nas od chwili naszych narodzin - pisze Miller. Jej zdaniem, mamy prawo tę zależną pozycję opuścić. "Czwarte przykazanie zawiera w sobie wewnętrzną sprzeczność. Nakaz moralny może bowiem dotyczyć jedynie naszego postępowania, a nie naszych uczuć". Jej zdaniem nie musimy poddawać się nakazowi kochania ani szanowania.
"Ciału nie można wmówić, że manipulacja i troska są oznaką prawdziwej miłości". 
Pisze też: "Człowiek nigdy nie zrobi niczego dobrze, jeżeli będzie starał się być taki, jak oczekują tego od niego inni ludzie. Można być tylko tym, kim się jest. Nie można też zmusić rodziców do tego, by nas kochali. Zdarza się, że rodzice kochają nie swoje dziecko, lecz tylko maskę, a kiedy dziecko ją zdejmie i spróbuje pokazać rodzicom, kim jest naprawdę, oni mówią wtedy: chcemy tylko, żebyś był taki, jak dawniej".
I w innym miejscu: "To nieprawda, że odczuwanie nienawiści wpędza człowieka w chorobę. Może ją spowodować nienawiść stłumiona, odszczepiona, tkwiąca głęboko w człowieku, nie zaś świadomie przeżyte i nazwane uczucie".
Prawdziwie okrutna książka. Dla każdej ze stron.

Podziel się
oceń
0
0

Późno w noc

czwartek, 27 sierpnia 2009 23:00
Przyjaciółka, która zajmuje się astrologią chciała mi postawić horoskop. Potrzebowała jedynie precyzyjnych danych dotyczących mojego urodzenia. Pamiętałem z opowieści Mamy, że urodziłem się w nocy z niedzieli na poniedziałek, bo kilka razy słyszałem od Rodziców, że jestem taki niedzielno-poniedziałkowy, to znaczy "bez rozbiegu". To akurat nie jest prawda, ale do dzisiaj nie mogę chyba ich do końca przekonać, że to, co robię to jednak praca. Ale nie o tym. Ponieważ i ja chciałem tego horoskopu, zapytałem Mamę: "Kiedy dokładnie się urodziłem?"
"No, w nocy z niedzieli na poniedziałek".
"Ale o której?"
"O 14.30" - powiedziała bez zająknięcia, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie.
"Chyba nie zrozumiałem. Kiedy?"
"O 14.30".
"To znaczy o 2.30 w nocy?"
"Nie. Mówię przecież, urodziłeś się w nocy z niedzieli na poniedziałek o 14.30".
Poddałem się. Ale jednak mnie zaintrygowała.
"Jak to możliwe?".
"Rodziłam cię od niedzieli, urodziłeś się w poniedziałek, dla mnie to oczywiste, że urodziłeś się w nocy o 14.30".
Od razu zrozumiałem, że nie mogę być normalny jeśli się w tak nietypowych warunkach urodziłem. No, dobrze.
Tę rozmowę odbyliśmy przed tygodniem, a mimo to, co sobie ją przypomnę, to nie mogę pohamować śmiechu.
Oczywiście horoskop okazał się wspaniały, pewnie dlatego, że postawiła mi go przyjaciółka. Wilk syty i owca cała.

Przede mną stos książek i nie wiem, od której zacząć. Na biurku Aglaja Veteranyi "Kto znajduje, źle szukał" (Aglaja to ta, która wcześniej gotowała dziecko w mamałydze), jak tłumaczy na okładce wydawca to zbiór jej nieznanej dotąd twórczości. Z nowych książek, które się wprowadził również wywiad-rzeka z Andrzejem Barańskim, wydany przez Krytykę Polityczną. Zacząłem już podczytywać, bo to jeden z moich ulubionych reżyserów, mam do niego prawdziwą słabość. "Operację Dunaj" dostałem od autora tej powieści Roberta Urbańskiego (współautorem jest Jacek Kondracki). Robert jest kierownikiem literackim Teatru Modrzejewskiej w Legnicy i autorem "Zabijania Gomułki" według Pilcha, czy "Łemka". Od dawna mam ochotę na lekturę powieści Piotra Pazińskiego "Pensjonat", o działającym do dzisiaj podwarszawskim żydowskim pensjonacie. Książka przyszła dzisiejszą pocztą, zresztą w towarzystwie dwóch książek Janiny Katz, na których lekturę namówiła mnie Marta Fox. To "Moje życie barbarzyńcy" i "Pucka". Ale kupiłem też nową powieść Michała Witkowskiego "Margot". I na tym nie koniec. Z polecenia Renate Jett kupiłem też "Bunt ciała" Alice Miller, książkę o wpływie trudnego dzieciństwa na życie pisarzy, m.in. Kafki, Virginii Woolf, Mishimy. No i jak teraz rozdzielić swój czas? Jak sobie dozować te lektury? Jestem kompletnie oszołomiony.
Chyba zacznę w nocy z niedzieli na poniedziałek. Oczywiście o 14.30.

Podziel się
oceń
0
0

Kiedy umiera stary człowiek...

poniedziałek, 24 sierpnia 2009 18:26
Lubię pokazywać Warszawę, opowiadać o niej, pokazywać miejsca niedostępne dla turystów, na przykład klasztor ss. Wizytek z drewnianym domem, w którym mieszkał ks. Jan Twardowski. Przez omal cały dzień pokazywałem Warszawę gościom Teatru z Korei i z Chin. Opowiadałem o sercu Chopina, które jego siostra wiozła do Polski z Francji, i które teraz jest w kościele św. Krzyża, o Grzywnym, nauczycielu Chopina, o tym, że Chopin uczył się gry na organach u ss. Wizytek, o historii Hotelu Europejskiego i gościach, którzy zatrzymywali się w Hotelu Bristol. Zwiedzanie zakończyliśmy spektaklem Teatru Polonia "Starość jest piękna" wg Esther Vilar na Placu Konstytucji. Tłumaczyłem gościom tekst na angielski i widziałem, że sztuka robi piorunujące wrażenie, w ogóle wiele osób wśród publiczności było wyraźnie wzruszonych, kilkanaście osób płakało. Pan Kim, który przyjechał do nas z Korei, sam po siedemdziesiątce, oglądał spektakl z przejęciem, a po nim powiedział: "Chciałbym, żeby do tekstu sztuki zostało dodane jedno zdanie: kiedy umiera stary człowiek, umiera jedno muzeum". Nie mam wpływu na umieszczenie tego zdania w sztuce Vilar, ale postanowiłem zapisać je przynajmniej tutaj.

Podziel się
oceń
0
0

Między kartami

sobota, 22 sierpnia 2009 11:14
Znów zaczęło się dziać. Teatr pełen ludzi. Wczoraj w Teatrze Na Woli inauguracja 9. Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu. To dla nas każdego roku ważne święto. Festiwal ma już swoją wierną publiczność. My też czekamy na to wydarzenie cały rok. Na Festiwal przyjeżdżają zagraniczni goście, i to nie tylko artyści, którzy przywożą spektakle, ale również szefowie teatrów i festiwali ze świata, którzy przyjeżdżają po prostu oglądać spektakle, nawiązywać kontakty itd. Już po raz drugi jest w teatrze ważna delegacja z Korei i z Chin. Zaczynamy mieć różne wspólne projekty. W tym roku z inicjatywy Teatru Na Woli powstało w Korei, w Busan, Międzynarodowe Stowarzyszenie Festiwali, którego wiceprezydentem został Maciej Kowalewski. Mamy coraz więcej projektów międzynarodowych, i jak powiedział wczoraj pan Kim Dong Kyu, prezydent tego stowarzyszenia i ważna persona koreańskiego teatru, nasza współpraca z pewnością przyniesie wiele korzyści każdej ze stron.
Wczorajszy spektakl "Blik" francuskiego teatru "Monsieur et Madame O", opowieść o dwóch celnikach, którzy z uporem maniaka bronią zapomnianej granicy, bo nie potrafią żyć w świecie bez barier i granic, obejrzało wielu widzów nie tylko z Polski. Przed nami kolejne spektakle. W tym roku Festiwal jest niejako dedykowany Marcelowi Marceau, bo większość zaproszonych artystów to jego bliscy współpracownicy i uczniowie.
Ale przecież dzieje się w teatrze sporo i poza Festiwalem. W tym tygodniu wybitny rosyjski dramaturg i reżyser (autor "Euforii", filmu, który mnie powalił, pisałem o nim tutaj) rozpoczął próby do swojej sztuki "Lipiec" w tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Monolog "Lipca" wykonuje Karolina Gruszka. Premiera 9 października.
Więc praca w Teatrze na pełnych obrotach. A że trwają w teatrze międzynarodowe warsztaty pantomimy, to w każdym zakątku teatru można spotkać mimów przygotowujących się do zajęć.
Atmosfera jak w musicalu "Fame".
Jestem pomiędzy różnymi sprawami. W tym tygodniu udało mi się na chwilę, dosłownie noc i pół dnia, pojechać do Rodziców, odwiedzieć siostrę i szwagra. Tak się złożyło, że Ela Czerwińska jechała w sprawach zawodowych do Gdańska, więc zabrałem się z nią, dzięki czemu miałem okazję pokazać Eli choć mały fragment Starogardu na porannym spacerze. Kiedy szliśmy przez Rynek nagle zrobiło mi się bardziej niż smutno. Oto moja ulubiona księgarnia Atena, która trwała w tym samym miejscu przez dziesięciolecia, najpierw jako księgarnia i drukarnia, później sama księgarnia, która związała się z pejzażem tego miasta, została zamieniona na sklep odzieżowy. Mój wzrok przemieszczał się szybko po kamienicach, czy aby na pewno to jest to miejsce. Tak, Atena już nie istnieje. Tę księgarnią przez całe lata prowadziła wspaniała pani Sonia Janikowska, ważna postać dla kultury mojego miasta, o książkach wiedziała dosłownie wszystko. To nie było kupowanie książek, to były rozmowy przy kawie na zapleczu, a potem salon literacki. Sonia w pewnym momencie, kiedy już studiowałem w Warszawie, postanowiła założyć tam salon z prawdziwego zdarzenia i za moim pośrednictwem zapraszała do Starogardu, do swojej księgarni istotne postaci literatury i sztuki. Mnie powierzyła rolę prowadzącego spotkania i to tam właśnie debiutowałem jako prowadzący. Przez kilka lat pojawiali się w Starogardzie: Anna Bolecka, Agata Tuszyńska, Maria Szyszkowska, Antoni Libera, Stefan Chwin (kilkakrotnie), Paweł Huelle (kilkakrotnie), Antoni Jurewicz (kilkakrotnie), Stanisław Rosiek, Mariusz Szczygieł. Ich teksty czytały Ewa Kasprzyk, Zofia Czerwińska. W Atenie odbyło się ostatnie spotkanie autorskie Stanisławy Zawiszanki, Dżonki, poetki, której nagrodę przyznaje się każdego roku przy okazji Targów Książki w Krakowie.
Po spotkaniach przenosiliśmy się na kolację do domu Soni Janikowskiej w Starogardzie lub do letniego domu nad jeziorem, kilkanaście kilometrów dalej. Na szczęście mam te wszystkie spotkania na VHS-ach, powinienem kiedyś przegrać, może powinniśmy w Starogardzie wydać - chociaż na pamiątkę - księgę takich spotkań.
Naprawdę dotkliwie odczułem obecność sklepu odzieżowego w Atenie. Czy to znak czasu? Przy Rynku pojawił się natomiast Empik, którego nigdy w moim mieście nie było. Wielki pusty sklep, pełen ochrony i nielicznych klientów, bezosobowe miejsce na książki.


Zostało parę zdjęć, trochę nagrań, została pamięć, w której wciąż wszystko jest żywe.
Zostały książki kupione w Atenie i podarowane przez jej właścicielkę. Zostały dedykacje pisarzy.
Zostały znaki jak odciski linii papilarnych.
Patrzę w przyszłość. A tak jakby tylko przeszłość była naprawdę ważna.
Patrzę w okno. Winogrona coraz ciężej zwisają z łodyg. Tato poradził mi obciąć liście do czwartego nad kiścią, żeby miały słońce.
Zamykam się w sobie, bo od siódmej każdego dnia z sąsiednich domów ostre wiertła, betoniarki, piły. Dostaję już szału. Codziennie, nawet w niedzielę. Myślę, że właściciele tych domów wyjechali na wakacje. Któregoś dnia, chyba w niedzielę, jedna z sąsiadek nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć o spokój chociaż tego jednego dnia. Byłem jej wdzięczny.
Więc zamykam się w sobie. Otwieram książkę. Tylko przeszłość. Podróż. Czas. Uczta Babette.


Podziel się
oceń
0
0

i nagle rumianek

czwartek, 20 sierpnia 2009 22:00
Jest taki film... Ma tytuł "Purpurowe skrzypce", film, do którego obejrzenia namówiła mnie Ela Czerwińska. Cieszę się, że mnie namówiła, bo nakręcony jest jak dla mnie. Opowiada historię wykonanych przez Stradivariusa skrzypiec, które w kolejnych pokoleniach trafiają do kolejnych właścicieli i miejsc. Wędrują przez historię, czas i ludzi. Opowiadają o sobie i o tych, w których ręce trafiły. Purpurowe, żyjące skrzypce. Nie, nie będę opowiadał treści tego filmu, bo nie chcę wyjawiać tajemnic. Kocham takie opowieści o przedmiotach, bo wierzę w ich moc. To znaczy w siłę opowieści i w siłę i energię przedmiotów. Kiedy chodziłem do szkoły zacząłem zbierać autografy, wierząc w siłę rękopisu, tego jednego, jedynego, oryginalnego znaku pozostawionego przez ludzką rękę. Szybko zrozumiałem, że ten rodzaj kolekcjonerstwa może być piękny. Owszem, pisałem do Gregory Pecka, czy Czesława Miłosza listy z prośbą o autograf, zazwyczaj je dostawałem. Ale szybko też zacząłem szukać różnych dokumentów, rękopisów, dedykacji w bibliotekach, prywatnych archiwach. W ten sposób moja kolekcja powiększała się o autografy Jana Matejki, Jana Kiepury, Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Agathy Christie, Władysława Broniewskiego, Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego, Giulietty Masiny, Marleny Dietrich, Jerzego Szaniawskiego... Do dzisiaj nie mogę się oprzeć tej pasji, pozostawionemu znakowi. Zbieram zostawione przez rodzinę na stole kuchennym karteczki, wycinam wypisany ręką Taty adres na opakowaniu paczki, zawodowe notatki, które z różnych powodów są mi przekazywane. Nie mogę się oprzeć kupieniu wypisanej czyjąś ręką przedwojennej kartki pocztowej.
Próbuję opowiadać sobie historie ludzi, którzy byli nadawcami czy adresatami słów, listów, przesłań.
Przedwczoraj dostałem niezwykły prezent. Przyjaciółka znająca moją pasję podarowała mi francuski modlitewnik, wydany w Paryżu w 1864 roku przez Jacques Lecoffre, Libraire-Editeur przy 90, rue Bonaparte z pięknie wykaligrafowaną piórem dedykacją po francusku: "Pamiątka podarowana mojej drogiej Aline - w święto narodzenia Najświętszej Maryi Panny 8 września 1867.
- Jej matka, która kocha czule, Leontine Goriaux".
Minęło blisko 150 lat od tamtego dnia, kiedy gdzieś we Francji pani Goriaux podarowała swojej córce ten modlitewnik, który dzisiaj mieszka ze mną w Warszawie. Kim była pani Goriaux? Kim była jej córka? Jaką drogę przebyła ta książka? W jakich bibliotekach mieszkała? Kto ją otwierał, żeby się pomodlić? Między stronami 294 a 295 zasuszony kwiat niezapominajki. Taka sama niezapominajka między stronami 370 a 371.
Między stronami 410 a 411 leży zasuszony liść. Kiedy został tam umieszczony? Przez kogo?
Między stronami 458 a 459 zasuszony kwiat rumianku.
Nie, nie zmienię kolejności stron.
Gdzie będzie leżała ta książka za 150 lat? W jaką drogę wyruszy? Jakie opowieści zatrzyma między kartkami?

Podziel się
oceń
0
0

Oczarowania pana Antoniego

niedziela, 16 sierpnia 2009 22:30
"Wyszedłem z kina przed zakończeniem seansu. Drzwi zapasowe wyprowadziły mnie na zaplecze budynku. Znalazłem się na ulicy, której nie umiałem rozpoznać. Wreszcie zorientowany w kierunku ruszyłem piechotą do domu. Co to za miasto? Gdzie jestem? Zszedłem z ekranu filmu amerykańskiego, szedłem ulicami przedmieścia metropolii. Było dość daleko, więc starczyło czasu na rozmyślania. Wszystko było zwyczajne. Wieżowce i kolory świateł ulicznych, sznury samochodów i autobusów, młodzi ubrani w dżinsy, długonodzy i długowłosi trzymający wpół dziewczyny do nich podobne. Zwyczajne w każdym większym mieście Europy, ale nie moje. Dopiero w Alejach Ujazdowskich, w cieniu pachnących już lip, depcząc płyty kamienne chodnika zrytego kulami w powstaniu warszawskim, odnalazłem się, jak ktoś kto zbudzony w podróży, w pokoju hotelowym, wreszcie odnajduje okna na właściwej ścianie, przebiega pamięcią wszystkie ostatnie wydarzenia paru ostatnich dni, aby zorientować się, gdzie się obudził. Pamięć cyrklem wykreśla miejsce na mapie okrętowej o".

Przed chwilą sięgnąłem do biblioteczki i wyjąłem z niej tom felietonów Antoniego Słonimskiego "Ciekawość". I nagle otworzył się ten tekst pt. "Oczarowania". Fragment pamięci, obraz miasta. Związał się z moim dzisiejszym spacerem Nowym Światem, pięknym poszerzonym Krakowskim Przedmieściem. Dawno nie byłem tam na spacerze i zobaczyłem na nowo te wszystkie miejsca, które dobrze znałem. W czasie studiów na dziennikarstwie mieszkałem dosłownie przy Nowym Świecie, przy ul. Okólnik, vis a vis Akademii Muzycznej, z oknami na Ordynacką, na okna mieszkania pani Ireny Kwiatkowskiej.
Nowym Światem spacerował z żoną pan Tadeusz Konwicki, schodził Ordynacką, pod moimi oknami do parku za Akademią Muzyczną.
A potem widywałem pana Konwickiego, pana Holoubka, czasem też pana Morgensterna w kawiarni u Bliklego. Panowie Konwicki i Holoubek byli w niej omal stałymi, codziennymi gośćmi.
Dzisiaj wszedłem na kawę do Bliklego, na obłędny tort Filharmonia (bez mąki, właściwie same orzechy, czekolada i marcepan).
Nie ma już tego stolika. To znaczy stolik jest, ale nie słucha już tych fantastycznych rozmów, dowcipów, anegdot, dykteryjek.

A potem Krakowskim Przedmieściem z przystankiem na wystawę intrygujących rzeźb Igora Mitoraja przy Skwerze Hoovera.
Idę i przechodzę ze świata w inny świat. A to, co przeszłe też jest teraźniejsze. A to, co teraźniejsze też już właściwie jest przeszłe. I to wszystko, co jest pewne.



(rzeźba Igora Mitoraja)


Podziel się
oceń
0
0

Zaproszeni

sobota, 15 sierpnia 2009 18:55
Więc czytam. Od rana mieszkam w powieści Pierre'a Assouline'a "Les invites" ("Zaproszeni"), którą kupiłem w wielkanocne dni w Paryżu. Książka czekała na biurku na swój właściwy czas. I nagle postanowiłem do niej zajrzeć. Teraz żałuję, że zajrzałem tak późno.

Pierre Assouline znany jest polskim czytelnikom głównie z powodu powieści "Klientka". Podejmowała ona temat francuskiej kolaboracji. Oto pisarz pracujący nad biografią znanego autora (sam Assouline jest we Francji cenionym autorem wielu biografii) znajduje w archiwach donos na spokrewnioną z nim żydowską rodzinę kuśnierzy. Donos ten złożyła ich stała klientka. Powieść ta zrobiła kiedyś na mnie wrażenie, ale Assouline zostaje dla mnie przede wszystkim autorem fantastycznego bloga literackiego, uaktualnianego właściwie codziennie na stronach "Le Monde'a" (przekierowanie w linkach obok). Od tego bloga jestem uzależniony i często kieruję się nim wybierając lektury.
Nic więc dziwnego, że kiedy w Święta we Fnacu zauważyłem nową powieść Assouline'a "Les invites", musiałem ją kupić.
Więc czytam.

To książka, która zachwyci zarówno wielbicieli "Uczty Babette" (Assouline nie krył w wywiadach inspiracji) jak i "Dyskretnego uroku burżuazji". Chociaż to z "Ucztą Babette", mam wrażenie, ma najwięcej wspólnego.
Assouline opowiada historię jednej kolacji. Oto Madame du Vivier, zwana Madamedu, mieszkająca z mężem w bogatej siódmej dzielnicy Paryża, słynie z wydawania mistrzowskich przyjęć dla swoich burżuazyjnych gości. Tak jest i tego wieczora, o którym opowiada powieść. Madamedu zaprosiła dwanaście osób z paryskiej elity, wśród nich są znany pisarz, członek Akademii Francuskiej, renomowany prawnik, finansista z żonami. Trwają przygotowania do kolacji. Madamedu dogląda wszystkiego, bo swoje kolacje traktuje jak własny teatr, są dla niej komedią francuską samą w sobie. Pamięta o przygotowaniu bilecików, o właściwym usadzeniu przy stole, o odległości, jaka powinna być zachowana pomiędzy jednym a drugim nakryciem itd. Te kolacje są jak jej własna sztuka. A że Madamedu jest perfekcjonistką, więc jej kolacje cieszą się wielkim powodzeniem. Jednak okazuje się, że przez pomyłkę Madamedu zamiast dwunastu zaprosiła trzynaście osób. Zupełnie nie wie, co robić. Uważa, że nie do przyjęcia jest siadanie do stołu w trzynaście osób. Wtedy któryś z gości proponuje zwiększenie liczby osób przy stole do czternastu. Sugeruje, aby jako czternasta usiadła służąca Madamedu, urodzona w arabskiej rodzinie w Marsylii Sonia. Dla gości Madamedu to właściwie początek zabawy. No bo jak zachowa się przy tym wykwitnym stole, w tak zacnym towarzystwie arabska służąca, choćby od urodzenia mieszkała we Francji? Spodziewają się doskonałej zabawy. Nie wiedzą, że Sonia to jedna z najinteligentniejszych kobiet, jakie przyjdzie im spotkać w życiu, że jest olśniewająca, że pisze na Sorbonie doktorat z historii sztuki. Nagle ich wyuczone, wielokrotnie powtarzane rozmowy i frazy, odniesienia do literatury i filozofii stają się więcej niż trywialne. Obecność Sonii przy stole ich obnaża. Pokazuje małość. Tylko ona wydaje się być naprawdę interesująca. Ale jest to tylko jeden z poziomów tej powieści. Bo przecież nie chodzi jedynie o gości przy stole. Sam Assouline mówił w wywiadach, że napisał powieść o jakości przyjęcia w kraju, o jakości przyjęcia we Francji, mającej problem z emigrantami. Tutaj znów przegląda się w "Uczcie Babette", bo francuska mistrzyni kuchni Babette, która trafia do skandynawskiej, rybackiej i protestanckiej wioski, w momencie wydania kolacji w domu córek pastora, jest właśnie tym, kim Sonia w powieści Assoulina. Jest obcą. Sonia, mimo francuskiego obywatelstwa też ciągle czuje się obcą. Więc "zaproszeni" to "obcy". Oczywiście, portretując przedstawicieli burżuazji, z humorem, nie bez ironii, pokazuje Assouline ich wady, ich niemożność, ich myślowe zamknięcie i ograniczenie. Przeglądają się w sobie, ale przeglądają się też w Sonii. Tutaj niejako każdy dla każdego jest krzywym zwierciadłem. Ta kolacja to jest swoisty gabinet luster. Powieść otwiera motto z George'a Steinera, według którego zaproszeni uczą się języka gospodarzy, ale starają się mówić lepiej niż oni.
Myślę, że ta powieść jest właśnie o takim wysiłku.
Pokazuje Assouline społeczeństwo francuskie okrutnie, a robi to przecież subtelnie, w powieści, której akcja to właściwie jeden wieczór, jedna kolacja, jedno miejsce. Wszystko rozgrywa się przy wykwintnie nakrytym stole, w blasku świec.
Książka napisana jest kunsztownie, właściwie w balzakowskim stylu. Mimo to jej konstrukcja przypomina sztukę teatralną, bo napisana jest w trzech aktach.
To przede wszystkim powieść o sztuce życia. Któryś z recenzentów napisał, że dla Assoulina sztuka powieści to sztuka otrzymywania. Zaś Assouline w jednym z wywiadów przywołał słynne zdanie Picassa: "Ja nie szukam, ja znajduję".

Więc wracam do rozmowy przy stole. Zrobiłem tutaj tylko małą przerwę na kieliszek koniaku, czyli wpis do bloga, ale słyszę już rozemocjonowane głosy przy stole. Nie opuszczę tej kolacji przed deserem. Nie zostawię tej książki przed wyjętą z pieca miseczką z "creme brulee".



PS: Polecałem tutaj kiedyś znakomitą francuską powieść "Alabama Song" G. Leroya, niedawną laureatkę nagrody Goncourte'a, powieść o małżeństwie Zeldy i Scotta Fitzgeraldów. Polecam raz jeszcze, bo powieść już wyszła w Polsce.

Podziel się
oceń
0
0

Papuga chińskiej kurtyzany

czwartek, 13 sierpnia 2009 17:58
Próbuję wrócić do rzeczywistości, ale to nie jest takie łatwe, po dziesięciu dniach w innym wymiarze. Wciąż wracam do Karen Blixen, podczytuję "Pożegnanie z Afryką", mimo że przeczytałem na wakacjach, po raz kolejny obejrzałem też film według tej powieści, tym razem zauważając różne, nawet spore różnice pomiędzy książką a filmem. Rola Meryl Streep wciąż jednak pozostaje niezapomniana. Przeczytałem książkę Jeana-Noela Liauta "Karen Blixen. Afrykańska odyseja", ale to prawdę mówiąc wstrętna książka i biografia, pełna złośliwości, cynizmu, pisana z niechęci do Blixen. W sumie jej lektura była dla mnie smutna, bo gdyby chociaż jej autor miał w połowie taki talent, co Blixen, to może bym i umiał go usprawiedliwić, ale książka napisana bez pasji, bez emocji, jak rozprawka, właściwie ma się wrażenie, że niczego nowego nie odkrywa, nie pobudza do myślenia. W sumie licząca na to, że nazwisko Blixen znajdzie jej czytelników. Na nic więcej.
Czytam zawsze podziękowania autorów książek, nie wiem, dlaczego, ale mnie to jakoś pasjonuje. I te podziękowania właściwie o książce mówią wszystko: "(...) i memu przyjacielowi, Guy Dupremu, za porady dotyczące lektur o syfilisie".
Komentarz niepotrzebny, bo naprawdę nic więcej tego autora nie interesowało w biografii Blixen.
Przygnębiają mnie takie książki. Czytam, żeby mnie coś pobudzało, dawało do myślenia, żebym mógł się różnym sprawom i postaciom przyjrzeć inaczej, czytam, żeby coś czasem zabolało, a czasem ucieszyło. Czytam, żeby uciekać i żeby wracać. Czytam, żeby być. Po takiej książce jak "Afrykańska odyseja" nic nie czuję poza niesmakiem. Zmarnowane czas i energia.
No, ale już ciszej nad tą książką.
"Pożegnanie z Afryką" nie wychodzi z głowy.
To jak opowiadanie baśni tysiąca i jednej nocy. Na przykład opowieść o papudze. Oto, stary duński armator wspomina swoją młodość, i noc, którą spędził w burdelu w Singapurze, mając szesnaście lat. Ta noc przebiegła mu nie na kupionej miłości, a na rozmowie ze starą Chinką. Kiedy dowiedziała się, że przybył z daleka, przyniosła swoją starą papugę. Dawno temu dostała ją od swojego kochanka, zamożnego Anglika. Papuga mówiła słowa w wielu językach, bo słuchała słów - pieszczot klienteli singapurskiego burdelu. Ale mówiła też wiersz w języku, którego nikt nie znał. Tego wiersza nauczył papugę ów Anglik jeszcze przed podarowaniem jej chińskiej kurtyzanie. I teraz, stara Chinka, kiedy pojawiał się ktoś z daleka, pytała swoich klientów, czy identyfikują język z wiersza papugi i czy są w stanie go dla niej przetłumaczyć. "Propozycja zrobiła na chłopcu głębokie i dziwne wrażenie". Okazało się, że to klasyczna greka, którą ten chłopak znał. Papuga mówiła wiersz Safony:

Zaszedł już księżyc i zgasły
Plejady, północ mija,
godziny płyną wolno,
a ja spoczywam sama.
(tłum. Janina Brzostowska)

Stara Chinka słuchając tego wiersza oblizywała wargi. "Poprosiła go o powtórzenie i słuchając kiwała głową".

Autobiograficzna książka Karen Blixen pełna jest takich opowieści o ludziach i zdarzeniach i jest jedną z tych lektur, które potrafią wystarczyć za całą bibliotekę.

Wracam do wakacji w Grecji, oglądam zdjęcia, przypominam sobie smaki, zapachy, pejzaże, pomrukiwania kotów, chrapanie cykad, opowieści schowane w książce Karen Blixen.



(Preveli)



(Preveli)



(żółwie w zaroślach dopływu rzeki rezerwatu Preveli)



(koci sen na kamieniach dziedzińca klasztoru Preveli)



(jednooki kot w Panormo; koty towarzyszyły mi w czasie całego pobytu na Krecie).

Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 800  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl