Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Czas będzie się zdarzał coraz rzadziej

wtorek, 25 maja 2010 18:36
Po raz pierwszy od dawna byłem w księgarni. To znaczy książki kupuję regularnie, ale zazwyczaj robię to przez internet, za pośrednictwem księgarni Gandalf, a zamawiam tak, bo zraziłem się kiedyś, że większości książek, które chcę kupić zazwyczaj w księgarniach nie ma. Robię więc listę tytułów książek, które mnie interesują i zamawiam je z dostawą do domu. Dzisiaj poszedłem do Empiku i w ogóle nie umiałem się w nim znaleźć. Niby komunikaty wyraźne - tu proza polska, tam proza obca, tu kulinarne, tam motoryzacyjne, tu biografie, a tam audiobooki, a jednak nie udało mi się w ten sposób znaleźć żadnej z książek, które szukałem. A jedną z nich była "Kartoteka" Tadeusza Różewicza, czyli klasyka klasyki i sam pamiętam, że jak chodziłem do liceum, to w małej księgarni w małym mieście były zarówno zbiory dramatów Różewicza, jak i dramaty publikowane oddzielnie. No, ale inna prawda, że tę księgarnię cudną prowadziła cudna Sonia Janikowska, która dbała, znała, będąc księgarzem kompetentnym, zorientowanym, szukającym. Więc dobrze, poszedłem w tymże Empiku do działu informacja i usłyszałem, że "Kartoteki" jak i żadnego innego dramatu Różewicza w tej chwili nie ma, że owszem jeden egzemplarz jest w Empiku Junior i jeden w Galerii Mokotów. Ta wiadomość nie tylko mną wstrząsnęła, ale i wprawiła w kompletne osłupienie. Bo oto, w stolicy średniej wielkości kraju, jeden z najbardziej znanych dramatycznych utworów, jeden z najważniejszych w powojennej dramturgii, nie istnieje. No, pomijając te dwa pojedyncze egzemplarze, które się jakoś ostały. Z tą wiadomościach na barkach poszedłem do małej, niesieciowej księgarni. "Niestety, nie mamy. Nie jest wznawiana. No, może gdyby była jakaś okazja, nagroda, NIKE na przykład, gdyby pan Różewicz zmarł na przykład, to szansa na wznowienie, a i pewnie na wypchnięcie z magazynów już wydanych egzemplarzy, jest duża".
Zaczynam dzisiejszy wpis od tej pouczającej historii, bo uświadamia ona, jakie jest obecnie miejsce kultury we współczesnym świecie. Żadne. I można by długo jeszcze na ten temat, ale chyba nie warto.
W kolejnej małej księgarni, oczywiście po "Kartotece" nawet zapach nie został, ale nagle - i to wyeksponowane - były książki, których szukałem. Poczułem się jak w gabinecie doktora Paj-Chi-Wo, bo rzeczywiście księgarnia była jak zaczarowana. Kiedy zapytałem o nowy tomik Ewy Lipskiej "Pogłos" nie tylko go dostałem, ale i pani powiedziała mi, że wyszedł też nowy tomik Urszuli Kozioł "Horrendum" (oba wydane przez Wydawnictwo Literackie). Ale udało mi się też kupić wznowienie książki Krzysztofa Kąkolewskiego "Co u pana słychać" (Zysk i S-ka, 2010) czyli dziesięć reportaży o powojennej moralności zbrodniarzy hitlerowskich, tę książkę często polecałem studentom, ale z braku wznowień, do bibliotek docierało niewielu. Więc jest w końcu! A tu trafiłem jeszcze na nowe przekłady Jesienina "Kamieniem strącam księżyc" (przekłady Adam Pomorski). Czy ta księgarnia naprawdę istniała? Zaczynam mieć wątpliwości.
Ale książki wciąż leżą na biurku, całkiem realne, namacalne. A może to ja się jeszcze nie zbudziłem.
Całe popołudnie wędruję ścieżkami słów Ewy Lipskiej, poetki dla mnie ważnej, jednej z najważniejszych. Zaznaczam te fragmenty, które chciałbym znać na pamięć:

Płótno traci wzrok.
W kieliszku kamień wina.
(...) Czas będzie się zdarzał coraz rzadziej.


(z wiersza "Martwa natura")

I już mam kilka swoich ulubionych, pierwszych ulubionych wierszy. Dzisiaj jeden z tego kruchego, poruszającego, a jednak ostatecznego tomu.

Ewa Lipska

"Co jakiś czas"

Co jakiś czas wraca miłość i
niewidome noce podczas których
możemy liczyć jedynie na dotyk.

Co jakiś czas ta sama hotelowa restauracja.
Stół nakryty pościelą. Zbiegły z zaświatów
oddech na twarzy kelnera.

Co jakiś czas ktoś grzebie w kieszeniach
naszej śmierci. W lęku który
drze się jak ptak na ostrym dyżurze.

Co jakiś czas ktoś podobny do nas.
W tej samej hotelowej restauracji.
Z tym samym liczydłem które
odejmuje mu rozum.

I z tą samą miłością
która płaci mandat
za przekroczenie
tych samych błyskawic.

(z tomiku "Pogłos", Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2010)

Podziel się
oceń
2
4

Brzuch

niedziela, 23 maja 2010 18:18
Więc jeszcze przez blisko miesiąc będę się tutaj pojawiał, nie powiem, że nie bez żalu. Drzazga została.
Pierwsza od dawna spokojna, wolna i leniwa niedziela. Przeciągam się jak kot. Trochę pisałem, trochę czytałem. Sięgnąłem po powieść "Pierwsza miłość" wybitnego węgierskiego pisarza Sandora Maraia, autora "Żaru". Czyta się to trochę jak "Czarodziejską górę". Podobnie kunsztowna proza do wielokrotnego smakowania. Opowieść starzejącego się mężczyzny, który zagląda w przeszłość, smakuje swoje życie, wracając do dziennika, jaki pisał przed trzydziestu laty, podróżując do miejsca, w którym ów dziennik pisał. Czytam i myślę o potrzebie dzienników, o potrzebie zapisywania i o tym, że przecież to prawda, że nie zapisane nie istnieje. Lubię kupować zeszyty, w których zapisuję różne ważne dla mnie fragmenty albo te, których nie chciałbym zgubić, chociaż nie muszą wydawać się ważne. Zeszyty przywożę z każdej z podróży, dla siebie, dla przyjaciół, namawiam do pisania. Tyle się ciągle dzieje w moim życiu i naprawdę nie ma już czasu na zapisywanie codzienności, mam więc duże przerwy w tym zapisywaniu, a jednak systematycznie od lat coś wykradam codzienności, coś zachowuję, kilka zdań, zasłyszany dialog, jakąś myśl godną odnotowania. Piszę dla siebie. Może kiedyś, kiedy jak bohater "Pierwszej miłości" wyruszę w podróż do miejsca, z którego wyszedłem, wyjmę z torby zapisane zeszyty i spróbuję spojrzeć na siebie, jakiego już nie pamiętam. A może do niczego nie jest mi to potrzebne?
Jestem człowiekiem słów, dlatego tak silna jest we mnie ich potrzeba.
Czytam też ponownie, który to już raz, "Biały kamień" Anny Boleckiej. Uwielbiam tę soczystą, mięsistą i poetycką prozę.
Czytam zaskakując siebie. Zawsze przy lekturze podkreślam to, co wydaje mi się ważne. Teraz czytam tę już przez siebie przeczytaną prozę i zaskakuje mnie, co zakreśliłem i to, czego nie zakreśliłem. Znów czytam z ołówkiem i zakreślam zupełnie nowe fragmenty. Jak ten:
"Nie wiedział, że to, co w dzieciństwie tak go dręczyło - obcość - było w rzeczywistości jego siłą. Stał poza obrębem koła, w którym z monotonną jednostajnością kręciły się losy mieszkańców Kuromęk. Patrzył na siebie z boku, spojrzeniem uważnym i trochę nieżyczliwym, nieufnym i miłosnym zarazem, a życie było dla niego od początku otwarte i pełne wszelkich możliwości".
Dlaczego akurat teraz, czytając tę powieść po dziesięciu latach, zwracam uwagę na zupełnie inne fragmenty? Książka nigdy nie jest zamknięta. Za każdym razem, kiedy ją otwieramy, naprawdę ją otwieramy, dostajemy klucz do świata, który wcale się tam nie zatrzasnął, który nie jest światem włożonym w plastikową śnieżną kulę, ale jest światem, który trwa, który żyje, który codziennie zapełnia się nowymi bohaterami, nowymi zdarzeniami, zmienia się jego barwa i zapach. Za każdym razem, kiedy otwieramy książkę, naprawdę ją otwieramy, i chociaż pozornie świat nie został dotknięty, zmieniony, rozmrożony, to przecież czuć tam oddech kogoś, kto stoi za naszymi plecami, głos dobiegający spoza stron powieści, ten świat żyje i zmienia się, bo to jest nasz świat, a ten nie zatrzymuje się ani na chwilę. Nie jesteśmy w stanie powstrzymać świata dziejącego się na kartach powieści i to jest być może najpiękniejsza prawda, jaką podarowały nam słowa. Bo słowa uruchamiają, a nie zatrzymują, świat.
Jeszcze w piątek prowadziłem spotkanie w Teatrze Na Woli z panią Barbarą Krafftówną. Zapytałem, kiedy po raz ostatni była w Łucku. To kraina jej dzieciństwa. Pani Barbara nie była w Łucku od tamtego wyjazdu, a przecież jest w nim. "Pamiętam, że jestem małą dziewczynką, biegnę ulicą, jest skrzyżowanie ulic i wbiegam za róg tej ulicy, wpadam wprost w wielki brzuch przechodnia. Pamiętam ten wielki, miękki brzuch".
I mnie się to wydaje symboliczne. Bo choć pani Barbara dorosła, to przecież wciąż jest tą biegnącą dziewczynką, widzimy to ze sceny. A to, że wspominając Łuck pamięta ten wielki brzuch, jest też niezwykłe. Po prostu zapamiętała brzuch Łucka. Chciałbym ją zapytać, czy pamięta, kiedy po raz pierwszy usłyszała słowo "brzuch"? Chciałbym zapytać, kiedy słowo dało początek temu światu.



To praca artystów Waltera Martina i Palomy Munoz, poszukajcie w internecie zdjęć ich niezwykłych śnieżnych kul. Inspirujące.


Podziel się
oceń
2
1

Blog

czwartek, 20 maja 2010 13:25
Ponieważ, jak mnie poinformowano, obowiązuje mnie miesięczny okres wypowiedzenia, będę prowadził tego bloga do 20 czerwca. Po tym terminie prawdopodobnie przeniosę się do innego portalu. Może się tam spotkamy.
Podziel się
oceń
1
2

Tego bloga już nie będzie

środa, 19 maja 2010 18:40
Tego bloga już nie będzie.
Pisałem go na zaproszenie i zlecenie Wirtualnej Polski, ze względu na to zaproszenie przeniosłem go z serwisu blog.pl.
Dzisiaj dostałem wymówienie, bez słowa wyjaśnienia, bez podziękowania za dotychczasową współpracę, bez jednego eleganckiego gestu ze strony Wirtualnej Polski, którą promowałem swoim nazwiskiem, która była patronem medialnym moich książek "Bagaże Franza K", "Bądź moim Bogiem" i "Spełnionego", którą to Wirtualną Polskę wymieniam we wszystkich materiałach i notach biograficznych, jakie ukazują się w prasie i na okładkach książek.
Pismo pocztą, zwolnienie jak z pracy. Ogromna przykrość z powodu formy rozwiązania tej współpracy.
Ponad pół miliona wejść na tego bloga. Dziękuję wszystkim swoim Czytelnikom za wierność. Mam wrażenie, że było nam razem dobrze.
Tego bloga już nie będzie.



Podziel się
oceń
2
3

Zakrętka

wtorek, 18 maja 2010 19:43
Z przerażeniem oglądam kolejne wiadomości o powodzi na południu Polski. Mam nadzieję, że żywioł się w końcu uspokoi. Natura wciąż i wciąż pokazuje, jak bardzo jesteśmy od niej zależni.
W ogóle tak niewiele od nas zależy, też przechodzę jakiś proces i obserwuję siebie z zainteresowaniem. Szukam w sobie, staram się wyciszyć, chociaż nie jest to łatwe. Ostatnio i przemęczenie i nadmiar zajęć powoduje, że nie mogę się skupić na żadnej obszerniejszej lekturze. Zawsze w takich chwilach chętnie sięgam po wiersze. Akurat dzisiaj przyszedł pocztą nowy tomik mojego przyjaciela Jana Henryka Cichosza "In blanco". Wiersze Jana znam dobrze, lubię, czekam na nie. Jego wiersze fotografują i być może nawet pokazują więcej niż fotografia.

Dwa z jego nowych wierszy:

Nie miałem odwagi zrobić tych dwóch fotografii.
Za dużo było bliskich. Na pierwszej, w kadrze
widać wbite w zaspę śnieżną dwie żałobne
chorągwie. Za nimi jakiś samochód i pług śnieżny.
Obok kilka skulonych od mrozu postaci. Jedna
z nich pali papierosa. Na drugiej, niezrobionej
w chwilę później, moja Matka skulona pośród
śnieżnej bieli z drżącą na lasce dłonią
żegna na zawsze swojego sąsiada, któremu
jeszcze przedwczoraj śpiewała godzinki.
Szkoda, że za chwilę śnieg zasypie
wszelkie ślady...

*

Skowronek

Skowronek, grudka ziemi
wciśnięta w niebo
radością śpiewania

(Jan Henryk Cichosz, "In blanco", Norbertinum, Lublin 2010)

Myślę o swoich wierszach. Ostatnio, od tygodni, może od miesięcy, piszę dwa i wciąż nie umiem zapisać z nich ani słowa na kartce papieru. Dobrze wiem, co chcę powiedzieć, jak to ująć, napisać, a mimo to nie umiem tego zrobić. To też dla mnie ciekawe.
Od lat składam nowy tomik wierszy. Jestem już bliski jego zamknięcia, a może to dobrze, że nie umiem go skończyć?

PS: Ostatnio pisałem o graniu etiudy: korkociąg. Spaliłem puentę. Kiedy wróciłem do pokoju okazało się, że butelka nie ma korka, tylko zakrętkę.

Kalendarz:

21 maja godz. 19.00 Teatr Na Woli, w ramach cyklu "Wszystko już było. Spotkania z mistrzami teatru" Barbara Krafftówna. Rozmowę poprzedzi pokaz spektaklu Teatru TV "Co się właściwie stało Betty Lemon", telewizyjnego monodramu Barbary Krafftówny, wstęp wolny
25, 26, 27 maja godz. 19.00 Teatr Na Woli "Oczy Brigitte Bardot" z Barbarą Krafftówną i Marianem Kociniakiem
30 maja godz. 17.00 Gazeta Cafe, Gazeta Wyborcza ul. Czerska 8/10 spotkanie z Krystyną Jandą i Magdą Umer poświęcone m.in. premierze "Białej bluzki", wstęp wolny



Podziel się
oceń
2
3

Byłem Szymborską

czwartek, 13 maja 2010 20:14
Oczywiście, w czasie swojej azjatyckiej podróży, nie ominąłem koreańskich księgarni. Postanowiłem w prezencie dla koreańskich przyjaciół kupić polskie książki w koreańskich przekładach. A przypominam, tam nikt nie mówi po angielsku, więc komunikacja w ogóle staje się pantomimą. Ponieważ założyłem, że i tak i tak się nie dogadam, wszedłem na stronę ambasady polskiej w Seulu i znalazłem na niej listę polskich książek w koreańskich przekładach. Wypisałem kilka tytułów i bardzo dokładnie przekaligrafowałem koreańskie znaczki do swojego notatnika. Tak wyekwipowany poszedłem do wielkiej księgarni w największej na świecie galerii handlowej. Podałem panu kartkę i o dziwo odczytał to, co na nią przepisałem. Okazało się jednak, że z całej listy jest tylko jeden tytuł i to w jednym egzemplarzu. No, dobrze, to jak dowiedzieć się, co jeszcze z polskiej literatury mają. Przecież po okładce do tego nie dojdę. Pisałem na kartce nazwiska autorów, którzy mogli być tłumaczeni, a sprzedawca zamieniał te litery na znaki i wpisywał je do komputera. Szczęśliwy, że znalazł tak dużo polskich książek, zaczął mi przynosić np. powieści Guntera Grassa, Paula Austera, a nawet książkę Ceausescu - tak dowiedziałem się, że rumuński dyktator był polskim pisarzem. To mnie już zupełnie przybiło.
Postanowiłem jednak zagrać pantomimę i jakimś cudem musiałem skutecznie zagrać Wisławę Szymborską, bo sprzedawca przyniósł mi nagle dwa zbiory jej wierszy. Kupiłem jeszcze koreański "Quo vadis" i zbiór polskich opowiadań od Sienkiewicza, Prusa przez Konopnicką, Iwaszkiewicza, Borowskiego i Hłaskę.
Umordowany kupowaniem książek, trwało to naprawdę ze dwie godziny, przypomniałem sobie o butelce wina w hotelowym pokoju. Poszedłem więc do małego sklepu z alkoholem i zakładając od razu, że się nie dogadam, postanowiłem zagrać korkociąg. Wyglądało to mniej więcej tak, że w powietrzu narysowałem butelkę, potem zrobiłem ruch dłonią przypominający wykręcanie korka, a na końcu wydałem z siebie dźwięk, takie "puh", który słychać kiedy korek wyskakuje z butelki. Sprzedawca patrzył na mnie z politowanie, po czym piękną angielszczyzną zapytał: "You look for wine-opener?" ("Szuka pan otwieracz do wina?"). Poczułem się jak kompletny kretyn.

Podziel się
oceń
0
0

Joanna Kubik, Karolina Jarawka

środa, 12 maja 2010 14:42
Poszukuję kontaktu do pani Joanny Kubik i pani Karoliny Jarawki, których teksty zamieszczałem na parnas.pl
Pani Joanno, Pani Karolino, proszę o kontakt z moją agentką:
agata.kabat@greenlight.art.pl
Dziękuję.

Podziel się
oceń
0
0

Powrót

wtorek, 11 maja 2010 19:31
Wróciłem z wielkiej koreańskiej metropolii. Zamożne miasto drapaczy chmur, eleganckich aut, plastiku i rozwiniętej ekonomii wciąż we wspomnieniach, a jednak jest mi teraz miło, kiedy siedzę na tarasie w Warszawie, patrzę na świerki, dziką różę, margerytki i japońską wiśnię. Jaka jest droga od ducha do plastiku? To pytanie stawiałem sobie jeszcze w Korei, która oderwała się od tradycji. Owszem, zrujnowana wojną odbudowała się jak powojenna Warszawa, a jednak Warszawa chwyciła po dawne plany architektoniczne, odbudowała stare miasto, zamek królewski, dzięki czemu widzimy, jak tradycja i historia trwa. W Busan, czteromilionowym mieście najstarsze budynki pochodzą z lat 70. ubiegłego wieku, a jak mi powiedziano, za dwadzieścia lat będą tam wyburzać wieżowce, bo przecież wyjdą już z mody i stawiać na ich miejscu jeszcze nowsze, piękniejsze i bardziej dostojne. Już za moment pojawi się w Busan stupiętrowy wieżowiec, w konkurencji do Dubaju. Już teraz mają największą galerię handlową na świecie i kończy się budowa wieżowca 63-piętrowego.
I nagle Francesca, rodowita Koreanka, to jej chrześcijańskie imię, pokazuje nam targ rybny w porcie, cudo, nagle oddech prawdziwego życia, nagle zmęczeni i zapracowani ludzie, i znów słyszymy, że targ rybny za rok zostanie zniszczony.
Nic z tego nie rozumiem. Francesca zawiozła nas też pod miasto do starej świątyni buddyjskiej Boemeosa (Temple of the Nirvana Fish), na ceremonię bębnów. Znaleźliśmy się w górach, płynące strumienie, ptaki śpiewają i cisza, jakiej w tym mieście nie ma nawet przez chwilę. Prawdziwy oddech. Przebudzenie. Gdyby ten kraj mógł być właśnie taki, gdyby mógł się na chwilę zatrzymać, okiełznać potrzebę ekonomicznego rozwoju, unowocześniania, prześcigania się z zamożnymi państwami. Czym jesteśmy bez naszej tradycji i bez naszych przodków? Nie, nie myślę tu o martyrologii. Raczej o pozostawianiu cząstki siebie i swojego oddechu w ścianach zbitych z desek albo cegłach.
Czytam wykłady Osho, jednego z najgłośniejszych nauczycieli duchowych. Przede mną leży jego książka "Radość. Poczucie szczęścia, które masz w sobie". Pisze Osho: "Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że ludzie mogą być szczęśliwi. Szczęśliwsi niż ptaki, drzewa, gwiazdy. Istoty ludzkie mają coś, czego nie ma żadne drzewo, żaden ptak, żadna gwiazda. Ludzie mają świadomość(...) Cokolwiek robisz w poczuciu szczęścia, jest modlitwą. Twoja praca staje się przejawem twej wiary".
Postanowiłem zajrzeć w siebie.



(ten pan zagląda w przeszłość, chociaż tego nie widać jest szczęśliwy)



(targ rybny)



(Boemeosa)



(ceremonia bębnów)



(Francesca)






Podziel się
oceń
0
0

trzecia w nocy, Busan, Południowa Korea

środa, 05 maja 2010 19:42
Koreańska przygoda trwa. Znów telegraficznie, bo tutaj jest prawie trzecia w nocy. Poznałem dzisiaj młode małżeństwo z Włoch, prowadzą warsztaty na festiwalu, byliśmy razem na kolacji w fantastycznej restauracji w studenckiej dzielnicy, kurczak w sezamie, bardzo pikantny... Nicola mówi, że był w Polsce kilka razy. Pytam gdzie. Odpowiada: Tczew. Aż mnie zatkało. Jestem w Korei, rozmawiam z Włochem, który był w Polsce kilka razy w Tczewie, na festiwalu Zderzenia, w Tczewie, w którym mieszka moja siostra i trzydzieści kilometrów od miasta, w którym się urodziłem. W końcu Tczew to nie jest turystyczne miasto i nie jest to ani Wrocław ani Kraków, bo najczęściej słyszę od obcokrajowców, że właśnie te miasta wybierają plus Warszawę i Gdańsk. Od razu zacząłem dzwonić do siostry, ale była pewnie jeszcze w pracy, a my już właściwie kończyliśmy kolację. Kilka fotek.











Podziel się
oceń
0
0

Impresjoniści w Korei

niedziela, 02 maja 2010 18:50
Tutaj już dobrze po pierwszej w nocy, ale nie mogę spać w związku ze zmianą czasu. Dzień też był pełen obrazów, myśli, obserwacji, emocji i spostrzeżeń.
Przede wszystkim byłem w Muzeum Sztuki zobaczyć wystawę "Od Moneta do Picasso", która przyjechała z Filadelfii. To niezwykłe, że musiałem znaleźć się w Korei, żeby obejrzeć obrazy i rzeźby Moneta, Degasa, Pissarro, Renoira, van Gogha, Cezanne'a, Rodina, Rousseau, Picassa, Braque'a, Duchampa, Matisse'a, Utrilla, Modiglianiego, Chagalla, Miro. Wspaniała kolekcja. Wiele z tych obrazów znałem oczywiście z różnych reprodukcji, ale jest też kilka absolutnych odkryć, np. "Martwa natura z bukietem stokrotek" van Gogha, niezwykły obraz, którego nigdy wcześniej nie widziałem, "Młode płazy" Joaquina Sorolli y Bastidy, "Portret ojca artysty" Marcela Duchampa z 1910 roku, nie mówiąc o "Ledzie i łabędziu" Marie Laurencin.
Możliwość zobaczenia tych dzieł otworzyła głowę. Oczywiście od razu kupiłem katalog, żeby zachować wspomnienie.
Wieczorem, na festiwalu, znakomity spektakl przygotowany przez trzech koreańskich aktorów "Chaser". Młodzi entuzjaści, dający z siebie więcej niż potrzeba w teatrze, pełni pasji, energii, radości, powiew absolutnej świeżości. W spektaklu break-dance, pantomima, iluzja, żonglerka, lalki. Jestem pewny, że objedzie cały świat. Dotąd nie spotkałem się z taką publicznością, jak tutaj, na wczorajszym i dzisiejszym spektaklu. Reagują entuzjastycznie, jak dzieci. Nie naiwnie, ale otwarcie. Wyrażają głośno swoje emocje - oooo!, uuuu!, aaaaa!!! - przenosi się z jednej strony sali na drugą i trwa naprawdę cały spektakl. Złapałem się na tym, że po dwudziestu minutach sam tak zacząłem reagować.
W ogóle Koreańczycy mają dużo z dzieci, otwarcie się śmieją, nie są ponurzy, bardzo pomocni. Dzisiaj na przykład, kiedy okazało się, że bankomat ma tylko koreańskie napisy, poprosiliśmy o pomoc panią, która stała obok. Nie znała angielskiego, ale chwyciła za komórkę i zadzwoniła do córka, która próbowała nam pomóc przez telefon, a w końcu przyszła do banku, bo mieszkała niedaleko. W Polsce niespotykane.
Angielski jest problemem, bo mimo że Busan to miasto dwa razy większe od Warszawy, to naprawdę trudno znaleźć kogoś, kto mówi w tym języku. W restauracji pani próbując coś nam polecić znała tylko dwa słowa "ryba" i "ocean". Zamówione białe wino okazało się czerwonym słodkim. Nawet w niezłym hotelu na recepcji, w centrum miasta, angielski jest właściwie językiem bardzo obcym.
Słucham, patrzę, wchłaniam w siebie ten kraj, który zaskakuje inną mentalnością, innymi zwyczajami, wrażenie jest zdecydowanie pozytywnie. To kraj roześmianych, pełnych pasji ludzi. A samo Busan ma idealne położenie - nad morzem i w górach.
Dużo rozmów o Korei Północnej. Ale o tym może innego dnia.



(może trudno w to uwierzyć, ale to wieniec ślubny... tu akurat szarfa z gratulacjami jest schowana, ale dowiedziałem się, że wieńce gratulacyjne mają szarfę różową, a pogrzebowe białą)



(uwielbiam fotografować fotografujących, Muzeum Sztuki Busan, plansza prezentująca Muzeum Sztuki w Filadelfii)





(próbuję makaron)


Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 948  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl