Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Więzienie

środa, 29 lipca 2009 20:08
Gonię terminy. Jeszcze do piątku jestem nimi związany, a potem wakacje, więc chwila spokoju, choć nie wierzę w swój spokój, raczej będzie mnie nosić z nowymi projektami. No, zobaczymy.
Właśnie z powodu terminów nie mogę pojechać jutro do Chorzowa, gdzie w Teatrze Rozrywki Ela Czerwińska zagra monodram Ani Mentlewicz "Kochany synu" w mojej reżyserii, za który dostała nagrodę za osobowość sceniczną na tegorocznym Przeglądzie Monodramów w Warszawie. Czytelnikom ze Śląska polecam, jutro, Teatr Rozrywki - Mała Scena, godz. 17.30.
Więc siedzę w robocie. Nawet dzisiaj niczego nie podczytuję, z obawy, żeby się nie zatracić w czytaniu, co jest możliwe.
Trudno pracuje się w domu. Umiem, bo jestem terminowy, umiem narzucić sobie rytm, skupić się, zmobilizować, nawet planować sobie przerwy, odpoczynek. Jednak ostatnie dni wyjątkowo męczące, bo wokół trwają nieustanne remonty i mam wybór - przy biurku z dźwiękiem betoniarek i wierteł, w kuchni przy stole z dźwiękiem innych wierteł. Mając do wyboru same wiertła, bez betoniarki, oczywiście je wybieram. Ale nie można nazwać tych warunków do pracy komfortowymi. Naprawdę wkurza mnie, że dom, na który wychodzi ogród remontuje się już trzy lata, przez co taras jest praktycznie nieczynny, bo trudno jest tam w ciągu dnia wysiedzieć. Ledwo zaczyna się wiosna, i zaczyna się wielki remont, jak nie dachu, to piwnic, wnętrz itd.
Trudno mi to zrozumieć, bo jestem człowiekiem pracującym w domu i chciałbym się skupić na tyle, na ile moja praca tego wymaga.
Dzisiaj trafiłem w TVP Kultura na dokument o Ignacym Janie Paderewskim, a właściwie o tym, jak został oszukany przez współpracowników, właściwie uwięziony w swoim domu, zmuszany do podpisywania dokumentów a właściwie składania podpisów in blanco, właściwie uprowadzony do Ameryki, żeby spokojnie można było rozkraść jego szwajcarski majątek, uprowadzony do Ameryki w sposób brutalny, wbrew stanowi zdrowia, pod jakimś pretekstem politycznym, w trasie próbowano też wykończyć jego osobistego szofera, liczono, że tej Ameryki długo nie przeżyje, bo już był wrakiem człowieka i rzeczywiście jej nie przeżył. Spiskowcom przeszkadzała wielbicielka Paderewskiego, z którą był związany, która próbowała apelować u władz i różnych autorytetów, co nic nie dawało, bo Paderewski był ubezwłasnowolniony w majestacie prawa. Za wszystkim stał prawnik, jego bliski współpracownik. Z przesłania tego filmu wynikało, że właściwie Paderewskiego wykończono, żeby swobodnie decydować o jego majątku, oczywiście napisany przez niego testament rozpłynął się. Dla mnie ta strona jego biografii nie była znana, coś gdzieś czytałem, ale nie znałem tych wszystkich szczegółów. Myślałem o tym, jak straszne jest, kiedy już nie można o sobie decydować. W jakim momencie ten genialny pianista i mąż stan stracił ochotę do przeciwstawienia się współpracownikom? Dlaczego się poddał?
Kazali mu zrywać kontakty z przyjaciółmi, więc słał listy o tym informujące, pełne błędów ortograficznych, pisane na maszynie, bo przecież podpisywał in blanco papier, który potem jego współpracownicy wypełniali tekstem. Słuchałem tego jak największego koszmaru. Jeszcze teraz mam ciary na plecach.
Wielki człowiek najpierw więźniem we własnym domu, a potem nawet z niego wygnany. Koszmar.



(fot. Władysław Dulęba, zdjęcie z ostatniego koncertu)

Dzisiaj taka opowieść. Wracam do pracy.
PS A tutaj dźwięk i zapis ze spotkania poświęconego Zbigniewowi Zapasiewiczowi:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95158,6873630,Zbigniew_Zapasiewicz__Pozostal_tajemnica.html


Podziel się
oceń
0
0

Cisza to podstawa mówienia

wtorek, 28 lipca 2009 15:18
Próbuję pracować, ale przy biurku pęka głowa, bo od kilku dni   zza ogrodu słychać jedynie betoniarki.
Przeniosłem się do kuchni, ale i tu przez otwarte okna słychać ten wirujący dźwięk.

Na wczorajsze spotkanie poświęcone Zbigniewowi Zapasiewiczowi w "Gazeta Cafe" przyszło kilkaset osób, co świadczy o szacunku dla aktora, jak i o jego popularności, jeżeli w jego przypadku "popularność" to w ogóle odpowiednie słowo. Zarówno Ewa Dałkowska, jak i Kazimierz Kaczor mówili, jak trudnym partnerem był Zapasiewicz. Ewa Dałkowska powiedziała nawet, że trzeba było toczyć walkę, żeby w ogóle być widocznym na scenie. Wspominała też wspólną pracę przy filmie "Bez znieczulenia" i to, jak bardzo aktor próbował unikać wspólnych spotkań. Kazimierz Kaczor mówił, że tylko w jednym przypadku Zbigniew Zapasiewicz okazywał aktorom swoją czułość. - Kiedy ich reżyserował. Kiedy byli partnerami na scenie, bywało naprawdę gorąco. Maciej Englert, dyrektor Teatru Współczesnego, w którego spektaklach Zbigniew Zapasiewicz wielokrotnie grywał, mówił, że właściwie w przypadku Zapasiewicza reżyseria była niepotrzebna. Doskonale wiedział, co i jak grać, co znaczy również, że w konstruowanie roli wkładał ogromny wysiłek, zaczynając zawsze od "rozumu" to znaczy od zrozumienia, kogo i co gra. Mówił też, że Zapasiewicz był aktorem stworzonym do wielkich scen, ale okoliczności historyczno-polityczne sprawiły, że musiał grywać na małych.
Adam Woronowicz mówił o Zapasiewiczu - swoim profesorze, a później scenicznym partnerze. Grali razem m.in. w "Królu Learze". Mówił, że uwielbiał wskakiwać na stół i patrzeć swojemu profesorowi w oczy. Widział w nich aprobatę.
To w tym roku Zbigniew Zapasiewicz obchodziłby 50-lecie pracy pedagogicznej, bo zaczął uczyć w szkole teatralnej w roku 1959. Wykształcił setki aktorów, całe pokolenia.
Na spotkaniu z publicznością w Klubie Ucho w Gdyni w 2007 roku Zbigniew Zapasiewicz mówił: "Powoli będę się ze szkołą żegnał. Coraz trudniej mi się porozumieć ze studentami. I to niczyja wina. Za duża różnica pokoleń. Jest inny świat, inny teatr, inna rekwizytornia. Nie wiedzą, że nie było wolnego rynku, że nie można było kupić chleba i co to znaczy stać w ogonku, żeby kupić krzesło. Bogu dzięki, że nie wiedzą. A teatr przestał mieć silną funkcję społeczną".
Janusz Majcherek opowiadał o Zapasiewiczu - Panu Cogito, genialnym interpretatorze Herberta, którego jedenasta rocznica śmierci przypada właśnie dzisiaj. Mówił też o najważniejszych rolach aktora i scenach, z którymi był związany.
Przygotowując się do spotkania wypisałem sobie trochę wypowiedzi aktora i wypowiedzi o nim.

Adam Woronowicz: Miażdzył nas tą swoją sztuką mówienia wiersza.

Zbigniew Zapasiewicz: Aktorzy nie powinni być na scenie prywatnymi ludźmi, stawać nadzy przed publicznością. To jest ekshibicjonizm.

Andrzej Łapicki: Był to ostatni aktor, który traktował teatr poważnie.

Adam Woronowicz: Nigdy nie udzielał porad, jak ktoś ma grać. Nie pouczał, że wie lepiej.

Zbigniew Zapasiewicz: Człowiek zamknięty ma większą konieczność wypowiedzenia się.

Katarzyna Herbert-Dzieduszycka: Wiem, że poezja Herberta posłużyła Zapasiewiczowi do stworzenia własnego kodeksu postępowania. Ci dwaj ludzie z jednakową powagą traktowali życie i nasz los.

Adam Woronowicz: Graliśmy "Króla Leara". Czułem, że mam swojego króla.

Piotr Adamczyk: Jego geniusz pedagogiczny polegał na tym, że ze szkoły nie wychodziło 15 Zapasiewiczów.

Zbigniew Zapasiewicz: Tekst literacki to zapis ciszy, bo cisza jest podstawą mówienia.

Andrzej Wajda: Mniej fascynujące było go reżyserować, a bardziej przyglądać się, jak pracuje, jak tworzy swoich bohaterów.

Zbigniew Zapasiewicz (na spotkaniu w Gdyni, 2007): Mnie nauczono, że wchodząc do teatru, wchodzę do pewnego rodzaju zakonu. Życie moje jest regulowane przez teatr. W życiu odpuściłem trzy spektakle, ponieważ dostałem zawału serca w 1991 roku i musiałem zostać w szpitalu. Na szczęście był koniec sezonu i po wakacjach wróciłem do pracy.

Tadeusz Nyczek: Cenił publiczność, ale nie za wszelką cenę. Granicą tej ceny była godność artysty stworzonego do wyższych celów.

Zbigniew Zapasiewicz: Kryzys przeżywa publiczność, a nie teatr.

Piotr Adamczyk: Lekcje z Zapasiewiczem były jak spotkania z ludźmi, którzy chcieliby grać na jakimś instrumencie z Paganinim.

Zbigniew Zapasiewicz: Uważam, że mamy w sobie wszystko. Ludzkie życie jest rodzajem scenariusza, tyle że nie napisanego z góry, lecz układanego z chwili na chwilę.

Ostatnim spektaklem, w którym się pojawił był "Żar" wg Sandora Maraia, zagrany na scenie Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Jestem szczęśliwy, że miałem okazję zobaczyć ten spektakl w Warszawie, na scenie Teatru Narodowego. Pisałem o nim jako prawdziwym koncercie mistrzów: Zbigniew Zapasiewicz, Ignacy Gogolewski, Danuta Szaflarska.
Cieszyłem się, że od jesieni Zbigniew Zapasiewicz będzie grał gościnnie w Teatrze Na Woli, w spektaklu Teatru Powszechnego "Czarownice z Salem" w reż. Izabelli Cywińskiej. Teatr Powszechny przechodzi remont i Teatr Na Woli oddał scenę dwóm tytułom tego teatru. Miałem nadzieję podglądać wielkiego aktora w bufecie, w drodze na scenę, na scenie.

31 lipca we Wrocławiu premiera ostatniego filmu Krzysztofa Zanussiego, w którym Zbigniew Zapasiewicz wziął udział. W "Rewizycie" aktor wraca do swojej roli z "Barw ochronnych". Krzysztof Zanussi po śmierci Zbigniewa Zapasiewicza powiedział: Czuję się pozbawiony alter ego.

We czwartek na warszawskich stronach "Gazety" zapis fragmentów wczorajszego spotkania.

Dzisiaj mija 11 rocznica śmierci Zbigniewa Herberta. Otworzyłem tom jego wierszy.

Zbigniew Herbert

KOŁATKA

Są tacy którzy w głowie
hodują ogrody
a włosy ich są ścieżkami
do miast słonecznych i białych

łatwo im pisać
zamykają oczy
a już z czoła spływają
ławice obrazów

moja wyobraźnia
to kawałek deski
a za cały instrument
mam drewniany patyk

uderzam w deskę
a ona mi odpowiada
tak - tak
nie - nie

innym zielony dzwon drzewa
niebieski dzwon wody
ja mam kołatkę
od nie strzeżonych ogrodów
uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak - tak
nie - nie

1957



(to "Barbarzyńca w ogrodzie" Zbigniewa Herberta, książka, którą znalazłem kiedyś w antykwariacie. Odręczna dedykacja poety: "Drogiej Pani Dr Krystynie Biernackiej z czułym wspomnieniem pięknych krokowskich czasów i wspólnych przysiąg oddany były pacjent i wieczny admirator Zbigniew Herbert. Sopot 17.III.63")

Podziel się
oceń
0
0

Poranek w lesie

niedziela, 26 lipca 2009 9:21
Wczoraj przyjechałem do Przyjaciół, którzy mieszkają w lesie, w sąsiedztwie Żelazowej Woli. Wieczorem ognisko, długa rozmowa przy dogasającym ogniu. Obudziłem się w pokoju, za którego oknem jest las. Patrzę na wysokie brzozy. Jest absolutna cisza zakłócana jedynie uderzaniem w klawisze komputera. W ten obraz za oknem wpisany jest stojący tuż przed nim wysoki, skórzany angielski fotel. W pokoju po prawej stylowy sekretarzyk, po lewej wielkie zdjęcie mima Marcela Marceau uchwyconego w tańcu.
Na półkach książki. Myszkuję w nich co chwila łapiąc się na tym, że tę, czy inną miałbym ochotę przeczytać.
Znalazłem wielką księgę "1001 książek, które musisz przeczytać", przejrzałem z dużym zainteresowaniem. Właściwie mógłby sporządzić listę tych, których lektura wciąż przede mną. Na pewno muszę sięgnąć po książki Iris Murdoch, pisarki, którą tak przejmująco w filmie "Iris" zagrała Judi Dench. Ten film zrobił na mnie kiedyś duże wrażenie. Pewnie też dlatego, że opowiadał o świecie, który Iris gubiła z powodu choroby Alzheimera, więc przypominała mi Babcię. Niedługo, 2 sierpnia minie druga rocznica Jej śmierci.
Opasłe tomisko "1001 książek..." jest na pewno dobrym przewodnikiem, ale jednak raczej rodzajem encyklopedii. Dosyć bezdusznej, konkretnej, pisanej bez zapału. Nie wiem, jak ma się sprawa z tłumaczeniami tytułów książek, bo - jak się domyślam, nie wszystkie książki mają polskie przekłady. Zdarzają się tej książce błędy - głośna powieść Jonathana Littella w Polsce ma tytuł "Łaskawe", w tomie, o którym piszę "Życzliwi".
Wśród "1001 i książek..." są też polskie, bądź opowiadające o Polsce "Sklepy cynamonowe" Schulza "Popiół i diament" Jerzego Andrzejewskiego, "Pożegnanie z Marią" Tadeusza Borowskiego, "Ferdydurke" Gombrowicza, "Solaris" Lema, "Początek" Szczypiorskiego, a także Singera "Sztukmistrz z Lublina" i "Dwór". Niewiele, ale jednak.
Spaceruję po tytułach. Zaglądam do cudzych książek, znajduję cudze podkreślenia i notatki na marginesach, trochę jakbym włamywał się do obcego świata.
Fascynujące śledztwo.

Jutro w redakcji "Gazety Wyborczej" o 19.00 prowadzę spotkanie poświęcone Zbigniewowi Zapasiewiczowi, którego wspominać będą m.in. Ewa Dałkowska, Kazimierz Kaczor, Maciej Englert, Piotr Adamczyk, Adam Woronowicz, Janusz Majcherek.
 

Podziel się
oceń
0
0

zaklęci w kamień

piątek, 24 lipca 2009 18:34
Więc siedzę w korektach, czytam. W szkole uczono mnie, że nie wolno zaczynać zdania od "więc", dlatego robię to z przekory ale nie tylko. Lubię tak zaczynać zdania, bo czuję się wtedy, jakbym wracał do przerwanej opowieści.
Więc siedzę w korektach i czytam. Skończyłem nową powieść Marty Fox "Kobieta zaklęta w kamień", która we wrześniu wyjdzie nakładem Wydawnictwa Literackiego. Ponieważ powieść jest przed publikacją, nie mogę o niej za dużo, ale chociaż tyle, że przeczytałem właściwie w ciągu dwóch dni, co świadczy, że naprawdę wciąga i że jestem urzeczony jej bezpretensjonalną bohaterką, Emilią, która nie wadzi się ze światem, a mimo swojej choroby nie tylko sobie, również innym daje nadzieję i czułość, która słucha swojego wewnętrznego głosu i sama dla siebie jest Kosmosem. To kobieta, która nie kieruje się ani Dekalogiem ani pragmatyzmem ale czymś, co nazwałbym życiem dla książek, kreuje swój świat dla napisanej w przyszłości powieści, więc kreuje dla nich wartościową treść z wartościowego życia, więc żyje mądrze, inteligentnie, pięknie, żyje pełnią, poznaje siebie, ogląda siebie z boku, nie unika pokus, nieustannie się w sobie przegląda. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem.
Urzeka mnie, że ta powieść ma formę otwartą, że jest niedopowiedziana. Więcej nie mogę, więcej napisałem w liście do Marty.
Więc czytam. Również "Stambuł" Orhana Pamuka. Zanurzam się w jego melancholii, w smutku tego miasta, w oglądaniu zrujnowanej przeszłości, w usiłowaniu życia wbrew rozpadowi, rozkładowi i szarości, patrzę na śnieg w Stambule, bo daje temu miastu inną jasność, majestat. Zaczynam rozumieć, czym jest huzun, choroba tego miasta, rodzaj depresji. Mieszkańcy Stambułu walczą z huzun, dlatego wyciągają kamienie z murów obronnych i czynią z nich użytek budując nowe domy. Mieszkańcy Stambułu nie chcą znać historii, patrzeć w przeszłość, bo boli ich to, co widzą na ulicach, w zniszczeniu architektury. Lepiej te ślady pogrążyć.
Więc czytam.
Dzisiaj przyszły książki na wakacje. Jeszcze trochę. Trochę obowiązków, zaległości, zadań, a potem schłodzone białe wino i książka przy leżaku.
 

Podziel się
oceń
0
0

Życie nomada

czwartek, 23 lipca 2009 19:08
Żeby poradzić sobie z dzisiejszym dniem, to znaczy z pracą, jaka na mnie czekała, dozowałem ją sobie w całym mieszkaniu. I tak - na tarasie maszynopis książki Marty, który czytam dla przyjemności, ale i zawodowo (tak mnie wciągnął, że od wczoraj przeczytałem połowę), na biurku w komputerze otwarty plik, bo zacząłem pisać artykuł, który muszę skończyć do sierpnia, w salonie płyty cd z nagraniami Zbigniewa Zapasiewicza (w poniedziałek prowadzę w "Gazecie Wyborczej" spotkanie poświęcone aktorowi), w kuchni kolejny prezent dla przyjemności i odpoczynku, czyli "Stambuł" Orhana Pamuka, w kuchni również praca, żeby nie było za dobrze - tekst własnej książki "Hotel Europa", która wyjdzie prawdopodobnie w listopadzie w wydawnictwie Prószyński i S-ka - dostałem egzemplarz do korekty i staram się zrobić ją starannie i uczciwie, no i jeszcze telefony, głównie zawodowe.
I tak przenosiłem się z miejsca na miejsce, robiąc sobie to przystanek na kawę, to na lekturę, to na słuchanie "Cesarza" w interpretacji Zbigniewa Zapasiewicza.
I tak przenosiłem się z miejsca na miejsce, jak nomad, ze słowa do słowa, z kraju do kraju, z rzeczywistości do rzeczywistości.
Znów musiałem odłożyć pisanie powieści, bo przed wyjazdem na wakacje, chcę wywiązać się ze wszystkich zobowiązań. A potem, po wakacjach, znów wrócę do tamtego świata. Mam nadzieję, że już siedzę w nim na dobre i powrót nie będzie taki bolesny i trudny, jak ten po wielomiesięcznej przerwie.
Czytam Orhana Pamuka "Stambuł", ta autobiograficzna opowieść urzeka i zaprasza, żeby w niej mieszkać. Jej bohaterem jest sam Pamuk, owszem, ale i równorzędnym, a może i ważniejszym bohaterem jest miasto, jego mieszkańcy, jego kolor, jego zapach, jego tajemnice i obsesje.



Chyba najbardziej urzekł mnie rozdział poświęcony autorowi wielkiej jedenastotomej, nieukończonej encyklopedii Stambułu. Jej autor tak zanurzył się we własnej utopii, że nie tylko przestał być wobec siebie krytyczny, ale i chyba kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością. To, co najbardziej porywające to jego własna wizja encyklopedii miasta, która jest zaprzeczeniem naszego wyobrażenia o encyklopedii. Jego dzieło jest jak grzybnia, nie ma żadnego porządku, to twór nieokiełznany, hasła stają się opowieściami o ludziach, o tych znanych i o tych zwyczajnych. Pisze więc o krawcach, kelnerach, mordercach, złodziejach, tancerzach, oszustach, pisze z nazwiskami, komentuje, charakteryzuje, pisze, kto jest piękny, a kto nie, kto ma jaki uśmiech i jaki odcień skóry, kto umie tańczyć a kto tylko udaje. O ile pierwsze tomy, zanim opuścili go współpracownicy, trzymają jeszcze jako taki fason i porządek, o tyle kolejne stają się już wytworem jego obsesji. Nie jest w stanie oddzielić tego, co ważne od tego, co jedynie interesujące. W tej encyklopedii miasta jest miejsce na wszystko. Zamienia się ona w "Baśń tysiąca i jednej nocy". Pęczniej, kiełkuje, wyrasta, rozrasta się, zapętla. Czytelnicy, którzy dzieło zaprenumerowali zaczynają traktować je jak tabloid, sensacyjną gazetkę. W końcu przestają kupować. Podobno dzisiaj, nawet sprzedawanej za bezcen nikt nie chce kupić. Autor tej encyklopedii zatrzymał się na jedenastym tomie, bo nikt już nie chciał tego dzieła dalej wydawać, inaczej mógłby się zupełnie zatracić. A przecież wciąż zbierał materiały do kolejnych tomów, umierał w domu, w którym książki, fiszki, karteczki, zapiski, zeszyty odbierały już możliwość oddychania.
Pamuk opowiada o nim z czułością i doskonale to rozumiem. Mnie zachwycił ten utopista, zachwyciła mnie jego historia. A także wiara, że istnieje tylko to, co zapisane.
Wracam jeszcze do "Otwierania przestrzeni" Leszka Orwida-Pluty, o którego śmierci dowiedziałem się wczoraj. Jeden z jego wierszy:

Leszek Orwid-Pluta

śpi
a tak się boję
żeby nie umarła

jest taka chuda

żółta
że aż złota

ciszej

 

Podziel się
oceń
0
0

otwieranie przestrzeni

środa, 22 lipca 2009 14:10
W Azji księżyc całkowicie przesłonił słońce, w Warszawie szaro z innego powodu. Siedzę przy biurku, zapaliłem afrykańską lampkę, kątem oka patrzę na zieleń w ogrodzie, która wybucha i rozjaśnia. Za oknem coraz cięższe winogrona. Biurko coraz cięższe od książek, które czekają na lekturę. Coraz mniej miejsca na papiery. Drzewa poukładane grzbietami, tak bym widział od razu, którą z książek wybrać.



Skończyłem "Księgę ocalonych snów" Krystyny Sakowicz, dała mi dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że żyję w świecie dotkliwie realnym, nie zajmuję się światem snów, i przez to znam siebie tylko we fragmencie. Ostatni z rozdziałów książki "Pismo snów" to dziennik jej życia w obu światach.
Sen jest światem bogatym, wciągającym, intrygującym, kolorowym, zaskakującym, i w gruncie rzeczy bezpiecznym. Życie na jawie ma w tym dzienniku mniej do powiedzenia. Sytuacji prywatnych, intymnych jest mniej. Raczej opisane są zdarzenia na świecie (jak atak na wieże World Trade Center), przywoływane artykuły prasowe, usłyszane w mediach wiadomości. Ale jest też ten rozdział rodzajem przewodnika.



Pisze Sakowicz: "Mimo że jawny umysł chętnie by je ukrył, przejście do snów istnieje i wyznacza je inny rodzaj uwagi, inny zamiar i zmysł orientacji niż te, którymi posługujemy się na co dzień. Z wielkiego zwoju snów wysnuwa się ten, który dostrzeżono, a dostrzega się sny oczami zamkniętymi albo zamglonymi, spojrzeniem, któremu nie przeszkadza wzrok. Czasami wystarczy widzenie rozrzedzone, jakim w zmierzchającym powietrzu można widzieć duchy. Sny są naszym życiem duchowym, oddalonym".
Sakowicz notuje sny, a właściwie prowadzi dziennik. Pisze, bo w ten sposób oswaja się z istnieniem innych wymiarów. Z liczby zanotowanych snów wynika, że jest to konieczność. Tak jak dla Janiny Turek, bohaterki reportażu Mariusza Szczygła, którą przywołuje, koniecznością jest zapisanie najdrobniejszych przejawów życia. "Stworzyła rzeczywistość obiadów, śniadań i kolacji, z dokładnym wyszczególnieniem dań, widzenia ludzi przez okno, odebranych i nie odebranych telefonów. Każdej sprawie przypisała kolejny numer, tym samym nieuchwytność tego, czym wypełnione są dnie, stała się policzalna".



Oczywiście świat snu wymyka się takim kalkulacjom, ale zapisywanie go może go zbliżyć, uświadomić, może i urealnić. Bo przecież jeśli Sakowicz opisuje spotkanie senne, podróż, czy sen we śnie, robi to tak, jakby było częścią życia na jawie. Wierzymy, że ona żyje i tu i tam, a może nawet bardziej tam.
W jednym miejscu cytuje uratowanego z pogromu Żyda: "Moim obowiązkiem, jak sądzę, było przyswojenie sobie ważnego nakazu: przyglądaj się światu, zapisuj to, co widzisz; uczyń piękno rzeczą niezbędną, uczyń pięknym to, co ci jest niezbędne".
To jest próba transformacji świata. Jego wielkiej przemiany. Wysiłek wkładany w kreację, nie w zapominanie. Bo zapominanie jest niemożliwe. "Ciało pamięta wszystko i na zawsze".
Ktoś zapyta: "a jak jest z pamięcią ludzi starych, chorych na Alzheimera"? Przecież to są wciąż niezbadane historie. Może u nich istnieje inna pamięć, ale też w swojej formie pełna.
Sakowicz opowiada o obu światach, wtajemnicza czytelnika, prowokuje, staje się jego przewodnikiem, chociaż "miałaby ochotę pisać szeptem".
Bo sny wykrywają każdą skrytość. "A jednak nie ujawniają jej do końca. Istnieje jawna i ukryta treść snu. Coś w człowieku zna jego skryte myśli i zmienia je w sen. Jawna treść snu to po prostu przekształcona i przystępnie podana treść utajona".
Wraca do Dąbrowskiej. Sny Dąbrowskiej stają się obsesyjne. Dobiera się do tych snów na swój sposób. Czyta je jak Księgę.
"Tej samej nocy następuje opis śmierci, bo taka jest kolej rzeczy podczas czytania po kolei. Jeżeli niczego nie opuszczać, w drodze wzdłuż zdań zawsze gdzieś czai się śmierć. W niezliczonych księgach spisane są niezliczone ostatnie słowa, uniesione i urwane ruchy, teraz więc też dowiaduję się, jak stary człowiek po raz ostatni dźwignął się z poduszek i w jaki sposób złożył ręce, a potem zaczął patrzeć srogo".
Sakowicz idzie dalej, szuka u Virginii Woolf, u Katherine Mansfield, która jest rówieśniczką Dąbrowskiej. "Uczą mnie teraz obie. Maria Dąbrowska przestrzega, że można znienawidzieć pracę sobie zadaną, gdy jest niezgodna ze śnieniem, czyli wewnętrznym prawem losu. Katherine Mansfield uczy, że choroba jest wielkim snem i przemienia".
Sakowicz próbuje zrozumieć, kim jest w obu światach, jaka jest jej rola, pozycja, w jakim kontekście się pojawia. Nagle następuje intymne wyznanie: "Mijam starego człowieka, który usiadł pod murem i sprzedaje czarne, skórzane rękawiczki, nikt ich jednak nie kupuje. Widzę pięć pęczków zwiędłej pietruszki rozłożonych na gazecie i kobietę wiejską, która zachwala je za złotówkę. Zaczynam rozumieć bazary, miejsca pobytu zagubionych dusz. Na wózku inwalidzkim siedzi kobieta z tabliczką na piersi, na bezwładnych nogach ma podarte tenisówki. Stoją smutne Rosjanki w futrach. Jest pijaczka z nieprzytomnym, pokornym uśmiechem, bo nie dość, że pijana, to jeszcze się tego wstydzi. Widzę to wszystko, lecz nie ośmielam się wiele o tym wiedzieć ani przyznać, że jestem tu razem z nimi; jestem jedną z nich".
Bo "Księga ocalonych snów" jest potrzebna do samopoznania, do dialogu z sobą, do czułości wobec siebie, bo dopiero w tej czułości zaczyna się empatia dla innych.
Mimo że skończyłem lekturę, nie mogę wyjść z tej książki, przeciągnięty pod podszewkę, na drugą stronę, w sen.
Danuta Miłosz w posłowiu do książki przywołuje zdanie z innej książki Krystyny Sakowicz: "Co robić, aby uzdrawiać pismem? Skupiać wolę liter tak, aby tworzyły kunszt? - Po prostu pisać".
Pisać czyli szukać dialogu z samym sobą. Bo dopiero tu się zaczyna dialog z Innym.
Będę wracał do tej pięknej i wieloznacznej Księgi, żeby nic nie przeoczyć, żeby z niej nic nie uronić. Danuta Miłosz, która też wraca, pisze: "Książka po przeczytaniu wydaje się inna, przy każdym kolejnym wglądzie jaśniejsza, najbardziej jednak zostaje zmieniony sam odbiorca".
Pisać, więc leczyć. Dlaczego by nie zarazić się tą naiwną wiarą? Dlaczego by nie opowiadać się po stronie naiwności?



Kiedy zamknąłem wczoraj wieczorem "Księgę ocalonych snów", od razu zacząłem szukać lektury, która by stała się kolejnym miastem w tej podróży. Przystankiem i próbą zajrzenia w tajemnicę. Wcześniej, kilkakrotnie podczytywałem "Stambuł" Orhana Pamuka. Od wczoraj nie opieram się tej książce. Zaczynam w niej mieszkać. Pisaną tak, jakby to życie przydarzyło się komuś innemu, drugiemu Orhanowi, w którego pisarz wierzył od dzieciństwa. Wierzył, że gdzieś, w innej części świata, w takim samym mieszkaniu żyje drugi Orhan. Pisze też, że los Stambułu to jego los. Prowadzi krętymi uliczkami, pokazuje szare fotografie miasta, uwielbia Stambuł zwłaszcza zimą, i wciąż powraca do Kamienicy Pamuków, w której na wszystkich piętrach, we wszystkich lokalach mieszkali członkowie jego rodziny. To miasto uczyniło z niego tego, kim dzisiaj jest.
Więc czytam dalej.
Ale dopiero co była poczta. I z Wydawnictwa Literackiego maszynopis nowej powieści (tym razem dla dorosłych) Marty Fox "Kobieta zaklęta w kamień".
Była poczta - a w niej również dwie książki pana Leszka Orwida-Pluty, książki, które znam i cenię "Otwieranie przestrzeni" i "Cyrkowisko". Zaskoczyło mnie to, bo pan Leszek przysłał mi je, kiedy wyszły. Otworzyłem list. Przeczytałem m.in. "O ile pamiętam, ojciec był z Panem w kontakcie (chyba przesyłał Panu swoje wiersze). Ojciec zmarł ponad rok temu ale zdążył wydać dwie pozycje".
Nic nie wiedziałem. Przykra wiadomość. Zostały słowa.
Tom "Otwieranie przestrzeni" zamyka wiersz pisany dla Matki.



Leszek Orwid-Pluta

"do Matki"

Tu na północy zaleciało zimą.
Od strony norweskich fiordów
Wieje wiatr i stare drzewa
Pochyliły korony. Jak włócznie.

Ech, te stare drzewa - jak mocne wino.
Ech, te stare drzewa - jak dobry chleb.

Być może tak myślał Ojciec
W swoim ogrodzie
Pośród starych drzew.

Tu na północy zaleciało zimą.
Stoję na molo i piszę wiersz.
Dla Ciebie.



Podziel się
oceń
0
0

Sabina

poniedziałek, 20 lipca 2009 23:33
Weekend w lesie. Mikro i makroświat. Kot Maciek, który nie ma właściciela przybiegł ucieszony do wystawionej mu przed domem miski. Dopiero przed wyjazdem zauważyłem, że ma kleszcze, więc trzeba będzie go zawieźć do weterynarza. Kot Maciek mieszka gdzieś w lesie, ale pojawia się zawsze i wita, jakby długo czekał. Dlaczego Maciek? Kto go tak nazwał? Pojęcia nie mam, może się tak komuś przedstawił? Po prostu Maciek i już.
Orzechy na leszczynie jeszcze miękkie, orzechy włoskie w łupinach, wierzba coraz wyższa, drzewko szczęścia zaczęło owocować, lawenda już
przekwita. Echem niesie śpiewy z kościoła przez ulicę.
Spacery. Skupiony na tych mikro i makroświatach nawet nie otworzyłem książki. Dwa dni bez słów. Tylko skupienie, słuchanie lasu, patrzenie na zachód słońca albo deszcz albo gwiazdy jasne i bliskie, o, na wyciągnięcie ręki.
Słuchanie radiowej Dwójki. To jak inna wyspa na tle dzisiejszych mediów. Ważne miejsce, któremu grozi likwidacja. Dlatego proszę o podpisanie apelu przeciwko likwidacji radiowej dwójki:

www.dwojka-popieram.org.pl

Po tym dwudniowym wglądaniu w siebie wczoraj zasnąłem jak dziecko, długo przed czasem, obezwładniony kompletnie lasem, tlenem, spokojem.
Dzisiaj spacer w Warszawie, parkiem. Wstąpiłem do kawiarni, którą lubię i zamówiłem kawę na wynos, na dalszą część spaceru. Czekając aż pani ją przygotuje, zajrzałem do stojącej na półce książki Ireny Kalpas i Marcina Ludwickiego "F27. Czy tu jeszcze rosną róże?" To opowieść o domu przy Filtrowej 27 i jego mieszkańcach. Opowiada o nich jego dawna mieszkanka pani Irena. Otwieram książkę i od razu trafiam na fotografię młodę pani Ireny i podpis: "Starogard". Uwielbiam takie znaki. Starogard, czyli moje rodzinne miasto. Podczytałem tylko, że współautorka tej książki mieszkała w Starogardzie. Od razu zapragnąłem przeczytać, ale musiałem iść dalej, a to był jedyny egzemplarz, do lektury na miejscu. Zapytałem nawet, czy mogę kupić, ale... Muszę ją koniecznie znaleźć. Już sprawdziłem, że w Merlinie nie ma tego tytułu.
A potem kupiłem "Gazetę" - dodatek o prof. Kołakowskim i "Tygodnik Powszechny" z dodatkiem o książkach, gdzie znalazłem rozmowę Agnieszki Wolny-Hamkało z Anną Bolecką, jedną z moich najbardziej ulubionych pisarek, o jej powieści "Uwiedzeni", której kilka egzemplarzy już kupiłem dla rodziny i znajomych. Pisarka mówi w niej: "Zjawisko zła interesuje mnie od dawna. W każdej kolejnej powieści zastanawiam się, jak ono działa. Skąd się bierze? Pytań jest wiele, jednak trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź(...) Jeszcze niedawno uważałam, że zło, takie konkretne, wyraziste, jest czymś, co ma swoje własne życie. Bohaterowie Uwiedzionych i ich losy przekonują mnie, że jedynie dobro żyje, a zło jest czymś pustym, co się dobra przyczepia i na nim pasożytuje(...) Żeby nie zostawić czytelnika bez nadziei i wiary, że miłość i dobro istnieją, przytoczę słowa jednego z moich bohaterów: Mnie nurtuje nie to, dlaczego niektórzy wybierają zło, ale dlaczego większość wybiera dobro".
Znów nabrałem ochoty na lekturę "Uwiedzionych", ponowną. Wciąż chcę do tej książki zaglądać.
W "Tygodniku" również intrygujący tekst Andrzeja Krawczyka "Byłam człowiekiem" o Sabinie Spielrein, córce warszawskiego kupca, która była pierwszą osobą leczoną metodę psychoanalizy przez Freuda i Junga. Z Jungiem łączyło ją też dużo więcej, stała się jego współpracownicą i kochanką. Obroniła doktorat w Zurychu i była to pierwsza w historii praca doktorska o psychoanalizie. Sabina Spielrein pisała o seksualnych uwarunkowaniach schizofrenii. Kiedy wybuchł skandal związany z jej romansem z Jungiem, a od niego samego zażądano zmiany miejsca pracy, rodzina ściągnęła Spielrein do Rostowa nad Donem, gdzie mieszkała. Omal zmuszono ją do ślubu. Urodziła dwie córki. Kiedy przeniosła się do Moskwy współpracowała z zainteresowanym psychoanalizą Trockim i pod jego patronatem prowadziła eksperymentalny dom dziecka, gdzie miała pracować nad ukształtowaniem nowego człowieka "czującego się swobodnie, nieobciążonego balastem krępujących umysł stereotypów, i przez to kreatywnego". Wśród 12 dzieci wybranych do eksperymentu był syn Stalina, Wasilij. Kiedy Trockiego wygnano z Rosji, zlikwidowano też przedszkole, psychoanaliza została zakazana. Spielrein cudem uniknęła zsyłki. Wróciła do Rostowa. Jej bracia trafili do łagrów i tam zginęli, mąż popełnił samobójstwo. 11 sierpnia 1942 roku, w towarzystwie córek szła w kolumnie pędzonej na rozstrzelanie. Tam widziano ją po raz ostatni.
Lata wcześniej napisała testament, w którym zapisała słowa: "Byłam kiedyś człowiekiem. Nazywałam się Sabina Spielrein". Dziś te słowa, wyryte na tablicy, można przeczytać w Żmijewskiej Bałce pod Rostowem, gdzie prawdopodobnie została zastrzelona.
Pisze Andrzej Krawczyk: "Wielka jest liczba światów, w jakich żyła ta kobieta. Wydawałoby się, że nie ma żadnego związku między elegancką Berggasse w Wiedniu (gdzie funkcjonował salon Freuda), Pałacem Wilsona w Genewie (gdzie pracował Jean Piaget), willą w Moskwie (gdzie działało 'przedszkole pod specjalnym nadzorem') i obskurną 'komunałką' w Rostwie. A jednak jest - jedno życie, które można potraktować jako symboliczną egzemplifikację neurotycznego XX wieku".



(Sabine Spielrein)


Podziel się
oceń
0
0

Świat snów, świat słów

piątek, 17 lipca 2009 15:54
Burze nie działają na mnie najlepiej, nawet jeśli słońce, tak jak teraz, próbuje się przebić i zaprowadzić ciszę. Kot Tutka chowa się pod łóżkiem, mnie w czasie burzy - jeśli jest w dzień - ogarnia senność albo - jeśli jest w nocy - odbiera sen. Przed chwilą zrobiłem cappucino, próbując walczyć ze sobą.
Czas dzielę teraz między pisanie powieści a czytanie. Pisanie i czytanie są nierozerwalne. Potrzebuję jednego i drugiego.
Wczoraj odważyłem się posłać 280 stron nowej powieści Eli Czerwińskiej, bo już naprawdę jestem w miejscu, w którym zaczynam mieć coraz więcej wątpliwości, nie wiem, czy powinienem sobie ufać, czy mam rację, czy wybrałem dobrą formę itd. W ciągu nocy Ela przeczytała 120 stron i twierdzi, że nie mogła się oderwać. Oby dalej było podobnie. Porwałem się na trudny temat, trudną formę, wielość narracji, wielokrotność świata. Myślę, że przede mną jeszcze 80 stron. Potem wrzucam książkę do szuflady na miesiąc, dwa i po tym czasie będę czytał siebie jak redaktor, pracując na tekście, rozbudowując, skreślając, zagęszczając, pisząc od nowa. Chciałbym skończyć tę pracę do 2010 roku i mam nadzieję, że się uda, chociaż planów jesiennych już mam więcej, niż jestem w stanie zrealizować.



(Mikołaj Roerich "Matka świata")

Więc burza w ciągu dnia i ogarnia mnie senność, w sumie całkiem dobry klimat do lektury "Księgi ocalonych snów" Krystyny Sakowicz, do której wracam obsesyjnie, czytam wolno, starając się dziesięć razy zastanowić nad każdą myślą. Z trzech kolejnych rozdziałów, które przeczytałem od wczoraj, najbardziej fascynujący wydał mi się ten poświęcony snom Jana Lechonia. Zatytułowany jest "Życie w snach" i szczegółowo omawia świat snu Lechonia, który z kolei on sam zapisywał w swoim dzienniku. Poznajemy Lechonia w Nowym Jorku, jest smutnym, za dużo pracującym, za bardzo rozdrabniającym się autorem bez pieniędzy. W jego życiu na jawie właściwie nic się nie dzieje. Za to w snach Lechoń bryluje. Odwiedzają go koronowane głowy, królowa Wiktoria zaprasza go na śniadanie, sam też jest królem, jest w samym centrum elity. Właściwie - sugeruje Sakowicz - Lechoń ucieka w sny. Tam spotyka na przykład księżną de la Rochefoucauld, ale ta mu się nie odkłania. Sakowicz nie traktuje tego spotkania jako nierealnego. Pisze: "cokolwiek to znaczy, po prostu przybywa księżna i w podziemiach snu zaczyna się baśń".
Z książki Sakowicz poznajemy Lechonia takim, jakim był we śnie, bardziej niż jakim był na jawie. I to spotkanie, to poznanie poety, o którym uczymy się w szkole nagle zaczyna naprawdę fascynować.
Kiedy Lechoń pisze w "Dzienniku", że we śnie wykonuje polecenia Napoleona i fotografuje się z Roosveltem, sam zresztą uznając owe sny za megalomańskie, Sakowicz z tego nie żartuje, nie ironizuje, to jej nawet nie przychodzi do głowy. Pisze po prostu: "Można pomyśleć o tych postaciach jak o właściwych osobach we właściwych snach, są to przywódcy zdolni realnie decydować o sprawach i sekretach świata".
Dobierając się do snów Lechonia, przyglądając się temu światu jako realnemu (a czemu nie?) pokazuje Sakowicz, jak wiele w tej drugiej sferze dzieje się wokół nas samych, pokazuje, kim jesteśmy, bądź kim nie jesteśmy. Pokazuje, że tam też leży mądrość.
"Mądrość snów nie kryje się w ich znaczeniu, nie mają one również wiele wspólnego z marzeniami. Stwarzają wokół siebie tajemnicę i mgłę, abyśmy nie byli tak bardzo pewni tego, co myślimy ani kim jesteśmy".
Postawiłem wykrzyknik przy tym zdaniu.
Poznajemy więc Lechonia, jakiego dotąd nie znaliśmy. Jedziemy z nim w podróż do Wronczyna, bo "bez snu się tam nie dojedzie". Sakowicz przeciąga nas na tę stronę, która być może jest samym dnem życia.
Zaczynam więc czytać ten rozdział jak mini-powieść, oto Lechoń spotyka idącego ulicą Boya, ale Boy przylepia się do ściany jak papier i znika.
Albo przyglądamy się jakiemuś morderstwu, czyjejś śmierci.
I nagle myśl: "Może nasjstraszniejsze jest nasze pojęcie śmierci, a nie sama śmierć, może po prostu wychodzimy z siebie i idziemy dalej".
A może to rzeczywiście jest takie proste? Może rzeczywiście idziemy dalej? Może za mało przyglądamy się swoim snom?
Lechoń każdego dnia zapisuje jedną stronę Dziennika. Dlaczego? Bo tak poradził mu Freud, oczywiście we śnie. Więc przez siedem lat siada za biurkiem i wypełnia jedną stroniczkę, systematycznie, uparcie, obsesyjnie. To sny dyktują Lechoniowi porządek i mierzą rytm.
Aż zaczyna w świecie snu Lechonia dominować zieleń. Ożywają zwierzęta.
"W długich seriach snów widać, jak w stawaniu się nową osobą przechodzimy, 'filogenetycznie' przez fazę roślinną i zwierzęcą, poznajemy życie głębokiej zieleni, złotopiórych ptaków, miniaturowych nosorożców, małych psów i wielkich ryb - a wszystko to w nas(...) Naraz we śnie wyrasta trawa, puszcza się trawa jak włosy wokół głowy, a może odwrotnie, włosy rosną jak młoda trawa". To jest początek przemiany. Przygotowanie do Wielkiego lotu, a przecież - zdaje się - sen dyktuje mu fragment Dziennika o wołaniu za oknem. Aż w końcu sny mówią: "na co czekasz, no chodź, już idziemy".
Więc zginął, czy poszedł dalej? Skoczył z okna XII piętra hotelu Henry Hudson, czy rozpoczął Wielki lot?
"W wodzie, w zgięciu cienia, w jasnej smudze, jego sny mylą się ze snami wszystkich innych".
Po przeczytaniu tego rozdziału aż nabrałem ochoty, żeby przedrzeć się przez teksty Lechonia, żeby zajrzeć do jego Dziennika, przeczytać inne zapisy z podróży w sen.



(Mikołaj Roerich "Krishna")

W rozdziale "Sny stamtąd" Sakowicz mieszka w snach Marii Dąbrowskiej. Niejako daje do zrozumienia, że sny oswajały pisarkę z tym, co nazywamy śmiercią, a może po prostu uspokajały przed zmianą ruchu?
W snach Dąbrowskiej - przynajmniej w książce Sakowicz - nie mieszka Anna Kowalska. Prawdę mówiąc czekałem, że dowiem się o nich czegoś nowego, niż to, co napisano dotychczas. Ale Kowalskiej nie ma, co może znaczyć, że dla Dąbrowskiej wcale nie była taka ważna, że Dąbrowska nie wprowadziła jej do swoich snów. I pewnie to prawda, bo przecież Kowalska w swoim "Dzienniku" daje do zrozumienia, że Dąbrowska traktowała ją raczej jak intruza.
Co śni Dąbrowska? Na przykład wydmy piaszczyste. I tak jak Lechoń miewał sny elitarne, dworskie, tak Dąbrowska miewa sny planetarne, wszechświetne. Ale są to też sny katastroficzne, o przyszłości świata, o ludzkości, która jest na złej drodze. Na jawie trwa wojna.
Krystyna Sakowicz odnosi się do badań Charlotte Beradt, która od 1933 do 1939 roku "spisywała sny ludzi żyjących w reżimie hitlerowskim i zauważyła, że wiele tych snów odzwierciedlało piekielny stan tamtejszego świata. Śniono o mieszkaniach, z których znikały ściany(...) Piece kaflowe donosiły o wypowiedziach i myślach przeciw reżimowi(...) Ludzie związywani byli smyczami psów". To mnie zastanowiło. Chciałbym przeczytać całość tych badań.
W rozdziale pojawiają się fragmenty wypowiedzi i książek Dąbrowskiej, jej celne myśli i spostrzeżenia, np. "Człowiek płacze i rozpacza tylko wtedy, kiedy ma jeszcze nadzieję. Kiedy nie ma żadnej nadziei, rozpacz przybiera postać straszliwego spokoju".
Sakowicz przygląda się snom, ale też ich zapisywaniu, charakterom pisma, temu, jak trzymane jest pióro. Pismo interesuje ją pewnie nie mniej niż same sny.



(Mikołaj Roerich "Matka świata" - inna wersja obrazu)

A czasem po prostu ma ochotę śnić to samo. W rozdziale poświęconym snom pisarza, malarza i podróżnika Mikołaja Roericha, którego pracami ilustruję ten tekst, rozpoznaje miejsca z opisywanych przez niego podróży do Indii, Chin, czy Mongolii. Rozpoznaje te miejsca, bo je śniła. A może po prostu też śni na wschodzie.
"Przestrzeń śnienia jest rozległa, jedni śnią na wschodzie, inni na zachodzie, a sny łączą strony świata, ziemię z niebem i nas wszystkich, którzy jesteśmy na zawsze w drodze, w przechodzeniu, w podróży do istnienia, bo nie możemy robić w życiu nic innego, tylko istnieć. Podróżując do snów innych ludzi, przekonuję się, że sny nie są niczyją prywatną własnością, że żadna pojedyncza osoba nie jest w stanie rozpoznać do końca swoich snów i że zawsze dużo śnienia pozostaje, aby inni też mogli odczuwać świat jako dar i niezwykłe miejsce".
Bohaterowie książki Krystyny Sakowicz są jakoś ze sobą związani. Dąbrowska trzyma pióro wieczne tak jak Niżyński, który miał obsesję na punkcie piór. A Mikołaj Roerich maluje tak, że Diagilew zamawia u niego projekty scenografii do baletów Niżyńskiego, np. do "Święta wiosny".
A czy Karen Blixen i Lechoń nie śnią podobnie pod koniec drogi na jawie?
A czy wszyscy oni nie mają też obsesyjnej potrzeby zapisywania i tego, co na jawie i tego, co we śnie. Oba te światy zapisuje przecież z równym przejęciem uznany za chorego Niżyński, upajająca się Afryką Karen Blixen, zmuszony do tego przez Freuda Lechoń, przejęta losami świata Dąbrowska, wreszcie podróżnik Roerich. Dla mnie ciekawe jest właśnie to przecięcie świata słów i snów.
W rozdziale "Podróż do snu" poświęconym Roerichowi pisze Sakowicz: "Słowa to znaki. Nie przyciąga ich to, co jest. Szukają, czego brak. Po dziesiątkach tysięcy lat ludzkiej mowy przyciąga je to, co nieznane i nienazwane; dzięki temu możemy wypowiadać swoje zdania wciąż od nowa".
Kiedy pisze o Roerichu przeważa jawa. Może dlatego, że udał się do Indii, gdzie według Junga świadomość staje się przezroczysta.
Pisząc o Wschodzie i Roerichu, który rozbija namioty, a musi czasem w letnim namiocie spędzać zimę, uczy mnie komunikacji. Bo jeśli nie znasz języka ludzi, których spotykasz, postaraj się, aby ci ludzie otworzyli duszę. "Trzeba pozbyć się kłamliwych myśli" - cytuje Roericha.
Do rzeczywistego świata trzeba iść przez sny, trzeba wyruszyć w podróż. "Przez śnienie nie można przemknąć, trzeba naprawdę je przewędrować, stać się snem". Dopiero potem można się przebudzić.
Został mi jeszcze jeden rozdział "Księgi ocalonych snów". Ale będę do nie wracał. Już teraz stała się jedną z moich ulubionych lektury. Będę wracał bez strachu, bo jak pisze Sakowicz: "najważniejszych tajemnic nie sposób odtajnić za pomocą ksiąg. Przeznaczeniem ksiąg jest chronić nas przed tajemnicami".



(Mikołaj Roerich "Światła na Gangesie")

Podziel się
oceń
0
0

Miogatnie

czwartek, 16 lipca 2009 13:26
Lewituję w "Księdze ocalonych snów" Krystyny Sakowicz (Wyd. Forma, 2008), nie jestem odosobniony, Zyta Rudzka napisała, że też lewituje w tej Księdze. Rozdział "Człowiek jako sen" poświęcony jest wielkiemu tancerzowi Wacławowi Niżyńskiemu. To, co mnie fascynuje w tej części, to nie tylko empatia dla Niżyńskiego, który coraz bardziej odkleja się od rzeczywistości i znajduje w sobie Boga, ale przede wszystkim opowiadanie o nim, jakby wszystko, co robił było normą. Czyli pełne zrozumienie jego biografii. Czyli czucie Niżyńskiego. Sakowicz czuje Niżyńskiego, który czuje Boga.
Niżyński, u którego zdiagnozowano schizofrenię i który leczył się w zakładzie psychiatrycznym, pokazany jest przez Sakowicz nie jako chory, ale jako niezrozumiany. Dlaczego nie przyjrzeć się światu tak, jak patrzył Niżyński? Dlaczego nie traktować jego zachowań jako normy?
Jeżeli Niżyński był jak sen, to przecież był dotkliwie, boleśnie realny, bo we śnie wszystko jest dotkliwie i boleśnie realne. Czytałem o Niżyńskim a myślałem o Virginii Woolf, o tym, co było w nich podobne. O tym, jak rozumieli świat i jak czuli się jego organiczną częścią, fragmentami Boga.
Dlaczego nie mielibyśmy być snami?
"Niektórzy ludzie są snami tego świata. Przenikają rzeczywistość w różnych miejscach i czasach, pojawiają się i znikają, zostawiając po sobie odruch zdziwienia albo mgłę. Ich życie przypomina dramat ułożony według reguł snu(...) W snach jest to, czego świat nie chce, czego nie zna, nie wie, nie pojmuje, na co nie zważa, co lekceważy albo na odwrót, nie zamierza tego tolerować. Jako całość, niczego nie może się pozbyć, usunąć poza obręb, gdyż nie ma nic poza światem i wszystko, co wydane na świat, jest nim. Dlatego są sny. Osama bin Laden jest snem świata o zemście. Matka Teresa jest snem o miłosierdziu. Ludzie w depresji śnią naszą rozpacz".
Więc jesteśmy snami?
Świat jest w nas?
Wgryza się Sakowicz w Niżyńskiego i jego sny. Próbuje dopatrzeć się genezy zdań, które zapisywał, np. "Zacząłem tańczyć jak Bóg". Próbuje zrozumieć, czytać go bez uprzedzeń. Przygląda się słowom, które zostały napisane pismem szybkim, "drżącą to znów drętwiejącą ręką, raczej małymi niż dużymi literami".
Aż dochodzi do wzruszającego wyznania autorki "Księgi ocalonych snów": "Czytanie tego, co zostało napisane, wymaga wzajemności". I tylko pozornie, jak wszystko, co w tej Księdze, to wyznanie jest proste, żeby nie powiedzieć banalne. Dla Sakowicz "wzajemność" to próba najgłębszego zrozumienia, może nawet utożsamienie się z piszącym, śnienie jego snu i życie jego życia.
Stawia pytania i szuka odpowiedzi. Dlaczego publiczność, która odwiedzała go w garderobie mówiła do niego jak do cudzoziemca lub do dziecka? Był jednym i drugim? Nie tylko. Był też wędrowcem, "który utracił swój dom".
Sakowicz próbuje czuć Niżyńskiego, bo "czucie to więcej niż myśl". Zaczyna widzieć w Niżyńskim mistrza zen, który wypowiada myśli: "Człowiek jest uczuciem w całym ciele. Świat jest uczuciem w człowieku". Nade wszystko jednak widzi w Niżyńskim człowieka, który chce kochać i nie chce umierać. Tancerz pisze szybko, nie dlatego, że jest wariatem, ale dlatego, że czuje zagładę. Więc jeśli on czuje swoją zagładę, Sakowicz czuje nim również zagładę.
Tancerze, którzy współpracują z Niżyńskim muszą zbliżyć się do jego czucia. Dla nich taniec wykreowany przez Niżyńskiego jest prawdziwy. Nie jest tylko aktem sztuki, jest całą prawdą.
Sakowicz pochyla się nad jego smutkiem, nad jego wyznaniem: "Płaczę, kiedy czuję, że człowiek nie migocze". Autorka "Księgi ocalonych snów" idzie za nim i pisze: "Ludzie powinni migotać, gdyż są świetlistymi istotami".
Ponieważ nie wyśmiewa, nie ironizuje, nie jest szydercza, ponieważ rozumie, ponieważ współodczuwa, współkocha i współcierpi zaczyna pokazywać mi jakąś prawdę o mnie samym - o moim stereotypowym myśleniu, o tym, że idę w myśleniu za prosto, że idę za szybko, że nie szukam w sobie tak, jak mógłbym, a więc, że nie odkrywam różnych części siebie, że myśląc stereotypowo zostaję sam dla siebie zamkniętym naczyniem, zamkniętą Księgą, wygasłą latarnią.
Zdanie o migotaniu dało mi wiele do myślenia. I powtórzyłem na marginesie książki ołówkiem kopiowym: "Ludzie powinni migotać", jakbym chciał to sobie jeszcze bardziej unaocznić, jakbym chciał ten wers rozświetlić, jakby to była zapałka, która za chwilę rozpali świat.
Idąc za Niżyńskim zauważa Sakowicz, że on pisze swoje księgi jak człowiek, ale tańczy jak Bóg. Przecież może, a nawet musi powiedzieć: "Jestem Bogiem", jeśli obejmuje uczuciem całą ziemię. On tak właśnie czuje. Czuje całą ziemię, jej okrąg, jej środek i powierzchnię.
Najbardziej z całego rozdziału zapadła mi ta opowieść: "Wychodzi. Biegnie i biegnie. Zbiega z góry do miasteczka Sankt Moritz. Jest zimno. Szuka schronienia. Idzie lasem. Bawi się z dziećmi. Wchodzi z nimi do chaty, gdzie kobieta daje dzieciom placki na tłuszczu z cukrem. Kobieta czuje go i daje mu także placek z cukrem".
Czucie. Tak, tajemnica nie tylko snów.



(Wacław Niżyński w obiektywie Eugene'a Drueta).

Podziel się
oceń
0
0

Opowiadamy, bo nie wierzymy, że się zdarzy

wtorek, 14 lipca 2009 22:44
Znów wpadam w książki. Dzisiaj pływałem w przepięknej książce Krystyny Sakowicz "Księga ocalonych snów". Czytam wolno, żeby starczyło jej na dłużej. To bardzo osobisty przewodnik po snach, po pograniczu życia i fikcji, jaźni i snu, życia i literatury. To opowieść o poszukiwaniu tego, co utracone, o podążaniu za tym, co nie jest znane, o zapamiętywaniu i zapominaniu.
Na przykład rozdział "Śnienie sprzed snów" poświęcone jest śnieniu, ale i biografii Karen Blixen, jej afrykańskim przygodom. Krystyna Sakowicz opowiada o swojej Blixen, o kobiecie, która otwiera przed nią tajemnicę. Ale najpierw tę tajemnicę tropi. Idzie np. za Hannah Arendt, która uważała, że źródłem autobiograficznej powieści Blixen "Pożegnanie z Afryką" była jakaś tajemnicza grande passion. Pisze Sakowicz: "Może było to coś, co starożytni czarownicy nazywali śnieniem. A za każdą nazwą, oprócz znaczenia, ukryte jest prawdziwe doświadczenie. Śnienie trudno wyrazić, ale łatwo odkryć, gdyż ma ono związek ze wszystkim, co istnieje. Najpierw istnieje śnienie, a potem pojawia się wszelki inny byt".



(Karen Blixen)

Pisząc o śnieniu Blixen, o tym uczuciu zbliżania się gór, pisze: "Ale czy to nie w każdej chwili jesteśmy świadkami tego, jak ze snu wysnuwa się rzeczywistość? Kto ma szczęście, odkrywa coś jeszcze wcześniejszego niż sen: śnienie sprzed snów; bardzo czyste, nie skażone i nie upiększone nazwami ani obrazami wrażenia, ledwie uchwytne odczucia, niejasne natchnienia, minimalne małe dotknięcia intuicji poprzedzającej to, co niebawem się wydarzy. Śnienie sprzed snów jest nieustanne i przez cały dzień możemy zauważyć różnorodność subtelnych i szybkich jak mgnienie wydarzeń podobnych do snów, gdyż w głębi duszy świat jest tak intensywny jak przed deszczem lub przed Wielkim Wybuchem - stąd, sprzed początku tego, co wiemy, wywodzi się śnienie, które stwarza sen, który stwarza jawę - która stwarza substancję i powierzchnię. Karen wie o snach; śnienia się domyśla(...) Co innego koszmar. Karen ich nie uznaje. Uważa koszmary za najnędzniejszy i najpospolitszy gatunek snów. Tak jednak nie jest. Całe śnienie, bez względu na treść, należy do nieskończoności, która wciąż je przemienia i rozwija".
I dalej: "Aby życie było naturalne i prawdziwe teraz, w czasie teraźniejszym, musi być niezupełnie trzeźwe. Lecz śnienie sprzed snów, odwieczne i niczym niespowodowane, jest zupełnie trzeźwe. Jest jasną, czystą przytomnością".
Intrygują myśli dotyczące tajemnicy zwierząt. Człowiek poluje, bo musi mieć zwierzęta, a zwłaszcza ich śmierć.
"Mu, ludzie, wiemy o świecie bardzo mało, mówią czarownicy. Zwierzęta wiedzą znacznie więcej. Gdy zaglądamy w oczy ich śmierci przejmujemy tę wiedzę: dowiadujemy się, że do ostatniej chwili nie dały się oszukać pozorom tego świata. Obca jest im ludzka przemyślność, dlatego zwierzęta zabija się tak łatwo".
Afryka jest blisko raju, bo tylko tam istnieje prawdziwa konieczność bycia sobą.
O Karen: "Wie lub nie wie, że wszystkie postacie w naszych snach są nami, że wszystkie wizje są snami i że, zatrzymując się przy nich na chwilę, możemy poczuć ukrytą za nimi prawdę losu".



(Karen Blixen)

Czym jest śnienie: "wynurza się z ciszy wiecznego początku, z pierwotnych, nieświadomych głębin. Jest instynktem, którego nie zna i nie może zastąpić żadna świadoma wola. Czasami jest tak przejrzyste, że utożsamia się je z przebudzeniem".
Najbardziej podoba mi się teoria opowiadania: "Gdzieś wewnątrz opowieści - w miejscu nie wymyślonym i nie wypowiedzianym - czasami przekraczamy wąskie pasmo zwykłego pojmowania i czujemy niezależną siłę, która stworzyła tę opowieść, w niej jasność, ciemność, cienie na trawie, roślinność i istoty żywe. Gdyby ludzie wierzyli, że kiedyś mogłoby się to zdarzyć, nie opowiadaliby o tym, mówi Karen. I tak właśnie jest. O tym nie opowiadają".



(afrykańska weranda Blixen)

Już teraz wiem, że to będzie jedna z moich ulubionych książek. Pozornie abstrakcyjna, pomaga mi zrozumieć siebie i swoje kroki.
Będę relacjonował lekturę.

Wieczorem przeczytałem wiadomość o śmierci Zbigniewa Zapasiewicza, charyzmatycznego, wybitnego aktora, którego role wciąż mam przed oczami.
Nagle przypomniałem sobie jego role w spektaklach "Kwartet" w Teatrze Współczesnym, "Czarownice z Salem" w Teatrze Powszechnym, a zwłaszcza mistrzowski popis w spektaklu "Żar" w Teatrze Narodowym. Trzy bardzo różne, zapadające w pamięć role. Ale przecież widziałem ich więcej.
Dzisiaj teatr stał się uboższy.
Jeszcze dziś, a może wczoraj, w TVP Kultura oglądałem sporą rozmowę z aktorem, w cyklu "Rozmowy istotne". Mówił o wierności swoim ideałom. O prawdzie w teatrze. I o wyborach, które nie są łatwe.




Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 774  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości