Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Uwiedzeni

niedziela, 31 sierpnia 2008 14:48
Wróciło słońce. Mam nadzieję, że to nie są ostatnie promienie tego lata. Cieszę się, że pogoda wraca, bo w ramach Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu pokazujemy dzisiaj plenerowy spektakl rosyjskiej klaunady Licedei, w Amfiteatrze Wolskim. Wczorajszy spektakl Noli Rae też miał elementy klaunady. Bartek Ostapczuk, szef Festiwalu zapowiadając artystkę powiedział, że Nolę Rae charakteryzuje to, że jest niesamowita. To prawda. Fantastyczna energia, dające do myślenia one-woman-show i publiczność, która współtworzyła ten spektakl. Nola Rae bez jednego słowa wciągnęła publiczność do zabawy, zapanowała nad nią tak, jak tylko najwięksi mistrzowie potrafią. "Exit Napoleon pursued by rabbits" to opowieść o tyranach, którzy zazwyczaj są niskiego wzrostu. To opowieść o paranoi władzy. Początek spektaklu lekki, zabawny, jakby wyrósł z "Przygód Dobrego Wojaka Szwejka", po chwili odsłonił drugi temat, bliski "Karierze Nikodema Dyzmy", by w końcu ubrać te postaci w dużo ostrzejszy kostium aż zaczęły siać grozę. Nola Rea weszła w psychikę tyrana, paranoika, odsłoniła ją pokazując okrucieństwo i mechanizm zła. Nagle, stojąc za polowym łóżkiem zamienionym w mównicę, przylepiając wąsy Adolfa H., stojąc w czerwonym świetle, kiedy zza mównicy wydobywał się dym, Nola Rae zamieniła się w największego tyrana i największego paranoika -  jego gesty,  ruch rąk były idealnie zsynchronizowane z odgłosami sztukasów, zrzucanych bomb, wystrzałów z karabinów, świstu kul. Paranoik-kurdupel dyrygował tą przerażającą orkiestrą przeżywając uniesienie. Dyrygował swój orgazmiczny koncert zniszczenia.

Wciąż mam tę scenę przed oczami. Opowieść o tyranii i paranoi ubrała Nola Rae w kostium klauna. Może dlatego dzisiaj myślę o tym spektaklu nawet więcej niż wczoraj, kiedy wróciłem z teatru.



(Nola Rae jako tyran i paranoik)

Czytałem w "Dzienniku" tekst o powieści "Łaskawe" Jonathana Littella, która za miesiąc ukaże się również w Polsce. Powieść odniosła wielki sukces we Francji i otrzymała nagrodę Goncourtów i Akademii Francuskiej, zdarzyło się to dopiero drugi raz w dziejach obu tych nagród. "Łaskawe" to opowieść o ludobójstwie z punktu widzenia oficera SS. Poniżej fragment tekstu Assafa Uni z "Dziennika":

"Moi bracia ludzie, pozwólcie, że opowiem wam, jak to było" - brzmi pierwsze zdanie książki. I Littell opowiada, przedstawiając wyimaginowane wojenne wyczyny Obersturmbannfuehrera Maximilliana Aue, w tym także drastyczne opisy likwidacji Żydów w polskich i ukraińskich wioskach, rzezi w Babim Jarze, walk na froncie rosyjskim i bitwy pod Stalingradem, okupowanej Francji i zbombardowanego Berlina. Obrazy te przywołuje ze swojej pamięci Aue, który przeżył wojnę i mieszka na południu Francji.

Jeśli chodzi o życie prywatne Aue’ego, które obejmuje namiętną miłość do siostry bliźniaczki oraz skomplikowane stosunki z matką i kolegami z SS, to nazistowski oficer cierpi na poważne luki w pamięci. Podczas wojny Aue spotyka postaci historyczne takie jak Adolf Eichmann, z którym toczy dyskusję na temat Kantowskiego imperatywu kategorycznego. Spotyka nawet Hitlera, którego gryzie do krwi w nos. Są też jednak postaci zmyślone. Bohaterowie i wydarzenia składają się na historyczny fresk ukazujący reżim nazistowski, niemiecką kulturę i wojenną Europę.

Littell przychodzi na spotkanie do kawiarni koło jego hotelu w sportowym garniturze, pod który włożył czarny podkoszulek z białym napisem "I would prefer not to" (Wolałbym nie). Jest to dopiero jego trzecia wizyta w Berlinie, a przecież powieść w dużej części rozgrywa się właśnie w stolicy III Rzeszy. Siedzi twarzą w stronę Gendarmenpark i próbuje zamówić cortado, espresso z odrobiną mleka, popularne w krajach hiszpańskojęzycznych. Dwie minuty później podają mu duży dzbanek gorącego mleka i odrobinę kawy. - Joder [hiszpańskie przekleństwo], tutaj tego nie dostanę - Littell mówi po angielsku znacznie mniej wykwintnie niż po francusku, w czym nie ma chyba nic zaskakującego.

Tłumaczy mi, skąd wziął się pomysł na książkę: "Kiedy byłem młody, fascynował mnie front rosyjski, a potem wszystko to jakoś się połączyło z innymi doświadczeniami mojego życia. Pierwotnie zamierzałem napisać o niemieckim żołnierzu biorącym udział w walkach z Rosją. Holocaustu w ogóle miało nie być. Od początku wiedziałem, że powieść będzie napisana w pierwszej osobie. Kiedy zacząłem zagłębiać się w ten temat, skupiłem się na SS i ich spojrzeniu na rzeczywistość. SS zajmowała się głównie eksterminacją Żydów, więc książka w sposób naturalny poszła w tym kierunku".

Ale to jest właśnie kluczowe pytanie: dlaczego wybrał pan na swojego bohatera oficera SS? Dlaczego "udzielił pan głosu sprawcom", jak to ujął Lanzmann?

"Generalnie sprawcy interesują mnie znacznie bardziej niż ofiary, ponieważ to oni są aktywni i zmieniają rzeczywistość. Ofiarę łatwo jest zrozumieć: dzieje się jej coś strasznego i reaguje odpowiednio do tego. Ale nie ma tutaj nic do zbadania i zrozumienia. Sprawca jest trudniejszy do zrozumienia, tak samo jak machina, w której funkcjonuje. Udzielając głosu sprawcy, można dowiedzieć się czegoś, co wpłynie na nasze spojrzenie na dzisiejszy świat".


Cały tekst można przeczytać tutaj:

http://www.dziennik.pl/kultura/ksiazki/article230026/Holocaust_oczami_oficera_SS.html

Wpisałem tę powieść na listę książek, które chcę przeczytać w pierwszej kolejności. Pisałem tutaj niedawno o nowej powieści Anny Boleckiej "Uwiedzeni", która wciąż czeka na wydanie. To powieść poruszająca ten sam temat, odsłaniająca anatomię zła z punktu widzenia sprawców. Jestem ciekaw jak powieści Littella i Boleckiej zostaną przyjęte w Polsce.

Moja lista lektur coraz bardziej się wydłuża, obiecuję sobie, że za porządne czytanie zabiorę się po 7 września, po pokazie "Kochanego syna" - monodramu Ani Mentlewicz, który przygotowuję z Elżbietą Czerwińską - w Częstochowie. Zbieram myśli przed dzisiejszą próbą. Coraz mniej czasu. Najważniejsze, by się wyciszyć tak, aby zauważyć to, co wciąż jeszcze ukrywa się między słowami.


Podziel się
oceń
0
0

Konfitura

piątek, 29 sierpnia 2008 18:16
Pierwsze od dawna wolne popołudnie. Postanowiłem wrócić do domu spacerem, w połowie drogi, wciąż daleko od domu, zerwała się chmura. Człapałem po kostki w wodzie, mokry jak kura, kiedy dotarłem do domu czułem się jak Shirley Valentine, która po latach spotyka Marjorie Major. Włosy jak strąki... pamiętacie?
W domu natychmiast stopy do gorącej wody z solą (coś mi się przypomniało albo ubzdurało, że tak trzeba), gorąca herbata z konfiturą z pomarańczy. Dużo lepiej.
Włączyłem płytę Wiery Gran, śpiewa "La vie en rose"... Śpiewa po polsku. Wyjadam konfiturę. Lekko cierpka skórka pomarańczy. Właśnie tak. Takie wolne popołudnie polecam. Stos książek koło łóżka kusi.
Ostatnie dni to kompletne szaleństwo. W Teatrze festiwal, spotkania, poza tym próby z Elą, przygotowania do wrześniowego zdarzenia pod hasłem "Drogi Piotra Łazarkiewicza", które odbędzie się we wrześniu w Gazecie Wyborczej, Teatrze Na Woli i Jadłodajni Filozoficznej. Przygotowujemy m.in. książkę pod takim samym tytułem.
Następna próba z Elą w niedzielę. Zrobiliśmy małą przerwą, wierzę, że Ela powtarza tekst w Nieborowie. To już ostatni etap prób. Został nam właściwie tydzień, ustawienie świateł, wypracowanie rytmów, tempa, właściwe rozłożenie akcentów. Na tym etapie, w monodramie, reżyser już niewiele może pomóc. Spektakl jest właściwie zestawiony, możemy tylko powtarzać, powtarzać, utrwalać zmiany, które cały czas dochodzą. Teraz Ela musi przepracować w sobie, przefiltrować przez siebie.
Wierzę w nią bardzo. Wczorajszą próbę Elę opisała na swoim blogu, rzeczywiście nie było łatwo, rzeczywiście moja mina musiała zdradzać, co myślę i czuję. Po próbie Ela prosiła Andrzeja, reżysera świateł: "Nie wychodź, zostań, bo Remek mnie zabije". Oczywiście nie zabiłem, nawet nie usiłowałem.
Kolejny kawałek konfitury. Dużo, dużo lepiej.
W Teatrze międzynarodowo, artyści z wielu krajów, międzynarodowa publiczność, dyrektorzy zagranicznych festiwali. Dzisiaj poznałem diwę sztuki mimu z Wielkiej Brytanii, Nolę Rae, która jutro pokaże swój monodram "Exit Napoleon..." Tłumaczyłem menu w bufecie i pomogłem zamówić zupę grzybową i gołąbki... Ta i tamta strona teatru. Ta i tamta strona bufetu. Ta i tamta strona rampy. Światy, które się przenikają, ale jednak, kiedy siedzę w fotelu, tam, po drugiej stronie, kiedy czekam na początek spektaklu, kiedy gaśnie światło by po chwili zapalając się na nowo wyczarować bajkę, zapominam, że artyści też są ludźmi... W czasie trwania spektaklu istnieją dla mnie tylko po tej magicznej stronie.
Ostatni kawałek pomarańczy. Cierpka ale pyszna.
Wiera Gran śpiewa "Fernando"...
Pierwsze od dawna wolne popołudnie.
Deszcz pada.
Wiera Gran śpiewa jeden ze swoich największych szlagierów "Trzy listy".
Napisać list...


Podziel się
oceń
0
0

Marcel Marceau

wtorek, 26 sierpnia 2008 23:26
Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu to wielkie święto Teatru Na Woli, chyba najważniejsze wydarzenie, na które czekamy. Jest też świętem, na które czekają widzowie. Zdarza się, że na godzinę przed spektaklem ustawiają się przed kasą ogromne kolejki. Dzisiaj obejrzeliśmy etiudy Szkoły Współczesnej Pantomimy, która zaczęła działać w teatrze, etiudy w wykonaniu zarówno jej "studentów" jak i mistrzów: Gregga Goldstona, Lorie Heald, Ricka Wamera i Bartłomieja Ostapczuka. Etiudy uruchamiające wyobraźnię, pełne fantastycznych pomysłów. Nie będę ukrywał, że zachwycił mnie absolutnie chyba jeden z najsłynniejszych mimów świata, Amerykanin Gregg Goldston, o którym Marcel Marceau powiedział, że jest dla Ameryki tym, czym Marceau dla Francji. Jego etiudy o człowieku, który jest więźniem własnego kapelusza, albo o człowieku, który zostaje porwany przez parasol, a zwłaszcza fascynująca artystycznie etiuda o orkiestrze i jej instrumentach, w której Goldston wciela się zarówno w muzyków jak i ich instrumenty, są bez wątpienia koncertem mistrzowskim. To, co Goldston robi ze swoim ciałem to nawet więcej niż walka z biologią, prawami natury, grawitacją. Goldston to czarodziej absolutny kochany przez publiczność i wzbudzający jej zachwyt. W ostatniej z etiud wystąpił z Bartłomiejem Ostapczukiem, dyrektorem artystycznym Festiwalu, naszym kolegą z teatru, znakomitym i niezwykle utalentowanym mimem, który ma nie tylko doskonale opanowaną sztukę ale też charyzmę i poczucie humoru. Spółka Goldston-Ostapczuk zakończyła spektakl podnosząc widzów z foteli. Nagrodzono ich owacją na stojąco. I kiedy już wydawało się, że spektakl się skończył, kiedy artyści wyszli do ukłonów, na scenę zjechał wielki ekran, przygasło światło a na ekranie pojawiły się zdjęcia największego mima w historii tej sztuki, Marcela Marceau. Stary, umalowany, uśmiechnięty mim ze sfatygowanym cylindrem, z czerwonym kwiatkiem... Sfotografowany również na scenie Teatru Na Woli, gdzie gościł w ramach odbywającego się tu Festiwalu. I nagle Marceau ożył, zdjęcia zamieniły się w film, na którym obejrzeliśmy fragmenty słynnych etiud. Zobaczyliśmy Marceau komicznego, publiczność śmiała się, by po chwili napiąć mięśnie, spoważnieć, posmutnieć, zdać sobie sprawę z ulotności tej sztuki i z ulotności życia. Marceau zatrzymał się w kadrze. Zmultiplikował. A potem oddalał się, oddalał, aż zniknął za ekranem. Pozostało krzesło, na nim niewielka tekturowa walizka, sfatygowany cylinder, czerwony kwiat, a pod krzesłem białe puenty. Marcel Marceau zmarł przed rokiem. A jednak był dzisiaj z nami. Znów bawił. Porusza mnie pomalowana na biało twarz tego starego człowieka. W naszej kawiarni w Teatrze wiszą wielkie fotografie Marceau, których autorem jest Gregg Goldston, a które zamienił w nieśmiertelne grafiki Bogusław J. Lorenc. Lubię tamtędy przechodzić i na nie patrzeć. Lubię patrzeć w oczy staremu mimowi, który wygląda tak, jakby poznał tajemnicę świata. Próbuję ją dostrzec, ale jest równie nieuchwytna jak sztuka, której był Mistrzem.


Podziel się
oceń
0
0

Zagraj pogłos

poniedziałek, 25 sierpnia 2008 23:47
Czuję się dzisiaj uczciwie zmordowany. Rano nagranie w radiu, potem teatr, później próba z Elą. All day long właściwie bez przerwy. Pięknie tak przeżyć dzień. Na próbie Ela rozbawiła mnie kilka razy, najpierw stwierdzając, że rozumie, ale brakuje jej trzeciej ręki, później po półtoragodzinnej próbie krzycząc omal: "A, mam to zagrać?!" i w końcu, kiedy powiedziałem, że mikrofon powinien mieć pogłos, ale nie wiem, czy będziemy to mogli zrobić technicznie zaproponowała: "Mogę zagrać pogłos". Myślę, że to cudowne zadanie aktorskie: zagrać pogłos.
Te próby dają nam wiele radości i satysfakcji i jest to praca i doświadczenie, których nikt nam nie odbierze. Codziennie idziemy krok, dwa kroki do przodu, odkrywamy coś, czego wcześniej nie zauważyliśmy. Ela wygląda w naszym spektaklu mniej więcej tak:



 


(wizerunek to zasługa Ewy Kowalewskiej, która nam bardzo pomogła w stworzeniu tej postaci).

Walczymy.

Odreagowuję teraz pijąc czerwone włoskie wino, słuchając piosenek Charles'a Dumonta, przypominając sobie Paryż. Przed chwilą przeczytałem bloga Pierre'a Assouline'a, który zachęca (i to jak!) do przeczytania książki afgańskiego pisarza Atiqa Rahimiego "Syngue Sabour" o kobiecie zajmującej się nieprzytomnym, sparaliżowanym mężem, o spowiedzi, jaką przed nim czyni, o sekretach, które może mu wyjawić. Wciąż robię listę książek do przeczytania, mimo że przy łóżku leży stos kupionych wciąż czekających na lekturę. A na tej liście do kupienia, np. "Dwa życia. Gertruda i Alicja" o Gertrudzie Stein i Alicji Tokles. Do przeczytania zachęciła mnie recenzja w TVP Kultura. Na tej liście m.in. "Czerwona sofa", powieść, która zrobiła we Francji furorę, w Polsce ma wyjść we wrześniu, historia kobiety, która odbywa podróż na Syberię, gdzie jest jej mąż. Z recenzji wiem, że w powieści pojawia się Anna Prucnal. A to wystarczająca dla mnie zachęta. Ta lista książek do przeczytania jest coraz dłuższa, mimo że starannie dobieram lektury i kupuję książki już po zapoznaniu się z recenzjami. Marzę teraz, żeby odpocząć, ale mobilizuję się, jeszcze do 7 września, bo wtedy Ela pokaże monodram "Kochany synu" w Częstochowie.


Podziel się
oceń
0
0

koło Mózgowa

niedziela, 24 sierpnia 2008 22:50
Dzisiaj będzie blog fotograficzny, bo jest późno, a mam jeszcze kilka zadań dla siebie. Wyskoczyłem na weekend na Mazury do malowniczej miejscowości... uwaga!... Trupel. Niedaleko jest też miejscowość Mózgowo. Choćby ze względu na nazwę, powinni tu osiąść autorzy kryminałów, np. pani Joanna Chmielewska. Miałaby taki adres pocztowy:
Joanna Chmielewska
Trupel k. Mózgowa
Uważam, że to piękne!

Sam jeszcze wczoraj o tej porze, oglądałem w Truplu horror "Kostnica"...  A potem zeszliśmy z latarką nad jezioro, w środku lasu, absolutna ciemność, zupełna izolacja od świata, gwiazdy jak na wyciągnięcie ręki. I jakiś mieszkaniec strychu - zwierz, który przez całą noc próbował przegryźć ścianę...

Zdjęcia z Trupla:


















Podziel się
oceń
0
0

Zawsze fragment

czwartek, 21 sierpnia 2008 22:02
Każdy dzień to dziesiątki małych spraw do załatwienia, lubię stawiać fajeczki przy sprawach, które udało się rozwiązać albo doprowadzić do końca. Może po prostu lubię się krzątać, nawet jeśli czasem przypomina to dreptanie dokoła. I nigdy nie zadaję sobie pytania: po co? Tylko stawiam plus po plusie wierząc, że pozytywna energia się kumuluje. Wierzę w energię.
Odczuwam satysfakcję, kiedy widzę, że praca nad rolą daje Eli satysfakcję, podobnie jak pisanie bloga. Widzę, że to sprawia jej frajdę. Więc i ja mam frajdę.
Dzisiaj pracowaliśmy nad finałem sztuki. Przez cały tydzień pracowaliśmy partiami, analizowaliśmy fragment po fragmencie, ubieraliśmy słowa w gesty, emocje, dodatkowe znaczenia. Dzisiaj, kiedy w finale Ela założyła płaszcz, kiedy wzięła do ręki torebkę i kiedy zobaczyłem tę samą zwyczajną staruszkę jak na początku sztuki, miałem ciary. Coś mnie nagle dotknęło w tym finale, w opowieści, która zatoczyła krąg, kiedy Maja wyglądała tak samo jak na początku spektaklu, a jednak nie, bo przed chwilą przestała nam opowiadać swój los. Było w tym coś dotkliwie bolesnego, wzruszającego. Więc warto było, nawet gdyby miało wzruszyć tylko mnie. Jesteśmy z tą postacią od wielu miesięcy, najpierw przygotowując wersję dla telewizji, a potem całkowicie zmieniając założenie i temat, a jednak zostając w tej samej sztuce, w tej samej historii, w tej samej postaci. Wciąż ją poznajemy i coraz bardziej lubimy. Pilnuję, żeby nie wymknęła się nam spod kontroli. Staram się trzymać rygor. Ale przede wszystkim szukać prawdy. I to, co jest piękne, to bezgraniczne zaufanie Eli, co mnie czasem przeraża, ale jeśli Ela wierzy, że mam rację, to ja też muszę w to wierzyć, a przecież próbuję, nie wiem, szukam...
Niedługo pokażemy spektakl w Częstochowie. Pracujemy, nie marnujemy żadnego dnia. Ważne, by każdy kolejny dzień był spełniony.

Jutro w Teatrze Na Woli premiera Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Zobaczymy spektakl "Gastronomia", opowieść o kucharzu, który zakochał się w kebabie. Bardzo jestem ciekawy tego spektaklu po ubiegłorocznym "Science Fiction", które pamiętam do dzisiaj, z którego sceny wciąż mam przed oczami. Wierzę w niezwykłą wyobraźnię artystów tego teatru. Nie mogę się doczekać.

W teatrze pracujemy właśnie nad wrześniowym wydarzeniem pod hasłem "Drogi Piotra Łazarkiewicza. Kierunek: Teatr", w ramach którego zaprezentujemy dwa ostatnie spektakle teatralne, które wyreżyserował, a także kilka spektakli Teatru TV i kilka słuchowisk radiowych. W ciągu jednego tygodnia poza prezentowanymi u nas spektaklami również pokaz filmu Piotra w "Gazecie Wyborczej", pokaz jego dokumentu "Fala" w Jadłodajni Filozoficznej, a także pokaz "0-1-0" w Gdyni. To będzie Piotra tydzień. My przygotowujemy także publikację z omówieniem dorobku Piotra, książkę pt. "Drogi Piotra Łazarkiewicza". Wczoraj minęły dwa miesiące od śmierci Piotra. Wciąż nie mogę uwierzyć. Wciąż wydaje mi się, że Piotr jest z nami. Wciąż Piotra numer mam w swojej komórce. Wydaje mi się, że wystarczy go wybrać...
Wczoraj Dorota Wyżyńska przysłała mi pełne CV Piotra, które przesłał jej przed rokiem, bo może się przydać... Tym CV zamkniemy planowaną książkę. Pamiętam czytanie mojej sztuki w Gdyni,w  Klubie Ucho, które Piotr reżyserował. Zostaliśmy zakwaterowani w hotelu nad samym morzem, zdaje się był to hotel "Gdynia". Tak się złożyło, że kiedy wróciliśmy do hotelu po czytaniu i długiej, burzliwej dyskusji, okazało się, że w hotelu jest studniówka. Na pewno nie można było odpocząć ani spać. Zeszliśmy na dół, do baru i długo gadaliśmy. Piotr siedząc przy barze, opierając łokcie o blat palił papierosa za papierosem... Taką scenę sobie teraz przypomniałem. Kiedyś w wypowiedzi dla Gazety Wyborczej mówił: 

Niezapomniane wakacje...przeżyłem też na Cyrhli. Kiedyś pojechaliśmy tam dużą grupą. Zabraliśmy nasze mamy, siostrę mojej żony z córką, Jurka Bogajewicza z ojcem i wynajęliśmy cały dom. Spędziliśmy tam święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. To był fantastyczny czas - jakiegoś kompletnego luzu i szczęścia. Mój syn grał na klarnecie, córeczka śpiewała, a Jurek ani na chwilę nie rozstawał się z kamerą i wszystko to filmował. Chętnie bym teraz obejrzał te taśmy.

(z wypowiedzi udzielonej Dorocie Wyżyńskiej)

Fragmenty... Czy one są wszystkim, co zostaje?


Podziel się
oceń
0
0

Fuga X

środa, 20 sierpnia 2008 22:47
W teatrze inauguracja Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu, piękny spektakl japońskiej grupy Derashinera Company "Fugue X" w reż. Shyuji Onodera, choć w klimacie bardzo kafkowski, to jednak niekafkowsko zabawny, pełen poczucia humoru. Dopracowany bardzo, bardzo precyzyjnie. Przyjęty owacyjnie. Lubię spektakle pantomimy, bo działają na wyobraźnię może bardziej niż teatr rozumiany tradycyjnie. Uczą cierpliwości. Wymagają większego skupienia. A teatr to dziś już chyba jedyne miejsce wymagające skupienia, wyłączonego telefonu. Ostatnia wyspa.
Wróciłem bardzo zadowolony, zwłaszcza, że teatr odświętny, międzynarodowa, wielojęzyczna widownia, panie w tradycyjnych japońskich kimonach. Piękny wieczór.

Przed spektaklem próba z Elą, która znów dała nam dużo satysfakcji. To niesamowite nagle znów coś odkryć, zobaczyć wyraźniej, usłyszeć. Cieszę się, że Ela daje z siebie tyle energii i serca. Cieszę się też, że zdecydowała się pisać bloga, który jestem pewny będzie uzależniał. Mnie już uzależnił.

Teatr -ucieczka. Cały dzień innym światem, innym życiem. Nie wiem, co się działo w polityce, nie wiem, co się stało. Cały dzień światem wyobraźni. Ucieczka. Ale bez strachu, nie tak jak ucieczka bohatera japońskiego spektaklu "Fugue X".

A kiedy wracałem do domu myślałem o tym, żeby otworzyć komputer, zalogować się do bloga i jeszcze chwilę nie myśleć o niczym innym tylko o teatrze, żeby jeszcze tutaj ukryć się na chwilę, przedłużyć ten czas poza rzeczywistością. Poza tym bloga piszę już organicznie, tak jak piję kawę zaraz po przebudzeniu. Piszę od sześciu, czy siedmiu lat, w miarę regularnie, pisanie bloga stało się już moim nawykiem, potrzebą, uzależnieniem. Moją Nescą.


Podziel się
oceń
0
0

Cisza

wtorek, 19 sierpnia 2008 20:15
Wróciłem z teatru, z pracy, z próby i czekam na ostatni odcinek serialu Feliksa Falka "Twarze i maski", powtarzanego na TVP Kultura, serialu o teatrze, graniu, o aktorach i ich życiu. Przypominam go sobie, bo oglądałem przed laty, jeszcze przed emisją dostałem na VHS-ie, przygotowując się do wywiadu z panem Feliksem Falkiem. Z całego serialu najbardziej zapadł mi w pamięć wątek dotyczący starego aktora, który chce osiągnąć mistrzostwo poprzez maksymalną ciszę. Uważa, że w ciszy zawiera się najwięcej. Uważa, że cisza jest najpiękniejszym i najpełniejszym teatrem. W czasie spektakli wydłuża pauzy niemiłosiernie, coraz bardziej przeszkadzając grać partnerom. W ogóle znana sprawa w teatrze, że partnerzy przeszkadzają. Aktor zapada się w sobie. W swoim odczuciu gra swoją największą rolę. Jednak spotyka się to z totalnym niezrozumieniem. Zostaje zmuszony do przejścia na emeryturę, bo przecież - zdaniem kolegów - coś jest nie tak.

Cisza w teatrze, jeśli trwa, potrafi być ciężka jak burza. Im dłuższa cisza, tym większe jest miejsce dla widza, dla jego wyobraźni, dla jego cierpliwości, dla jego własnej gry. Jakby scena i rampa przestawały mieć podział. Jakby nie istniała granica.

Pan Erwin Axer w swojej książce "Z pamięci" pisał o aktorce Elizabeth Bergner: "W pewnej chwili została sama na scenie. Przez pięć, może nawet przez dziesięć minut nie odezwała się ani jednym słowem. Nie uczyniła gestu. Nie zmieniła w znaczący sposób sytuacji. Nie obwiodła wzrokiem sceny, nie szukała miejsc związanych z rozegraną już akcją, by w ten sposób dać do zrozumienia, o czym myśli. A jednak znałem jej myśli; od początku do końca nieskończenie długiej pauzy. Wydawało mi się, że słyszę, co myśli. Z niczym podobnym nie spotkałem się przedtem ani potem. Nie mam pojęcia, jak to robiła. Po prostu myślała. Miała bardzo duże oczy, to prawda. Ale też grała w bardzo dużej sali. W trzydziestym rzędzie tego teatru oczy mają rozmiar główek od szpilki. A przecież cała publiczność wiedziała, o czym myśli aktorka, więcej, śledziła bieg jej myśli".

Jest taki moment w monodramie "Błękitny diabeł", który napisałem dla pani Barbary Krafftówny, kiedy ubiera się w suknię sceniczną Marleny Dietrich. Nagle, w środku spektaklu przygasa światło, pani Barbara zbliża się do kulisy i nakłada suknię. Nic się nie dzieje. Jest cisza, która trwa minutę, dwie, może trochę dłużej. Pani Barbara, jako stara Marlena zakłada tę suknię bez pośpiechu, nieporadnie, daje sobie czas, potem zakłada buty szpilki. Publiczność czeka, podgląda w półmroku. Dla mnie ta scena jest porażająca, pokazuje prawdę teatru, to, co zazwyczaj dzieje się w kulisie, pokazuje aktora, który się przeistacza, który się przygotowuje, który może być zmęczony i który nie musi sobie radzić. Dla mnie ta wymyślona przez panią Barbarę i Żuka Opalskiego scena jest omal najważniejszą w spektaklu. Uderza mnie. Zresztą wiele osób mi to mówiło. Kiedy więc dostałem z Krakowa nagranie tego spektaklu na dvd natychmiast zacząłem szukać tej sceny. Ale półmrok sceniczny plus kamera teatralna bez światła powoduje zupełną ciemność i zarysów pani Barbary w tej scenie zupełnie nie widać. Więc tajemnica teatru została w teatrze, nie utrwaliła się. Ale została w pamięci. Tak długo jak jest pamięć. Bo teatr wydarza się tylko raz.

Próbujemy z Elą budować napięcia w spektaklu, nad którym pracujemy. Próbujemy czytać te same słowa wciąż na nowo, inaczej, odnajdujemy nowe sensy, ścieżki, możliwości. Ale każda próba też jest inna. Też wydarza się raz. Niemożliwe jest budowanie tych samych emocji.

Czytałem kilka recenzji monodramu, jaki gra w Londynie wielka aktorka Vanessa Redgrave. To "Rok magicznego myślenia" Joan Didion, który w najbliższym sezonie w Teatrze Studio, w tłumaczeniu pani Elżbiety Woźniak zagra pani Ewa Błaszczyk. Największe zdumienie w tych recenzjach budzi fakt, że Vanessa Redgrave po prostu siedzi na krześle i mówi. Podobno mówi zwyczajnie, bez rozpaczy i krzyku. Przez półtorej godziny mówi o najtragiczniejszych wydarzeniach z życia bohaterki a to, co buduje wokół to cisza.

"Tylko cisza drży" - napisała w swoim monodramie "Kochany synu" Ania Mentlewicz.

Taką Vanessę Redgrave pamiętam z filmu "Pokuta", gdzie jako stara, umierająca pisarka niejako spowiada się w programie telewizyjnym. Pamiętam nawet jak zagryza wargę.

Kiedyś, przed kilku laty obejrzałem w Warszawie monodram wielkiej francuskiej aktorki Annie Girardot. Zagrała nienajlepszy, momentami banalny tekst "Pani Margarida". Zagrała starą nauczycielkę. Mimo to będę ten spektakl miał w pamięci jako jedno ze swoich ważniejszych przeżyć teatralnych. Była wtedy po wypadku i nie mogła wykonywać pewnych sytuacji. O dziwo, w tym monodramie, kiedy miała coś pisać na tablicy, wchodził jej asystent i robił to za nią. Było to przedziwne, ale grała tak, że asystent stawał się niewidzialny. A potem w przerwie poprosiła, żeby nikt do niej nie podchodził. Została przy swoim stoliku i paliła papierosa. Czy w czasie tej przerwy, kiedy byliśmy obok, na wyciągnięcie ręki, kiedy prawie mogliśmy jej dotknąć, kiedy obserwowaliśmy tę wielką damę francuskiego kina, grała czy była prywatnie?
I gdzie była w tej ciszy, paląc papierosa?

Chyba w ubiegłym roku na lotnisku w Paryżu, w małej księgarni znalazłem książkę "Pamięć mojej matki", jej autorką jest Giulia Salvatori. To opowieść o matce-aktorce, która zaczęła gubić wspomnienia, słowa, a w końcu zgubiła własne imię, o aktorce, która pozostała ciszą, która zmaga się z chorobą Alzheimera. O Annie Girardot.


Podziel się
oceń
0
0

Monsieur Gauguin

poniedziałek, 18 sierpnia 2008 20:03
Ciężki dzień, ale zakończony inpsirującą próbą z Elą, z którą przygotowuję monodram "Kochany synu" Anny Mentlewicz. Wgryzamy się, dobieramy do kontekstów, analizujemy tematy, szukamy metafor, symbolicznych rozwiązań... Lubię taki etap prób, kiedy szuka się odcieni, koloruje, kiedy nagle znajduje się coś, co dotąd było niedostrzegalne. Ale jeszcze dużo pracy przed nami przy tym spektaklu, a przed Elą przy powrocie na scenę. Elżbieta postanowiła zapisywać swoje zmagania z powrotem na scenę. Założyła bloga:

www.wracam-na-scene.bloog.pl



(Elżbieta Czerwińska w obiektywie Karola Stępkowskiego).

Prawda, że piękne zdjęcie?

A w Teatrze Na Woli we środę inauguracja Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu. Prezentujemy spektakle z Japonii, USA, Wielkiej Brytanii, Rosji i Polski, które wybrał dyrektor artystyczny festiwalu, Bartłomiej Ostapczuk. Bardzo jestem ich ciekawy. W ubiegłym roku kilka zrobiło na mnie wrażenie, a jeden pamiętam do dzisiaj, właściwie nawet całe sceny. Pisałem o nim tutaj przed rokiem. To spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy "Science Fiction" o umieraniu Papieża, z wybitnym artystą pantomimy Jerzym Kozłowskim.
W tym roku Wrocławska Pantomima pokazuje dwa spektakle "Gastronomia" (premiera!) i "Galapagos". Pierwszy jest o kucharzu, który zakochał się w kebabie. Drugi o domu zamienionym w wielkie terrarium z jaszczurkami. Czyli odjazd!
Szczegółowy repertuar na stronie teatru:
www.teatrnawoli.pl

Dzisiaj potrzebuję się wyciszyć. Wrócę do piosenek Barbary, a znalazłem niedawno prawdziwą perełkę. Ostatnie wideo, jakie nagrała przed śmiercią. Piosenka nazywa się "Gauguin" i dedykowana jest Jacquesowi Brelowi. To jak Barbara tutaj śpiewa, jak wygląda, jak się rusza, jak gra, jak jest niepełnosprawną staruszką, która za moment zamienia się w ptaka. No obejrzyjcie sami:

http://www.youtube.com/watch?v=bpwsgCDkg4g&feature=related

Prawda, że to znakomita interpretacja!

Kończę czytać niewielką powieść "Czym była ciemność" niemieckiej pisarki Inki Parei. Kupiłem po lekturze recenzji Jarosława Czechowicza na jego blogu o książkach "krytycznym okiem" (link gdzieś obok). Bohaterem jest stary człowiek, Niemiec, który odziedziczył kamienicę. Żyje zamknięty w swoim mieszkaniu i odczytuje świat po odgłosach dobiegających do mieszkania z ulicy, czyta świat podglądając, za wiele już niepamięta, jakby chciał kiedyś zapomnieć samego siebie, ale właściwie żyje w piekle własnych wspomnień, które uruchamiają strzępy rozmów, jakie słyszy przez okno, zarysy postaci, jakie widzi, przedmioty, wśród których żyje... Jego pamięć jest obecna we wszystkim, co go otacza, najmniej w nim samym, a jednak jest ostatnią rozmową życia, jego ostatnim sensem. Co z nią zrobi? Dziwna i dziwnie niepokojąca książka. Subtelna ale i okrutna. Zostało mi jeszcze kilkanaście stron. Wracam więc do Barbary i do starego domu, który kryje tajemnice mieszkańców.


Podziel się
oceń
0
0

Divisadero Street

niedziela, 17 sierpnia 2008 16:23
Wyszedłem z ziemi "Divisadero", powieści Michaela Ondaatje i pewnie do tej książki jeszcze wrócę, bo jest lekturą bardzo satysfakcjonującą. Ondaatje pisze trochę jak Herling, szkatułkowo, opowieść wkłada w opowieść, nie przejmując się, że niektórych bohaterów pozostawia w tyle. Prowadzi czytelnika od opowieści do opowieści i to chyba w książkach lubię najbardziej. A ponieważ "Divisadero" jest również powieścią o pisaniu, o tym, co z życia przenosi się do pisania, o wzajemnym wpływaniu na siebie życia i twórczości, więc czytałem niektóre fragmenty z wypiekami na twarzy. Uwielbiam czytać o pisaniu. Jest w tym coś z wnikania w tajemnicę, z zaczajania się za oknem, wreszcie z podglądania. W "Divisadero" powraca częsty u wielu pisarzy strach przed napisaniem kolejnej książki.

Poczekajcie, pójdę do biblioteczki, wrócę po powieść. Zaraz jestem.

O, już.

Jedna z bohaterek powieści, Ruth mówi do Coopa: "Znasz Wybór Zofii? Tę książkę? Słyszałam faceta, który ją napisał, w jakiejś audycji radiowej. Ktoś go zapytał, nad czym teraz pracuje, ale nie odpowiedział. Wyraźnie szukał jakiegoś usprawiedliwienia za brak odpowiedzi, więc tłumaczył: Bo, widzisz, wydaje mi się, że już napisałem najbardziej intymną i głęboką książkę, jaką byłem zdolny kiedykolwiek napisać. Nie sądzę, że mógłbym pójść tak daleko jeszcze raz. Myślę, że spróbuję napisać komedię. Komedia nie jest łatwa, wiem. Ale przynajmniej nie jest to ta sama droga. Spodobała mi się ta odpowiedź. Dlatego przeczytałam wszystko, co później napisał, ale oczywiście nigdy nie napisał komedii. I oczywiście miał rację, nie można dwa razy pójść równie daleko"...

Michael Ondaatje, opowiadając losy swoich bohaterów napisał zadziwiająco dużo o samej psychologii, a nawet anatomii pisania. Połączył ich życie z losami książek i ich autorów. To wydało mi się bardzo pociągające.

Główna bohaterka książki, Anna, która pojawi się we francuskim Demu, w domu pisarza Luciena Segury, powie: "Całe życie podróżowałam w nocy, w jakimś towarzystwie, każdy z nas mówił o swoim doświadczeniu rodzinnym. To jest zawsze jak w starej opowieści, jak w sielance, to wracanie do zdarzeń z przeszłości, tak, jak zapisywało się takie opowieści właśnie w sielankach, bo one odrzucały wybieganie w przyszłość, robienie kroku do przodu, odrzucały linearny rozwój, nakazując krążyć wciąż wokół tych samych rodzinnych zdarzeń, tam, gdzie zostały emocje. Tylko ponowna lektura się liczy, powiedział Nabokov. Więc to powracanie, jak ponowne udrzenia w dzwon, są mi bliskie. Więc żyjemy w tych odzyskanych fragmentach z dzieciństwa, które łączą się i powracają echem w naszym życiu, tak jak potrzaskane kawałki szkła w kalejdoskopie pojawiają się wciąż na nowo, w nowej formie, w nowym obrazie ale mimo przearanżowania są jak ta sama stara piosenka z jej refrenem, rymami, składającymi się w pojedynczy monolog. Żyjemy stale w powtarzalności własnych historii, bez względu na to czy i jak je opowiadamy".
Anna mówi, że każdy ma historię, którą opowiada na wiele różnych sposobów. "Moja zawsze zaczyna się od Claire", utraconej siostry. Mówi też: "Nauczyłam się, że zajmujemy się sztuką, żeby się w niej schować(...) Pochodzę z ulicy Divisadero. Divisadero wzięło się z hiszpańskiego 'division', ulicy, która jest linią dzielącą San Francisco z polami Presidio. Ale może też pochodzić od słowa 'divisar', które znaczy: przyglądać się czemuś z dystansu".

Tak jak każda opowieść Anny zaczynała się od Claire, tak każda opowieść Luciena Segury od Marie-Neige, utraconej i niespełnionej miłości. W swoich powieściach zmieniał jej imię, ale wciąż opowiadał tylko o niej. Pisał wspólny życiorys wciąż na nowo.

I jeszcze jedno zdanie, o ojcach: "dzieci potrzebują kołysanki, a nie sztormu".

Wróciłem do "Divisadero" wcześniej niż myślałem. Przedwczoraj wieczorem odłożyłem do biblioteczki. Dzisiaj miałem tu opowiedzieć zupełnie co innego. A jednak sięgnąłem po tę powieść, żeby pobyć w niej jeszcze chwilę. Żeby się schować.
Tłumaczenia fragmentów są moje, więc pewnie ułomne.

Rano otworzyłem komputer i zajrzałem do bloga Marty. O 5:30 rano napisała, że siedzi przy biurku od dwóch godzin. Marta pisze nową powieść. Kiedy pora zrobiła się przyzwoita zadzwoniłem do Marty, żeby jej powiedzieć, że strasznie mnie ta wiadomość zdenerwowała, że przez nią mam wyrzuty, że nie piszę w nocy i że bardzo psuje rynek. Ale wybaczyłem w końcu słysząc, jaka jest zakatarzona. Powiedziałem więc: "Poproś Janusza, żeby ci kupił tabletki na katar". "Janusz nie mówi po francusku" - odpowiedziała Marta wprawiając mnie w zdumienie, bo w jej złośliwość o tej porze jeszcze nie wierzyłem, raczej już zaczynałem wierzyć, że wyjechali z Katowic. "A co? Jesteście w Paryżu?" - dopytałem. "Nie... W domu, ale Janusz nie będzie umiał kupić fervexu z francuskim akcentem" - wypaliła mi, nawiązując do jakiejś opisanej tu przeze mnie historii, w której wymawiałem w aptece fervex z francuska...
Ale i tak wybaczam publicznie, bo niedawno czytałem niewydaną książkę Marty "Most pomiędzy świtami", książkę o tym, jak życie wkrada się do literatury. Książka Marty wracała do mnie, kiedy czytałem "Divisadero", powieść pomiędzy świtami, powieść o ucieczce, o życiu w tajemnicy, o podróżowaniu nocą i o pisaniu, w którym można się schować.



Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 769  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl