Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Komety

wtorek, 30 czerwca 2009 21:50
I nie napisałem książki w weekend, zgodnie z sugestiami z maila, który zamieściłem poprzednio. Więcej, nawet nie pisałem w weekend. Teraz znów wracam do słów, a nawet po takiej dwu-, a właściwie trzydniowej przerwie powrót nie jest łatwy.

Wracam do Franza Kafki, który co jakiś czas jest mi potrzebny. Napisał: "Wczoraj niezdolny do napisania choćby jednego słowa. Dzisiaj nie lepiej. Któż mnie wybawi? A we mnie jest chaos, w głębi, prawie nieprzejrzanej. Jestem jak żywa krata więzienna; krata, która mocno stoi i pragnie runąć".
W innym miejscu: "Nienawidzę wszystkiego, co nie ma związku z literaturą, nudzi mnie zapuszczanie się w rozmowy (nawet odnoszące się do literatury), nudzi mnie składanie wizyt, radości i cierpienia moich krewnych nudzą mnie aż po rdzeń mej duszy. Rozmowy odzierają z ważności, z powagi i z prawdy wszystko, co myślę".
Albo: "Aby prowadzić piękną rozmowę, trzeba po prostu wsunąć rękę głębiej, lżej, sennie, pod oczekujący omówienia temat, wtedy dźwiga się go zdumiewająco. Inaczej wyłamujemy sobie palce i myślimy tylko o tym, jak boli".
Albo: "Kiedy po dłuższej przerwie zaczynam pisać, wyciągam słowa jakby z powietrznej nitki. Gdy pochwycę jedno, tylko to właśnie słowo istnieje, i cała praca zaczyna się od początku".
Albo: "Trzeba jednak, aby co dzień przynajmniej jedna linijka była wycelowana we mnie, tak jak teleskop wycelowany jest w kometę".

Lubię wracać do Kafki, szukać w nim.
Lubię wracać do Iwaszkiewicza, do Herlinga-Grudzińskiego.
Lubię wracać do Julii Hartwig i księdza Jana Twardowskiego.
Lubię wracać do Ryszarda Kapuścińskiego i Hanny Krall.
Patrzę w nich jak teleskop wycelowany w kometę.

*

Taki stan zawieszenia. W pisaniu, w czytaniu.
Sezon 2008/2009 w Teatrze Na Woli zamykamy z poczuciem, że był piękny. Wczoraj w Ministerstwie Kultury nasz spektakl "2084" otrzymał trzy nagrody w Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej:
- indywidualną reżyserką dla Michała Siegoczyńskiego
- indywidualną aktorską dla Aleksandry Bednarz
- indywidualną aktorską dla Krzysztofa Prałata
a także rekomendację do rejestracji w TVP Kultura.
A przecież dopiero zastała nas też wiadomość, że pani Barbara Krafftówna została nominowana do nagrody Norwida za rolę w "Oczach Brigitte Bardot".
Wiele ze sztuk prezentowanych u nas (wystawianych czy w formie prób czytanych) zostało omówionych przez panią Wioletę Rybak w jej niezwykłej pracy magisterskiej poświęconej polskiemu dramatowi współczesnemu.
To był pracowity, ale bardzo ciekawy sezon.
A już pracę u nas rozpoczął Iwan Wyrypajew (pisałem tutaj kiedyś o jego wybitnym filmie "Euforia"), który reżyseruje w Teatrze Na Woli własną sztukę "Lipiec". Premiera 10 października, wcześniej, w sierpniu 9. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu.
Już nie mogę się doczekać nowego sezonu.

Podziel się
oceń
0
0

książka w weekend

niedziela, 28 czerwca 2009 11:12
Niedzielne przedpołudnie, długo rozmawiam z Martą o problemach z pisaniem i o tym, ile jeszcze do opowiedzenia i jak i o technice i o problemach z techniką i o fabule i o problemach z fabułą, o dygresjach i o problemach z dygresjami, po czym otwieram pocztę mailową i znajduję e-mail spam, nie o powiększaniu piersi ani penisa, nie o sprzedaży wiagry, czy tabletek przeciwbólowych, nie o dopalaczach ani o tym, że sułtan Brunei przepisał mi w tajemnicy cały swój majątek albo jakiś rosyjski multimiliarder chce przez moje konto przepuścić swoją fortunę, o nie. Dzisiaj dostaję jakże intelektualną reklamę, skierowaną do mnie: "Masz problem z napisaniem książki, piszesz ją za długo? Moja przyjaciółka wie, jak napisać książkę w weekend. Pomogła już ponad 200 pisarzom. Tylko dzisiaj teleseminarium. Zarejstruj się". Przeklejam poniżej całą tę reklamę:

Remek,

Have you ever wanted to write a book?

Is it taking you longer to write your book
than you ever expected... a lot longer?

If you've always wanted to write a book
(or you're struggling to get one finished)
you're invited to a free teleseminar today
with my friend who's developed a unique
system for writing your book in a weekend!

Click here to register now:

--> http://tinyurl.com/nlh54x

Discover the speed writing system she's
used to help 238 authors get their books
done quickly so you can get yours done too!

Reach for the stars,

~ Jordan McAuley
Contact Any Celebrity &
CELEBRITY | PR
8721 Santa Monica Blvd. #431
W. Hollywood, CA 90069-4507

P.S. Hurry, this one-time-only teleseminar
is today at 2 PM or 7 PM EST (your choice).

Click here to register now:

--> http://tinyurl.com/nlh54x


Wspaniałe, prawda?
Tylko pisać, nie umierać.
Dobrej niedzieli.

Podziel się
oceń
0
0

Przed laty, na Idzikowskiego

sobota, 27 czerwca 2009 18:22
Dzisiaj zrobiłem sobie przerwę w pisaniu powieści, jednodniowy urlop. Potrzebuję, żeby nie utopić się całkowicie w wykreowanym świecie.
Na biurku stos książek nowych, które czekają na przeczytanie, a mimo to zatęskniłem za "Początkiem" Andrzeja Szczypiorskiego. Czytałem tę powieść dwa razy - w liceum, kiedy była lekturą i później na studiach, kiedy przygotowywałem się do wywiadu z Andrzejem Szczypiorskim. Ten wywiad był częścią większego tekstu na temat nowej polskiej prozy. Brali w nim udział na pewno Wiesław Myśliwski, Stefan Chwin, Józef Hen, chyba Izabella Filipiak, na pewno Anna Bojarska. Nie pamiętam dokładnie, musiałbym odszukać ten tekst sprzed lat, pisany do "Literatury", która dzisiaj już nie istnieje. Na rozmowę z panem Szczypiorskim pojechałem do jego domu, przy Idzikowskiego w Warszawie, pamiętam dwa piękne psy, które powitały mnie w wejściu, gabinet pisarza, chyba wychodzący na ogród, jego biurko...
Kiedy pracuje się intensywnie dużo spraw umyka, zapomina się o nich, więc powinno się zapisywać. Niedawno natknąłem się np. w internecie na informację o archwium Marcela Prawy'ego na Uniwersytecie w Wiedniu. Trafiłem nawet na ślad własnego listu, jaki do pana Prawy'ego posłałem. Absolutnie nie byłem sobie w stanie tego przypomnieć. Coś mi majaczy, że pisałem z prośbą o wywiad, pamiętam film dokumentalny o Prawym, sekretarzu Jana Kiepury i pewnie ten film był impulsem do napisania listu. Ale nic a nic nie pamiętam.
Próbuję sobie przypomnieć dom Andrzeja Szczypiorskiego, schody na piętro, gabinet na parterze, i chyba ogród za domem. Na pewno psy. I na pewno, że pisarz wstał zza biurka i zrobił na mnie wrażenie, bo był po prostu wysokim, postawnym człowiekiem. - Wielki pisarz - zapamiętałem.
A potem zrobili ze Szczypiorskiego agenta i zdaje się przestali wznawiać jego książki. W każdym razie dawno nie widziałem nigdzie żadnego wznowienia. Jeśli są, pewnie się tego w ogóle nie nagłaśnia.
A prozę Szczypiorskiego nie tylko cenię, ale uwielbiam. Naprawdę. I to, czy donosił, czy nie, właściwie nie ma dla mnie kompletnie znaczenia.
Otworzyłem "Początek" i znów daję się porwać tej książce, tak nasyconej, bogatej, sugestywnej. Już od pierwszego zdania: "W pokoju panował półmrok, ponieważ sędzia był miłośnikiem półmroku". Podkreślam te pojedyncze zdania, które potrafią opowiedzieć o człowieku skrótem, a mimo to wyraziście: "Pawełek Kryński otworzył oczy i przyjrzał się dłoniom. Zawsze po przebudzeniu przyglądał się dłoniom". Albo: "Pani Irma miała w sobie coś z choroby, sprawiała same udręki". Albo: "Pierwsze wyznanie miłości złożył wobec pani Irmy, kiedy była bardzo starą kobietą, na tarasie kawiarni przy avenue Kleber w Paryżu".
Tylko prawdziwy pisarz umie tak mówić o ludziach, czarować słowami.
Czy stać nas na wyrzucanie takich pisarzy do kosza?
Naprawdę jesteśmy tak bogatym narodem?
Takie myśli mam dzisiaj i wracam do Szczypiorskiego, ciekawy "Początku", czytanego po raz trzeci, po latach.
Cieszę się, że mam tę powieść na własność, że będę mógł ją otworzyć zawsze, kiedy "myśli, zwykle niedokończone i mgliste, niechętnie wpadają w pułapkę światła".

Podziel się
oceń
0
0

Dedykacje

piątek, 26 czerwca 2009 21:01
Jako książkoholik również je zbieram. Muszę mieć te, które przeczytałem. Ale dzisiaj chciałem słowo o dedykacjach, bo wiele książek mam z dedykacjami. Tak się składa, że przez lata urosła mi spora kolekcja książek z powiedzmy dosyć oryginalnymi dedykacjami.
Pięć lat temu, kiedy z panem Zygmuntem Kałużyńskim na Targach Książki w Warszawie podpisywaliśmy swoje tytuły przy jednym stoliku, pan Zygmunt napisał mi w egzemplarzu książki "Do czytania pod prysznicem": "Dla Pana Remigiusza od kolegi z Zakładu!", bo moja książka wyszła wtedy w Latarniku, gdzie Pan Zygmunt wydawał swoje. Czyli byliśmy z jednego Zakładu.
Pan Kazimierz Kutz w czasie podróży pociągiem z Katowic do Warszawy podpisał mi swoją książkę "Portrety godziwe" słowami: "w drodze..." Ale najdziwniejszą chyba dedykację dostałem od Andrzeja Stasiuka w jego powieści "Dziewięć". Napisał: "Dzięki za wpuszczenie..." A historia była ciekawa, bo mieszkałem wówczas w kamienicy, w której mieszkał teść Stasiuka i tak się złożyło, że nie było go w domu, a ja wracając do kamienicy zauważyłem, że pod drzwiami koczuje Andrzej Stasiuk. Zapytałem, czy "wpuścić". Powiedział, że tak, bo teść chyba zapomniał o spotkaniu. No i taka dedykacja mi się trafiła.
Ostatnio w Gdyni, podczas Festiwalu Literaturomanie dużo było spekulacji wokół wieczornej gali wręczania nagród literackich Gdynia, bo przez cały dzień padał deszcz, a gala miała się odbyć w plenerze, przy okręcie Dar Pomorza. No i ten Dar Pomorza wracał ciągle w rozmowach. Kiedy, przy obiedzie, w włoskiej restauracji poprosiłem pana Janusza Głowackiego o podpisanie książki "Z Głowy" wpisał dedykację dopisując, że to na Darze Pomorza, bo stał się już omal mityczny tego dnia.
Cztery lata temu byłem na proszonej kolacji, gościem była też francuska pisarka Anna Gavalda. Rozmawialiśmy o jej książce "Po prostu razem". Powiedziałem jej wtedy, że urzekła mnie najstarsza postać powieści, Paulette. Gavalda napisała: "Remigiuszowi, który jest pod urokiem Paulette". Wtedy jej powiedziałem, że szkoda, że nie opisała też jej matki, a Gavalda postawiła obok swoich słów krzyżyk, taki przypis a pod dedykacją dopisała, w tym przypisie: "i jej matki". Narysowała też małą wieżę Eiffle'a czyniąc z niej pierwszą literę swojego imienia w podpisie. Kiedyś opowiedziałem panu Krzysztofowi Miklaszewskiemu, aktorowi Cricot 2, że pewien pisarz pod dedykacją zaznaczył, że pisał ją piórem "Mont Blanc" opisanym w swojej powieści. Pan Krzysztof podpisując mi swoją książkę o Tadeuszu Kantorze dopisał: "Pisane flamastrem z 1948 roku".
Jerzy Waldorff podpisując mi swoją książkę kiedyś na Targach w Pałacu Kultury napisał: "To jeszcze Guttenberg odbijał".
Cesaria Evora w swojej biografii w ogóle nie chciała napisać dedykacji, jedynie złożyła podpis, kaligrafując go na okładce, na swoim zdjęciu. Uznała, że to jednak nie jest jej książka. I ten gest mi się całkiem spodobał.
Byłem kiedyś u znajomych, na większym spotkaniu i była pewna pani ubrana od stóp do głów na różowo. Podała mi swoją książkę i zapytała: "Czy zna ją pan?" A książka była o tym, jak być kobietą twórczą. "Nie". "Jak pan ma na imię?" Przedstawiłem się, a ona wpisała mi dedykację, podała książkę i powiedziała: "Dwadzieścia złotych, w księgarniach kosztuje dwadzieścia pięć".
Zgłupiałem i nie mogąc wyjść ze zdumienia wyjąłem z portfela dwie dychy, a książki do dziś nie przeczytałem. Ze złości.

Podziel się
oceń
0
0

Muzyka życia

czwartek, 25 czerwca 2009 17:54
Pierre Assouline pisał niedawno na swoim blogu o nowym uzależnieniu, o książkoholikach. Nie wiem, czy jest to rzeczywiście nowa choroba, bo u nas jej objawy - co widać z badań czytelnictwa - są raczej znikome, ale na Zachodzie podobno coraz częstsze. Książkoholik to taki człowiek, który nie umie rozstać się z tekstem. Kiedy leci na wakacje, musi mieć przynajmniej kilka książek, gdyby skończyła się jedna, pod ręką musi być druga. Kiedy wychodzi na spacer, albo do znajomych wkłada do kieszeniu pocket-booka, w najgorszym wypadku gazetę, żeby mieć co czytać w tramwaju, czy autobusie. Ekstremalny książkoholik zawsze ma przy sobie jakąś książkę, bo czyta też w windzie. Po prostu nie umie sobie wyobrazić, że jedzie windą i nie czyta tylko gapi się w martwy punkt na suficie kabiny. Ekstremalny książkoholik trzyma też książkę w drugiej kieszeni i w plecaku, tak na wszelki wypadek.
Szedłem dzisiaj Świętokrzyską, zamówiłem w Bookhouse Cafe kawę na wynos i czekając aż pani mi ją przygotuje, przeglądałem ksiażki, które leżą pod barem. Natychmiast zacząłem podczytywać niewielką książeczkę Andreia Makina "Muzyka życia".
Na okładce przeczytałem: "
historia młodego pianisty rosyjskiego, którego pierwszy koncert, zapowiedziany na 24 maja 1941 roku, nigdy się nie odbędzie. Aleksiej minął Kreml i wszedł na bulwary pod ciężkie po deszczu sklepienie drzew. Historia skrzypiec, nocne leki, czasy osamotnienia i doznawanych szykan nieraz jeszcze nawiedzały jego wspomnienia, ale dzięki nim silnej przeżywał powrót do szczęścia. Szept rodziców naradzających się tamtej nocy i ostry zapach topionego werniksu - oto wszystko, co przetrwało po tych trzech czarnych latach. Niewiele, gdy się porówna z mnóstwem późniejszych przyjemności..."
Książka była niedroga, 15 złotych, czyli prawie 6 zeta tańsza niż w Merlinie, ale jej nie kupiłem, bo przypomniałem sobie zaraz ten wpis Assouline'a o książkoholikach i chciałem sobie udowodnić, że nim nie jestem.
Ciekawe zagadnienie, bo przez cały dzień nie myślę o czym innym, tylko, dlaczego nie kupiłem tej książki. Nagle jej fabuła, przeczytana pospiesznie, kiedy czekałem na wydanie kawy w papierowym kubku (podobno to takie trendy), wydała mi się najoryginalniejsza z możliwych, pomysł wydał mi się po prostu noblowski, no i Makine, pisarz, którego cenię.
Próbowałem pisać, próbowałem czytać, próbowałem zdenerwować Kota Tutkę, który przewraca się z boku na bok i ma swoje Wielkie Greckie Wesele, ale ciągle wyrzucałem sobie: "Jaki ty jesteś durny! Trzeba było kupić".
No, nie jest powiedziane, że tam jutro nie pojadę. I nawet nie interesuje mnie egzemplarz "Muzyki życia", który mogę kupić w Merlinie, ale tamten, który leży pod barem w Bookhouse Cafe na Świętokrzyskiej.
Mam wyjątkową zdolność komplikowania sobie świata. Po prostu pierdolca dostanę bez tej książki.

Burza.
Próbowałem sfotografować ogród i oto, co zobaczyłem:



Podziel się
oceń
0
0

Anastazja R.

środa, 24 czerwca 2009 20:37
Właśnie przeczytałem, że pani Barbara Krafftówna dostała nominację - w kategorii teatr - do nagrody Norwida za rolę Anastazji w naszym spektaklu "Oczy Brigitte Bardot". Tak się cieszę. Pozostałe nominacje w tej kategorii to Jadwiga Jankowska-Cieślak za rolę Ursulki w "Trash Story" i Franciszek Pieczka za rolę Ala w "Słonecznych chłopcach". Ogłoszenie wyników we wrześniu.
Pani Danuta Szaflarska otrzyma nagrodę "Dzieło życia".
Wszystkie nominacje tutaj:

http://wiadomosci.onet.pl/1996086,19,danuta_szaflarska_laureatka_nagrody_im_norwida,item.html



(z próby do "Oczu Brigitte Bardot")

Podziel się
oceń
0
0

Des mots de minuit

środa, 24 czerwca 2009 10:12
Kilka dni temu pisałem o powieści "Czerwona sofa", w której Michelle Lesbre wspomina koncert Anny Prucnal. Tak się złożyło, że mniej więcej właśnie w tym czasie, kiedy książkę czytałem, czy też już o niej pisałem, obie panie wystąpiły razem w programie telewizji francuskiej France 2 w nocnej audycje "Des mots de minuit". Anna śpiewała swoją słynną piosenkę "Ma dissidance", ale w ogóle prawie pół godziny tego programu poświęcone było jej biografii. W dalszej części programu, k. 48 minuty śpiewa również swoją piękną "Historię Miłości".
Ten program, z 17 czerwca, można obejrzeć w internecie:

http://desmotsdeminuit.france2.fr/common/playerVideo.php




(Paryż, spacerując z Anną)

Podziel się
oceń
0
0

Podwójny krajobraz

wtorek, 23 czerwca 2009 21:20
Zdążyłem się trochę nacieszyć słońcem, a potem czytanie, pisanie, w każdym razie próba pisania, czytanie. - Czyli rytm, jakim chciałbym żyć. Rytm, który wyznaczają słowa.
Długo nie mogłem się zabrać za niewielką książkę Irit Amiel "Podwójny krajobraz", nominowaną w tym roku do NIKE. Irit Amiel jest wybitną izraelską pisarką i poetką piszącą po polsku, której książka "Osmaleni" była również nominowana do NIKE, a sam termin "osmaleni" dotyczący ludzi, którzy przeżyli Holokaust, wyszli spod kominów, wszedł już na dobre do języka i do literatury. To Irit jest autorką tego terminu.
Irit Amiel poznałem przed laty, kiedy przyjechała do Warszawy. Z naszego spotkania napisałem wtedy tekst do "GW", w którym Irit tłumaczy, dlaczego pisze po polsku. Mówi, że człowiek mieszka w języku swojego dzieciństwa i że z tego języka nigdy nie można się wyprowadzić. To nie jest popularny pogląd dla ocalonych z Holokaustu, którzy wyemigrowali czy to najpierw, jak ona, do Palestyny, bo jeszcze nie było Erec Israel, czy później do Izreala, czy też zostali wyrzuceni z Polski w 1968. Wielu z osmalonych chciało ten język jak najszybciej zapomnieć.
Długo zabierałem się za lekturę "Podwójnego krajobrazu", bo teksty Irit Amiel bolą. Bo są świadectwem tych, którzy stracili wszystkich, czasem zostali zupełnie sami, a często nienawidzili tego, że ocaleli. Bo jak żyć po Zagładzie, kiedy zostaje się sam jak palec, z pamięcią, której nie sposób uspokoić.
Ten niewielki zbiór opowiadań-świadectw jest bolesny. I ta świadomość, że jednak to wszystko się zdarzyło. Henryk Grynberg napisał we wstępie do książki Irit, że to nieprawda, że o Holokauście napisano wszystko. O Holokauście nigdy nie napiszemy wszystkiego. Tom opowiadań Irit Amiel zamyka tekst "Jedenaste przykazanie". I to jest niejako odpowiedź dla tych, którzy twierdzą, że wszystko już powiedziano. W tym tekście mieszają się czasy. Przeszłość współistnieje z teraźniejszością, a na kawę w Dzień Zagłady przychodzą "wszyscy ci z Dachau z Bełżca z Bergen-Belsen z Ponar z Auschwitz i z Treblinki też(...) A wtedy każdy z tych niedoszłych krewnych wyciągnie wygniecioną żółtą łatę z Gwiazdą Dawida i pieczołowicie położy ją na bambusowym stoliku między niedopitymi filiżankami kawy. Między okruszynami sernika skórkami pomarańczy koszami mandarynek i bananów i jeden po drugim rozwieją się razem z zimowym zegarem i znikną jak senna zjawa w wieczornej mgle, pozostawiając Jedenaste Przykazanie:
Opowiadaj o nas zawsze! Dzieciom wnukom i prawnukom swoim! Zawsze! Po wsze czasy!
PAMIĘTAJ!"

Więc Irit Amiel opowiada. Wiele z tych opowieści ma charakter autobiograficzny. Wiele z nich ma ton bardzo osobisty - wspomnienia Częstochowy, w której dorastała, bosych nóg ojca zabielonych wapnem, którym wysypane były wagony pociągów wiozących na śmierć, umarłych kolegów z umarłej klasy.
Maleńka książka Irit Amiel ma siłę rażenia bomby atomowej, zrzuconej na niepamięć, nieświadomość, zapomnienie, obojętność.
Henryk Grynberg napisał: "W poezji i prozie Irit Amiel, podobnie jak u Hanny Krall, teraźniejszość spotyka się i miesza z przeszłością, obie autorki mają bowiem umiejętność przebywania w obu czasach naraz, tę szczególną cechę osmalonych z pożogi Holokaustu". Pisze też, że lektura tej książki jest obowiązkowa.
Każde z opowiadań Irit Amiel ma swoją siłę, uderza, zapada w pamięć. Potrafi ona paroma zdaniami, słowami opisać niewyobrażalne a to jest mistrzostwo, prawdziwy kunszt.
Mnie najbardziej poraziło opowiadanie "Do trzech razy sztuka" - o starej Niemce, która przyjeżdża do Izraela robić interesy i młodym Żydzie, który jest jej przewodnikiem. W tym opowiadaniu wszystko jest w niedopowiedzeniu. Puentą jest monolog matki tego człowieka, matki osmalonej, która przyjdzie do eleganckiego hotelu poznać elegancką starą Niemkę, z którą - jak się okaże - spotka się po raz trzeci.
To opowiadanie nie wychodzi mi z głowy. Jest jak nowela filmowa i chciałbym, żeby ktoś nakręcił z niego film.
Teksty Irit Amiel i Hanny Krall są bliskie - poprzez temat, skrótowość, przekaz i jego siłę, także niedopowiedzenie i paradoks.
Opowiadania Irit Amiel mogłyby się także znaleźć w antologii opowiadań z takimi mistrzami jak Jarosław Iwaszkiewicz i Gustaw Herling-Grudziński.
Trzymam kciuki za tę książkę w tegorocznej edycji nagrody NIKE.



Irit Amiel "Podwójny krajobraz", Prószyński i S-ka, 2008


Podziel się
oceń
0
0

Światy równoległe

poniedziałek, 22 czerwca 2009 21:33
Pisanie. Lubię opowiadać równolegle kilka historii. Książka, którą piszę ma trzech głównych bohaterów i każdy z nich ma swoją przeszłość, swój świat aktualny i każdy z nich opowiada swoje historie bądź opowieści innych. Więc jestem teraz w takiej schizofrenii, że wędruję po ich światach, szybko przechodzę granice z jednego świata do drugiego i wcale nie jest mi z tym źle. Ale nie jest też łatwo. Dzisiaj miałem chwilę kryzysu: czy poradzę sobie? Zawsze wtedy, kiedy mam kryzys staram się nie odpuszczać. Piszę wtedy kawałek innej historii, z innego miejsca i nie jest źle.
A które światy są równoległe, to już zupełnie inny temat.

Kot Tutka śpi, bo szaro i deszczowo. Zapaliłem wszystkie światła, żeby dodać sobie energii, skoro kolejna kawa nie pomaga. Nie wiem, zostało jeszcze "Tango" Coryella w wykonaniu Uli Dudziak i jak już to nie pomoże, to nie wiem.

A teraz szukam skrótu. Dlatego otworzyłem książkę, którą lubię.

JULIA HARTWIG

NIEWINNOŚĆ

Patrząc na motyla siadającego na framudze ganku
powiedziała niespodziewanie:
Zawsze w takiej chwili
wydaje mi się że to ktoś daje mi znak

A kiedy dziś o świcie wpadł do mnie przez okno
mały ptaszek
pomyślałam
że za mało modlę się za mojego ojca


Podziel się
oceń
0
0

więcej niż literatura

niedziela, 21 czerwca 2009 19:15
Szaro i deszczowo, a jednak zdążyłem na chwilę słońca do Łazienek i na ulubione lody - czyli dolce far niente, czyli śmietankowe z cytryną. Plus obowiązkowe espresso.
Zdążyłem wyrywając się z lektury pasjonującej dwuznacznej biografii Marcela Reicha-Ranickiego. Czytając "Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata" pomyślałem, jak to dobrze, że Reicha lustruje Gerhard Gnauck, a nie Joanna Siedlecka, która umie docierać do dokumentów, ale już nie stara się szukać prawdy.
Gnauck, warszawski korespondent niemieckiego dziennika "Die Welt" zajmując się przecież nie całą biografią papieża literatury niemieckiej, a jedynie "latami polskimi" pisze bez tezy, rzetelnie zestawia ze sobą fakty, dokumenty i świadectwa. Unika komentarzy. Stawia pytania. Wgryza się w biografię Reicha-Ranickiego, który mówił sam o sobie, że jest w połowie Polakiem, w połowie Niemcem, ale całym Żydem, nie bez fascynacji. I mam wrażenie, że go lubi - mimo że często zmuszony jest cytować opinie czy dokumenty dla Reicha nieprzychylne. A przecież biograf powinien umieć bronić bohatera swojej książki - mam wrażenie, że Gnauck daje Reichowi prawo do obrony, że czasem mowy obronne wygłasza. Jest coś jeszcze, co przemawia za tą książką. Otóż, Gerhard Gnauck dotarł nie tylko do dokumentów, ale i do świadków - czego już w swoich książkach Siedlecka nie robi - do bohaterów wydarzeń. Z Marcelem Reichem-Ranickim, również z jego żoną, rozmawiał wiele razy, wysyłał swojej pytania w listach i faksach, nie ukrywał przed Ranickim dokumentacji, którą odnalazł. O tej rzetelności wspomina w przedmowie do książki Norman Davis.
I oto otrzymujemy fascynujące studium człowieka złożonego, pełnego sprzeczności, trudnego do zrozumienia, a jednak wciąż dla nas, czytelników, atrakcyjnego.
Bo choć z jednej strony Reich pracował w warszawskim getcie w Judenracie, pada nawet w książce - cytowane za Antonim Marianowiczem - posądzenie o pracę w policji żydowskiej, choć wymienia się go ze stojącymi za napadem na kasę Judenratu, bo choć po wojnie nie tylko komunizował, ale pracował w bezpiece, choć zakładał na Śląsku cenzurę, bo choć istnieją podejrzenia o to, że donosił na swoich współpracowników, choć pracował w wywiadzie PRL-u w Wielkiej Brytanii, choć próbował zwerbować do agentury Stanisława Cata-Mackiewicza, a w każdym razie składał mu taką propozycję, choć przez całe późniejsze życie, mieszkając w Niemczech, próbował się wybielić, wymazać przeszłość, nie przyznawać się do niej, to nic nie pomniejszy jego zasług zarówno dla literatury polskiej jak i niemieckiej, był niezmordowanym popularyzatorem polskiej literatury w Niemczech i niemieckiej w Polsce. Był ciągle odradzającym się pełnym pasji człowiekiem. Ferował wyroki, zapominając o własnych winach. To prawda. Ale - mam takie wrażenie po lekturze tej książki - był ofiarą czasu. Być może tchórzył wiążąc się z Judenratem (a może ocalał skórę sobie i żonie), być może tchórzył wstępując do bezpieki (a może ratował skórę rodzinie), być może tchórzył wstępując do wywiadu (a może ratował skórę), być może tchórzył opuszczając Polskę (a może ratował skórę). Cała ta opowieść pełna jest dwuznaczności i wieloznaczności i po przeczytaniu tej książki na pewno jednego nie można - skazywać.
Był zawsze człowiekiem literatury, słów. Nie był człowiekim odważnych czynów i gestów. A musiał mierzyć się ze światem, czego nie chciał, nie umiał i czego się bał. Popełniał jeden błąd za drugim, pewnie - jak twierdzi - długo z przekonania. Ale przecież był za inteligenty, żeby ślepo wierzyć.
Pisze Gnauck, podsumowując książkę:
"Jedno wydaje się pewne: w swoich polskich latach Marcel Reich-Ranicki poznał, co to strach. Tego strachu wystarczyłoby na więcej niż jedno życie".
I w innym miejscu, o sytuacji, w której dziennikarze zaczęli odkopywać prawdę o jego przeszłości: "Oto wyszło na jaw, że to życie to więcej niż literatura".
Być może jest tak, jak sugeruje prof. Bartoszewski, że Reich-Ranicki to "genialny karierowicz".
Ale - idąc dalej za Gnauckiem - "I od tej pory, tak jak właśnie wtedy, zaraz po urodzeniu, już tylko uciekał(...) Reich-Ranicki ciągle musi się usprawiedliwiać za to, co robił poprzednio".
I w innym miejscu: "Strategia jest jasna: umniejszać własne uwikłanie, przywdziać szaty ofiary; a tam, gdzie przywdziewać ich nie trzeba, gdyż rzeczywiście było się ofiarą, przybrać pozę bohatera".
"A jednak stał się świadkiem, ba, współtwórcą właśnie kulturalnego odrodzenia Niemców po Auschwitz. I jeszcze jedno: był ich naczelnym krytykiem, papieżem literatury. 'O tym, kto należy do literatury niemieckiej, decyduję ja'. Powiedzcie mi, mędrcy tego świata: Czy takiego chłopa w swoim życiu zobaczymy?" - pyta Gnauck kończąc opowieść o polskich latach Marcela Reicha-Ranickiego, człowieka, który nie przyjechał do Polski od roku 1958, mimo że Polska jest w nim stale obecna, bardziej niż by sobie tego życzył. Nie przyjechał, bo nie chciał? Bo go nie zaproszono? Bo się bał?



(foto Amelie Losier)

Gerhard Gnauck "Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata", WAB, 2009.


Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 964  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl