Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Ucho od śledzia!

piątek, 29 czerwca 2007 10:05
Jutro o tej porze już będę lądował w Grecji. Nigdy nie byłem, a zawsze chciałem. Ale przed wyjazdem dopadnie mnie na pewno jeszcze kilka obsesji. Na przykład: paszport, bilet, pieniądze. Pieniądze, paszport, bilet. Paszport, bilet, pieniądze. Ci, którzy oglądali spektakl "Shirley Valentine" mają pojęcie, o czym mówię. Zawsze mam obsesję, że coś zostawiłem, że nie jestem spakowany. Tylko książek pilnuję. I zeszytów, w których robię notatki. Biję się wciąż, czy zabrać ze sobą komputer, ale chyba jednak nie zabiorę. Postaram się całkowicie oderwać od rzeczywistości tu i całkowicie chłonąć raj tam. Jeżeli będę przechodził koło jakiejś internetowej kafejki, skrobnę tu słówko. Ale nie obiecuję. Za to na pewno opowiem po powrocie. Zawsze sporo zapisuję na wyjazdach, więc podzielę się choćby fragmentami.
Martwi mnie jedynie to, że nie udało mi się zrobić wszystkiego, co planowałem zrobić przed wyjazdem, mimo wewnętrznego pospolitego ruszenia. Największe wyrzuty sumienia mam, i się do nich otwarcie przyznam, z powodu rozmowy, jaką przeprowadziłem w październiku ubiegłego roku z panią Joanną Chmielewską. Utknąłem na jej spisywaniu, a potem redagowaniu. Mimo że słuchanie tej rozmowy, ponowne znów dało mi dużo radości, bo pani Joanna ma ogromne poczucie humoru i przysięgam, że pierwszy raz w swoim zawodowym życiu tak dusił mnie śmiech, że w pewnym momencie nie byłem w stanie wypowiedzieć składnie pytania. Tę rozmowę zrobiłem w czasie, kiedy prowadziłem jeden duży projekt, potem dostałem trzy pilne, wymagające wielkiego wysiłku propozycje, potem redagowałem książkę, a potem pisałem komedię... Zabrałem się za naszą rozmowę kilka dni temu, zredagowałem trzynaście stron, ale to nie wszystko, bo rozmowa duża, i musiałem niestety odłożyć na "po powrocie" - dziś mam przez cały dzień różne zawodowe spotkania plus pakowanie. Mam wyrzuty sumienia. Boję się pani Joanny, wszak zna wszystkie sposoby uśmiercania, ale i przecież znęcania się także. A i zemścić, jak powiedziała mi w wywiadzie, potrafi się i zresztą sporo się w swoim życiu nazemszczała. A jak jeszcze przeczytałem, co bohaterka jej książki "Całe zdanie nieboszczyka" (mam jednak nadzieję, że bohaterka nie jest alter-ego autorki) wyprawiała, łącznie z uprowadzeniem statku, to już mogę być pewny, że ręka pani Joanny w Grecji dotknąć mnie może bez najmniejszego trudu. Wiem doskonale, że kiedy na horyzoncie pojawi się okręt, to mogę spodziewać się najgorszego, bo pani Joanna za sterem i za armatą. O, Matko! Nie ma to, jak znaleźć kolejny sposób, by się trochę przed wyjazdem dobić. Aż mnie brzuch rozbolał. Grecja daleko, a ja z domu wychodzę z dużym wysiłkiem, bo zrobiłem się tak autystyczny, że nic tylko zamknąć się we własnych czterech ścianach. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak uwielbiam się przemieszczać. No bajka po prostu. Raj na ziemi. Jutro wieczorem tańczę zorbę, piję greckie wino i zajadam się rybą po grecku, której podobno żaden Grek na oczy nie widział. Więc ucho od śledzia!



Podziel się
oceń
0
0

Jestem dziobnięty!

środa, 27 czerwca 2007 18:06
W sobotę rano wyjeżdżam na krótkie wakacje, a chcę pozamykać pewne sprawy, skończyć teksty, które od dawna leżą, więc pracy mam więcej niż zwykle. Przygotowałem stosik książek na wakacje, choć jadę tylko na tydzień. Ale ponieważ jestem niebezpieczny świr, to zawsze wiozę z sobą Bibliotekę Narodową. Moja Mama, jak przyjeżdżałem z Warszawy na kilka dni, pytała: "A po co ci cała biblioteka?!" I miała rację, bo zaglądałem do jednej, najwyżej dwóch książek. Ale przed wyjazdem nigdy nie mogłem się zdecydować, co akurat będzie odpowiednie. Wiem, że zanim zapakuję się do samolotu, będę musiał zrobić jakąś selekcję, bo inaczej rozłożę stolik na plaży i będę wypożyczał jak na obwoźną bibliotekę przystało.  Zamiast się opalać i pływać będę wypełniał rewersy i biegał monitując, że książka zbytnio przetrzymana. Trudno.
A na razie czytam quasi-powieść Per Olova Enquista "Opowieść o Blanche i Marie", dziwną książkę o Marii Skłodowskiej i Blanche Wittman, najsłynniejszej histeryczce - pacjentce profesora Charcota. Powieść momentami wstrząsająca, że też ja zawsze wybieram takie lektury! Z powodu napromieniowania Blanche amputowano nogi i jedną rękę. Drugą pisała. Wstrząsająco opowiada o tym Enquist: "Można by rzec: miejscem, z którego zaczynamy opowieść, jest kadłubek". W wielu miejscach cytuje samą Blanche: "To, co odcięte i nieistniejące, też ma swoje wspomnienia, swoją miłość. Może kiedyś będzie można ją wyrazić". To nie jest książka do szybkiego czytania. Zbyt wieloznaczna, momentami zbyt bolesna. Dlatego chciałbym ją przeczytać przed wyjazdem, a zabrać ze sobą coś lekkiego (ale czy ja się przy czymś takim w ogóle jestem w stanie zrelaksować?), coś porywającego... Z jednej strony zagrzebałbym się w piasku, na plaży, z książką i leżał całe lato, z drugiej strony wiem przecież, że po trzech dniach wariuję, bo jestem człowiekiem miasta. "No, morze już widziałem. Co dalej?" Poza wszystkim spełniam się głównie w pracy, więc kiedy jej nie ma, czuję pustkę. Sam już ten wpis, pełen różnych dylematów, świadczy o tym, że jestem totalnie podziobany. Tydzień wakacji, a temat-rzeka. No, ale do soboty zdążę jeszcze napisać kilka powieści, kilkanaście sztuk teatralnych, scenariuszy, z pół tysiąca tekstów dziennikarskich. A więc schiza pełna!

Byłem dzisiaj gościem programu "Przy piwie" w telewizji internetowej WP.PL, nie wiem, kiedy go będzie można obejrzeć, ale sygnalizuję już teraz tym, którzy mieliby ochotę zobaczyć.



Podziel się
oceń
0
0

Barbara Krafftówna, Marlena Dietrich

wtorek, 26 czerwca 2007 12:57

Podziel się
oceń
0
0

Przypadek

wtorek, 26 czerwca 2007 9:53

Chciałem wpaść wczoraj, ale miałem tak wypełniony dzień - pracę, spotkania - że padłem oglądając w TV4 jeden z tych filmów Pedro Almodovara, które lubię najbardziej, czyli "Kwiat mego sekretu" - być może dlatego, że dotyka też pisania, opowiadania, odpowiedzialności za słowo, a nawet pisania wbrew sobie. Teraz patrzę na niebo, siedząc na tarasie, zrobiło się szaro, z drobną szczeliną, przez które przebija światło o kolorze prześwietlonej kliszy fotograficznej rzuconej z projektora. Mam nadzieję, że nie zacznie padać, bo wtedy muszę z komputerem kryć się w domu.
Jednak wczoraj "Kwiat mego sekretu", choć nie w całości, bo jak wspomniałem, ogarnęła mnie senność, nie bynajmniej z powodu filmu, obejrzałem inaczej. Zobaczyłem zapowiedź pewnych wątków, które Almodovar rozbudowywał w swoich późniejszych filmach. A więc motyw transplantacji i prowadzenia kursu dla lekarzy, którzy o możliwości transplantacji informują rodziny ofiar wypadków (rozbudował go przecież we "Wszystko o mojej matce"). Bohaterka "Kwiatu..." napisała powieść, w której ojciec wykorzystuje seksualnie swoją córkę, córka go zabija, mówi o tym matce, matka postanawia ukryć ciało męża w chłodni, na zapleczu restauracji ("Volver"). To jest ciekawe, że właśnie do tych pomysłów wrócił i przecież doprowadził do sytuacji kreacji sztuki ze sztuki. Jakby np. w "Volverze" sfilmował powieść bohaterki swojego wcześniejszego filmu. I to mnie ekscytuje. Uwielbiam artystów, którzy kreują konsekwentnie swój świat, odrębny, inny, świat, w którym mieszkają. Na przeciwległym brzegu Almodovara jest mroczny Ingmar Villqist, którego cenię m.in. za konsekwente rozwijanie tego samego motywu w wielu sztukach (Ellmit, doktor Gerdman). Lubię chodzić po takich tropach. Fascynujące śledztwo.
Poczułem potrzebę, żeby słówko na ten temat zamieścić. Jestem swobodniejszy, odkąd skończyłem pisanie tej komedii, a właściwie tragifarsy, mam nadzieję jednak z głębszym przesłaniem. Mogę zaczynać nowe teksty, a mam w głowie przynajmniej kilka tematów.
Wczoraj rozmawiałem z panią Barbarą Krafftówną, która grała "Błękitnego diabła" w Nowym Sączu, rozmawialiśmy o przypadku, jakie się wokół nas, wokół bohaterki sztuki, i samej sztuki w ogóle przytrafiają. Kiedy Marlena Dietrich była w Polsce, na początku lat 60., opiekowali się nią polscy artyści, w tym właśnie pani Krafftówna. Pamiętała, że dała Marlenie do podpisania w czasie jednego ze spotkań zdjęcie swojego męża. Ale fotografii z Marleną nie miała. I oto, czterdzieści cztery (czterdzieści i cztery) lata później, moja koleżanka, niezwykle utalentowana reporterka Angelika Kuźniak, która od kilku lat pisze książkę o Marlenie Dietrich, znajduje w archiwum Dietrich w Berlinie fotografię Marleny i pani Barbary. Fotografię przecież nieopisaną, przeglądając setki, a może tysiące zdjęć z koncertów, spotkań, wyjazdów. Tę fotografię mi przesłała, a ja mogę przekazać pani Barbarze. Zamieszczam ją poniżej, bo uważam, że sympatyczna. Podobną historię mieliśmy z piosenką "You do something to me". Początkowo chciałem ją włączyć do naszej sztuki, mimo że nie jest to najbardziej rozpoznawalna piosenka Dietrich (napisana zresztą nie
dla niej, tylko dla Doris Day). Chciałem ją włączyć, bo śpiewała mi ją sekretarka Marleny Dietrich.  Udając Dietrich. Jednak zrezygnowałem z umieszczenia jej w tekście, m.in. dlatego, że nie istniało jej polskie tłumaczenie. Nie mówiłem pani Barbarze o swoich zamiarach ani o tym, że sekretarka Dietrich ją śpiewała. Oddałem tekst. Nagle telefon od pani Barbary: "Czy mógłby pan włączyć piosenkę You do something to me...?" Powiedziałem najpierw, że nie istnieją polskie słowa. "A czy może pan je napisać?" Napisałem. Włączyłem. Pani Barbara ją śpiewa w spektaklu, zupełnie inaczej niż Marlena, śpiewa dynamicznie, wesoło, kabaretowo. Dopiero później opowiedziałem, że ta piosenka i tak była związana z naszą opowieścią, z naszą sztuką. A słowa napisałem takie:

Coś uczyniłeś mi
coś co mnie całkiem odrealnia
powiedz czy może też
hipnotyzuje i uwalania
proszę w trans wprowadź mnie
zaklęcia woodoo wyszeptaj gdy drżę
proszę chcesz czy też nie
ty jeden wiesz o czym śnię

O, taka historia...
A teraz już zdjęcie artystek, zrobione prawdopodobnie w SPATiFie.

No i tak, zdjęcie się nie wkleja, bo jest problem techniczny ze stroną. Spróbuję w ciągu dnia... To mnie zirytowało, bo taki wpis to jak kryminał bez mordercy. E! Zajrzę więc jeszcze.


 


Podziel się
oceń
0
0

Andrzej Żuławski

niedziela, 24 czerwca 2007 22:44
Zaglądam dopiero teraz, bo... dobrze przyznam się, skończyłem dzisiaj pisać tę sztukę (pewnie po śląskiej próbie), której nie mogę do końca określić komedią, bo zaczyna się lekko, komediowo, potem farsowe perypetie, później gatunek zamieniam w thriller i kończę dramatem, który pokazuje całość z zupełnie innej strony, daje sprawę, temat. Pokazałem ją paru osobom, do których mam zaufanie i po więcej niż przychylnych opiniach, odetchnąłem z ulgą. Teraz czekam na opinie aktorów, dla których pisałem. Ale jednak zachowywałem się euforycznie, kiedy podsumowałem tekst słowem "koniec". Ten blog jest świadkiem, jak mnie ten gatunek, w pewnym sensie lżejszy tekst od innych, umordował.
Zobaczymy. Niech się teraz rodzi.
Na razie zapraszam Was na stronę agencji Grami, link obok. Tam w moim profilu, w dziale "oferta" są teksty dwóch moich sztuk "Na gałęzi" (nowa wersja) i mojej ostatniej, dotąd nie publikowanej sztuki "SM". Temat obu jest trudny. Jednak miałem potrzebę, by go podjąć.
 
Skończyłem czytać "Życie przed sobą" Romain Gary, powieść, która zachwyciła mnie nie mniej niż czytana równocześnie "Jako nic" Andrzeja Żuławskiego. Kończyłem je prawie równolegle.
Kilka zdań, które mnie zachwyciły.

Romain Gary:
"Nic nie jest czarne albo białe (...) białe to często jest czarne, które się ukrywa, a czarne to czasem białe, które się dało przyłapać".
"Mogę zobaczyć każdego, kiedy zechcę. King Konga albo Frankensteina i stada różowych zranionych ptaków, tylko nie moją matkę, bo na to nie starcza mi wyobraźni".
"To pan Hamil, handlarz dywanów dobrze znany, nauczył mnie wszystkiego, co wiem, a teraz jest ślepy. Pan Hamil nosi przy sobie Księgę pana Wiktora Hugo. Jak dorosnę, też napiszę nędzników, to się zawsze pisze, kiedy się ma coś do powiedzenia".
"Przysięgam wam, na świecie jest tyle braku zainteresowania, że człowiek musi wybierać jak w przypadku wakacji, kiedy nie można pojechać jednocześnie w góry i nad morze".

Andrzej Żuławski:
"Podpisem Boga jest zło, byśmy dostrzegali, że on istnieje w ogóle. Inaczej życie by się toczyło bezmyślnie".
"Wytężałem wzrok przez okulary. Tam wyżej, ulica, którą zszedłem, nie była już ochrowa, jak za dnia. Słońce niską wąską szparą przenikało w nią, a pod światło domy jak i dachy stały się czarne. Zza ostatniego z drzew, u samego szczytu ulicy, wyszła Mania. Była bardzo mała w perspektywie, a koncentrowała całą przestrzeń, jak kropla rtęci, złota, czy ołowiu".

Powiem szczerze: powieść Andrzeja Żuławskiego mnie oszołomiła - erudycją, ujęciem tematu, narracją, prawdziwością, naturalnością, pięknem, wrażliwością, dojrzałością. Głęboka, poruszająca, mądra. Polecam bardzo.

Na koniec powiem tylko, że w tym mieście nigdy nie wiadomo, na jaki film idzie się do kina. Wczoraj na przykład zrobiłem rezerwację w Kinotece na "Granatowy, prawie czarny" a obejrzałem "Zodiak" (bo rezerwacja się skasowała). Obejrzałem thriller, właściwie kryminał o seryjnym mordercy. Pewnie bym się na ten film nie wybrał. Jak każdy dobry kryminał, trzyma w napięciu do końca. Ale jednak. Tak, jest "ale". Jeżeli co chwila obstawiacie innego mordercę, a po ponad dwóch godzinach filmu okazuje się, że morderca jest nieznany i w ogóle nie zostanie ujawniony, to jednak deprymujące. Takie kryminały mnie po prostu wkurzają.


Podziel się
oceń
0
0

Śląska próba

piątek, 22 czerwca 2007 11:56
Wczoraj wieczorem miałem tak zwaną "próbę śląską". Marta Fox, odkąd prowadzi ją GPS, nabrała ochoty, by przyjechać do Warszawy samochodem. Słuchając mojego marudzenia a propos pisania komedii, postanowiła zapakować do auta swoje trzy przyjaciółki - aktorki scen śląskich, specjalistki od komedii i zabrać na wycieczkę. Późnym wieczorem usłyszałem przed domem pisk opon. A potem dzwonek do drzwi, nie spodziewałem się nikogo, myślałem, że to pan, który przychodzi po pieniądze za odśnieżanie okolicy. Zanim się zorientowałem w sytuacji na kanapie siedziały cztery kobiety, mówiące równocześnie. "Słuchaj, sprawa jest poważna - powiedziała Marta - musisz tę komedię napisać. Przyjechałyśmy zrobić próbę czytaną". "No właśnie" - wtrąciła przyjaciółka Marty. Poszedłem zrobić kawę, przyniosłem razem z dwiema flaszkami wina. "Jeśli to jest kawa, to poproszę o herbatę, a jeśli to jest herbata to poproszę o kawę" - powiedziała Marta i wszystkie równocześnie zaczęły się śmiać. Trzeba przyznać, że były  w doskonałych nastrojach. Kiedy szedłem do pokoju drukować tekst, aktorki wciąż mówiły równocześnie, śmiejąc się, więc niewiele byłem w stanie wyłowić z tych monologów. Podałem kartki. Marta czytała didaskalia, a aktorki podzieliły się rolami, z tym że najbardziej z nich charakterystyczna czytała jedyną rolę męską. To, co one robiły z moim tekstem można porównać tylko do tego, co w sztuce "Patty Diphusa" wg. Almodovara Laluś robi z utworem Tiny Turner. A Prince zrobiłby wszystko, żeby zjeść z nimi śniadanie. Słuchałem zachwycony. Najśmieszniejsza okazała się aktorka odgrywająca rolę śpiewaczki operowej Józefiny Grimaldi, bo okazało się, że sama skończyła studia wokalne w Akademii Muzycznej (i to w Barcelonie - wciąż Almodovar!). Przerywały sobie: "Teraz ja!" "Nie, teraz ja, ty masz zszarganą dykcję!" "Ja mam zszarganą dykcję?! A ty mi rolę ukradłaś?!" "Ja tobie? Nie wzięłabym nawet". W pewnym momencie zrobiło się gorąco i komedia zaczęła zmierzać w stronę thrillera. Nawet trochę się przestraszyłem, na szczęście tekst się już kończył, bo przecież komedia nieskończona jeszcze. "Dziewczynki, bo nie będziemy z Remkiem odwiedzać was w Skolimowie" - powiedziała Marta. Usłyszałem ponownie zwielokrotniony perlisty śmiech. "I co nie ma więcej?" - zapytała aktorka grająca w mojej komedii byłego UB-eka, aktualnie makijażystę w zakładzie pogrzebowym. I wcale nie pytała o wino, bo wciąż jeszcze butelka była przynajmniej do połowy pełna. Pytała o tekst. A więc miała apetyt. Kiedy tekst się skończył, powiedziały: "Siadaj, i pisz. Poczekamy, przynajmniej jedną scenę!" "Nie masz wyjścia, myśmy tu swoje talenty wiozły aż ze Śląska". Usiadłem, przymuszony i napisałem półtorej stroniczki, a aktorki zaczęły przeglądać albumy z fotografiami, naśmiewając się z tego, jak wyglądałem, kiedy miałem wąsy. Mówię wam, taki najazd to i farsa i dramat równocześnie. Na szczęście nie wybierałem się w żadną podróż, bo, jak pamiętacie, poprzednio przez Martę F. nie wsiadłem do samolotu na wakacje do Rio. Podałem tekst. "Taki dialog, to ty sam sobie graj" - powiedziała urażona Marta. "Źle?" - zapytałem. "Źle?! Okropne!" Wyrywały sobie wydrukowane kartki. "No, chłopie... Ten tekst to możesz wystawiać tylko w Ekwadorze". "Czemu ma to wystawiać w Ekwadorze?" "Bo im jest wszystko jedno!" - odburknęła aktorka grająca rolę śpiewaczki Józefiny.
Próba skończyła się nad ranem, i mam nadzieję Hołowczyc z GPS-a zaprowadził je szczęśliwie na miejsce.


Podziel się
oceń
0
0

Pani Roza

czwartek, 21 czerwca 2007 17:45
Próbuję pisać. Walczę z oporem. Nie poddałem się. Za ambitny jestem. Postanowiłem napisać tę komedię całkowicie po swojemu, nawet gdyby nie miała być śmieszna. Ilekroć próbowałem budować dialogi na grepsach, czułem, że to nie mój organizm. To jednak musi iść z aktorstwa, z sytuacji. Poza tym dialog można zawsze poprawić, ważniejsze określenie postaci, tematu. Już nie pamiętam, kiedy pisało mi się aż tak źle. Ale walczę. Napisałem dzisiaj scenę, z której jestem zadowolony, mimo że nie jest śmieszna. Już w samym założeniu nie powinna być śmieszna. Raczej śmiech przez łzy. Właściwie to scena dramatyczna. Nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie, ale wiem już, że to musi być mój organizm, od początku do końca. I chyba, odkąd to zrozumiałem pisze mi się odrobinę lepiej.

Czytam Emile'a Ajara "Życie przed sobą". Coś jest w tej książce ze mnie, z mojej wrażliwości, z moich zainteresowań, z moich wyobrażeń o literaturze, o opisywaniu świata. Czuję się tak, jakbym w tej powieści mieszkał. Czy czasem czujecie tak samo? Zaznaczyłem sobie rozmowę starej Żydówki, Rozy z Momo, jej wychowańcem, synem prostytutki. Momo zauważył, że Roza, kiedy się boi, ucieka do piwnicy. Poszedł tam za nią.
"- Mam tu dodatkowe lokum, Momo. No chodź, wracamy.
Zdmuchnęła świecię, wzięła mnie za rękę i poszliśmy na górę. Potem usiadła w fotelu trzymając się za serce, już nie dawała rady wejść na szóste piętro bez umierania.
- Momo, przysięgnij mi, że nigdy nikomu o tym nie powiesz.
- Przysięgam, pani Rozo.
- Chajrem?
To u nich znaczy: przysięgam.
- Chajrem.
Wtedy wyszeptała, spoglądając gdzieś nad moją głową, jakby wpatrywała się bardzo daleko w przeszłość i przyszłość:
- To moja żydowska nora, Momo.
- Aha, w porządku.
- Rozumiesz?
- Nie, ale to nic, przywykłem.
- Tutaj się chowam, kiedy się boję.
- Czego, pani Rozo?
- Niekoniecznie trzeba mieć jakiś powód, żeby się bać, Momo."
I jeszcze maleńki fragment charakteryzujący Rozę: "W każdą sobotę po południu wkładała niebieską suknię z lisem i kolczyki, malowała się bardziej niż zwykle na czerwono i zasiadała we francuskiej kawiarni, La Coupole na Montparnassie, gdzie zjadała ciastko".
(tłum. Krystyna i Krzysztof Pruscy, wyd. Cyklady 2005)
Ta powieść właściwie czyta się sama. Czytam, a jakbym doskonale wiedział, co się dalej wydarzy, jak zostaną dookreślone postaci, w jaką stronę pobiegnie akcja. Czuć się w książkach, jak u siebie w domu. Uśmiechać do słów. W takim infantylnym stanie teraz jestem.



Podziel się
oceń
0
0

Pracownia

środa, 20 czerwca 2007 20:13
Idąc Krakowskim Przedmieściem, wstąpiłem do księgarni Bolesława Prusa, nie mogłem sobie darować, bo nigdy nie wychodzę z niej bez książki. W dolnej sali zauważyłem na regale ostatni egzemplarz mojego zbioru rozmów z artystami "Rozum spokorniał", wydanego siedem lat temu. Więc ten egzemplarz mieszkał tam aż tak długo, stał osierocony. O, nie. Tak dalej być nie może! Postanowiłem natychmiast kupić. Potem szedłem spacerem do Marszałkowskiej, gorąco, korki straszliwe na ulicach, więc spacer wydał mi się najsensowniejszy. Wysiadając z tramwaju spotkałem panią Alicję Kapuścińską, żonę pana Ryszarda. Decyzja była natychmiastowa. Opowiedziałem, że książka czekała tak długo i że dzisiaj właśnie i czy ją ode mnie przyjmie w prezencie. Pani Alicja przyjęła i zaprosiła do domu, a w domu zapytała, czy chciałbym zajrzeć do pracowni jej męża. Przecież marzyłem o tym, a pracownię znałem jedynie z opisów. Taka nagroda! To dziwne uczucie, znaleźć się w pracowni Mistrza. Znaleźć się tam pod jego nieobecność. Tysiące książek na regałach, na podłodze. Pani Kapuścińska pokazała mi też kolekcję długopisów. Pan Ryszard zbierał je i podobno cieszył się jak dziecko, kiedy je dostawał, a im były bardziej kiczowate, czy infantylne, tym bardziej się cieszył. Na biurku i przy nim wiele kubków wypełnionych długopisami. Na biurku maszyna do pisania. O tylną ścianę maszyny oparta wielka fotografia wykadrowanych dłoni pana Ryszarda wypisujących dedykację w jego książce. Pani Alicja opowiedziała mi historię tej dedykacji. Jeden z zagranicznych dziennikarzy, fan pana Kapuścińskiego chciał pójść w ślady Mistrza i wyjechał do Afryki, pisać o wojnie. Tam zginął. Po jego śmierci matka przesłała do Warszawy tę fotografię, na której pan Ryszard podpisuje książkę jej synowi. Pani Alicja pokazała mi też zbiór książek i wycinków do książki o Pińsku, którą pan Kapuściński miał zamiar napisać. Odkładał materiały na jednym miejscu. Myślał też o książce o Bronisławie Malinowskim, jej napisanie było podobno jego wielkim marzeniem. Staliśmy tam, w pustej pracowni, słuchałem, patrzyłem zafascynowany. I wciąż miałem wrażenie, że pan Ryszard zaraz wejdzie, że coś opowie. Że zgromadzone książki będą się przeprowadzać dalej, w miarę pisania kolejnych tekstów. Wierzę, że pan Ryszard tam, w swojej pracowni mieszka. Czuć, że jest zamieszkana. Taka dobra energia. Tak tam ciepło. Nie może być inaczej. Widziałem, że pani Kapuścińska była wyraźnie ucieszona oprowadzając mnie po atelier męża. Ja zaś byłem szczęśliwy, że się tam znalazłem.

A teraz kończę czytać - nie nadużywam tego słowa - wybitną powieść Andrzeja Żuławskiego "Jako nic" - zachwyca mnie dosłowanie każda strona. Poza tym pisać o muzyce potrafią tylko najwybitniejsi pisarze. A Żuławski pisze o muzyce tak, że się ją słyszy i czuje: "Muzyka bywa bólem i nagrodą zrozumienia zań, muzyka bywa współmuzyką, dotknięciem nerwów najbardziej przed samym sobą schowanych, otwarciem owocu i broczeniem z rany. Jak opisać, nie wahając się nad słowami, piękno? Czym jest? Chyba współczuciem. Po chwili, po nawrocie kantyleny, po powtórzeniu melodii, na którą już teraz czekałem, modląc się, by wróciła w całej swej upartej, i niejako nieustępliwej krasie, w samej orkiestracji rozpoznałem motywy dwu najsubtelniejszych symfonii Haydna (dwie pary różków angielskich i fagotów grających alternatywnie frazy legata, wyciszone skrzypce i niewyciszone basowe smyki towarzyszące drżącym staccato...)" Właśnie i tak dalej, i tak dalej.
Podkreśliłem wiele zdań. Akapit o ojcu: "Nie przestał być ze mną, choć role się odwróciły. Teraz ja osłoniłem jego nikłą i zagadkową obecność w sobie, dodającą się - gdy o nim myślałem - niezrozumiale do nikłego a zagadkowego poczucia mojej nagości, mojego nikim nieosłonienia, trzeźwej (mrocznej) - jak nuty - arytmetyki mojego czasu". Narrator o swojej przyjaciółce: "Była rejestratorką samej siebie, czarną skrzynką na pokładzie: najmniejsze drgnięcie igiełki sejsmografu było dla niej trzęsieniem ziemi". Zostało mi ze dwadzieścia stron, i już czekam na lekturę książki, którą kupiłem wczoraj (jak się potem okazało to książka życia Marty Fox). To "Życie przed sobą" Emile'a Ajara, czyli Romain Gary'ego. Jego postać fascynuje mnie od dawna. Marta pisała o nim w jednej ze swoich książek. Wielki mistyfikator życia i literatury, jeden z największych francuskich pisarzy, samobójca, postać arcyciekawa, kolorowa, zagadkowa. Może kiedyś o nim napiszę? Fascynują mnie ludzie, którzy teatralizują życie.

A skoro o teatrze to rano radosna wiadomość, że Maciej Kowalewski został dyrektorem Teatru na Woli. Cenię Macieja od dawna. Pisałem o nim tutaj wielokrotnie. Cieszę się, bo wiem, że Maciej stworzy nowy rozdział tego teatru.

A skoro o teatrze - Barbara Krafftówna 23 czerwca (w sobotę) o 19.00 zagra "Błękitnego diabła" w Nowym Sączu, MCK Sokół, ul. Długosza 3. Zapraszam.
Kot Tutka zasnął. Na mnie czeka lektura. I wieczór.


Podziel się
oceń
0
0

Niepokoje wychowanka Toerlessa

poniedziałek, 18 czerwca 2007 16:20
Tym razem zachowałem się jak buchalter i napisałem sobie w punktach, o czym chcę opowiedzieć. Uwaga, czytam:

Anna Bojarska wznowiła swojego bloga (moim zdaniem to jest jej najlepsza powieść). Jestem fanem Bojarskiej, czytam jej kolejne książki, zachwycam się ich nerwem, rytmem, drganiem. W zapiskach majowych pisze: "Nawet w tej klinice nie czytałam. Nienawidziłam". Pokochałem ją za te zdania, na nowo! Tnie jak brzytwa. Proza Bojarskiej to jest TO!

Moja znajoma, aktorka, miała sprawę w sądzie. Sędzia zapytał: "Ile pani ma lat?" "Bo... ja..." "Ile?" "Tak około siedemdziesiąt". "Za złożenie fałszywych zeznań grozi pani kara pozbawienia wolności do lat trzech!" "Ale ja nie wiem... Ja jestem aktorką, proszę pana..." "Proszę sądu!" "Jestem aktorką, proszę sądu... i ja całe życie sobie odejmuję lata. To znaczy ja wiem, kiedy się urodziłam, mogę podać rok urodzenia, ale nie umiem już obliczyć, ile mam lat... Ja myślę, że tak około siedemdziesiąt" - powtórzyła. Śmiałem się obłędnie, kiedy mi to opowiedziała. Wtedy spojrzała na mnie i dodała: "Ale ja nie mam siedemdziesięciu. Ja sobie dodałam ze względu na majestat... prawa... Bałam się, że mi wlepią trzy lata paki, jakbym sobie odjęła". Od razu przypomniało mi się, jak pewna śpiewaczka startowała w wyborach na radną. Dała mi swoją ulotkę wyborczą. Mówię: "Pani Dziuniu, ale tu nie ma wieku, a na takich ulotkach podaje się wiek". "Nie podałam, bo po co mają mi potem wyciągać, że skłamałam" - czyli pani Dziuni nie przyszło do głowy, że w tej kwestii mogłaby powiedzieć prawdę.

Na ulicy znów ktoś mnie pomylił z Hanką Bielicką, a szedłem akurat do Zofii Czerwińskiej brać lekcje z komedii. Zacząłem pobierać korepetycje i jest szansa, że jednak coś tam uda mi się napisać. Ale nie tylko z Bielicką jestem mylony. Wczoraj w pobliżu Pałacu Kultury (byłem ubrany absolutnie na czarno, miałem na nosie słoneczne okulary) jeden pijaczek powiedział do drugiego, pokazując na mnie: "Patrz, k..., Matrix idzie". To zdanie mnie rozwaliło. Szedłem i śmiałem się.

Rzadko tu ostatnio opisuję sytuacje podejrzane na ulicy, ale wczoraj znów coś mnie zatrzymało, rozbawiło (widać korepetycje u Zofii Czerwińskiej pomogły). Marszałkowską szła, a właściwie pląsała pewna "pijna w 3D" kobieta. Zobaczyła nagle swoją koleżankę. Zaczełą krzyczeć: "Ewa! Ewa!" Ewa spojrzała na nią. Zmierzyła ją od stóp do głów i powiedziała zimno: "Pijana jesteś!". Wtedy pijana kobieta chwyciła ją pod ramię, poprowadziła ją - ogromnym wysiłkiem - kilka kroków i powiedziała, uwalniając z siebie słowa wolno, bardzo wolno, z widocznym zmęczeniem, sepleniąc nawet: "Ale jak idę, to tego nie widać!"

And last, but not least... Byłem wczoraj w Teatrze Dramatycznym na premierze "Niepokojów wychowanka Toerlessa" wg. powieści Roberta Musila (przekład Wandy Kragen), w adaptacji i reżyserii Kuby Kowalskiego (syna znakomitego aktora, Władysława). Kowalski postanowił wystawić tekst ideologiczny, głęboko filozoficzny, i nie tylko nie poległ, ale moim zdaniem zwyciężył. Tak współcześnie i aktualnie zabrzmiała proza Musila. Kuba Kowalski wystawił sztukę o poznawaniu tożsamości, seksualności, o polityce i okrucieństwie. O współzawodnictwie między ludźmi. O cynicznym świecie ludzi wchodzących w dorosłe życie. O wyimaginowanych wartościach, ideałach bez pokrycia. O obłudnej powierzchowności i ukrytych pragnieniach. O mrocznej stronie duszy. O szukaniu sprawiedliwości za pomocą terroru, jakiemu poddaje się słabszych, bezwolnych, nieasertywnych. To właściwie sztuka o władzy. O jej aparatach. O represji. Mimo że opowiada o tym w sposób subtelny, mimo że tłumaczy ową represję psychologią. Kult siły, brak szacunku dla innego - to główne tematy. A jednak jest to teatr psychologiczny, bez taniej publicystyki. Kuba Kowalski napisał w ulotce do spektaklu: "Niepokoje... wyraźnie pokazują jak normatywna większość produkuje Innego. Basini jest dla Reitinga i Beinberga niezbędny, żeby odgrywać swój rytuał siły, żeby zachować hierarchię i porządek wewnątrz mikrospołeczności jaką jest grupa nastolatków. Nienawidzą go i gardzą nim, bo jego istnienie nieustannie przypomina im o swojej własnej, głęboko ukrywanej słabości. Pożądają go, bo bez władzy nad nim byliby nikim w ustanowionym przez siebie porządku".
Ale czy teatr polityczny ma dzisiaj szanse powodzenia? W kraju, w którym artyści w Opolu śpiewają, że wystarczą cztery ziobra, by Polska była dobra? W świecie lektur bez Dostojewskiego i Gombrowicza? Ja bardzo polecam spektakl, zanim różni decydenci zdejmą go z afisza z przyczyn ideologicznych. Właściwie powinien być zadedykowany PGR-owi, który ma tę praktykę, że nie oglądając sztuki, oprotestowuje ją. A gdyby nawet przyszedł go obejrzeć - pewnie zrobiłby to rękoma.
W spektaklu znakomita i wyzywająca Katarzyna Figura (Bożena), prowokująca w chłopcach wspomnienie matki. Tak jakby chciała stać pomiędzy profanum i sacrum, między wulgarnością a świętością. Doskonała scena między Bożeną a Toerlessem, kiedy ten wyznaje jej, że chciał być dziewczynką. 
Świetny Marcin Tyrol jako Beineberg, mnie chyba jego rola podobała się najbardziej. Zagrał jakąś nieokreśloność. Z wyglądu ulizany inteligencik w okularkach, pewnie zakuwający po nocach dla lepszych wyników, a tak naprawdę manipulator, być może najokrutniejszy z wszystkich bohaterów tej sztuki. Sadysta, którego nie rozpoznasz w metrze, bo pozornie nie ma w sobie niczego, co by go wyróżniało. Jest typem, który chowa się w tłumie. Za żadne skarby nie zwrócisz na niego uwagi. To czyni go niebezpiecznym. Wie o tym. Umie to wykorzystać. Myślę, że to niebezpieczeństwo w nim dookreśla Bożena, rozpoznaje je najwcześniej, w ich wspólnej scenie, w której przywołuje jego matkę, a potem mówi do niego: "Ty bezczelny jesteś". A on do niej: "Stul pysk". Ciekawa rola Marcina Bosaka, jako Reitinga. Basini w wykonaniu Jakuba Snochowskiego zbyt uległy, gdyby choć raz, w jednym momencie wyszła z niego siła, jakaś próba walki, a nie skomlenia, być może przekonałby mnie bardziej. Anna Prucnal, z którą oglądałem ten spektakl nazwała go jednak młodym Jeanem Marais. I pewnie ma rację. Być może aktor znajdzie jeszcze jakąś ważną cechę w granej przez siebie postaci. Cechę, która tę postać dookreśli.
Paweł Tomaszewski jako Toerless przykuwa uwagę. Fragmenty filozoficzne podaje lekko, zrozumiale, szukając w środkach aktorskich przeciwwagi dla treści. A jednak chyba najbardziej mnie rozczarował. Nie widać w Toerlessie rozwoju. Jest tak samo eteryczny od początku do końca. Zabrakło mi w jego grze czegoś mocniejszego, brutalniejszego, może jakiegoś skurwysyństwa. Czegoś, co by w nim pękło. Wzmocniło tę postać. Chociaż finałowa scena na dworcu, scena spotkania z matką (Jolanta Olszewska) pokazuje Toerlessa z innej strony. Jest znów taki, jakim zapamiętała go matka. Taki, jakim wyjechał z domu. To chyba najbardziej wstrząsająca scena z całego spektaklu. Być może jedyna scena, która od początku do końca nie imituje życia.
Całość interesująca, wciągająca, czytelna - czego dowodem zachwyt Jeana Mailland, męża Ani Prucnal, który nie znając polskiego nie tylko nie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem przesłania, ale jak mówił, wyszedł z teatru oczarowany.
Chciałbym zobaczyć ten spektakl po 15-20 spotkaniach z publicznością. Prosta i ascetyczna scenografia Katarzyny Stochalskiej zbytnio przypomina pomysły Małgorzaty Szczęśniak. Świetna muzyka Michała Górczyńskiego, który coraz więcej (na szczęście) pracuje w teatrze. Reżyseria światła - Damian Pawella.

Na koniec biogram Kuby Kowalskiego - ur. w 1981 roku. Studiował sinologię na UW i w National Taiwan Normal University w Taipei oraz reżyserię teatralną w krakowskiej PWST. Był asystentem m.in. Krystiana Lupy. W 2005 r. wyreżyserował w ramach projektu K.O.3 krótką operę współczesną "Ich Bin Rita" Detleva Glanerta w Hebbel-Theater w Berlinie.


Podziel się
oceń
0
0

Anna Prucnal śpiewa w sieci

poniedziałek, 18 czerwca 2007 13:44
Zajrzę tu jeszcze dzisiaj, bo mam trochę do opowiedzenia, ale na razie zostawiam z Anną Prucnal, zapraszając na francuską stronę jej poświęconą. Można na tej stronie posłuchać kilku piosenek, w tym moich ulubionych "Ma dissidence" i "Qui j'aime". Są też zdjęcia Anny, recenzje jej spektakli z prasy na świecie i dużo, dużo innych ciekawostek.

http://www.atypik-diffusion.com/annaprucnal/index.html


Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 992  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl