Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Intymność

środa, 29 sierpnia 2007 9:27
Lubię po przebudzeniu, pijąc kawę, sięgnąć po jakąś książkę z biblioteczki, otworzyć ją w dowolnym miejscu i czytać akapit, dwa, trzy. Zdania wyrwane z kontekstu. Tak po prostu zatrzymać się pijąc kawę. Sięgam po książki różne. Powieści, reportaże, tomiki wierszy. Szukam zdań, w których można się schować. Dzisiaj sięgnąłem po "Prozę" Schulza. Otworzyłem w rodziale "fragmenty prozy" i przeczytałem akapity zamykające jego opowiadanie "Ojczyzna". Rzadko tu przywołuję te poranne fragmenty, ale dzisiejszy tak mnie zachwycił, zatrzymał, oczarował. Przeczytałem o ludziach, których mógłby namalować Hopper.
Wreszcie jesteśmy sami na nocnej ulicy. Moja żona dostosowuje swój elastyczny, swobodny krok do moich kroków. Zgadzamy się dobrze w chodzie i idąc w górę ulicy, z głową nieco opuszczoną, roztrąca ona nogą szelestny kobierzec zwiędłych liści, zalegający jezdnię. Jest ożywiona grą, szczęściem, które dopisało, wypitym winem i pełna małych, kobiecych projektów. Na podstawie milczącej konwencji domaga się absolutnej tolerancji z mojej strony dla tych nieodpowiedzialnych rojeń i bierze mi bardzo za złe wszelkie trzeźwe i krytyczne uwagi. Zielona smuga świtu widnieje już nad ciemnym horyzontem, gdy wchodzimy do naszego mieszkania. Owiewa nas dobry zapach ogrzanego i pielęgnowanego wnętrza. Nie zapalamy światła. Daleka latarnia uliczna rysuje srebrny deseń firanek na przeciwległej ścianie. Siedząc na łóżku w ubraniu, biorę w milczeniu rękę Elizy i trzymam ją przez chwilę w mojej.
(Bruno Schulz "Proza", fragment opowiadania: "Ojczyzna")





(Edward Hopper)
Podziel się
oceń
0
0

To coś

wtorek, 28 sierpnia 2007 9:00
Wstałem, a tu niebo szare. Otwieram pocztę, a w niej paryskie zdjęcia Teresy Czekaj, tym razem nad dachami Paryża. Zamieszczam trzy, które mnie zatrzymały. Teresa pisze fantastycznego bloga paryskiego na PARNAS.PL w dziale "bez cenzury". Jest pianistką i poetką i w ogóle artystką totalną.







Już za moment w Paryżu, więc te zdjęcia inspirujące. Kot Tutka zdziwiony, że już piszę bloga. Patrzy na mnie ze zgorszeniem w ślipiach. Widocznie nie rozumie tej potrzeby. Antybohater powieści Michała Witkowskiego "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej", którą czytam mówi w niej: "A ja mam pisanie. To jest mój środek na świat. Bo w życiu trzeba się w coś bawić. Ale większość ludzi nie ma. Tego czegoś. Widzi z okna Centrum Sprzedaży Zlewozmywaków i garaże. To jest ich świat. Na surowo. Na dziko. W zapachu przypalonej jajecznicy. O piątej rano. We wspólnej kuchni, we wspólnej łazience. Autobus".
Jest też inny fragment, z wizyty owego antybohatera w urzędzie. Mówi tak: "Kierownisiu, co ja się nachodzę, co ja wam zrobiłem?! A ona kawę se robi, łyżeczką merda, i tak do mnie: No, ale przynajmniej zbiera pan nowe doświadczenia. Co ja? Prozaik? Nożeż biurwa jedna!"

Ale w ogóle dzisiaj miło.

Podziel się
oceń
0
0

Tulipany

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 10:53
Coraz bardziej czuję się jak na filmie "Tańcząc w ciemnościach". Remont w okolicznych domach trwa już wiele miesięcy. Od rana wiercenie, piłowanie, przycinanie, stukanie, wbijanie, krzyki. Forte. Kosiarka do trawy wpisana w partyturę na czerwono. Odzywa się w nielicznych chwilach spokoju. Tylko jeszcze nie umiem się wsłuchać tak, by usłyszeć melodię. A może po prostu z tych dźwięków zamiast lekkiego musicalu, który by mnie poniósł, konstruuję symfonię, zbyt ciężką i za bardzo przytłaczającą. Obym tylko nie wylądował na szubienicy. Scena z filmu von Triera, w której Bjoerk poddana jest karze śmierci, nie znika mi sprzed oczu. No i jak się dobrze nastrajać? Jak lekko zaczynać dzień z takimi obrazami wykreowanymi przez wyobraźnię.
Chciałem już dawno wyjść z domu, ale głowa mi pęka. Więc piję kawę z cytryną i krzywię się jeszcze bardziej. Za chwilę stanę się antypatycznym świrem.
Szybko uciec w opowieść, w sceny, które urzekają. Taką ucieczką może być film Jacka Borcucha "Tulipany", który obejrzałem kilka dni temu. To jeden z tych filmów, których nikomu nie pożyczę, bo zginąłby, a musi mieszkać ze mną. To jeden z tych filmów, które są filmami o gadaniu, o opowieści, jak tu przeze mnie już wymieniane "Brooklyn Boogie", "Dym", "Dróżnik"... "Tulipany" to opowieść o przyjaźni, która staje się najważniejszą wartością. A jest tak, bo to przyjaźń wieloletnia, wielokrotnie sprawdzona. Przyjaźń pomiędzy ludźmi, którzy choć starzeją się fizycznie, to nie chcą się zestarzeć, nie dają na to zgody. Nie chcą przestać marzyć. Nie chcą przestać żyć pełnią możliwości. Rozmowy przy stole, przy kominku, czerwone wino, rajd we Francji, na który koniecznie chce pojechać jeden z głównych bohaterów - kierowca (Zygmunt Malanowicz), choć to byłoby samobójcze, bo opuścił właśnie oddział kardiologiczny. Bardzo mnie wzruszyła scena, w której jego syn (Andrzej Chyra) wraca po latach do domu, i podczas gdy ojciec jest w szpitalu, otwiera jego szufladę i czyta ją jak księgę skarbów. Zdjęcia kobiety, którą kochał, atlas z zaznaczonymi trasami, a nawet niedopalony skręt, którego zapala i kończy za ojca. Być może skręt, który leżał tam od czasów hipisowskich. Jest coś wielkiego w tej jednoosobowej scenie. Intymność relacji między ojcem i synem, w której ojciec sam nigdy by syna nie wtajemniczył. Ten moment, w którym syn zaczyna rozumieć.
Scen takich jest w filmie więcej. Warto go zobaczyć nie tylko ze względu na spokój, opowieść, ale i na aktorstwo. Pojawia się w nim po latach na ekranie wciąż młodzieńcza Małgorzata Braunek. Świetną rolę kreuje Tadeusz Pluciński. Jest w niej od początku coś tajemniczego, niepokojącego, rozedrganego. Sekret, który wyjawi. Szorstki Jan Nowicki, król życia, co chwila przypominający sobie zdarzenia z przeszłości. "Połączyły ich wspólne marzenia, miłość do kobiet i razem spędzone lata. Wiele się zmieni, kiedy jeden z nich będzie potrzebował pomocy. Na światło dzienne wyjdą najgłębiej skrywane tajemnice. Bohaterowie odnajdą w sobie odwagę, na którą do tej pory nie było ich stać". - Tak film reklamowany jest na okładce. Konieczna lektura.

Relacja ojciec-syn. Temat, który jest we mnie. Zrozumiałem dużo po przeczytaniu powieści Wiesława Myśliwskiego "Nagi sad". Jednej z najpiękniejszych książek, jakie czytałem i jednej z niewielu na ten temat. Relacji ojciec-syn poświęcona jest moja powieść "Bądź moim Bogiem". Temat na kolejną powieść.




Podziel się
oceń
0
0

Warszawa - Paryż, Paryż - Warszawa

sobota, 25 sierpnia 2007 15:20
Siedziałem w ogrodzie, czytałem Gazetę, wsłuchiwałem się w sopran koloraturowy dobiegający z mieszkania obok. Sąsiadka widząc mnie zapytała: czy muzyka nie jest za głośno i czy nie przeszkadza.
Skąd! - odpowiedziałem. - Przecież w pani domu mieszkała śpiewaczka. Lubię, jak pani słucha oper, bo to tak jakby Bandrowska-Turska ćwiczyła...
I tak rozmawialiśmy sobie przez płot. I tak dowiedziałem się, że to był dom Ministerstwa Kultury. Moja sąsiadka pamięta doskonale starszą już panią Bandrowską. Ministerstwo niejako sprzedało ten dom ze śpiewaczką. To znaczy z jej prawem do dożywotniego mieszkania tu. Pani Bandrowska nie miała spadkobierców, nikt się nią nie opiekował. To znaczy spadkobiercy pojawili się podobno już po jej śmierci. W każdym razie moi sąsiedzi pamiętają śpiewaczkę, która miała fascynującą biografię i zrobiła międzynarodową karierę i która umierała właściwie samotnie, bo bez rodziny. Mają jej płyty. Myślę, że to cudowne, że w jej domu mieszkają wielbiciele opery. Rozmawialiśmy też o Arnoldzie Szyfmanie, założycielu Teatru Polskiego, który ze swoją młodszą żoną mieszkał nad panią Bandrowską-Turską. Moja sąsiadka pamięta jeszcze wiekową służącą Szyfmana. Pamięta też, że wdowa po Szyfmania pani Maria Gordon-Smith pojawiła się tutaj chyba w latach osiemdziesiątych. Objawiła się jako elegancka, intrygująca kobieta, ubrana w czerwony płaszcz, jakich w Polsce w tym czasie nie było widać. Później pani Smith przesłała moim sąsiadom z Ameryki swoją książkę o Szyfmanie.

Tak sobie rozmawialiśmy i zapisuję, żeby utrwalić. Zapisuję robiąc przerwę w czytaniu. Pewnie odezwę się jeszcze wieczorem, ale na razie zachęcam do przeczytania rozmowy o mojej książce na stronie Wirtualnej Polski:

http://ksiazki.wp.pl/wiadomosci/id,34491,wiadomosc.html

A na deser fantastyczne zdjęcia porannego Paryża, jakie przesłała mi Teresa Czekaj, robiła je dzisiaj. Pisała o mgłach paryskich na swoim blogu na parnas.pl a ja poprosiłem natychmiast o zgodę na publikację kilku fotografii, które Teresa mi przysłała.











(foto: Teresa Janina Czekaj)


Podziel się
oceń
0
0

Mieszkanie u kota

piątek, 24 sierpnia 2007 21:08
Rozbawiła mnie dzisiaj zamieszczona na blogu Krystyny Jandy anegdota, w której aktorka tłumaczy producentowi: "mogę zagrać za cztery tysiące, mogę za trzy, mogę też za dwa, ale nie polecam". Po prostu mnie rozbawiła. Uważam, że jest w punkt. A że ucieszyła mnie bardzo, pozwalam sobie ją zacytować.
Zrobiłem to na początek, żeby się trochę oderwać, uciec w abstrakcję, bo przez dwa dni żyłem tematem mysz w domu. Sąsiedzi remontują strych, podejrzewam, że to właśnie z wyrzuconych przed dom fragmentów strychu wzięła się mysz, która wywróciła mi mieszkanie do góry nogami. A było tak, przedwczoraj koło trzeciej w nocy usłyszałem przeraźliwy pisk, bardzo głośny, jakby stado nietoperzy równocześnie zaczęło się wydzierać. Pomyślałem, że to może jakiś ptak wpadł do mieszkania. Kiedy wstałem okazało się, że Kot Tutka poluje na mysz. Kiedy ją przygniatał łapami albo próbował brać w pysk, mysz darła się okropnie wzbudzając we mnie i litość i żałość, a kiedy się darła, Kot Tutka wypuszczał ją, a wtedy ona uciekała w jakiś kąt, dziurę, za meble, pod łóżko. Istny sajgon. I tak raz po razie. Mysz nie do wyłapania. Kot Tutka z uporem maniaka wyznaczył sobie krwawy cel i dążył do jego realizacji. Apokalipsa w domu trwała do rana. Mysz schowała się na amen, a Kot Tutka próbował jej szukać, słaniając się już, lecąc z nóg, ziewając, jakby nie spał trzy doby. Rano otworzyłem szeroko drzwi na taras i okno, z nadzieją, że mysz ucieknie. Nadzieja płonna, bo to nie była mysz polna i nie pojawiła się - jak próbowała tłumaczyć mi mama - z powodu żniw, bo w okolicy żniw nie ma i pewno nigdy nie będzie. Mysz przyzwyczajona do mieszkania na strychu za nic w świecie nie chciała wystawić nogi za próg. Małpa jedna. No dobra. Wypiłem spokojnie kawę na tarasie. Kot Tutka dostał świra i chciał mi udowodnić, że cokolwiek złowi. Biegał za ptaki omal unosząc się nad ziemią. Nagle, patrzę, a ten świrus wdrapuje się na sam czubek brzozy, wspina się po wróbla. Zobaczył to przez płot kot sąsiadów, Rudzielec, któremu wydaje się, że mieszka u mnie, i też postanowił się wykazać. Nagle na czubku brzozy znalazły się oba koty, fukając na siebie i bijąc łapami. Krzyczałem z dołu, że są głupie barany, uparte osły i że na pewno ich zdejmował nie będę. Chyba zrozumiały, bo w końcu zlazły same, jednak ze zwieszonymi ogonami - żaden wróbla nie zdołał upolować. Pojechałem do pracy. Zostawiłem otwarte okno, jednak wciąż łudząc się, że nie zechce mysz, ta Małpa jedna, mieszkać z kotem. Wracam, a Kot Tutka już na rzęsach chodzi, ziewa jeszcze straszniej, tylko kły mu się świecą jak latarnie. I skarży się miaukiem, że Małpa przebiegła i prosi, żebym mu kapkę pomógł i ją zwabił w jakie przychylniejsze miejsce. Co jakiś czas słyszałem, że Kot Tutka ją namierza, bo znów darła się strasznie. Tak, że polował na nią prawie dobę, nie śpiąc. Pod koniec już prawie chrapał, ale trwał na posterunku. A Małpa jakby nigdy nic postanowiła tu chyba zamieszkać. I już bym pewnie na to przystał, ale ojciec tłumaczy przez telefon: "Nie możesz mieszkać z kotem i z myszą. U nas na wsi dwa lata temu z jednej myszy zrobiło się trzynaście". Dzwoni Ela i tłumaczy: "U moich teściów z jednej myszy zrobiło się siedem". Dzwoni Marta i tłumaczy: "Jakby do mnie się mysz wprowadziła, to bym się wyprowadziła do hotelu". A Marty Janusz śmieje się, że sobie z myszą poradzić nie mogę. A on by ją przed śniadaniem, czy na śniadanie, już nie wiem... W końcu mnie złamali. Na noc zostawiłem w kuchni łapkę perfidnie nadziewając na nią ser morski. Małpa zginęła śmiercią tragiczną. Kot Tutka zawiedziony. Może i ja się dzisiaj wyśpię. Chrapać zaczynam. Przeżyłem apokalipsę. Bardzo trudno jest mieszkać kątem u kota.


Podziel się
oceń
0
0

Samotni włóczędzy

środa, 22 sierpnia 2007 22:55
Wczoraj wieczorem przeżyłem chwilę grozy. Po raz pierwszy od dawna naprawdę się bałem, bo czułem, że nic ode mnie nie zależy. Wyszedłem na autobus, jechałem do Radia BIS, do audycji "Dobry wieczór" poświęconej m.in. mojej książce. Nagle niebo zrobiło się czerwone, a potem zupełnie czarne, jak smoła. Przechodziłem Aleją Niepodległości, w pobliżu Biblioteki Narodowej, a tam jakiś remont, budowa, w każdym razie rozstawione różne maszyny i sprzęty, zwieziony żwir. Zerwał się silny wiatr, znalazłem się w środku burzy piaskowej, bo żwir lekki jak piórko leciał przez ulicę, na jej drugą stronę. Potem usłyszałem grzmoty. Zaczęło lać. Nie wiedziałem, co robić. Najrozsądniejsze wydało mi się czekanie na autobus. Na przystanku stało starsze małżeństwo obładowane reklamówkami pełnymi warzyw. Zabrałem panią pod parasol. Powiedziała, że się boi, co jeszcze wzmogło mój strach. Piorun uderzał co chwila. Ludzie biegali zdezorientowani. Alarmy samochodowe wyły. Uderzały o siebie płachty blach z pobliskiej budowy, jakiś fragment oderwał się i frunął. Pani zapytała, czy mam komórkę i żebym ją natychmiast wyłączył, żeby nie ściągnąć pioruna. Wyłączyłem. Kiedy grzmoty wydały nam się bliższe, zrobiło się jeszcze straszniej. Na szczęście podjechał autobus, nie mój, ale było mi wszystko jedno, byle do metra. Kiedy później wysiadałem z metra na Wierzbnie, zauważyłem, że nawet ci, którzy mają parasole nie wychodzą na powierzchnię. Niebo wciąż zmieniało kolory. Lał deszcz. Burza, której nigdy się nie bałem, przerażała. Starsza pani zaczęła się głośno modlić. Kilka osób postanowiło jednak wyjść ze stacji na ulicę. Szedłem za nimi. Irracjonalnie pomyślałem, że jeśli pójdę w grupie, to nic mi się nie stanie.

(fot. Krzysztof Miller/AG za portalem Gazeta.Pl)

Rozmowa w radiu miła, choć trudna. Pytania, które zmuszały mnie do myślenia. Inspirujące. Intymność radia, mikrofon, spokój. Już prawie zapomniałem, jak to jest. Miałem ostatnio dużą frajdę, kiedy nagrywałem fragmenty powieści dla Wydawnictwa, w profesjonalnym studiu. Zacząłem kreować emocje, budować napięcie. Czytałem interpretując... Wczoraj jedynie odpowiadałem na pytania, ale też z frajdą, bo wchodząc do studia zauważyłem leżący na stole album z obrazami Hoppera, a na okładce "Samotni włóczędzy" - mój ulubiony obraz. Album leżał tam jak deser, jak wielki truskawkowy tort, do którego chciałem się dostać.
A potem, w domu, wróciłem do powieści Magdy Dygat "Kupić dym, sprzedać mgłę", długo mnie nie wciągała, dopiero wczoraj przekraczając drugą połowę książkę, poddałem się jej rytmowi, zacząłem uważniej słuchać. I taki akapit, który dał mi do myślenia: "Była zagubiona w czasie i przestrzeni, ale ciągle jeszcze, jak meteor w atmosferze, mogła rozżarzyć się nagle i tlić długo, oświetlając sobie samej drogę donikąd. Gdyby jej życie było książką, przeczytałaby tylko początek, resztę wyrwałaby, spaliła i patrzyła, jak popiół rozwiewa się w powietrzu, nie dopalone kartki leciałyby gdzieś daleko i osiadały na suchych łąkach".
Powieść Magdy Dygat to historia trzech kobiet, trzech pokoleń. To powieść o odrzuceniu, odepchnięciu, o walce o swoje miejsce na świecie. Czytam dalej. Czekając na nową książkę Michała Witkowskiego. Dzisiejszy "Dziennik" publikuje z nim dużą i szczerą rozmowę. Mnie podobało się zwłaszcza to, co powiedział o pisaniu: "Nie trzeba pisać za albo przeciw. Zrodziłaby się z tego jakaś literatura z podtekstami społecznymi czy politycznymi. Świat jest o wiele bardziej skomplikowany, jest i za, i przeciw, i odrażający, i jednocześnie kręcący". To właściwie zadedykowane jest krytykom, którzy szukają w literaturze wyraźnego opowiadania się, jakiegoś programu politycznego, czy ideologicznego. A przecież można pisać nie broniąc i nie skarżąc.


Podziel się
oceń
0
0

Cafe Le Nemours

wtorek, 21 sierpnia 2007 9:01
Teresa Czekaj opisała wczoraj fantastycznie spacer po zmieniającym się Paryżu, przeczytajcie koniecznie na Parnas.pl w dziale "bez cenzury". Napisała o miejscach, które poddają się transformacjom, ale przecież są i te, które zostają. Jak moja ulubiona Cafe Le Nemours przy Komedii Francuskiej. W jakimś sensie talizman, bo za każdym razem staram się tam zajrzeć - tłumacząc sobie, że wizyta w Le Nemours pomoże mi wrócić do Paryża. To jak wrzucić pieniążek do fontanny. Nawet jesienią miło jest siedzieć w ogródku Le Nemours z widokiem na plac, księgarnię, w której sprzedawcy wspinają się po drabinach, żeby zdobyć książkę mieszkającą jak jaskółka pod sufitem, z widokiem na wejście do ogrodów Palais Royal. A w zeszłym roku piłem kawę na zewnątrz dokładnie 1 stycznia. Było pięknie. Grzało słońce. Teraz piję kawę z dużym spienionym mlekiem. Za chwilę muszę wychodzić, ale chciałem jeszcze zatrzymać się w Paryżu, do którego jadę już niebawem. Swoje paryskie miejsca opisałem w "Bądź moim Bogiem", z gwarem osiemnastej dzielnicy, z arabskim targiem owoców, z kafejkami przy ulicach...


Podziel się
oceń
0
0

Kryzys fabuły?

poniedziałek, 20 sierpnia 2007 20:36
Byłem dzisiaj w Wirtualnej Polsce, brałem udział w czacie o mojej książce. Tutaj pełny zapis rozmowy z internautami:

http://www.czat.wp.pl/zapis.html?id_czata=2958

Ktoś napisał tam, że coraz częściej w literaturze liczy się klimat, atmosfera, że czasem ważniejsze niż fabuła. Nie wiem. Jestem wielbicielem opowiadania. Kocham fabuły, czytać i snuć. Ale coś w tym jest. Powiedziałem, że budzenie reakcji to w ogóle domena sztuki. Wczoraj obejrzałem w Teatrze na Woli spektakl rosyjskiego Teatru Derevo "Islands in the stream", piękny spektakl, uwodzący kolejnymi scenami, ale bez fabuły. Każda ze scen jest sama w sobie teatrem. Strumień wody, jego uderzenie. Przewodni motyw spektaklu. Patrzyłem z zafascynowaniem na to, co się działo. Jedna z najpiękniejszych scen - dwie kobiety które dzielą się wielką kulą - kroplą wody. Niosą te połowy na głowach, jak Afrykanki noszę misy z wodą, a potem przykładają je do ciał, pokazując ciążę, ciało wypełnione wodami płodowymi. Piękna, symboliczna scena.



Spektakl inspirowany strumieniem, rytm wyznaczany szumem wody. Baśń o świecie pod wodą, na niej, nad nią. O rybach, wilkach morskich, mewach, o marzeniach, brutalności, samotności, o dzikości i pokusie. Świat bez dobra i zła. Świat fascynacji i walki. Świat bez fabuły.
Ale czym byłaby literatura bez fabuł? Nie byłoby Paula Austera, nie byłoby Cunninghama, nie byłoby Updike'a, Ozick, Rotha, Bessona, żeby wymienić jedynie współczesnych, których cenię.
Co jakiś czas ktoś wieszczy koniec powieści, koniec fabuły. Nie wierzę w to. Potrzeba opowiadania wynika z potrzeby spotkania. Powieść powinna być rozmową, pretekstem do rozmowy. Powinna być światem i otwierać nowe światy. Takie myśli snują mi się teraz po głowie.


Podziel się
oceń
0
0

Warszawa

niedziela, 19 sierpnia 2007 13:47
Wypiłem właśnie filiżankę kawy z cytryną, kawy sugerowanej na kaca, piję na ból głowy. Kaca nie mam, ale byłem wczoraj na parapetówce, na której prawie wszyscy palili - nie palę, nigdy nawet nie spróbowałem - i zawsze mnie dym w takiej ilości dobija. Mieszkanie Meli urocze, w cudownym miejscu, na tyłach Łazienek. Uwielbiam oglądać nowe mieszkania, w tej fazie, w której nie są jeszcze gotowe, to znaczy urządzone, w której dopiero za chwilę widać będzie wnętrze właścicieli. Bo przecież mieszkanie musi oddawać ich wrażliwość. Dbać o higienę psychiczną mieszkańców. Z radia polskie złote przeboje, Anna Jantar, Stan Borys, Budka Suflera... Rozmowy w zespołach, grupach, kółkach. Momentami zaskakiwały. Kiedy w jednej z grup rozmowa milkła, natychmiast słyszalna stawała się rozmowa z drugiej, więc przenosiła się naturalnie. I nagle jak na filmach Woody'ego Allena, rozmowy o książkach i autorach. Pojawił się Tuwim, pojawił się Słonimski i pomyślałem, że to naprawdę cudowne, jeśli nadal żyją, są, tutaj, przy takiej okazji, w oparach absurdu, w oparach papierosowego dymu, nawet jeśli go nie toleruję, przy białym i czerwonym winie. Na balkonie rozmowa o Powstaniu Warszawskim. Emocjonalnie. Z przejęciem.
Było mi tam dobrze. W nowym mieszkaniu Meli. To znaczy, że już ma duszę. Kiedy ostatnio spacerowałem ulicami Śródmieścia, myślałem o tym, że historia nie daje o sobie zapominać. Jej ślad wychodzą. Są trwałe. Tylko trzeba im się przyjrzeć. Zobaczyć i posłuchać. Nagle, idąc ulicą Śniadeckich, od Politechniki w stronę Placu Konstytucji, a przecież wiele razy szedłem tą trasą, zauważyłem tory tramwajowe. Wąskie tory. Więc tu kiedyś zakręcał tramawaj. Dźwięk dzwonka. Gwar. Otwarte drzwi. Ludzie wsiadają. Zapełniają wagonik. Kilku odważnych wisi trzymając się drzwi. Tramwaj jedzie dalej, wyżej. Pisałem tu kilka dni temu o stawie Rajkowskiej na Placu Grzybowskim. Muszę go jeszcze zobaczyć nocą, bo podobno wtedy robi wrażenie, oświetlony tak, że widać pływające w nim złote rybki. Zapomniałem też dodać informację istotną, staw wydziela ozon, więc warto się tam dotlenić (stąd nazwa Dotleniacz). I właśnie na Placu Grzybowskim jakby spod ziemi wyrosła następna linia torów. Jeżeli się dobrze wpatrzeć - i tu można zobaczyć tramwaj widmo. A przecież z Placu Grzybowskiego dwa kroki (nawet jeden) na Próżną. Kiedyś jedną z najbogatszych ulic Warszawy, dzisiaj prawdziwą ulicę - widmo. Obraz nędzy i rozpaczy. Zmurszałe cegły opuszczonych kamienic, walące się ściany, wybite okna, niektóre z nich zabite deskami. Chciałbym zapytać, czy pani prezydent Warszawy kiedykolwiek tamtędy szła i jaki ma pomysł na odtworzenie tej ulicy. Pisałem o Próżnej wiele razy, leży mi na sercu. W kamienicy przy Próżnej 14, mojej ulubionej, dziś już zupełnie opuszczonej, prowadziłem zajęcia dla studentów, na klatce schodowej, przy wysokim oknie. Pomyśleć, że w podwórku była kiedyś pracownia strusich piór.
Historia wyrasta, bo ludzie trzymają się miejsc i ulic. Ludzie, którzy zginęli, ale przecież została po nich energia. Otula mury. Tutaj, w okolicy spacerował pan Tatarkiewicz, pan Szyfman, pan Ludwik Krzywicki przechadzał się z synową, Ireną.  Państwo Lutosławcy przygarnęli Dygatów. Prezydent Wojciechowski przyjmował eleganckich gości. Przed jego domem zatrzymywały się prawdziwe cuda mechaniki. Szpilmana dokarmiał niemiecki oficer - na strychu kamienicy, która wciąż istnieje. Pan Kapuściński, jeśli był w Warszawie, szedł na długi spacer. Pan Iwaszkiewicz odwiedzał Szyfmana. A pani Bandrowska-Turska śpiewała wczoraj rano - słuchałem jej, siedząc w ogrodzie.
Właśnie tak lubię myśleć o Warszawie. Jak o miejscu, w którym spotykają się różne światy. Tutaj, w hotelu Bristol zatrzymała się Marlena Dietrich. Hotelowa centrala rejestrowała wielogodzinne połączenia z Paryżem i z Nowym Jorkiem. Myślę o niej szczególnie dzisiaj, bo wieczorem pani Barbara Krafftówna gra nasz spektakl "Błękitny diabeł", przed wymagającą publicznością w Krynicy. Na Festiwalu im. Jana Kiepury. Denerwuję się zawsze. Dzwonię po spektaklu. Tylko zająć sobie dzień, do wieczora. Mniej myśleć.


Podziel się
oceń
0
0

Piaf

sobota, 18 sierpnia 2007 15:01
Sobota. Słońce wychodzi i zachodzi. Szukam książki, która mnie wciągnie, pochłonie. Podczytuję biografię Edith Piaf napisaną przez Joannę Rawik, przygotowuję się do rozmowy z Charlesem Dumontem. Opisuje w niej m.in. spotkania Piaf z Dumontem, który w jakimś sensie dał Piaf drugie, artystyczne życie. A na pewno dał siłę do dalszej pracy. Była urzeczona jego piosenkami. Jednak książka Joanny Rawik "Ptak smutnego stulecia" nie zajmuje mnie. Nie podoba mi się, że pisze o sobie, o swoich koncertach i o tym, jak powtarzano jej, że jest nawet lepsza od Piaf. Rozumiem, że chciała napisać książkę osobistą, o swojej fascynacji pieśniarką. A jednak... A może mnie to irytuje, bo pani Rawik właściwie krytykuje innych autorów piszących o Piaf, również sztuki o niej... Teraz czekam na autobiografię Piaf, którą zamówiłem. Muszę solidnie przygotować się do rozmowy z panem Dumontem.
Czytałem w ogrodzie. Z otwartych drzwi tarasowych u najbliższych sąsiadów arie sopranem. A przecież tam mieszkała Ewa Bandrowska-Turska, śpiewaczka operowa, która zrobiła międzynarodową karierę. Więc tak jakby teraz właśnie ćwiczyła, jakby śpiewała w domu... Tak tu musiało być. Więc śpiew wpada na strony książek, wbija się w słowa, litery, zrasta z nimi... Jakbym się nagle znalazł na przykład na rogu Avenue Mac Mahon i rue Troyon w Paryżu, gdzie śpiewała Piaf i gdzie usłyszał ją Leplee, pierwszy impresario.



Przeczytać coś, co znów pochłonie. Za chwilę wychodzi nowa powieść Michała Witkowskiego (w dzisiejszej Wyborczej obszerny fragment), potem nowe książki Olgi Tokarczuk i Agaty Tuszyńskiej. Miło jest czekać na książki. Jak na prezent. Jak na święto.

W poniedziałek o 12.00 na WP.PL czat ze mną o książce "Bądź moim Bogiem", ale pewnie przed poniedziałkiem jeszcze zajrzę.



Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 778  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl