Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

słowa

środa, 25 czerwca 2008 23:04
A ja dalej spaceruję wirtualnie po księgarniach. Dzisiaj moja ulubiona paryska księgarnia, którą znam nie tylko wirtualnie, założona w 1908 roku księgarnia Delamain, vis a vis Komedii Francuskiej.




Napisałem o niej parę zdań w powieści "Bądź moim Bogiem", bo fascynują mnie zwłaszcza bardzo wysokie regały, do których przystawiono drabiny. Sprzedawca często musi wspinać się na samą górę i wtedy naprawdę głupio jest nie kupić książki, po którą się wspina.
Księgarnia należy aktualnie do wydawnictwa Gallimard.




Jeśli będziecie w Paryżu, zajrzyjcie koniecznie na 155, rue Saint Honore.
A jeśli nie, to chociaż wirtualnie:

http://www.librairie-delamain.com

Marta Fox pisała wczoraj na swoim blogu o pierwszych zdaniach, o tym, jak są ważne w powieści. Znalazłem tam zdanie, którego nie znałem, a które mnie zaintrygowało:

Wiosną 1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz „Poezji” Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód.



Pochodzi ono z powieści "Dom z papieru" Carlosa Marii Domingueza. Nie znam tej książki i muszę ją koniecznie przeczytać. Po takim zdaniu trudno jest nie napalić się na książkę. Oby reszta okazała się równie intrygująca. A swoją drogą, z tego zdania wynika, że literatura może odgrywać też dosłownie zgubną rolę.
Moim ulubionym pierwszym zdaniem, zdaniem absolutnie genialnym i mistrzowskim jest "Wybudować grób" z powieści "Kamień na kamieniu" Wiesława Myśliwskiego.

Znów zrobiłem sobie długą listą książek, które chcę przeczytać. Na razie po raz kolejny wracam do "Dziennika" Virginii Woolf. Pod datą 29 kwietnia 1935 znalazłem: "Teraz, kiedy nie piszę, wszystko się jakby rozluźniło. Ale chcę przez miesiąc poeksperymentować z czystym życiem zewnętrznym - obserwowaniem, dzieleniem się, wchłanianiem pomysłów i wrażeń. A potem patrzeć, jak budzi się ten stary pstrąg z dna stawu. Przewiduję, że do czasu kiedy zaczniemy wracać, potrzeba pisania wzrośnie we mnie tak szaleńczo, że przez całą drogę przez Francję już będę tworzyć".

Słowa są najtrwalsze.

PS Wszystko to jakoś poważnie wyszło. Zajrzałem dzisiaj na bloga Marty Górskiej, bibliotekarki:
www.bibla.blog.pl
Przeczytałem: "W dupie mam to wszystko! Najwidoczniej jest pojemna". Trudno, uśmiałem się po pachy.


Podziel się
oceń
0
0

154 West 10 St.

wtorek, 24 czerwca 2008 22:10
Lubię wchodzić na strony internetowe nowojorskich czy paryskich księgarń, sprawdzać, jakie są listy bestsellerów, nowości. Nic na to nie poradzę, że mieszkam w książkach. Czasem zapisuję się na listy subskrybentów tych księgarń i dostaję zaproszenia na spotkania z autorami. Na przykład bardzo lubię niewielką księgarnię nowojorską Three Lives przy 154 West 10 St.



Uwielbiam tę księgarnię, chociaż nigdy w niej nie byłem, bo nigdy nie byłem w Nowym Jorku. Ale lubię zaglądać na jej stronę:

www.threelives.com

Często dostaję mailowe zaproszenia. Ostatnio na spotkanie z Barbarą Suter, autorką książki "Dorothy On The Rocks" (czyli "Dorota na skałach"). Spotkanie jest we czwartek, 26 czerwca o 19.00. Z opisu wiem, że bohaterka Maggie Barlow, jest czterdziestokilkuletnią pijącą aktorką teatru dla dzieci, która mieszka w Nowym Jorku i nie może pogodzić się z tym, że w życiu nie może grać Dorotki z "Czarnoksiężnika z krainy Oz", aż do dnia, kiedy obudzi się w łóżku z 28-letnim przypadkowo poznanym mężczyzną... od tego dnia zaczyna grać swoją największą rolę.

Lubię, kiedy w mojej skrzynce pojawiają się zaproszenia z księgarń na świecie. A o nowojorskiej Three Lives przeczytałem w wywiadzie z pisarzem Michaelem Cunninghamem, autorem "Godzin". Powiedział, że to jedna z najlepszych księgarni na świecie i że zagląda do niej za każdym razem, kiedy czuje nawet lekką depresję. I ja też sobie zaglądam, jak czuję się mniej wyraźnie, ale nie tylko wtedy. Po prostu wydaje mi się, że tam zaglądam i nagle znajduję się w samym środku książek Paula Austera... Jeszcze jeden dowód na to, że jestem pierdolnięty.

Księgarnia. Cały świat. Wiele światów.



Podziel się
oceń
0
0

kilka dni temu...

poniedziałek, 23 czerwca 2008 21:25
Piotr we środę. Foto: Tomek Sikora. Za portalem Gazeta.pl


Podziel się
oceń
0
0

Miód

poniedziałek, 23 czerwca 2008 21:01
Tyle może cieszyć. Dzisiaj dostałem od przyjaciół mieszkających w Sochaczewie słoik miodu zebranego wczoraj, czy też wczoraj odwirowanego, nie znam się na tym. W każdym razie dostałem słoik wczorajszego miodu - lejącego, aksamitnego, słodkiego.  Dla mnie bajka.  Niebo w gębie.  Nie spałem dobrze, ale ten miód zrekompensował wszystko. Poczułem się jak w dzieciństwie, jak w domu. Tak niewiele trzeba. A tak mało zauważamy. Nauczyć się znów dostrzegać. Patrzeć. Słuchać. Czuć. Odnaleźć a nie zgubić. Odnaleźć.
Cieszyć się, że książka czeka na lekturę.
Czytać.
Również między słowami.
Poznawać jak dziecko.
Cieszyć się.
Cieszyć.
Że Kot Tutka ma Grecję.





Podziel się
oceń
0
0

W porze kolacji

niedziela, 22 czerwca 2008 21:32
Kupiłem dzisiaj oryginalną wersję "Nocy wyroczni" Paula Austera, czyli "Oracle Night", wielowątkową, szkatułkową powieść, książkę w książce, historię w historii, czyli dokładnie taką, jak lubię. Brakowało mi Austera. Otworzyłem tę powieść o powieści zapisywanej w niebieskim zeszycie kupionym od chińskiego sprzedawcy i zupełnie w nią wpadłem. Schowałem się w niej.
Kiedy ją czytałem przypomniała mi się historia, jaką przed kilku laty opowiedział mi Piotr Łazarkiewicz. Historia, którą mógłby opisać Paul Auster, może jedynie zmieniając realia na nowojorskie. Moim zdaniem sama w sobie jest materiałem na znakomitą fabułę.
- Zaniosłem kiedyś buty do naprawy. Był taki szewc, przy Placu Konstytucji, starszy facet, mistrz w swoim fachu. Przyglądał mi się, przyglądał. Zostawiłem buty. Dał mi karteczkę na odbiór. Stawiłem się w terminie. Kiedy przyszedłem, nawet nie spojrzał na karteczkę. Od razu poszedł na zaplecze i przyniósł buty. Jednak ociągał się z ich wydaniem. Zrozumiałem, że chce mi coś powiedzieć, był trochę zestresowany, myślałem, że z tymi butami coś nie tak. - Pan jest reżyserem, prawda? - zapytał szewc - Bo ja napisałem scenariusz... - mówił dalej - ja wiem, że pan jest zajęty, że wszyscy panu wciskają swoje teksty, a ja nawet nie jestem pisarzem... Wszystko, co umiem to te buty... Czy pan się nie pogniewa, jeśli dam panu do przeczytania scenariusz? - Odpowiedziałem, że chętnie przeczytam, bo byłem zaintrygowany i czułem, że to ma w sobie historię. Staruszek poszedł na zaplecze, wrócił jeszcze bardziej zdenerwowany niż wcześniej, trzęsącymi rękami podał mi kilkanaście kartek zapisanych drobnym pismem, to był taki cienki, miękki, kalkowy papier. - Bo ja chciałbym, żeby pan zrobił z tego film... Proszę mi wybaczyć, że tak się ośmielam, ale dla mnie to jest sprawa życia... Bo, widzi pan, moja żona poznała takiego jednego... Większe mieszkanie, bogatszy... Oszalała dla niego. Po tylu latach zostawiła mnie, wyprowadziła się do niego, zostałem sam jak palec, dzieci nie mamy, teraz moje życie zupełnie bez sensu, żadnej wartości. Chciałem ją namówić, żeby wróciła. Chodziłem tam, wyrzucali mnie. Dzwoniłem, zmienili numer telefonu. Ona nie chce mnie znać. Ona nawet nie wie, jak ja się czuję i co przeżywam. Ja to wszystko opisałem. To, jak się zakochała, jak mnie zostawiła, jak się do niego wyprowadziła, jak się teraz czuję. To wszystko tu jest, na tych kartkach. Pewnie pan się zastanawia, po co to zrobiłem, do czego mi to. Bo ja mam taki plan. Pan zrobi ten film, moją żonę może zagrać pani Tyszkiewicz, mnie jest wszystko jedno, i telewizja puści ten film w porze kolacji. Moja żona z tym swoim gachem będą jedli kolację, włączą sobie telewizję, bo moja żona namiętnie ogląda filmy i wtedy ona zobaczy jak na dłoni to wszystko, co mi zrobiła. Obejrzy ten film i zrozumie, że ja już jestem za stary, żeby mnie zostawiać, że sama jest za stara na romanse, zrozumie, że ja bez niej nie mogę żyć i że ja ją nadal kocham, bo przecież kocham, inaczej bym tego scenariusza nie pisał. Obejrzy, zrozumie i wróci do mnie. Ja pana bardzo proszę, żeby pan nakręcił taki film, żeby pan mnie ratował z tej samotności.
Piotr mówił, że potraktował tę prośbę poważnie, że zaniósł tekst do wytwórni filmowej, ale wiadomo, jak jest w Polsce. A potem mówił, że jeśli kiedyś będzie miał czas, to nakręci film o tym, jak dostał od szewca ów scenariusz.
I tak to sobie przypomniałem dzisiaj. A teraz w TVP Kultura "Wszystko na sprzedaż" - moim zdaniem jeden z najlepszych filmów Andrzeja Wajdy, film o filmie, opowieść o opowieści, film, który widziałem kilka razy i nigdy mnie nie nudzi. Kolejne sceny wciągają jak bagno, coraz głębiej. Mam kilka swoich ulubionych scen, ale ta z warszawską wymyśloną bohemą, która kończy na karuzeli jest moim zdaniem genialna. Podobnie jak zamykająca film scena, w której Daniel Olbrychski biegnie z końmi.
Opowieść zostaje najdłużej.


Podziel się
oceń
0
0

Dzień w Nowym Jorku

sobota, 21 czerwca 2008 15:36
Meryl Streep. Wiadomo. W mojej ścisłej dziesiątce jej filmów są "Wybór Zofii" i "Godziny" - w obu zagrała role zupełnie różne, inaczej, ale wciąż mam w głowie obrazy z tych filmów - apel w obozie z "Wyboru Zofii" i nowojorską kwiaciarnię z "Godzin". Nie wiem, dlaczego akurat te sceny, te obrazy, dlaczego w nich zaznaczyła się w mojej pamięci.

W telewizji ciągle pokazują wywiady z gwiazdami, których nazwiska nic mi nie mówią, w których nie umiem zobaczyć osobowości, tego CZEGOŚ. Meryl Streep przez całe lata była raczej antygwiazdą - i taka pewnia pozostała, a jednak ma COŚ czego nikt nie ma. To COŚ jest nieuchwytne. Objawia się na ekranie. Potrafi być brzydka i piękna, wulgarna i subtelna, i nie przestaje zaskakiwać. Każdy jej kolejny film jest dla mnie wydarzeniem. Każdy film jest inną jej wersją.

Wczoraj, przyjaciółka mieszkająca w Nowym Jorku, która wie, że jestem fanem Streep przysłała mi smsa: "Meryl Streep właśnie kupuje okropne buty. Czy mam podejść i odradzić czy wystarczy pozdrowić?"
Po chwili: "Za późno... Już sobie poszła... i jakoś głupio mi nawet patrzeć w jej kierunku, choć wybrała takie buty, że zastanawiałam się czemu się bardziej dziwię".

Nie wiem, co bym zrobił. Pobiegłbym za nią? Nie wiem, co bym powiedział. Nie wiem.
To COŚ jest absolutnie nieuchwytne.

Nie wiem, dlaczego o tym akurat napisałem. Od wczoraj jestem rozbity wiadomością o śmierci Piotra Łazarkiewicza, faceta, który bez przerwy okazywał entuzjazm, który sprawiał wrażenie, że czeka tylko na spotkanie z Tobą, Twój telefon, Twój tekst, który mimo że nie miał czasu w ogóle, zawsze miał czas, żeby okazać zainteresowanie, poprzeć jakiś nowy projekt, wesprzeć słowem, czy radą, pochwalić czy szczerze skrytykować. Mówił mi zawsze: "Remek, piszesz za krótkie sztuki". Tu najczęściej się nie zgadzaliśmy. Kiedy przychodził mi do głowy jakiś pomysł, wysyłałem mu smsa z pytaniem, co on na to... Kiedyś wpadłem na pomysł napisania sztuki dla Elżbiety Czyżewskiej i Anny Prucnal. Napisałem Piotrowi o tym i sceptycznie zapytałem: "Kto wyreżyseruje taką sztukę?" "Ja" - odpisał krótko i wiem, że gdybym ją już napisał, Piotr pomógłby znaleźć teatr i ją wystawił.
Szukam tematów zastępczych, bo od wczoraj mam w głowie spotkanie w "Gazecie" i nie wierzę i nie rozumiem.



Podziel się
oceń
0
0

Ktoś zgasił światło

piątek, 20 czerwca 2008 22:41

Tekst zamieszczony na stronie "Rzeczpospolitej"

Śmierć zabrała go w biegu

Barbara Hollender, j.c., r.ś. 20-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 19:44

Reżyser, scenarzysta i producent Piotr Łazarkiewicz zmarł nagle w piątek na zawał serca. Miał 54 lata. W maju skończył pracę nad swoim nowym filmem "0-1-0".

Piotr Łazarkiewicz, 2002 rok
autor zdjęcia: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Piotr Łazarkiewicz, 2002 rok

Śmierć zabrała go w biegu – W zeszłym tygodniu robiliśmy korektę napisów do angielskiej kopii – mówi producent Paweł Rakowski ze Skorpion Art. – W czwartek pokazywaliśmy film szefowej instytutu filmowego Agnieszce Odorowicz, ustalaliśmy szczegóły promocji. Piotr zaprosił mnie na wieczorną próbę czytaną sztuki "Odejścia" Havla, którą reżyserował. Chcieliśmy zaproponować ją Teatrowi Telewizji. Miał wpaść następnego dnia.

Piotr Łazarkiewicz był członkiem wielkiego filmowego klanu. Mężem reżyserki Magdaleny Łazarkiewicz, szwagrem Agnieszki Holland. Jego syn Antoni od kilku lat z powodzeniem pisze muzykę filmową.

Nie należał do reżyserów, którzy co roku robią kolejny film. Nie kręcił hitów pod publiczkę, dla masowej widowni. Ale potrafił obserwować świat.

Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim i reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, zaczynał pracę jako asystent Krzysztofa Zanussiego, Antoniego Krauzego, Agnieszki Holland. Samodzielnie zadebiutował w 1985 roku telewizyjnym "Kontrapunktem". Rok później zrealizował pierwszą fabułę "Kocham kino" – pełną nostalgii opowieść, w której Elżbieta Czyżewska zagrała kierowniczkę starego, umierającego kina. "Nie można żyć bez snów, bez marzeń" – mówiła w tym filmie, i to chyba też było credo Piotra.

Był człowiekiem wrażliwym. Zawsze opowiadał się po stronie słabszych, skrzywdzonych, niedających sobie rady z życiem. Udowadniał, że można znaleźć piękno na dnie. W zrealizowanym z żoną "Odjeździe" mówił o pensjonariuszkach domu starców na Mazurach – matce i córce, z których jedna czuje się Polką, druga tęskni za Niemcami. W 1993 roku zwrócił uwagę na problem, który dopiero się w Polsce rodził.

– Zobaczyłem w telewizji reportaże z Głoskowa. To był pierwszy akt zbiorowej agresji wobec chorych na AIDS, pierwszy wybuch nietolerancji. Wszędzie panowała atmosfera nadziei, Polska "szła do Europy", a te reportaże pokazywały inną twarz naszego społeczeństwa – opowiadał mi wówczas.

W "0-1-0" chciał mówić o innym problemie współczesności: rozmijaniu się ludzi. – Świat się kurczy – mówił mi niedawno. – Łatwo porozumiewamy się z innymi, nawet obcymi ludźmi, poprzez różnego rodzaju fora. A jednocześnie coraz trudniej nawiązujemy prawdziwy kontakt z tymi, którzy są najbliżej.

Ciągle szukał swojego miejsca. Poza fabułami kręcił dokumenty (m. in. znakomite "Fala", "Soc", "Wielka woda"), pracował dla telewizji, gdzie przygotowywał reportaże, spektakle teatralne programy artystyczne. Założył firmę producencką. Począwszy od 1979 roku, reżyserował w teatrze, w 2000 roku zadebiutował w łódzkiej operze "Triadą" z muzyką Strawińskiego.

Był postacią w filmowym świecie. W nieodłącznych czarnych skórzanych spodniach bywał wszędzie. Jeździł na festiwale do Gdyni, Łodzi, nie mogło go zabraknąć na edycjach Nowych Horyzontów, w Łagowie czy w Koszalinie. Śmierć zabrała go, gdy przeprowadzał się z rodziną do nowego domu, w przeddzień premiery filmu, na który tak długo czekał. W biegu.

Krzysztof Zanussi, reżyser

Piotr Łazarkiewicz był moim studentem w szkole filmowej w Katowicach w ciężkich latach 80. Zapamiętałem go jako bardzo energicznego, ambitnego, wyrazistego człowieka. Z uwagą śledziłem jego drogę artystyczną, podziwiałem zaangażowanie społeczne, wszechstronność. To dla mnie niewyobrażalne, że mój uczeń – twórca niezwykle młody duchem – nagle odszedł.

Jerzy Kapuściński, dyrektor festiwalu Młodzi i Film

Piotr był przyjacielem młodych twórców, cieszył się ich sukcesami. Sprzyjał także idei festiwalu Młodzi i Film. Rok temu był gościem w Koszalinie. Umarł wspaniały człowiek

Zbigniew Hołdys, muzyk

Piotr Łazarkiewicz pracował nad moim debiutem dramaturgicznym "Prawo McGoverna", którego premierę zaplanowaliśmy na 5 lipca w Centralnym Basenie Artystycznym w Warszawie. W sztuce gra mój syn Tytus i jego koledzy. Byli zakochani w Piotrze, w jego stylu pracy. Ostatnio spotykaliśmy się codziennie, byliśmy razem na koncercie Boba Dylana. Dla mnie Piotr nie zniknął. Doprowadzimy jego spektakl do premiery


Podziel się
oceń
0
0

Odejścia

piątek, 20 czerwca 2008 17:56
Wczoraj o tej porze, w niewielkim pokoju w redakcji Gazety Wyborczej próbowaliśmy z Piotrem Łazarkiewiczem czytanie nowej sztuki Vaclava Havla. Panowała rozluźniona atmosfera, momentami było bardzo wesoło, miałem wrażenie, że to spotkanie sprawia Piotrowi frajdę. Mnie też przydzielił kilka zdań. Do tego czytania zaprosił swoich ulubionych aktorów i można powiedzieć, że to była w zasadzie obsada marzeń: Maria Seweryn, Elżbieta Jarosik, Bogusława Schubert, Julia Kijowska, Maria Mamona, Marta Chodorowska, Zdzisław Wardejn, Maciej Kowalewski, Łukasz Simlat, Arkadiusz Janiczek, Adam Woronowicz, Robert Więckiewicz, Rafał Mohr, Dariusz Toczek, Piotr Ligienza i Redbad Klijnstra jako Głos. Didaskalia czytał Mariusz Szczygieł.
Mnie przydzielił kilka zdań, które wypowiada Strażnik Pierwszy.

Strażnik Pierwszy: Pójdzie pan z nami, panie doktorze -
Rieger (Zdzisław Wardejn): Dokąd?
Drugi Strażnik (Piotr Łazarkiewicz): Na posterunek -
Rieger: Dlaczego
Pierwszy Strażnik: Złożyć wyjaśnienia -
Rieger: Nic wam nie będę wyjaśniał!
Drugi Strażnik: Ależ będzie pan!
Rieger: Jakże to? Niewola? Och, jestem istną zabawką losu! Dam wam okup, dobrze się ze mną obchodźcie.
Pierwszy Strażnik: Całuję twój buzdygan, mój prosiaczku!
Głos (Redbad Klijnstra): Jeszcze raz, proszę.
Pierwszy Strażnik: Całuję twój buzdygan, mój prosiaczku!

Mniej więcej tak. Tekst Havla groteskowy, zabawny, więc mieliśmy wszyscy zabawę w trakcie tego próbowania. Piotr był zadowolony. Piliśmy kawę. Żartowaliśmy. O 19.00 zaczynało się spotkanie z publicznością, które prowadziłem. Ostatnie w tym sezonie z cyklu "Teatr w Gazeta Cafe". Przyszła pani Izabella Cywińska, która tę sztukę reżyseruje w Teatrze Ateneum. Nie mogła zostać na czytaniu, bo miała w teatrze wizytę pani prezydentowej, ale przyszła przywitać się z Piotrem. Uściskali się. Nie mogła zostać. Przyszła ze względu na Piotra, na chwilę.
Otworzyłem spotkanie, coś tam mówiłem, oddałem głos panu Jackowi Sieradzkiemu, naczelnemu "Dialogu", który był współorganizatorem spotkania (w szóstym numerze ukazała się sztuka Havla). Piotr pilnował, żebym nie zapomniał przedstawić tłumacza, pana Andrzeja S. Jagodzińskiego, który przyszedł do Gazety. Kilkakrotnie powtórzył mi, żebym pamiętał. Potem czytaliśmy.
Publiczność od początku wydawała się zadowolona. Piotr był radosny, mrugał do mnie, mówił do ucha, że dobrze idzie, pokazywał na Elę Jarosik, która zabawnym gestem wypełniała znikomy tekst.
Siedziałem pomiędzy Piotrem a Mariuszem Szczygłem. Podawaliśmy sobie mikrofon. Swój krótki dialog mówiłem z panem Wardejnem i właśnie z Piotrem jako strażnikiem drugim.
Po spotkaniu zostaliśmy. Piotr pochwalił się jak chłopiec, że może palić tu, gdzie się nie pali, bo ma specjalne pozwolenie naczelnej, Heleny Łuczywo. Żartował, że rozdał kilka autografów, co mu się na takich spotkaniach nie zdarza. Prosił Dorotę Wyżyńską, żeby podarowała mu plakat reklamujący spektakl. Próbowali się najpierw umówić, że Piotr odbierze plakat innego dnia, ale w końcu powiedział: "Wiesz co, jeśli masz go pod ręką, to może lepiej dzisiaj. Nie odkładajmy".

Chyba byliśmy wszyscy zadowoleni ze spotkania. Zostałem w Gazecie najdłużej, bo miałem jeszcze różne sprawy, Piotr był do samego końca. Umówiliśmy się na telefon 7 lipca, bo do siódmego i tu zaczął wymieniać, co i gdzie reżyseruje, robi, dogląda, czym się opiekuje plus przeprowadzka do nowego domu. Słuchając tej litanii planów powiedziałem: "Zwariowałeś" a Piotr śmiał się z tego. Był zrelaksowany, wesoły, miał satysfakcję. Kiedy się rozstawaliśmy było chyba przed 22.00. Po powrocie do domu zastanawiałem się, czy był sens zapraszać tylu aktorów, którzy czasem mówią po 1-2 zdania. Jedno zdanie mówił Adam Woronowicz, który przyjechał na kilka godzin, a jest aktorem wyjątkowo zajętym. Myślałem sobie: może szkoda jego czasu, mógł to ktoś inny przeczytać... W czasie czytania nawet zapytałem Piotra, dlaczego. Odpowiedział: "Bo nikt tego tak nie zrobi". A dzisiaj myślę, że nie tylko dlatego. Dzisiaj rozumiem, dlaczego Adam został wczoraj zaangażowany do w zasadzie epizodu.

Wczoraj byli z Piotrem ludzie, których lubił i cenił. Zebrał swoją ekipę. Bawił się. Spędził świetne popołudnie i wieczór.

Sztuka Havla, którą wczoraj prezentowaliśmy ma tytuł "Odejścia". Nawiązuje między innymi do "Króla Leara".

Piotr zmarł dzisiaj w domu, na serce i naprawdę trudno jest uwierzyć.

Piotr był dla mnie reżyserem szczególnym. Jako pierwszy zainteresował się moimi sztukami. Wziął na warsztat moją pierwszą "Na gałęzi" angażując do niej Annę Muchę i Krystynę Łubieńską. Jeździliśmy z czytaniami po Polsce. W Teatrze Polskiego Radia zrealizował moją sztukę o Dorze Diamant "Naznaczeni". Zaangażował do niej Marię Ciunelis, Martę Chodorowską, Elżbietę Kijowską i Mariusza Szczygła. Mariusz kilkakrotnie pojawiał się w sztukach realizowanych przez Piotra - jako dziennikarz, narrator, czas?

Siódmego lipca mieliśmy pogadać o mojej nowej sztuce.

Nic z tego nie rozumiem. Wciąż nie wierzę.


Podziel się
oceń
0
0

Zażenowanie

czwartek, 19 czerwca 2008 14:01
Wracam do żywych i do swojego rytmu. Nie miałem wakacji, nie zrobiłem sobie przerwy w pisaniu. Przez wiele dni nie miałem internetu, bo telekomunikacja nie była w stanie wydelegować montera, który by naprawił usterkę. Rozmowy z konsultantami tej firmy to mój największy koszmar ostatnich dni. Najgorsze było to, że w każdej rozmowie kłamali, a ich kolejny kolega, kolejnego dnia wsypywał wcześniejszych nie wiedząc, jaki kit wciskali. To było w sumie ciekawe doświadczenie, że mimo konkurencji na rynku, telekomunikacja nie przestała być firmą, która nie ma szacunku ani dla klientów ani dla siebie, ma gdzieś tak zwany pi-ar, wizerunek, markę. Rozmawiając z konsultantami tej firmy, o której myślę dziś jako o najgorszej firmie świata i całkiem serio też o rozwiązaniu z nią umowy, czułem się jak w absurdalnych tekstach Mrożka. Albo jak w świecie Kafki. Czułem się jak nikt. Czułem się jak człowiek bez prawa do wypowiedzenia swojej opinii. A kiedy wytykałem nieprawdę, słyszałem: "o, nie łapmy się za słówka". Bezczelnie kazano mi przysłać reklamację przez stronę internetową telekomunikacji, a przecież zgłaszałem awarię sieci. Żeby było piękniej - byłem zupełnie odcięty od świata, bo nie działała też telewizja, bo sieć i telewizję mam w pakiecie "wideostrada". O tym, co działo się w polityce wiem tyle co z gazet.
Telekomunikacja wystrzeliła mnie na wiele dni w kosmos, blokując moją pracę, przyzwyczajenia, rytm, powodując, że w każdym kolejnym zgłoszeniu, a ponawiałem je codziennie, czułem się jak gnój, jak coś bezwartościowego. Wstyd mi za tę firmę. Wstyd mi, że utrzymuję z ciężko zarobionych pieniędzy krętaczy, którzy nie mają dla mnie szacunku.
Jutro wracam do normy.  Od jutra przychylniej, ale musiałem to napisać.

Podziel się
oceń
0
0

Uwaga - złe psy! 11 czerwca w Teatrze Na Woli

poniedziałek, 09 czerwca 2008 16:53
"Uwaga - złe psy!" to opowieść o trudnej i tragicznej miłości. Bohaterką jest Anita Szaniawska, schizofreniczna żona Jerzego Szaniawskiego. W tym sezonie, po dłuższej przerwie spektakl trafił na afisz Teatru Na Woli. Małgorzata Rożniatowska stworzyła wstrząsającą rolę, wielokrotnie nagradzaną na festiwalach teatralnych. To chyba mój najważniejszy tekst. Spektakl reżyserował Michał Siegoczyński. 11 i 13 czerwca o godz. 19.00 po raz ostatni w tym sezonie. Jednak zapraszam gorąco na spektakl 11 czerwca, bo kolejny jest już wyprzedany. Polecam z czystym sumieniem.

Teatr Na Woli, 11 czerwca, godz. 19.00

więcej o spektaklu na stronach:

www.teatrnawoli.pl
www.zlepsy.waw.pl



(Małgorzata Rożniatowska jako Anita Szaniawska).

Kinga Preis pisała o spektaklu:

To niezwykła historia przedziwnej miłości, która połączyła pisarza Jerzego Szaniawskiego i dużo od niego młodszą Anitę Szatkowską. Z początku ich uczucie było spychane na drugi plan. Pisarz żył bowiem ze swą żoną. Kiedy kobieta zajmuje miejsce przy boku ukochanego, rodzi się w niej potrzeba dominacji. Tworzy się chory układ, między miłością i nienawiścią, przypominający relację kata i ofiary. Naiwne uczucie przeradza się w patologię. W fascynujący sposób pokazała to Małgorzata Rożniatowska. Ona nie uprawia aktorstwa na pokaz. Nie miota się w skrajnych emocjach, nie pokazuje nam całej amplitudy uczuć, wachlarza środków, którymi aktorzy tak chętnie żonglują, by udowodnić sobie samym i widzom, że to co robią, mieni się kolorami. Dlatego opowieść Rożniatowskiej dochodzi do widza ze zdwojoną siłą. Aktorka jest stonowana, ale nie chłodna. To, co wyrażają jej oczy, te trzymane na więzi emocje, przemawia do mnie. Ze sceny bije spokój. W tym spokoju można zrozumieć bohatera.
Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 797  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl