Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Nawet nie wiem...

wtorek, 29 lipca 2008 22:25
Spotkałem się w teatrze z kolegą, który jest dramaturgiem i lekarzem, pracuje w szpitalu onkologicznym i każdego dnia ma do czynienia z najtrudniejszymi rozmowami świata. Codziennie przyjmuje 50-60 pacjentów. Na każdą z konsultacji ma 15-20 minut, ale nie umie się w tym czasie zmieścić, bo nie chce być bezduszny, bo ma empatię, bo stara się zrozumieć, stara się słuchać i pomóc. To, że przedłuża wizyty nie podoba się pracownikom szpitala. Wiem doskonale, że wśród lekarzy jest wyjątkiem. Mimo długiej praktyki wciąż udaje mu się słuchać pacjentów, a nie patrzeć na nich jak na przypadek. Mówi, że dzięki temu dwoje z pacjentów, którym nie dawano nadziei i dla których nie ma już leczenia, żyje, bo udaje się mu podtrzymywać w nich tę chęć. Pacjentom, dla których nie ma nadziei stara się tłumaczyć, że powinni wykorzystać czas jak najpiękniej, najpełniej. Dopiero pisałem o filmie "Moje życie beze mnie", a dzisiaj w jego opowieści zobaczyłem to wszystko jeszcze mocniej.
Prowadzi zajęcia ze studentami medycyny, opracowuje dla nich kursy empatii, wprowadza metody dramy, żeby potrafili zobaczyć. Na przykład stosuje tzw. metodę fantów. Otwiera szafkę, w której jest plecak. Mówi, że zostawił go pacjent, który przed przyjęciem do szpitala uciekł. Po rzeczach, które są w plecaku studenci mają próbować sobie go wyobrazić. Te rzeczy mają im pomóc odczytać jego historię.
Opowiedział mi o medycynie narratywnej, która zajmuje się pacjentem jako opowieścią. Przyznam, że nigdy nie zetknąłem się z tym pojęciem. To rozpoznawanie choroby po opowieści pacjenta. Pacjent przychodzi do lekarza i opowiada mu o swojej chorobie, a na podstawie tego, co i jak mówi, co stawia na pierwszym miejscu, jakie ma lęki, jak widzi swoją przyszłość etc. lekarz stara się rozpoznać, co rzeczywiście pacjentowi dolega, czego oczekuje. Mój kolega jest przekonany, że to humanistyka jest początkiem empatii i wierzy, że jeśli zacznie się wcześnie, to można studentów wykształcić na lekarzy współodczuwających. Mówi, że trzeba oddać ludziom godność. Mówi, że medycyna paliatywna, opieka hospicyjna powinny uwzględniać potrzebę człowieka do bycia twórczym do samego końca. Mówi, że są takie ośrodki, gdzie ludzie odchodzą, ale w poczuciu, że nie odebrano im godności, że nie przestali być kreatywni. Słuchałem tego wszystkiego z fascynacją, ale też z przerażeniem. Bo znaczyło to, że skoro nasze odczucia co do bezduszności lekarzy są podobne, to naprawdę nie jest dobrze. Mój kolega napisał doktorat o relacji lekarz-lekarz. Mówi, że nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak negatywnie może oddziaływać na lekarza inny lekarz, a potem często przyjmując pacjenta nie wyzbywa się złości czy frustracji. Mój kolega - lekarz nie poprzestaje na pracy w szpitalu. Zajmuje się opieką paliatywną w hospicjach i prywatnych mieszkaniach. To, co mnie porusza to, że wciąż powtarza: "Nawet nie wiesz, ile ja historii poznaję, jakich opowieści słucham... Mam pacjenta, który należał do cichociemnych..."
Ale pomyślałem, że to jest coś więcej niż empatia. Pomyślałem, że lekarz to ktoś, kto powinien kochać ludzi. Tylko że tego nie nauczą żadne studia.


Podziel się
oceń
0
0

Chciałbym opisać

niedziela, 27 lipca 2008 23:42
Obejrzałem właśnie wyprodukowany przez "El Deseo" Pedro Almodovara  poruszający film "Moje nowe życie" (w Polsce również pod tytułem "Moje życie beze mnie") w reż. Isabel Coixet, tej od "Życia ukrytego w słowach". Dwudziestokilkuletnia kobieta, matka dwóch córek, żona, która jest kochana, próbująca stworzyć sobie iluzję szczęśliwego życia chociaż warunki, w jakich je wiedzie nie są idealne - jest sprzątaczką, pracuje w nocy, mieszka w przyczepie na działce obok domu matki - dowiaduje się, że pozostały jej zaledwie dwa miesiące życia. Postanawia je wykorzystać. Rezygnuje z terapii w szpitalu. Robi listę spraw, które musi podjąć przed śmiercią. Na tej liście są m.in. nagranie życzeń dla córek na każde urodziny do ich pełnoletności, nowa fryzura, zobaczenie ojca, znalezienie odpowiedniej żony dla swojego męża, seks z obcym mężczyzną, bo jej mąż był jedynym w jej życiu, mówienie tego, co naprawdę myśli. Postanawia żyć do końca. Nie wyjawia nikomu swojego stanu zdrowia. Chce być z bliskimi do końca. Chce się z nimi cieszyć, kochać ich, chce być blisko jako zdrowa i pozornie szczęśliwa. Odkrywa to, na co wcześniej nie miała czasu - tańczy, poznaje, dużo myśli, bo urodziła pierwsze dziecko mając siedemnaście lat, drugie mając dziewiętnaście i na myślenie nie było już miejsca. Patrzy na uciekające jej życie i próbuje zatrzymać to, co stanowi jego wartość - śmiech córek, deszcz, który wpada za koszulę, resztkę marzeń o poznawaniu świata, choćby świat krył się jedynie w opowieści... Ludzie, których spotyka wydają się przy niej osobni, samotni, nieszczęśliwi, obsesyjni, nie potrafiący wydostać się z depresji, smutni, groteskowi, czasem karykaturalni. Okazuje się, że jedynie ta umierająca na raka kobieta każdą z chwil potrafi zamienić choćby w namiastkę szczęścia. Mówi, że życie jest po to, żeby zapomnieć o śmierci.
Do domu obok wprowadza się młoda pielęgniarka, o takim samym, co ona imieniu, Anna. Zaprzyjaźniają się. W czasie jednej z rozmów pielęgniarka opowiada jej zdarzenie sprzed lat, które zmieniło całe jej życie. Miała staż na pediatrii. Asystowała przy porodzie. Kobieta długo nie mogła urodzić, wywiązały się komplikacje, więc zdecydowano się na cesarskie cięcie. Kobieta urodziła bliźniaki syjamski. Chłopiec i dziewczynka złączeni tułowiem. Dzieci były piękne - opowiada Anna - ale nie dawano im szans na przeżycie. Początkowo umieszczono je w inkubatorze, ale lekarze wspólnie z ojcem dzieci ustalili, że lepiej, aby umarły. Ojciec nie chciał nawet ich zobaczyć. Postanowiono więc wyjąć dzieci z inkubatora i pozwolić im umrzeć. Ale ja - mówi dalej Anna - nie mogłam pozwolić na to, żeby umierały tam w chłodnej sali same. Poszłam do nich. Wzięłam je na ręce, przytulałam, umierały trzydzieści godzin, w tym czasie zaśpiewałam im wszystkie piosenki, które znałam. Najpierw umarł chłopiec, dziewczynka zmarła sześć godzin później. Byłam z nimi do końca.
Pielęgniarka zdecydowała się rzucić pediatrię dla geriatrii.
Najważniejsze jednak było to, że z tej tragicznej i mrocznej opowieści wyłoniło się światło. Anna nadawała się na matkę.
Najważniejsze to widzieć, słyszeć, dostrzegać to, co dla wszystkich niedostrzegalne.

Oglądając ten film przypomniałem sobie o wierszach Zbigniewa Herberta drukowanych we wczorajszej "Gazecie". Przypomniałem sobie wiersz, który wybrała jako swój ulubiony Jane Hirshfield, amerykańska poetka.

Zbigniew Herbert

Chciałbym opisać

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie
radość lub smutek
ale nie tak jak robią to inni
sięgając po promienie deszczu albo słońca

chciałbym opisać światło
które we mnie się rodzi
ale wiem że nie jest ono podobne
do żadnej gwiazdy
bo jest nie tak jasne
nie tak czyste
i niepewne

chciałbym opisać męstwo
nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa
a także niepokój
nie potrząsając szklanką pełną wody

inaczej mówiąc
oddam wszystkie przenośnie
za jeden wyraz
wyłuskany z piersi jak żebro
za jedno słowo
które mieści się
w granicach mojej skóry

ale nie jest to widać możliwe

i aby powiedzieć - kocham
biegam jak szalony
zrywając naręcza ptaków
i tkliwość moja
która nie jest przecież z wody
prosi wodę o twarz

i gniew różny od ognia
pożycza od niego
wielomównego języka

tak się miesza
tak się miesza
we mnie
to co siwi panowie
podzielili raz na zawsze
i powiedzieli
to jest podmiot
a to przedmiot

zasypiamy
z jedną ręką pod głową
a z drugą w kopcu planet

a stopy opuszczają nas
i smakują ziemię
małymi korzonkami
które rano
odrywamy boleśnie




Podziel się
oceń
0
0

Różowe ucho...

sobota, 26 lipca 2008 22:01
Chyba jestem już zdrowy, bo od rana rozpierała mnie energia. A nawet miałem taki dzień, w którym dorosły chłopiec potrzebuje piaskownicy i zabawek. A ponieważ byki mają skłonność do przesady zacząłem przesadzać kwiaty na tarasie. Jakiś czas temu kupiłem w kwiaciarni na Ludnej takie wiklinowe koło, w którym rosną na przemian drobne kolorowe kwiaty i coś jak ozdobna kapusta. Cholera, nie znam nazw, ale zamieszczałem tu niedawno zdjęcie z Tutką w środku koła i dokładnie o to chodzi. Kapusta wyrosła bardzo ponad miarę, przez co kwiaty zaczęły obumierać, nie mając miejsca w kole. Jedynym wyjściem było przesadzić tę przerośniętą kapustę i dać kwiatom więcej swobody. Zanurzanie dłoni w ziemi, brudzenie się, bardzo przyjemne. Potem podlewanie, ale takie, żeby rozlać wodę po całym tarasie i wchodzić w nią bosą stopą. Wycieranie ubłoconych dłoni o koszulkę - boskie! Odrodził się we mnie ogrodnik, chociaż kiedyś myślałem, że to niemożliwe. Tato ma piękny ogród i być może na przekór myślałem, że ja będę się trzymał od ogrodów z daleka. Ale nie, zanurzam dłonie w ziemi i jest mi dobrze. Sprzątanie tarasu w największym słońcu też sprawiło mi przyjemność. Umordowany wpadłem na pomysł zrobienia lemoniady. Starłem skórkę z cytryny, wycisnąłem sok, dodałem świeżej mięty, oczywiście dużo wody mineralnej, wszystko do miksera, oczywiście wiedziałem, że za dużo wody w mikserze i że będzie wylewać się, ale przecież o to chodziło, żeby rozlewać, żeby brudzić, żeby się upaćkać. Zmiksowaną lemoniadę przelałem do staromodnej butelki na korek i wstawiłem do lodówki. Ale już nie mogłem się doczekać, kiedy będzie gotowa. Wyjąłem, wrzuciłem do niej sporo lodu i pijąc byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ubrudzony, zadowolony... Potem długo szorowałem dłonie szczotką, jakbym przepracował pół dnia w polu. Potrzebowałem dzisiaj piaskownicy, więc voila! - jak mówią Francuzi.
Pijąc lemoniadę czytałem "Gazetę", w której znani pisarze i poeci wybierają swój ulubiony wiersz Zbigniewa Herberta. Adam Zagajewski napisał, że poezja Herberta żyje w nieustannej rozmowie z samą sobą, w rozmowie, do której wciąga też czytelnika. I że poezja Herberta wciąż ucieka z więzienia ideologii. To zwłaszcza wydało mi się ciekawe, bo wciąż próbuje się posadzić Herberta w więzieniu ideologii, czego przykładem paskudna książka "Pan od poezji". Z tekstu Tomasza Różyckiego o poezji Herberta wynotowałem zdanie: "Przecież po to się pisze wiersze, żeby nic już nie musieć mówić". Ale zatrzymałem się przy Stefanie Chwinie, który wybrał wiersz, którego nie znałem. Wiersz, który  do teraz siedzi mi w głowie, więc przepisuję.

Zbigniew Herbert

Różowe ucho

Myślałem
znam ją przecież dobrze
tyle lat żyjemy razem

znam
ptasią głowę
białe ramiona
i brzuch

aż pewnego razu
w zimowy wieczór
usiadła przy mnie
i w świetle lampy
padającym z tyłu
ujrzałem różowe ucho

śmieszny płatek skóry
muszla z żyjącą krwią
w środku
nic wtedy nie powiedziałem -

dobrze byłoby napisać
wiersz o różowym uchu
ale nie taki żeby powiedzieli
też sobie temat wybrał
pozuje na oryginała

żeby nawet nikt się nie uśmiechnął
żeby zrozumieli że ogłaszam
tajemnicę

nic wtedy nie powiedziałem
ale nocą kiedy leżeliśmy razem
delikatnie próbowałem
egzotyczny smak
różowego ucha

*

Mnie wydał się ten wiersz nie tylko sugestywny i intymny, ale metafizyczny. I kiedy po chwili zajrzałem na stronę "Rzeczpospolitej" znalazłem jakby jego epilog, tekst - wiadomość podaną za PAP-em... Niewiarygodny epilog, który napisało życie. Niewiarygodny, ale przeraźliwie prawdziwy... Zamieszczam w całości.

Poślubił zmarłą narzeczoną

mz 26-07-2008, ostatnia aktualizacja 26-07-2008 18:11

68-letni artysta-malarz poślubił w sobotę na południu Francji swoją długoletnią towarzyszkę, zmarłą w 2004 roku w wieku 52 lat. Prawo francuskie w skrajnie rzadkich sytuacjach zezwala na zawarcie małżeństwa pośmiertnego.

źródło: Archiwum

Żeby do tego doszło wymagany jest dekret prezydenta, podpisany przez premiera i ministra sprawiedliwości - wyjaśnił mer miejscowości Lamontelarie, Pierre Escande.

Jean-Louis Ronzier i tancerka Martine Cazenave poznali się w połowie lat 80. i planowali pobrać po przejściu na emeryturę. Pani Cazenave jednak zachorowała i zmarła na dwa miesiące przed wyznaczoną datą ślubu.

- Obiecałem jej, że się pobierzemy i dotrzymuję słowa: 20 lat wspólnego życia się nie zapomina. Nadal z nią rozmawiam i opowiadam, co zrobiłem - wyjaśnił Jean-Louis Ronzier przed uroczystością. Uczestniczyło w niej około 50 gości - rodzin i przyjaciół obu stron.

Ronzier przyniósł do merostwa kapelusz swojej przyjaciółki, który położył na miejscu panny młodej.

Wyjaśnił, że zanim doszło do ślubu przeszedł długą batalię, składając wniosek - bez rezultatu - jeszcze u prezydenta Jacquesa Chiraca.

Artykuł 171 kodeksu cywilnego umożliwia prezydentowi Francji zezwolenie na małżeństwo pośmiertne "z ważnych powodów, jeśli jeden z przyszłych małżonków zmarł po dopełnieniu niezbędnych formalności potwierdzających jednoznacznie jego zgodę".

Instytucję małżeństwa pośmiertnego wprowadzono po zerwaniu tamy Malpasset w 1959 roku, co spowodowało śmierć ponad 420 ludzi. Po raz pierwszy zawarła je młoda ciężarna kobieta, która poślubiła narzeczonego zabitego w tej katastrofie.




Podziel się
oceń
0
0

Burza w nasieniu

piątek, 25 lipca 2008 20:49
Czwarty dzień w domu, wychodzę z jakiegoś choróbska, ale już lepiej, skoro wczoraj do późna czytałem i pisałem, dzisiaj też odpoczynek przerywany lekturą i pisaniem. Zaczynam łapać rytm, a to znaczy, że mój system immunologiczny buntuje się przeciwko chorowaniu. I dobrze. Niebo wygląda teraz jak na prześwietlonym filmie. Przeszła burza, okna mokre po deszczu, słyszę jak krople padają z rynny szybko, rytmicznie.
Kot Tutka schował się przed burzą włażąc do wiklinowego kosza. Ledwo tam wlazł już zasnął. Prawdę mówiąc spanie kotów uważam za bezwstydne. Nie umiem spać w ciągu dnia, więc śpiący kot strasznie mnie denerwuje.
Wróciłem dzisiaj znowu do wydanego przez "Gazetę" zbioru "List do ojca". Nie mogę się uwolnić od tej książki. Znalazłem taki fragment: "Myślę, że nadszedł czas, abyśmy coś sobie wyjaśnili. Chciałabym, abyś notarialnie zrzekł się mojej opieki nad Tobą, gdy będziesz stary, i został sam, tak na wszelki wypadek. Nie mam zamiaru opiekować się Tobą, gdy będziesz niedołężny i stary. Aby sprawę zakończyć między nami, ja podpiszę Ci zobowiązanie, że nie będę rościć żadnych pretensji do twojego majątku po twojej śmierci".
Czytałem to próbując sobie wyobrazić, jakie trzeba mieć dzieciństwo, jaką trzeba mieć przeszłość, żeby napisać taki list. I... mam ograniczoną wyobraźnię. Ale ta książka odsłania coraz więcej. Uważam, że powinni ją przeczytać wszyscy: ojcowie, którym się wydaje, że są idealni (bo dowiedzą się o prawdziwych potrzebach i oczekiwaniach dzieci); ojcowie, którzy nigdy nie dorośli (bo zobaczą, jakie konsekwencje niesie ich niedojrzałość); ojcowie, którzy znęcają się nad dziećmi (bo może zobaczą, że wyrządzają krzywdę a także samolubnie zastanowią się nad swoją własną przyszłością, nad samotnością i bólem na starość); matki, które milczą, kiedy ojcowie krzywdzą dzieci (zobaczą wtedy, że milczenie i udawanie też jest przemocą); przyszli ojcowie (pouczający podręcznik); matki, które uczyniły ze swoich mężów dzieci (może zobaczą siebie same jako ofiary własnej głupoty; może zobaczą dzieci, które przez nie stały się emocjonalnymi kalekami); matki, które powtarzały synom, że będą tacy sami jak ojcowie (może dostrzegą to miejsce, w którym rodzi się nienawiść); synowie, którzy chcą być ojcami (przejrzą się jak w zwierciadle); synowie, którzy nie chcą być ojcami (może po lekturze tej książki będą starali się wybaczyć, a jeśli nie to może łatwiej siebie zaakceptują); córki, które były księżniczkami tatusia (może pozwoli im to zrozumieć, dlaczego tak szybko przestały nimi być); córki, które nie były księżniczkami tatusia (może dojdą do wniosku, że nie było warto). Do listy można dołączyć jeszcze wielu, na przykład tych, którzy chcą wybaczyć i tych, którzy nie chcą wybaczyć. I to, co uderza mnie najbardziej to, że wszyscy oni mają rację. Czytam tę książkę, bo otwiera oczy. Czytam ją, bo w każdej z historii - czy to dobrej, czy złej - widzę coś, co jest prawdą, coś, co znam. I wiem, że każdy znajdzie tam siebie odważnego lub przestraszonego, zawstydzonego lub śmiałego, tłumiącego agresję lub agresywnego. Bo autokratyczny wzorzec, zamknięty w czterech ścianach mieszkania, często niewidoczny poza nim, stał się stygmatem, przez który społeczeństwo jest emocjonalnie kalekie. Ale silne na zewnątrz, pozornie otwarte, radzące sobie, odnoszące sukcesy w pracy, kompensujące przeszłość i nie potrafiące przed nią uciec. Niesprawiedliwie uogólniam, wiem. Ale lektura tej książki do takich uogólnień skłania.


Podziel się
oceń
0
0

cisza między twarzami

czwartek, 24 lipca 2008 23:35
Skarżę się Marcie, że nie mogę się w ostatnich dniach skupić na czytaniu. To nawet nie to, że na czytaniu, ale książki, po które sięgam nie uwodzą mnie, nie wciągają, nawet specjalnie nie irytują. Przeczytałem powieść "Józefina i ja" i mógłbym się bez niej spokojnie obejść. Staram się przebrnąć przez "Aimee i Jaguar", wciąga mnie na chwilę, więc czytam we fragmentach, i tak czytam już i czytam, zupełnie jak nie ja. W ostatnim czasie radość dały mi opowiadania Karen Blixen, zwłaszcza "Uczta Babette" i "Dom z papieru" Domingueza, powieść przewrotna, skonstruowana jak kryminał. Niewielkie, ale wykwintne dania. Marta mówi, że może mam tak nie po drodze z książkami, bo teraz dużo piszę i większe formy organicznie odrzucam. Może... "Wróć do poezji" - poradziła. I była to najlepsza rada, jaką mogłem w tym stanie dostać.

Wróciłem.


Tadeusz Różewicz

czego byłoby żal

uśmiechu Wiesławy
kiedy mówi dzień dobry
i dobranoc

i kiedy nic nie mówi

kiedy zamyka za mną drzwi
i otwiera

po długiej podróży
i po powrocie
z dalekiej dla niej krainy
gdzie budowałem wiersz

czego byłoby żal

ciszy między naszymi twarzami
i słów które nie zostały
wypowiedziane
bo to co boskie
między ludzkimi istotami
ciągle poszukuje
swojego wyrazu

czego byłoby żal

"całego życia"
i jeszcze czegoś
ogromnego wspaniałego
poza słowem
poza ciałem


Podziel się
oceń
0
0

Potłuczone szkło

środa, 23 lipca 2008 19:30
Wróciłem do książki "List do ojca" wydanej przez Bibliotekę Gazety Wyborczej, opracowanej przez Jerzego Wójcika i Grzegorza Piechotę. Nie umiem przejść przez tę książkę tak jak przechodzi się przez powieść... Czytam na wyrywki, czytam poszczególne listy, ale one wciąż i wciąż, mimo że nie czytane po kolei, że czytane fragmentami, układają się konsekwentnie w jedną i tę samą opowieść o okrucieństwie. Nie umiem przez nie przejść, bo chyba najczęściej pojawiające się w niej słowo to "nienawiść", nie umiem przez nie przejść, bo w listach pojawiają się wyznania najintymniejsze, czasem przybierające formę życzenia śmierci. Listy pisane do ojców przez synów i córki odsłaniają tabu, tną jak nóż. Czy są też formą terapii?
W jednym z listów syn pisze: "Byłem w połowie siódmej klasy, gdy zacząłem się modlić, żebyś umarł"... W innym córka pisze, że odważy się przekazać list wkładając go ojcu do kieszonki w marynarce, do trumny... Ciekawe jest też, że w wielu listach dorosłe dziś dzieci szukają usprawiedliwienia w trudnym dzieciństwie ojców, w ich relacji z ojcami, w przejmowaniu wzorców autokratywnych, ale któryś z autorów wini również system, wini wychowanie w PRL-u, bo mężczyzna nie mógł wtedy wybrać nawet wczasów dla rodziny, które przydzielał Fundusz Wczasów Pracowniczych, czy zabierać kochanki do hotelu, bo nie mógł zameldować osoby niespokrewnionej. Ten pogląd, że PRL wykastrował ojców wydał mi się ciekawy, ale przecież autokratyzm ojców jest zjawiskiem o wiele bardziej złożonym. Z innych listów jawi się też wizerunek matki milczącej, stłamszonej albo manipulującej. Jeden z autorów pisze o matce, która z męża uczyniła swojego syna, nie tylko wyręczając go ale odsuwając od wszystkiego, co mogłoby być niebezpieczne. To samo zrobiła później z synem, niebezpieczne było to, co poza zasięgiem jej wzroku. I choć nie chcę, te listy, czytane nie po kolei, czytane we fragmentach, stają się opowieścią o wykastrowanych synach. Tylko czy ten mechanizm kiedykolwiek się zatrzyma?


Podziel się
oceń
0
0

łeb jak sklep

poniedziałek, 21 lipca 2008 23:01
Podobno ktoś, kto dużo pracuje zaczyna wypoczywać dopiero dziewiątego dnia urlopu, podobno to psychologicznie dowiedziono - tak mówi M. i wierzę, bo byłem na Cyprze raptem sześć dni i miałem pierdolca. Pierdolca miałem też jeszcze ze trzy dni w Warszawie. Czyli jeśli wykupiłbym dwa tygodnie urlopu to bym na pewno wypoczął. Oczywiście dotyczy to osób, które dużo pracują, a nie każdy traktuje pisanie jako pracę. Zdarza mi się słyszeć: "fajnie, że piszesz, bo nic nie musisz robić". I polemizuj tu, chłopie. Marta mówi, że pisarz pisze nawet wtedy, kiedy nie pisze. Nawet wtedy, kiedy śpi. Ja bym od razu siebie pisarzem nie określił, bo ze słowem "pisarz" kojarzy mi się na przykład Herling albo Andrzej Szczypiorski. Ale odnoszę Marty słowa do siebie, żeby pokazać, że skoro piszę, to pracuję.
Zrazu przypomniał mi się jeden wieczór na Cyprze. Jest ciemno. Urocza tawerna w zatoce. Księżyc odbija się w wodzie. Zacumowane jachty i łódki. Piję białe wino i nagle zapowiadają pokaz greckich tańców. Pysznie. Wciągam się w zabawę. Jest naprawdę miło. Zapowiadają taniec ze szkłem. Jednemu z tancerzy ustawiają na głowie szklankę z wodą. Tańczy. Potem na tej szklance stawiają następną. I jeszcze jedną. I tak pięć szklanek jedna na drugiej. On tańczy, wygina się, kuca, tańczy dalej. Na szklankach ustawiają coś w rodzaju tacy i stawiają na nich duży dzban. Facet jest twardy, tańczy jakby nic tam na łbie nie miał. I choć to było bardzo przyjemne, to jednak polski wredny charakter podszeptywał we mnie: "kuś, baba, kuś, baba, kuś..." Ale dla niego to była betka. Po prostu facet miał łeb jak sklep, bo na dzbanku postawili trzy kolejne szklanki z wodą. I choć tam kusiłem wrednie w myślach to nagle wpadłem w zachwyt. Wydało mi się cudowne, że można z tego żyć. Mieszkać na Cyprze, pić białe wino, tańczyć do granej na żywo muzyki, nawet jeśli głowa dosłownie pęka ale przecież pęknąć nie może. Dla mnie total. Jeśli kiedyś znudzi mi się pisanie, przysięgam, będę robił pokazy tańca ze szkłem. Tylko może głowa trochę za bardzo kanciasta.


Podziel się
oceń
0
0

Mam obiad z niedzieli

poniedziałek, 21 lipca 2008 0:14
Dzisiaj na przykład myślałem o tym, czy w niedzielę mam prawo dać sobie urlop od pisania. Ostatecznie zwyciężył spacer w parku w Wilanowie, a potem oglądanie filmów dvd. Przede wszystkim "Kobieta z prowincji" Andrzeja Barańskiego ze wspaniałą rolą Ewy Dałkowskiej. Mnie w tym filmie wzruszają drobiazgi - choćby to, jak bohaterka filmu dzieli mięso i pieniądze pomiędzy dziećmi nad grobem męża, w dniu Wszystkich Zmarłych, a potem do wyjmowanych z torby skarbów dokłada jeszcze bilety na pociąg. Nie wiem, dlaczego, ale mnie to porusza. Sam wychowałem się na wsi i widzę w tym filmie dużo ludzkiej prawdy i prostoty. Jest taka scena, kiedy kobiety obrywają leszczynę. Jedna z nich pracuje nieuczciwie i ma najlepsze wyniki. Bohaterka filmu, grana przez Dałkowską widzi to, zwraca jej uwagę, a potem na nią donosi. Wszystko to dzieje się przy stole, w czasie obiadu, przy którym siedzą inne pracownice. Zaraz jednak przeprasza, prosi kobiety, żeby nie mówiły tej, na którą doniosła, że teraz wie, że zrobiła głupotę, że żałuje, że to się jej zdarzyło pierwszy raz. A potem idzie do kościoła i żarliwie modli się o to, by tamta się nie dowiedziała.
Lubię ten film, opowiadany od końca, od starości... w którym czas cofa się jak w tafli wody. Lubię ten film za piękne obrazy wykreowane przez Ryszarda Lenczewskiego i wnętrza Albiny Barańskiej. Lubię ten film za fantastyczne monologi kobiety z prowincji, które właściwie są gotowym materiałem do przeniesienia na scenę i nawet dziwię się, że jeszcze nikt tego nie zrobił. Lubię ten film za monolog, który go otwiera:

Przeważnie robię pranie w poniedziałek. Bo mam obiad z niedzieli, ale... co to jest za pranie. Pralka jest i proszek, to nie to co dawniej. Kiedyś się popiołem prało zamiast ługu, a tak jak wszystko wypiorę to niebardzo jestem zmęczona, ręce sobie nasmaruję gliceryną. Oglądam telewizję od początku do końca, do ostatniego programu. Nic mnie nie nudzi. Grzałkę włożę w kubek, koło fotela. Soku z berberysu albo suchego głogu wsypię i odpoczywam popijając. Ach, bardzo, bardzo lubię Edytkę z tego naszego okienka, lubię aktorów, tylko nie operuję nazwiskami. Jest rozkosz w domu z tą telewizją. To jest coś wspaniałego. To już się buja po świecie. To już jest raj. To już się nie jest sobą.
A to mój drugi mąż, chlebodawca. Jemy jak na Wielkanoc. Bułki świeżutkie, kiełbasa na gorąco z chrzanem albo moje ulubione ryby wędzone. Felek obiera jabłka i każde dzieli na pół. Kolację on szykuje, ja szydełkuję. W domu zawsze jest spirytus. Felek rozcieńcza go z sokiem i po kieliszku dzieli rano. Dlatego jest apetyt i jem tyle samo, co on.


Prawda, że to początek monodramu. Dalsze monologi też są pyszne, ale ten - moim zdaniem - wspaniały. Uwielbiam ten film za jego afirmację życia, mimo przeciwności. No i za rolę Ewy Dałkowskiej. Poza tym każde pojawienie się w tym filmie Ryszardy Hanin dodaje humoru, ciepła, czasem szorstkości. Tym, którzy nie widzieli, polecam.

Wieczorem z kolei obejrzałem "Hotel Rwanda" i na razie nie jestem w stanie nic powiedzieć na ten temat. Rzeź pomiędzy Hutu i Tutsi przerasta wyobraźnię i przerażenie. Oglądając ten film myślałem o Jugosławii, myślałem o wirusie zła, o którym tyle mówił Marek Edelman opowiadając o Holokauście. Kilka dni temu słuchałem w TVP Kultura rozmowy Maxa Cegielskiego z amerykańskim psychologiem, prof. Philipem Zimbardo o jego znanym eksperymencie więziennym, kiedy to w 1971 roku w piwnicach Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda zainscenizował więzienie umieszczając w nim 24 zdrowych psychicznie studentów, którzy zgłosili się na ochotnika. Zostali podzieleni na więźniów i strażników. Z powodu patologii i okrucieństwa, jakie wykazali szóstego dnia eksperyment przerwano. Max Cegielski zapytał Zimbardo, czego dowiedział się o sobie. Profesor odpowiedział, że był świadkiem wszystkich zdarzeń i nie umiał tego zatrzymać, nie umiał pomóc prześladowanym, miał swoje zadanie: robił notatki.
Gdzie jest ta granica?
Film "Hotel Rwanda" opowiada historię Paula Rusesabagina, menadżera hotelu, który uratował z rwandyjskiej masakry wiele osób. Nie wiem, ile w tym filmie jest prawdy o autentycznym Rusesabaginie, ale jego wstrząsająca historia determinacji w walce o własną rodzinę i o uratowanie uchodźców mieszkających w hotelu, a zarazem opowieść o sile pojedynczego człowieka w zderzeniu z niemożnością wojsk ONZ-u, pokazują, że uratować jedno życie to uratować cały świat. Również przed wstydem.
Więcej o Paulu Rusesabaginie:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Paul_Rusesabagina

A także na stronie prowadzonej przez niego fundacji:
http://www.hrrfoundation.org/



Podziel się
oceń
0
0

Armstrong!

sobota, 19 lipca 2008 20:36
O, Boże znalazłem jeszcze "Moon River" w wykonaniu Louisa Armstronga...

http://pl.youtube.com/watch?v=SAGmqFLtSfA

Śpiewa przejmująco, a solówka na trąbce genialna. Błagam, posłuchajcie. Przy tym wszystkie problemy odpływają. A zaraz po Moon River jest "Wonderful World"

Podziel się
oceń
0
0

Moon River

sobota, 19 lipca 2008 20:24
Od południa, już prawie do znudzenia nucę sobie pod nosem "Moon River".  Jakoś koło południa właśnie obejrzałem w telewizji "Śniadanie u Tiffany'ego" z Audrey Hepburn i wiadomo w scenie, w której postanawia nie wyjeżdżać do Brazylii i zaczyna w deszczu szukać kota, i kiedy decyduje się w końcu zostać w Nowym Jorku i oswoić początkującemu pisarzowi w tle słyszymy "Moon River". Tutaj w nieśmiertelnym wykonaniu nieśmiertelnego Franka Sinatry:

http://pl.youtube.com/watch?v=0KTaxb7cgQE

Kupiłem wczoraj stos płyt dvd, więc zaraz zrobię w domu Multikino. Wczoraj obejrzałem film "Exils" Tony'ego Gatlifa o parze Francuzów, którzy wyruszają w podróż do Algieru i dwie sceny pozostaną na pewno dla mnie nieśmiertelne, długa, rytmiczna i omal zwierzęca scena wypędzania traum z przeszłości głównej bohaterki i ostatnia scena, gdzie oboje siedzą na grobie dziadka chłopaka i dziewczyna obiera pomarańczę. Takiego obierania pomarańczy w kinie jeszcze nie widziałem.

A poza tym piszę. Codziennie fragment - stronę, dwie, pięć i mówię do siebie: "krytyczna strona, krytyczne dwie strony, pięć krytycznych stron"... Chciałbym ukończyć tę powieść do listopada. Gdybym tylko miał w sobie systematyczność, a nie pracował zrywami... Odważyłem się posłać pierwszych sto stron mojemu wydawcy, Beacie Stasińskiej, zapytany o pracę nad książką. Nie lubię pokazywać niegotowych tekstów, ale praca nad powieścią jest skomplikowana, rozległa. Rozmowy z wydawcą pomagają. Pamiętam, że przy pisaniu "Bądź moim Bogiem" Beata Stasińska namówiła mnie na napisanie jednego dodatkowego rozdziału i rozbudowanie zakończenia - myślę, że z korzyścią dla książki.
Mieszkam w świecie swoich bohaterów, lubię ich, staram się ich rozumieć.
Dzisiaj pisałem rozdział o wyobcowaniu, jest tam taki fragment:

Były do siebie bardzo podobne. Czemu nie zauważyłem tego wcześniej? Czy właśnie to podobieństwo mnie pociągało? Spotkałem kobietę, przed której wspomnieniem uciekałem. Gotowy byłem wstać i wyjść, bo nagle dopadła mnie straszliwa tęsknota. Czułem się tak, jakbym miał w sobie dziurę porośniętą mchem, leżymy na tym mchu, opierając głowy o brzózkę, Lala dotyka opuszkami palców mojej twarzy, jakby wędrowała po mapie utraconego kraju, jakby próbowała w niej odczytać przeznaczenie... Wtedy usłyszeliśmy huk. Grzmotnęło tak, że znalazłem się kilka metrów dalej. Lala przybiegła do mnie roztrzęsiona. Rzuciła się na mnie. Zasłoniła. Byłem cały.

Po raz kolejny słucham na youtube "Moon River"... Cóż to za piosenka! Poza tym na youtubie kilka piosenek Wiery Gran z wydanej właśnie płyty i fragmenty filmu "Sweet Movie" z Anną Prucnal, filmu totalnego, nie do uwierzenia, jak wędrowała wyobraźnia reżysera, Dusana Makavejewa. Poza tym rośnie we mnie chęć powrotu do Paryża. Przypomniałem sobie dzisiaj genialne tiramisu z rabarbarem na Champs-Elysees...  Dla takiego tiramisu warto wrócić!


Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 812  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl