Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Uczta Babette

wtorek, 31 lipca 2007 11:17
Wróciłem ze Starogardu, gdzie w ciężkim stanie Moja Babcia. Wspaniała i dzielna kobieta, która sama wychowała troje dzieci. Kulinarna artystka. Ci, którzy oglądali "Ucztę Babette" mogą w Babette zobaczyć właśnie Moją Babcię. Pamiętam z dzieciństwa bulion, w którym pływały łabędzie z ptysiowego ciasta... Właściwie każda z Jej potraw była dziełem sztuki.
Pamiętam też z dzieciństwa, jak mnie i siostrze Babcia nosiła do pokoju piasek w wiaderkach i wysypywała go na dywanie, bo chcieliśmy piaskownicę, a na dworze było za zimno. Pamiętam minę Mamy, która tę piaskownicę zobaczyła w pokoju i głos Babci odpowiadający: "Dzieci chciały się bawić". Osoba, która rozbrajała każdy konflikt, która nie dorobiła się niczego, bo wszystko rozdawała. Wierzyła, że sama nie musi nic mieć.
Powiedziałem Babci, że wyszła moja nowa książka. Ale wiem, że Babcia jej już nie przeczyta. Nie Tutaj. I ta bezradność, że w tym stanie nie wiadomo, o co prosić Tę Wyższą Instancję.


Podziel się
oceń
0
0

Bądź moim Bogiem

czwartek, 26 lipca 2007 19:10
Jest. Moja agentka specjalna Scully, czyli Agata K. przywiozła z wydawnictwa WAB jeszcze gorące egzemplarze mojej powieści "Bądź moim Bogiem". Prawie 270 stron, i mam nadzieję, że wartka akcja. Polecam wszystkim, którzy wybierają się na wakacje. W księgarniach od 2 sierpnia.
Teraz mogę zacząć pisać nową książkę. Czekałem na ten moment, kiedy spojrzę na wydrukowany egzemplarz, co znaczy książka pójdzie w świat i od dzisiaj nic już ode mnie nie zależy. A dłubałem w niej do końca, wyciągałem prawie spod maszyny drukarskiej, by coś tam jeszcze ulepszać...



Wczoraj przyszły z Francji książki, na które czekałem. Romain Gary. Jego "Vie et mort d'Emile Ajar" i "Pseudo". Pierwszy tekst to jego esej o pisarskiej mistyfikacji. O tym, jak zamienił się w Emile'a Ajara. Tekst arcyciekawy. O tym, jak niektórzy próbowali szukać podobieństw, tropili styl Gary'ego i Ajara, ale Gary zawsze umiał jakoś ich w ślepy zaułek poprowadzić. Podoba mi się jego idea powieści totalnej, którą zrealizował - fikcja związana z akcją ale i fikcyjny autor. Teraz zabieram się za "Pseudo" - to powieść, gdzie właściwie też pisze o sobie, więc powieść autobiograficzna. On celowo podrzucał tropy. Niesamowity facet. Historia jego życia wciąga mnie coraz bardziej, i nie wiem, nie wiem, może coś jeszcze z tego wyniknie.

La vie... Wczoraj smutna, wstrząsająca wiadomość o śmierci, prawdopodobnie samobójstwie Mirosława Nahacza, jednego z najzdolniejszych prozaików, rocznik 1984 (jego książka o pokoleniu, którą napisał mając niespełna 18 lat, miała właśnie tytuł "Osiem cztery"). Tak trudno to zrozumieć. Wielka tajemnica. I nawet złość, że niczego już nie napisze. Zbyt zdolny, nadwrażliwy.

La vie... Marta Fox przysłała kolejną wiadomość z Paryża... Kupiła mi najnowszą powieść Bessona. Jestem szczęśliwy. Uwielbiam jego książki i czekam na każdą kolejną. Mam je i po polsku i po francusku. A Krysia G. przysłała z wakacji z gór drewniany moździerz, dzięki któremu piłem dzisiaj kawę z kardamonem przywiezionym z Grecji, bo dotąd nie miałem czym go rozłupać.

La vie... taka mozaika. Patrzę na tę swoją książkę i patrzę i cieszę się jak dziecko. Przecież nie pierwsza. A jednak. Za to debiut powieściowy. Powieści pisałem całe życie. Odkąd nauczyłem się pisać. I pewnie gdzieś jeszcze u dawnych przyjaciół w szufladach leżą kolejne tytuły, odbijane na ksero. Całe liceum pisałem powieści... Pewnie bym się przeraził, gdybym do nich teraz zajrzał.

La vie... Czasem ogarnia mnie taka radość, kiedy obejrzę film, który zachwyca mnie od pierwszej do ostatniej sceny. Takim filmem jest "Dróżnik" Thomasa McCarthy'ego (w oryginale "The Station Agent") z 2003 roku, o którym słusznie The Hollywood Reporter napisał: "Arcydzieło! Wciskające w fotel doświadczenie filmowe". W gruncie rzeczy prosta historia o przyjaźni, o potrzebie rozmowy, bycia z kimś po prostu, o ucieczce od samotności. Film pokrewny takim tytułom jak moje ulubione "Brooklyn Boogie" czy "Dym". Film, który od początku do końca jest opowieścią. Fin, karzeł fascynujący się kolejnictwem dostaje w spadku stary dworzec kolejowy na amerykańskiej prowincji, gdzie jest życie bez życia, bo nic się tam nie dzieje. Fin postanawia zamieszkać w stacji, którą odziedziczył. Jest samotnikiem i stroni od ludzi. Okazuje się jednak, że cel jego pojawienia się w tym miasteczku był o wiele głębszy. Był tam potrzebny, żeby nadać sens życia przynajmniej dwojgu ludzi. A jedną z nich nawet uratować. Niby nic się nie dzieje. Szwendają się, chodzą wzdłuż torów, oglądają film, piją wino... A jednak. Od tego filmu po prostu nie można się oderwać. Dawno nie widziałem tak mistrzowsko opowiedzianej i pokazanej historii. Pozytywny film z pozytywnym przesłaniem. Atrakcyjne kino. Konieczna lektura.



Podziel się
oceń
0
0

Genet w Katowicach!

poniedziałek, 23 lipca 2007 22:10
Więc Marta napisała, że Montparnasse dzisiaj w deszczu, a ja chodzę paryskimi uliczkami odmalowanymi przez Krzysztofa Rutkowskiego w "Raptularzu końca wieku". I o dziwo, znajduję w nim ślady katowickie, a przecież Marta mieszka w Katowicach! I co też pisze Rutkowski, i to o kim!, cytuję, bo wcześniej się z tymi rewelacjami nie zetknąłem: "W październiku 1935 (Jean Genet) podpisał czwarty kontrakt i został przydzielony do regimentu Piechoty Kolonialnej stacjonującej w Aix-en-Provence, ale zdezerterował. Uciekał przez całą Europę, przejechał i przeszedł ponad osiem i pół tysiąca kilometrów. Do pudła zamknęła go polska policja w Katowicach".  Tak się drogi krzyżują. Natychmiast wysłałem do Marty smsa wagi państwowej, cytując powyższe i zapytując, czy jej Magda nie maczała w tym palców. Marta odpowiedziała, że nic jej nie wiadomo i się z Magdą na ten temat po powrocie rozmówi. Zapytała mnie przy okazji o tytuł nowej powieści Bessona, a ja odpowiedział, że najnowsza to "Se resoudre aux adieux", o czym wspominam, bo wątek z powieści Bessona pojawia się i w mojej "Bądź moim Bogiem".
Więc Genet w Katowicach... Ciekawe, czy można by gdzieś jeszcze znaleźć dokumenty z tamtego czasu, jego więzienne zdjęcia. Zdziwiłbym się, jakby się w jakimś IPN-ie zabłąkały.
Rutkowski cytuje Geneta: "Nienawidzę Francji, to wcale nie za mocne słowo, muszę więcej niż nienawidzić, ja rzygam Francją". Ostro. Pisze też, że Genet dążył do świętości przez świętokradztwo. "Tkwił w nim obcy: Polak pasący krowę na porosłej żarnowcem łące". Parę pasaży dalej pisze o Gombrowiczu i cytuje: "Nie wierzę w filozofię nieerotyczną. Nie ufam myśleniu, które wyzwala się z płci". Ciekawie pisze o zawłaszczaniu Gombrowicza przez Francuzów. I o tym, dlaczego się z nim identyfikują. Czasem przywołuje sny: "Przyśnił mi się Gombrowicz. Stał opuchnięty, z kwaśną miną na balkonie apartamentu w Vence. On na górze, a ja na dole. Pokiwał palcem. Tajemnym sposobem uniosłem się w powietrze i zawisłem na wysokości balkonu po drugiej stronie bariery".
A Rutkowski opowiada smakowicie. Na przykład o powstawaniu "Mojego wieku" Aleksandra Wata, książki mówionej, bo Wat pisać już nie mógł. Pisze o pijaństwie Norwida. Pisze o modzie i o burdelach. O winie i o filozofii. Ta książka aż kipi. Nie wiem, czy już pisałem, że też fermentuje. Nie znam jego wcześniejszych "Paryskich pasaży", ale choćbym miał zrobić demolkę w antykwariatach, choćbym miał je zwinąć z jakiejś biblioteki, będą moje!
 

Podziel się
oceń
0
0

A Paris

niedziela, 22 lipca 2007 19:58
Trudny dzień. Wiadomość o autokarze, który rozbił się w Grenoble. Przerażające i smutne doniesienia o ofiarach. Ofiary wczorajszej trąby powietrznej w okolicach Częstochowy, rząd oferuje 6 tysięcy złotych, co ci ludzie mogą zrobić z taką sumą, kiedy stracili dom? 5 ofiar wypadku awionetki. Prowadzący "Fakty" w TVN-ie mówi: "nie mieliśmy dzisiaj dla państwa żadnej dobrej wiadomości".
W środku dnia nagle zrobiła się noc. Niebo czarne jak jagody. Burza z piorunami. Kot Tutka schował się w szafie. Wyłączyłem z prądu wszystkie sprzęty. Kiedy rozjaśniło się, zacząłem czytać. Zdjąłem z najwyższej półki "Raptularz końca wieku" Krzysztofa Rutkowskiego, książkę, która mnie pochłonęła. Nie mogę się od niej oderwać. Pisze Rutkowski o swoim Paryżu i swojej Polsce. Pisze intrygująco o Mironie Białoszewskim. Spotyka na paryskich ulicach ludzi, którzy przypominają mu różne postacie. Te spojrzenia to zawsze pretekst do ciekawej, wciągającej, erudycyjnej opowieści. Wszystko się tu ze sobą splata. Z paryskiej ulicy wędrujemy na ulicę warszawską, los francuskiego intelektualisty krzyżuje się z losem polskiego artysty. Wszystko miesza się jak w tyglu. Wynotowałem sobie kilka cytatów, które moim zdaniem są ciekawe. O Białoszewskim: "Przykucnął pod stołem i ocalał". Z losem i twórczością Białoszewskiego zestawia twórczość Retifa de la Bretonne'a. Cytuje za biografią Bretonne'a pióra Daniela Barucha: "Ludzie mówili i gadali słusznie, że Retif de la Bretonne oddawał się perwersjom pisarskim: niektóre swoje książki składał bezpośrednio w kasztach - wyuczył się wszak typografii - czcionki dodawał do czcionek, bez manuskryptu, bez jakiejkolwiek korekty, bez lektury nawet. Oto prekursor zapisu spontanicznego(...) Wyczułem pododbne zachwycenie światem jak u Białoszewskiego i Stachury. Życie w zachwycie, codzienne świętowanie, powszednia samba z bogami". Pisze o słynnej fotografii "Pocałunek pod paryskim ratuszem", której autorem był urodzony w Montrouge Robert Doisneau: "to archetyp spotkania, uliczny hymn o perle".



Cytuje też samego Doisneau: "Jeśli pajda czasu nie ma właściwej grubości, jeśli nie pachnie przeszłym i nie nadaje się do omaszczenia odrobiną przyszłego - na przezroczystym miąższu osiada tylko cień smaków(...) Współżyję z widzeniem od lat."



Książka Rutkowskiego jest najlepszym rodzajem fermentu. Wchłania jak bagno. Wciąż chce się więcej i więcej.
W Paryżu jest teraz Marta Fox. I pewnie siedzi z Januszem w jakimś bistro. Piją kawę albo calvados. Z głośników sączy się "Pod dachami Paryża". Jest dobrze. W Paryżu, czyli u siebie.




Podziel się
oceń
0
0

Zapach książki

piątek, 20 lipca 2007 16:42
Uwielbiam kupować książki i ten moment, kiedy zamieszkują w domu, kiedy szukają sobie miejsca, kiedy się przemieszczają, kiedy są czytane. A czytam po kilka równocześnie. W tej chwili na przykład "Kikimorę" Andrzeja Żuławskiego, "Judasza" Włodzimierza Pawluczuka, "Niesformatowanych" Kasi Bielas (dawkuję sobie te wywiady, żeby mieć więcej czasu na ich przemyślenie). Wiele książek czeka. Stęskniłem się już za "Dziennikiem" Virginii Woolf, o którym tyle tu pisałem. Cieszę się, że jej dziennik jest tak obszerny, bo dzięki temu wciąż go nie skończyłem i lubię zastanawiać się, co tam u niej i u Leonarda. Może dziwne jest takie przywiązanie do książek... Ale bez nich właściwie nie wyobrażam sobie życia. Poza tym lubię zapach papieru. Nie umiem czytać książek w komputerze. Często zdarza mi się, że muszę czytać różne przysłane mailem teksty, najczęściej teksty sztuk, ale to co innego. Książka to intymność. Obcowanie z nią musi mieć - przynajmniej dla mnie - swoistą oprawę. Co znaczyć może tylko, że jestem staroświecki. Dla mnie książka też ma skórę. Oddycha.
Ale portale internetowe o kulturze i o książkach to co innego. Ich czytanie weszło mi w krwioobieg naturalnie, narzuca jakiś rytm. Z coraz większym zachwytem śledzę na przykład wortal www.e-teatr.pl
Pisałem o nim wielokrotnie, ale jego ambicje są coraz większe. Staje się bardziej globalny, mimo że niszowy. W ostatnich dniach na jego łamach ukazywały się recenzje z francuskiej prasy po pokazie "Aniołów w Ameryce" w Avignonie. Uważam, że to wspaniały pomysł, zwłaszcza, że redaktorzy wortalu tłumaczą co ciekawsze fragmenty tych recenzji. A odniósł Warlikowski we Francji niewiarygodny sukces. Nie po raz pierwszy tam. Jego "Dybuk" miał wielką i wykorzystaną szansę, pokazywany był w teatrze "Buffe du Nord" Petera Brooka przez cały miesiąc, wieczór w wieczór. Polska inscenizacja "Aniołów w Ameryca" też pokazała Francuzom inną, nową jakość, nową interpretację i ważne przesłanie. A przecież nie jest to nowa sztuka. Francuzi znają ten tekst ze swoich inscenizacji. W Paryżu miała miejsce premiera opery "Anioły w Ameryce". Nie mówiąc o kapitalnym serialu HBO, który po raz kolejny pokazał, że w telewizji powinno być miejsce na seriale artystyczne. U nas wciąż nie ma.
Przed kilkoma dniami trafiłem też na ciekawy portal internetowy o książkach, właściwie taki literacki youtube. Fantastyczna strona, którą bardzo polecam (dodaję też w linkach): ksiazki.tv
Myślę, że właśnie takie serwisy tematyczne mają przyszłość. Podziwiam autorów tego portalu, którzy zadają sobie trud nie tylko zamieszczenia wideo relacji, ale również stworzenia dosyć pojemnej bazy. Przy filmach pojawiają się linki do innych stron dotyczących danej książki czy autora, biogramów, wydawców, recenzji. Przecież to się nie robi samo. Ktoś tam przeszukuje sieć, linkuje. Na mnie robi to ogromne wrażenie.
A na WP.PL swojego filmowego bloga zaczął publikować Tomasz Raczek (wydawca mojej książki "Bagaże Franza K."). Znaczy to wszystko, że sieć, słowo absolutnie adwekatne, będzie nas pochłaniać coraz bardziej. Staje się przecież wyraźną konkurencją dla telewizji, w której na próżno szukać prawdziwej kultury, no może poza ARTE i TVP Kultura, ale tych kanałów ja na przykład nie mam. Kilka dni temu zostałem zapytany w Radiu Bis o to, czy wysoka kultura jest snobizmem. Odpowiedziałem, że nie ma wysokiej kultury, że dzisiaj jest kultura i rozrywka. Że wysoka kultura została wyparta przez media. Bo czy wysoką kulturą jest malarstwo Siudmaka czy też malarstwo w ogóle? Czy Warszawska Jesień to wysoka kultura czy muzyka współczesna w ogóle? Kiedyś teatry były pełniejsze. Kiedyś do teatru chodziła nie tylko inteligencja. A dzisiaj? Poza tym wydaje mi się, że wytworzył się nowy uczestnik kultury. Tak właśnie uczestnik. Ten, który jest znany z tego, że jest znany. A snobizm? Snobizm jest generowany przez elitarne, a nie elytarne wykształcenie. Gombrowicz okazał się zbyt wysoką kulturą, nie pasuje do elytarnego wykształcenia, które zostaje narzucone bezmyślnie. A czytam jeszcze o kolejnym "jedynie słusznym" uniwersytecie, jaki ma nadzieję powołać niemiłościwie panujący. Co tu mówić o snobowaniu się? Na co?




Obraz Wojciecha Siudmaka "Wewnętrzny dialog", jeden z moich ulubionych!


Podziel się
oceń
0
0

Rosa

czwartek, 19 lipca 2007 23:38
Chyba jestem nienormalny. Zacząłem pisać coś nowego. Nie wiem jeszcze dokładnie, w jaką stronę to coś pójdzie... A na razie rozwija się wolno, a ja wyrzucam sobie, że za mało piszę... Oj, lubię siebie katować, lubię.

Od wczoraj mam w głowie "Wszystko na sprzedaż". Tęskniłem już dawno za filmem, który coś we mnie poruszy. Dzisiaj mam przed oczami scenę z Małgorzatą Potocką, z włosami uczesanymi do góry, na tak zwaną panią Lonię. Dwie artystki, kobiety Aktora, była i obecna, czyli Beata Tyszkiewicz i Elżbieta Czyżewska szukają go. Spotykają po drodze dziewczynę z kółka recytatorskiego, Potocka właśnie, i stają się dla niej okrutne, są właściwie bezlitosne. Chcą ją zabrać samochodem ale pod warunkiem, że będzie recytować. Ona próbuje, ale myli się. W końcu wyrzucają ją z samochodu. Biegnie za nimi... Dla nich nic nie znaczy ta dziewczyna z głębokiej prowincji...  Siedzi mi dzisiaj ta scena jak gwóźdź.

A w nocy miałem dziwaczny sen motoryzacyjny (a nie mam samochodu), że musiałem oddać auto do naprawy, do jakiegoś warsztatu i wyceniono naprawę na dziesięć tysięcy. Zapytałem, za co. Wtedy dziewczyna z obsługi zapytała mnie: "Głupi pan czy co?" a ja zażądałem widzenia z szefem. Szef okazał się szefową w postaci aktorki Haliny Machulskiej, której nigdy w życiu nie widziałem na żywo. I jak to wszystko zinterpretować?
No chyba rzeczywiście głupi jestem czy jakiś.

Czytam dalej rozmowy z książki Katarzyny Bielas "Niesformatowani". Dzisiaj zapisałem sobie wypowiedź Sławomira Idziaka: "Jesteśmy tacy, jak nasze mity, a nasze mity to jest Hollywood. Tam się ogniskują wszystkie choroby psychiczne świata, te wszystkie przesady złego i dobrego(...) Nieraz miałem do czynienia z reżyserami psychopatami, którzy byli niebywale przejmujący, inteligentni i mówili w sposób tak natchniony, że nie daj Boże, gdyby któryś pojawił się na politycznej trybunie. Mam poczucie, że świat filmu jest wentylem, dobrym odgromnikiem dla potencjalnych Hitlerów i Mussolinich".

A dzisiaj, mam nadzieję, przyśni mi się Rossy de Palma, której portret zachwyca i każdy, kto go widzi natychmiast chce numer do jego autorki. A ja takiego numeru na szczęście nie mam.




Podziel się
oceń
0
0

Aktorki

środa, 18 lipca 2007 22:48
Obejrzałem właśnie "Wszystko na sprzedaż" Andrzeja Wajdy. Obejrzałem po raz trzeci lub czwarty. Tym razem na dvd. Ten film jest w moim rankingu najlepszych polskich filmów absolutnie w ścisłej czołówce. Postanowiłem kupować go dla zagranicznych znajomych i przyjaciół. Ta opowieść o Zbigniewie Cybulskim, a właściwie opowieść o aktorach, mistyfikacji, obnażająca brutalność kina, mediów, cynizm twórców jest tak uniwersalna, że czytelna przecież na całym świecie. Zdjęcia, które dzisiaj już właściwie nie do wykreowania. Zdjęcia, które są arcymistrzowskie. No i aktorzy. Elżbieta Czyżewska stworzyła nie tylko jedną z najciekawszych swoich kreacji, ale i jeden z najwyrazistszych, najpełniejszych portretów aktorskich. Scena, w której pijani artyści, wracający nad ranem, siadają na karuzeli, a Czyżewska tę karuzelę uruchamia i postanawia jej nie wyłączać... To przecież absolutny majstersztyk. Albo scena, w której tańczy...
Andrzej Wajda w dodatkach do filmu mówi, że tę scenę po prostu podpatrzył, że którejś nocy zobaczył Czyżewską tańczącą przeciwko wszystkim, i że potem poprosił, aby odtworzyła tę scenę w filmie. Coraz częściej myślę o wywiadzie z Elżbietą Czyżewską, i myślę też, że jest on nieunikniony.









A skoro o aktorkach, to w domu zamieszkał dzisiaj portret ulubionej aktorki Pedro Almodovara, Rossy De Palma, którego autorką jest pani Joanna Pilarczyk.


Podziel się
oceń
0
0

Asły

wtorek, 17 lipca 2007 19:02
No i doczekaliśmy się upału. Taksówkarz powiedział: "że jeszcze banany u nas nie rosną". I też myślę, że szkoda, bo obejrzałem kiedyś program z Ekwadoru (zdaje się), z którego wynikało, że trafiają do nas jedynie banany pastewne (normalnie przeznaczone dla zwierząt, jeśli czegoś nie mylę), bo to jedyne banany, które mogę dopłynąć do Europy bez szwanku i u nas dojrzeć. W dodatku są moczone najpierw w jakimś kleju, chyba kauczuku, który je konserwuje. O! Oczywiście istnieje szansa, że wszystko pokręciłem z gorąca. A kiedy wracałem do domu, tramwajem, oparłem rękę na metalowym zakończeniu okna i aż syknąłem z bólu. Do teraz mam wypalony ślad. Dzisiaj wszyscy chodzimy jak po rozgrzanym, blaszanym dachu. A skoro gorąco, to jeszcze skok do Grecji, pewnie ostatni, bo chciałbym już pisać tutaj o sprawach aktualnych, na przykład, że przeczytałem w książce Kasi Bielas znakomitą rozmowę z Markiem Kondratem, który wstydzi się aktorstwa i który powiedział tam m.in. "Gdy aktorzy mają mówić od siebie, odwołują się do Boga, któremu wszystko zawdzięczają, lub, dla odmiany, mieszają do swojej pracy ludzi poszkodowanych w życiu, na rzecz których rzekomo występują. Albo - jeśli udało im się na przykład zagrać szeregowca Ryana - żołnierzy, którzy utracili życie. Wszystko razem kiełbi im się we łbie. Na dodatek aktorzy traktowani są, jakby mieli jakąś nadwiedzę na temat człowieka. Zachęca się ich do wypowiedzi na wszelkie tematy, zapominając, że to, co z ich ust słyszymy, wcześniej im ktoś napisał(...) Oprócz wychowania w rodzinie aktorskiej, które zaowocowało zniechęceniem do wszystkiego, co towarzyszy powstawaniu tak zwanej sztuki, uważam, że na naszym podwórku zbyt łatwo i powierzchownie uprawia się ten zawód. To są często tylko miny i dźwięki, natomiast nobilitacja, sukces społeczny są niewspółmiernie wysokie. Dlatego nie mam do aktorstwa zbytniego szacunku i ciągle je, także w moim życiu, o coś podejrzewam". Myślę właściwie, że ta rozmowa powinna być lekturą obowiązkową w szkołach teatralnych. Wynika z niej coś niesamowicie istotnego.
Ale wsiadam w odrzutowiec i błyskawicznie przenoszę się na Santorini.

5 lipca - c.d.
Santorini. Port. Mokry, półżywy piję herbatę w knajpeczce, aż tu okazuje się, że biegiem trzeba do autokaru, bo już nic więcej stąd do Thiry dzisiaj nie odjedzie. Pognałem własne zwłoki do autobusu. Mnóstwo ludzi. Stoję, wiszę właściwie. Autobus jedzie w górę, serpentyną, wyżej, zakręca, wyżej, zakręca. Idealny lek na mój stan. Miasto, z perspektywy dworca, wyglądało raczej bez rewelacji. Pierwsze lekkie rozczarowanie. I wciąż ta myśl: "nie wracam". Weszliśmy do jakiegoś biura turystycznego. Okazało się, że slow boat wypływa dopiero jutro koło trzynastej. Trudno. Idziemy w górę, do centrum miasta. I nagle zaczął się wyłaniać obraz jak z bajki. Miasto na skale. Wulkan. Morze. Postanowiłem zrobić pierwsze kroki do najbliższego hotelu. Zapytałem o wolne pokoje. Cena lekko wbiła w skałę, ale natychmiast przypomniałem sobie chwile agonii na wodolocie... i o dziwo, skąpstwo przeszło. Pokój był kilka pięter pod recepcją. Chyba w najpiękniejszym miejscu tutaj. Drewniane okiennice. No, kolejny cud świata! A może na tym wodolocie przeniosłem się do Tego Lepszego ze Światów? Ale żeby był aż tak drogi? Cholera, to przecież musi być życie. W kapitalizm w zaświatach, nawet jeśli scenografię budował Fellini, nie wierzę. A nic jeszcze nie piłem. Tyle że obiad postanowiliśmy zjeść trochę głębiej w mieście, bo ceny w restauracjach na skale dwa razy wyższe. Poza tym przepłacam za szczoteczkę do zębów, potrzebne przybory, koszulę... dlatego dorzucam kawior. Już mi wszystko jedno. W niebie nie ma znaków zakazu. Po obiedzie basen. Sami Amerykanie. Grupa ze sobą znakomicie zintegrowana. Dziewczyna głośno opowiada, jaki ma dom i co w nim. Starsza, słuchająca jej kobieta - obserwuję - robi się coraz bardziej strapiona. Widać, że chce o coś zapytać, ale kryguje się. W końcu nie wytrzymuje: "A basen? Masz basen?" "Nie mam..." - pochmurnieje dziewczyna. "Co, nie chciałaś?" - dopytuje ta druga. "Ale mam pokój taneczny. A mama ma dom w Grecji i mam do niego klucz, może chciałabyś tam ze mną pojechać?" - trajkocze dziewczyna chcąc przykryć swój wstyd wynikający z nieposiadania basenu. "Ja też nie chciałem w domu basenu" - planowałem wtrącić, ale powstrzymałem się jednak. A zaraz potem basen opustoszał. Bezmyślnie wyjąłem z torby chustę-arafatkę, którą kupiłem rok temu w Egipcie. Wyjąłem ją, żeby osłonić głowę przed słońcem. No, tak. Arafatka. Za dużo dla Amerykanów uciekających na wakacje do Grecji.
Potem zwiedzanie miasta. No bombonierka. Palce lizać. W kawiarni na samej górze, wysoko, w miejscu, z którego zjeżdża do portu kolejka górska kawa po grecku i ciasto z owocami. A przy tej kawie najpiękniejszy widok świata. Thira leży u stóp. Teraz sam mogłem sobie powiedzieć: "Just relax".

6 lipca, Thira - c.d.
Noc była ciężka. Prawie nie spałem. Klimatyzacja głośna, było mi duszno. Raz okno otwierałem, raz zamykałem... Jednak miasto położone tak wysoko wpływa na ciśnienie. W końcu zrozumiałem Joannę Chmielewską, która skarżyła się, że nie może jeździć w góry, że dzieje się z nią coś takiego, co powoduje, że chodzi zła... Ja nie byłem zły, ale i oka zmrużyć nie mogłem. Widać każdy ma swoje buraczki, jak mawia El Greco. Rano daję się namówić na przejażdżkę kolejką górską w dół. Dla mnie to już jak skok na bungee. Wracamy na górę z dwiema Rosjankami i dziewczynką, chyba córką lub wnuczką którejś z nich. Chcąc popisać się znajomością języka, mówię: "Wot żyzń, wot wsjo!" "Gawarisz pa ruski?" - pyta mnie. "Troszku" - odpowiadam i chyba to "troszku" mnie zdradza. Zaczynają się śmiać. Różowa powtarza: "Troszku. Wot wsjo". Czuję, że to jednak po rosyjsku nie było i już chcę wyrecytować wiersz: "Mała Tańka gromka płaciet, uroniła w rjećke miacik. Tania, Taniećka, nie płacz, nie utonie w rjećke mjać". Ale co tam... Różowa zauważa osły idące w górę. Osły niosą turystów. Na osła sam się nie zdecydowałem, bo żal mi tych zwierząt. Patrzy to na nie, to na mnie i powtarza śmiejąc się: "Masza, Maszeńka, asły, wot asły!" No, dobrze. Nie będziemy tu naprawiać relacji polsko-rosyjskich. Jak nie to nie. Biorę zabawki i idę do domu. "Asły!" perli się jeszcze, kiedy wysiadamy z wagonu.




Podziel się
oceń
0
0

Przy piwie

wtorek, 17 lipca 2007 9:25
Rozmowa na wp.pl:

http://wptv.wp.pl/rozrywka.html?type=1&wid=9026111


Podziel się
oceń
0
0

Czas Apokalipsy

niedziela, 15 lipca 2007 19:21
Ponieważ planuję kolejny zawodowy wyjazd do Paryża, pewnie jeszcze w sierpniu, siedzę w sieci i robię research, zamawiam książki, próbuję umawiać się na rozmowy. Chciałbym zebrać materiał do przynajmniej trzech tekstów. Poza tym robota leży rozgrzebana. Nic się nie mogę skupić albo popadam w autyzm. Ale już chyba przedostatni grecki kawałek.

5 lipca, czwartek, Thira, Santorini
Wbrew planom zostajemy na Santorini. Mieliśmy zostać tylko cztery godziny i wracać na Kretę, zmieścić się w rozkładzie wodolotów. Tymczasem siedzę w uroczym hotelu wybudowanym na skale, gdzieś w połowie jej wysokości. W dole morze. Siedzę przed pokojem, w sercu miasta, bo przecież miasto na skale, patrzę na wulkan. To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. Widok z okna na wulkan, zatokę, wzgórza no i miasto. Pode mną promy, łodzie, mgła unosząca się teraz, wieczorem, po zachodzie słońca w górę, mgła czy też chmura, która oplata, dotyka wilgocią, jakbym nagle znalazł się w niebie. W chmurach. Jak we śnie. A światła miasta trochę jak na Montmartrze, jak niekończąca się świąteczna dekoracja, rozrośnięta choinka. Chmura dotyka jak włos anielski. Zachód słońca oglądałem z hotelowego basenu. Basen też w bajecznym miejscu. Z miastem na wyciągnięcie ręki - domy rosną na sobie, jeden na drugim, wyżej i wyżej. Do tego tysiące schodów. Żeby się gdziekolwiek dostać trzeba iść wysoko w górę, potem schodzić w dół, potem znów w górę. Ale po kolei.
W Heraklionie kupiliśmy bilety na wodolot o kosmicznej nazwie "super jet". Płynie trochę ponad dwie godziny, a więc o połowę szybciej od "slow boat", czyli wolnej łodzi (promu? etc). Wybór wodolotu był zrozumiały, jeśli planuje się wracać na Kretę tego samego dnia. Tyle że pierwszy raz w życiu przeżyłem apokalipsę. Na wodolocie coś niedobrego zaczęło się ze mną dziać. Zacząłem sztywnieć. Nie mogłem ruszyć nogami, wykręciło mi palce, którymi nie mogłem ruszyć, zesztywniały mi wargi i jęzk. Prawie nie mogłem mówić. Czułem się jakbym był sparaliżowany. Doszedł do tego strach z powodu reakcji, której u siebie nigdy nie obserwowałem. Właściwie myślałem, że to mój koniec. Prosiłem sąsiadów, żeby oblewali mnie wodą z butelki, bo wydawało mi się co chwila, że tracę przytomność. Siedzący obok Grek zapytał: "Dlaczego nie pójdziesz po jakiś proszek na chorobę morską?" "Bo nie mogę się ruszyć" - powiedziałem zamykając oczy, nie chciałem ich nawet otwierać. Wstał, poszedł do obsługi i przyniósł mi jakiś proszek na wymioty, których nie miałem. Powtarzał: "Just relax". Aha. Relax. Ciekawe, jak to miałem zrobić. Powtarzałem tylko: "I can't speak" a on mówił, że to normalne. Próbowałem otworzyć oczy, ale wydawało mi się wtedy, że się duszę, więc znów je zamykałem. Pociłem się, słabłem. Równocześnie trwała apokalipsa na pokładzie. Ktoś tylko podawał plastikowe torby. Ludzie wymiotowali, gdzie popadnie. Co udało mi się na moment otworzyć oczy, widziałem, że obsługa ściera podłogę. Kiedy przyszedł do mnie kapitan, zauważyłem, jak jeden facet biegnie do toalety, dosłownie wyrywa drzwi. Na sedesie siedziała jakaś kobieta, ten facet nie przejmując się nią zaczął wymiotować do zlewu. To naprawdę działo się na masową skalę. Kapitan podał mi torebkę cukru, taką torebkę do herbaty i papierową chusteczkę namoczoną wodą, żebym ją sobie położył na czole. Świetne metody leczenia. Zwłaszcza, że siedzący obok mnie wylali już na mnie prawie butelkę wody. Czułem się tak fatalnie, że zacząłem płakać. I tylko ta myśl, że to najgorszy dzień w moim życiu. Chciałem się już... już znaleźć na lądzie. Grek siedzący obok powiedział: "Nie do każdego przychodzi kapitan". Co miałem odpowiedzieć? Że do mnie przychodzi w każde wakacje? A kiedy zapytał, kiedy wracam na Kretę, mój stan jeszcze się pogorszył, bo wyobraziłem sobie, że za kilka godzin będę musiał wrócić do tego zarzyganego wodolotu. Powiedziałem, że już wolę kupić dom na Santorini, nie wiem, rozbić namiot, zbudować dom na drzewie, udawać Greka, cokolwiek, ale moja noga tu już nie postanie!



c.d.n.



Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 966  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl