Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

dwadzieścia lat

niedziela, 31 maja 2009 17:37
Książkę prawie skończyłem. Ostatnie korekty, co znaczy, że zaczynam wracać do życia. Kiedy uporam się z tekstem książki z wywiadami, zamierzam wrócić do pisania porzuconej powieści. Chciałbym ją skończyć do wiosny 2010, tak umówiłem się z Wydawcą. Żeby mieć już absolutnie komfortową sytuację do pisania i móc pisać naprawdę wszędzie, kupiłem wczoraj notebooka dziesięć cali (połowa wielkości laptopa), który waży zaledwie kilogram. Teraz wychodząc, czy wyjeżdżając nie będę miał wymówki, że nie mogę pracować. Oczywiście zawsze mogłem zabierać laptopa, ale prawdę mówiąc nie chciało mi się podróżować i pilnować komputera, który był w osobnej torbie itd.

Zobaczymy. Teraz usiłuję nauczyć się pisać na tym drobiazgu. Problem polega na tym, że piszę z pamięci, nie patrząc na klawiaturę. Teraz palce uderzają nie w te klawisze, w które powinny, bo przyzwyczajone są do innego rozstawu. Ale nauczę się.

Tak jak napisałem, już tylko kilka dni dzieli mnie od oddania książki Wydawcy. Nie wiem jeszcze, kiedy się ukaże, chociaż mam nadzieję, że w tym roku. Mija właściwie prawie dziesięć lat od opublikowania mojej pierwszej książki z wywiadami "Rozum spokorniał". Mijało wtedy dziesięć lat nowej Polski. Proszę, teraz już 20. Za chwilę.

4 czerwca 1989 roku miałem 12 lat, czyli chodziłem do piątej klasy. Próbuję sobie przypomnieć, czy coś z tego, co się w Polsce dzieje rozumiałem. Czy mnie to w ogóle interesowało. Nie pamiętam Joanny Szczepkowskiej ogłaszającej w TVP, że w Polsce skończył się komunizm. Nie tylko tego nie umiem sobie przypomnieć. Jakie miałem marzenia w wieku 12 lat? Chciałem zdawać do szkoły teatralnej i pisać. Zawsze pisałem po nocach powieści. Nawet dawałem je komuś do czytania. Mam nadzieję, że już nie istnieją.
W aktorstwie i pisaniu nie widziałem konfliktu. W końcu zdecydowałem się zdawać na dziennikarstwo, nie do szkoły teatralnej. Ale przecież i jedno i drugie jest wciąż obecne. Pracuję w teatrze, piszę dla teatru, ale też jestem czynnym dziennikarzem. W tym nie ma konfliktu.

W ogóle byłem na teatralnym roku na dziennikarstwie. Moimi koleżankami były dwie zdolne reżyserki Agnieszka Olsten i Marta Ogrodzińska. Agnieszka żyła teatrem, na weekendy wracała do Krakowa, chodziła na próby do Andrzeja Wajdy, znała Piotra Skrzyneckiego (podarowała mi kiedyś jego autograf, bo wiedziała, że takie odręczne zapiski mają dla mnie znaczenie), zaczytywała się poezją Elżbiety Zechenter-Spławińskiej, uwielbiała Agnieszkę Osiecką. Marta była przebojową dziennikarką, pochodziła z domu dziennikarzy (dziadek i ojciec), imponowała mi, bo bardzo wcześnie zaczęła pracę w radiu, przygotowywała i prowadziła audycje w Radiu dla Ciebie, później współpracowała z wydawcami i przeprowadziła wiele wywiadów ze znaczącymi pisarzami. Aż nagle dowiedziałem się, że jednak teatr, że studiuje w warszawskiej Akademii Teatralnej. Marta - jeszcze na studiach - wyreżyserowała "Patty Diphusa" Almodovara, monodram Ewy Kasprzyk wg mojego scenariusza. Później również moją adaptację powieści "Marilyn i Papież", z Ewą jak Marilyn.

Jakie marzenia mieliśmy w 1989 roku? Chciałbym spojrzeć na nasze fotografie z tamtego okresu. Jaki był nasz świat? Czy byliśmy szczęśliwi? Kiedy skończyła się beztroska? Kiedy zaczęła dorosłość?

Podziel się
oceń
0
0

Julia Hartwig na uspokojenie

piątek, 29 maja 2009 13:15
Za oknem deszczowo, ja z nosem w książce, teraz korekty przed ostatecznym oddaniem Wydawcy. Ale myślę, że zdążę. Kot Tutka demotywuje, bo śpi i tylko przewraca się z boku na bok. Olewa moje zaangażowanie.
Przed chwilą paczka książek z Merlina, ile to mi daje radości. Ale na nową książkę pani Julii Hartwig muszę poczekać pewnie do nowego tygodnia, bo zamówiłem dopiero wczoraj.
Mam coraz większy apetyt na tę książkę po wczorajszym wywiadzie z poetką, który ukazał się w "Dużym Formacie. Pełnej kulturze". Mam wrażenie, a czytałem sporo rozmów z panią Hartwig, że po raz pierwszy powiedziała o sobie tak dużo. A może po prostu została uwiedziona przez autorkę rozmowy Donatę Subbotko, która dobierała się do niej poprzez fragmenty wierszy.

Mówi pani Hartwig o samobójstwie matki, zapytana fragmentem wiersza, w którym wyznała: "z nas wszystkich ty jedna powinna byłaś umieć latać". Mówi więc:

Przeżyłam to jak we śnie. Kiedy wybiegliśmy z domu, wyglądała jak zawsze, jakby się potknęła i upadła, żadnych obrażeń. Sąsiedzi od razu zabrali mnie do siebie. Dziecko inaczej przeżywa, nie bardzo rozumie, co się stało. Ale od razu budzi się poczucie sieroctwa.

Mówi o swoim małżeństwie z Zygmuntem Kałużyńskim:

To była pomyłka młodości - taka, jaką studenckie małżeństwa czasem bywają. Inteligentny, oczytany, trochę starszy ode mnie, już z doświadczeniem międzywojennym, uczeń Schillera. Małżeństwem byliśmy kilka miesięcy, ale znaliśmy się jeszcze z Lublina, gdzie uczył mnie i Danutę Podobińską - grał na pianinie i zapoznawał nas z partyturami. Trudny człowiek. Jego późniejsze poglądy polityczne były skrajnie odmienne od moich. No, ale wtedy to było autentyczne młode uczucie. Nie mam dobrych wspomnień. Po prostu zły wybór.

O pracy i samotności:

Pracuję wieczorami, do późna, przekraczając północ. Samotność mi nie doskwiera, jestem tak oddana pracy i książkom, że wolnego czasu nigdy nie mam zbyt wiele(...) Uwolnienie się na jakiś czas od codziennych kłopotów jest życiodajne. Wolność zawsze coś nam przynosi.

O tym, co chciałaby zmienić w Polsce:

Ludzi. Są nieżyczliwi, obyczaje są coraz gorsze. Powinniśmy brać w szkołach lekcje życzliwości. Druga rzecz to język. Jest wulgarny i ograniczony. To wynika z braku oczytania. Od literatury wszystko się zaczyna.

O zmarłych:

Jestem przekonana, że jesteśmy nimi otoczeni, w tym sensie, że po ich istnieniu zostaje ślad, jakaś ich duchowość. Oni też są, tylko w innej formie. Trudno powiedzieć, że mamy z nimi jakieś porozumienie, byłoby to pocieszające.

O życiu:

Jest okrutne, ale trzeba je przetrwać(...) Ludzie ode mnie zawsze wychodzą uspokojeni.




(źródło zdjęcia: Kub, Życie Warszawy)

Ale przecież ta arcyciekawa rozmowa pełna jest innych cennych zdań i wspomnień. Julia Hartwig opowiada o Ksawerym Pruszyńskim, o Herbercie, o Miłoszu, o Paryżu i Ameryce, fantastyczne wspomnienia Allena Ginsberga. Bardzo tę rozmowę, która ukazała się wczoraj, polecam.

W linkach obok umieściłem dwa odnośniki do stron poświęconych pani Julii Hartwig - do dedykowanego jej bloga i do bogatego archwium na stronie Teatru NN Brama Grodzka z Lublina.

Więc czekam na nową książkę pani Hartwig i czekając zaglądam do jej starszych wierszy.

Julia Hartwig

"Którejś nocy"

Kto wyprowadził cię na te puste ulice
którymi chodzisz o zmierzchu samotny
ty który tak bardzo nie lubiłeś samotności
po latach tułaczki
Którejś nocy zawołałeś mnie
zawołałeś moje imię
ale znalazłam twoje łóżko puste
i nie było cię w żadnym pokoju
nie było cię w całym domu

*

Czekając na nową książkę pani Julii Hartwig, wracam do pracy, tyle słów przede mną.

Podziel się
oceń
1
0

mój diabeł stróż

środa, 27 maja 2009 17:11
Ukryłem się. Nie odrywam się od komputera, kończę książkę. Telefon wrzuciłem do szuflady. Jeszcze kilka dni.
To trudny moment, oddanie książki do druku. Muszę jej być pewnym. A stres i napięcie coraz większe.
Nocami nie mogę spać, więc czytam. Dwie noce zarwałem lekturą listów Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Sander "Mój diabeł stróż". Niedawno zamieściłem tutaj wiersz Czajkowskiego, który zadedykował swojej matce. Ten wiersz wykorzystał w "(A)pollonii" Krzysztof Warlikowski. O Czajkowskim pisała Hanna Krall. Demoniczny pianista, ale przede wszystkim kompozytor, który zmarł w 1982 roku, oddał swoją czaszkę teatrowi szekspirowskiemu. Czaszka grała w "Hamlecie". Hanna Krall swój reportaż o Czajkowskim w "Dowodach na istnienie" zatytułowała właśnie "Hamlet".
Zanim jednak dwa słowa o książce, która nie dała mi spokoju, wrócę jeszcze do zamieszczonego tu wiersza. W jednym z listów do Haliny Sander pisał: "Dopiero 20 lat później, w okresie psychoanalizy, zdałem sobie sprawę, że ja mam mojej matce śmierć bardzo za złe, bo ona mogła się uratować, babka przygotowała fałszywe papiery, ukrycie itd. ale nie zrobiła tego ze względu na mego ojczyma, Alberta - nie miała serca go zostawić. Więc ponieważ wiem teraz, co myślałem w roku 46-ym o mamie podświadomie, zrobiłem z tego kontrapunkt do tego ohydnego, tandetnego wiersza, którego do dziś nie mogę sobie przebaczyć! Inaczej w ogóle bym się wstydził o tym wydarzeniu napisać!"
Listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Sander to przypadek bez precedensu. Nie czytałem jeszcze takiej korespondencji. On, artysta popadający w długie okresy depresji, homoseksualista, dziecko getta, dający na całym świecie koncerty niepoukładany samotnik. Ona, próbująca swoich sił w pisaniu, zajmująca się kryminologią i psychologią zbrodni, marzycielka uciekająca od realizmu. Wymieniają listy przez ponad dwadzieścia lat. Listy te są pełne miłości, uwielbienia, bólu, kłótni, poniżenia, pogardy, masochizmu, często miłości graniczącej z nienawiścią. W tych listach planują wspólne dziecko, ale to przecież fikcja. Ona kocha go na pewno. On twierdzi, że ją też, ale zaraz pisze, że nie kocha, zaraz pisze, że jej nie znosi, że nią pogardza, że się przed nim poniża. W jednym z listów pisze nawet, że gdyby kazał jej zjeść gówno, to by zjadła, żeby go zadowolić. Ale zaraz zapewnia ją o swojej miłości, o swojej przyjaźni. Rozkochuje ją w sobie i odrzuca, wabi do siebie i uderza. Jest jej demonem i jej diabłem stróżem. Ona nie umie ułożyć sobie życia w Polsce. Wychodzi za mąż, doprowadza to małżeństwo do rozpadu. Wciąż jest z Czajkowskim, jest z nim, kiedy pisze, totalnie uzależniona. On też jest totalnie uzależniony i totalnie brutalny, podły i niegodziwy a zaraz najwrażliwszy na świecie, wyczuwający jej zmiany nastrojów, potrafiący ją wspierać, kiedy tego potrzebuje. Chyba totalny psychopata. Oboje badają, na ile mogą sobie pozwolić. Dokonują psychoanalizy, tłumaczą swoje zachowania, szukają ich źródeł, potrafią siebie zdiagnozować. Znów się nienawidzą, zrywają ze sobą kontakt i znów do siebie wracają. Cóż za lektura! W dodatku to nie powieść, więc czytelnik czuje się współuczestnikiem tych rozmów, podglądaczem.
Nie powieść, a jaka powieść!
Czytam wydanie z 1988 roku, książkę-mistyfikację. We wstępie tłumaczy się, że zmieniono imię i nazwisko korespondentki Czajkowskiego na fikcyjną Halinę Sander. Jest też informacja, że wyboru i opracowania listów dokonała Anita Janowska. Dzisiaj już, nawet z książki Hanny Krall wiemy, że Anita Janowska to Halina Sander, że ona sama podała te listy do druku.
Dla mnie to wszystko jest przedziwne, zaskakujące. Ciekawe, co powiedziałby na to wszystko psychoanalityk.
Więc pracuję do późna, dłubię w książce, z nikim się nie spotykam, z nikim nie rozmawiam, nocami psychopatyczne listy. Potem nie mogę spać. Potem nie mogę wstać. Wciągu tych dwóch nocy przeczytałem trzysta stron, co już świadczy, jaka to lektura.
Teraz wracam do swojej książki.
 

Podziel się
oceń
1
0

takie jest życie, nie?

poniedziałek, 25 maja 2009 21:17
Plecy bolą. To znaczy książka coraz bliższa. Siedzę od rana przykuty do komputera, skubię w rozmowach. Dzisiaj opracowałem rozmowę z Irvinem Welshem, autorem "Trainspotting". To znaczy, że już jestem coraz bliżej. W tej książce zamieszczam ponad 20 rozmów. To za każdym razem ludzie, którzy mnie intrygowali.

Więc plecy bolą. Lubię ten ból. Od pisania. Jestem wobec niego czuły. Na chwilę się odrywam, włączam muzykę, kładę na ziemi, prostuję plecy i patrzę w sufit jak w niebo. Jakbym czegoś szukał. Czasem szukam.

Dzisiaj pisanie pod znakiem płyt Ewy Demarczyk. Muszę się pochwalić, bo cieszę się jak dziecko. Właśnie dzisiaj dotarł do mnie dwupłytowy album artystki z dedykacją dla mnie. O, matko! Musiałem to zrobić. Sfotografować trofeum.





A propos autografów.
Więc opracowałem dzisiaj rozmowę z autorem "Trainspotting", w której Irivine Welsh opowiadał mi, że jego mama pracowała w restauracji, do której przychodził Sean Connery, kiedy grał Bonda. W ten sposób Welsh zdobył swoje najcenniejsze trofeum, autograf Bonda. Tylko że nikt z kolegów nie chciał mu uwierzyć, że jest autentyczny.

Więc plecy bolą. Ale tyle miłych prezentów dzisiaj, jakbym miał urodziny. Przyszła kupiona w antykwariacie książka "Mój diabeł stróż" z listami Andrzeja Czajkowskiego. Przede wszystkim z Paryża nowa książka Jeana Mailland "Dziennik drzew" - piękna opowieść o lesie, który sobie stworzył, pielęgnował, kreował jak sztukę a sztukę pielęgnował jak drzewa. Wrócę do tej książki, choć Jean zostawił w Warszawie maszynopis i podczytałem prawie całość.

Tak sobie myślę, jak pięknie jest się cieszyć. Jak dobrze jest być wobec siebie czułym. Nie mieć żadnej nienawiści, żadnej zawiści, a złość tylko wtedy, kiedy inaczej nie można.

Tak sobie myślę, teraz, kiedy do druku przygotowuję swoję książkę z rozmowami, że jeśli czegoś chcę naprawdę, to dalej cieszyć się ludźmi, i ich słuchać. Mieszkać w tym słuchaniu.

Mieszkać w słuchaniu.

Ewa Demarczyk śpiewa "Skrzypka Hercowicza", jestem ciekawy, w jakim wymiarze jest, kiedy to śpiewa. Przecież jest inną obecnością. Przecież to jest piosenka kompletnie mediumiczna z pięknymi słowami Osipa Mandelsztama i w kongenialnym tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego.

I cóż pan, panie Hercowicz
za oknem ciemność i śnieg
dałbyś pan spokój, Sercowicz
takie jest życie, nie?

*

Nie odbieram telefonów. Nie odpowiadam. Przepraszam. Teraz muszę mieszkać w sobie przez chwilę.

Dzień w dzień
od świtu po wieczór
zgraną jak talia kart
tę samą sonatę wieczną
wciąż pieścił jak jaki skarb

za oknem ciemność i śnieg
dałbyś pan spokój, Sercowicz,
takie jest życie, nie?


Podziel się
oceń
1
0

Ela Czerwińska wyróżniona!

niedziela, 24 maja 2009 23:40
Właśnie dotarła do mnie wiadomość (od naszej specjalnej agentki Scully), że Ela Czerwińska otrzymała wyróżnienie na Ogólnopolskim Festiwalu Monodramów w Warszawie za nasz spektakl "Kochany synu". Tak się cieszę.
Gratuluję Ci, Elu! Gratuluję Ani Mentlewicz, autorce.







Podziel się
oceń
0
0

Uwiedzeni

niedziela, 24 maja 2009 12:33
Dzisiaj w Starej ProchOffni (18.45) Ela Czerwińska gra spektakl "Kochany synu", i to gra na festiwalu monodramów. Więc żeby się nie stresować, nie myśleć za dużo, trzeba się szybko zgubić... Ale gdzie?

Ławka w parku?
Kawa w ogrodzie?
Cień kasztanowca?
Paryska uliczka?
Na pewno książka.
Na pewno książka.
Na pewno książka.

Więc...

Już jestem.

W Pałacu Kultury targi książki, na które nie mam czasu ani energii. Dlatego wczoraj różne książkowe nowości zamówiłem przez Merlin, oczywiście nadal nie ma nowej książki pani Julii Hartwig i polowanie na nią to "lajtmotiw" ostatnich dni. Gratuluję Wydawcy!
Za to zauważyłem już w ofercie nową powieść Anny Boleckiej "Uwiedzeni", książkę, którą czytałem w maszynopisie, o której tutaj pisałem, która jest porywająca i podejmuje temat uwiedzenia złem. W pamięci mam również fragmenty tej powieści czytane przez Annę Bolecką na spotkaniu w Bibliotece Narodowej. Ponieważ moim zdaniem Bolecka jest jedną z najwybitniejszych współczesnych pisarek ("Biały kamień", "Kochany Franz"), jej książki reklamuję gdzie mogę. Sam zamówiłem sobie wczoraj "Uwiedzionych", mimo że czytałem i doskonale pamiętam, ale co innego maszynopis a co innego opublikowana pachnąca drukarnią książka.
A czytać książki Boleckiej w pijalni czekolady "Wedla" na Szpitalnej, o, to już poznanie jej biografii i mitologii rodzinej.
W rozmowie, jaką przeprowadziłem z pisarką przed kilku laty opowiadała:

"Moja mama będąc taką, jak ją panu opisałam, jednocześnie lubiła opowiadać o przeszłości, o swojej rodzinie, o znajomych, o świecie sprzed wojny. Nie zdawała sobie sprawy z tej sprzeczności.

Snuła najpiękniejsze opowieści. Na przykład o mojej prababce, która prowadziła w Warszawie salon literacki. O moim pradziadku, znanym architekcie. Mój pradziad zaprojektował wiele pięknych kamienic. Wszystkie charakteryzowały się wieżyczkami na dachu. Nazwano to stylem Braumana, od jego nazwiska. Zachowały się zdjęcia, i nieliczne domy, które nie uległy całkowitemu zniszczeniu.  Na przykład Dom Wedla przy Szpitalnej. Z tym domem wiąże się pewna historia.

 Bardzo lubiłam chodzić do cukierni, która mieści się na parterze tej kamienicy, i pić prawdziwą gorącą czekoladę, którą tam podają. Lubi to też moja córka. Ostatnio dowiedziałam się, że cukiernia ta, zwana kiedyś “Staroświecka”, została zaprojektowana przez architekta, który projektował ten dom, czyli mojego pradziada. Podawano tam gorącą czekoladę. Było to w latach dziewięćdziesiątych XIX stulecia. A zatem przeszło sto lat przetrwało to miejsce, wciąż takie samo, tak samo umeblowane starymi meblami, w Warszawie, tym mieście, które prawie całkiem zostało zrujnowane i gdzie, niestety, nie kultywuje się przeszłości.

Mama opowiadała mi także o rodzinnej tradycji powstania styczniowego, o Rafale Krajewskim, naszym krewnym, który wraz z Romualdem Trauguttem został powieszony w warszawskiej Cytadeli. Podobno tuż przed wykonaniem wyroku zdjął z szyi złoty łańcuszek z medalikiem i zawiesił na szyi swojej siostrzenicy. Niestety krzyżyk zginął w późniejszych czasach, czego wszyscy bardzo żałowali. To była relikwia rodzinna.

Syciłam się tymi opowieściami".




O książce:
Powieść osnuta jest na historiach kilku niezwykłych postaci. Jej akcja rozgrywa się między innymi w Wiedniu, Gdańsku i Monachium. Narrator - Peter Mazurowsky, Niemiec o polskich korzeniach - jest świadkiem i uczestnikiem najważniejszych wydarzeń pierwszej połowy dwudziestego wieku. Swój los - przygodne miłości, przyjaźnie, nieudane związki - przeżywa jako ciąg tajemniczych epizodów. Każda z poznanych osób wnosi w jego życie własną, niepowtarzalną historię. Trapp - mieszkaniec wiedeńskich noclegowni, Łucja - morfinistka i wielbicielka Robespierre'a, Hedwig - niemiecka stygmatyczka, Erich - młody nazista to poszukujący ideału to marzyciele, którzy nie godzą się na otaczający ich świat. Peter czuje, jakby był po trochu każdym z nich, a ich mroczne losy stają się tłem dramatycznych wydarzeń pierwszej połowy ubiegłego stulecia.

Anna Bolecka (ur. 1951), polska pisarka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała jako redaktorka polskiej literatury współczesnej w wydawnictwie "Czytelnik". Zadebiutowała w 1989 roku powieścią "Leć do nieba", poświęconą wyobraźni i tożsamości dziecięcej. Następna powieść "Biały kamień" (1994), poświęcona kresom geograficznym i mentalnym, rekonstruująca historię pradziadka autorki, przyniosła jej nagrodę im. Władysława Reymonta, a kolejna "Kochany Franz" (1999) - której bohaterami są postaci związane z Franzem Kafką (powieść ma formę listów) - nagrodę PEN Clubu oraz tytuł "Najlepszej książki Października 1999" Warszawskiej Premiery Literackiej. Jej ostatnia powieść "Concerto d'amore" opowiada o różnych rodzajach miłości, a jej akcja dzieje się w Warszawie.
Anna Bolecka jest jedną z najchętniej tłumaczonych polskich pisarek. Jej książki były tłumaczone m.in. na niemiecki, francuski, duński, holenderski i portugalski. Jest dobrze znana przez czytelnika niemieckiego, bo w Niemczech wyszły prawie wszystkie jej książki.

 

Podziel się
oceń
0
0

Sierpniowe wieloryby

sobota, 23 maja 2009 16:39
Są takie dni, do których pasuje tylko jeden jedyny film, jeden jedyny obraz albo ta jedna jedyna książka. Do mojego "wczoraj" pasował jedynie film "Wożąc panią Daisy", film, który oglądałem dawno, który był we mnie silny, który dał mi kiedyś dużo do myślenia na temat starości i zachowywania w sobie godności. Film o starej, zgorzkniałej, autoagresywnej staruszce i jej omal równie starym szoferem. Dzieliło ich prawie wszystko, a jednak. Ona, stara Żydówka i on, stary ciemnoskóry w czasach appartheidu. Odrzucenie rasowe jest w tym filmie wyraźne, choć w niedopowiedzeniu. Ich schowany za twardą maską strach. Dużo napięcia w tym filmie właśnie między słowami, w niedopowiedzeniu. To w gruncie rzeczy również wruszający, gorzki film o starości i przemijaniu. Swoje "Oczy Brigitte Bardot" pisałem na przekór temu filmowi. Podróż z mojej sztuki, miała dać jej bohaterom młodość, którą odebrał im film "Wożąc panią Daisy". Chciałem, żeby bohaterowie mojej sztuki w finale zachorowali na młodość, zaczarowali czas, zatrzymali go. I choć nie ma we mnie zgody na starość, która - jak w tym filmie - wyrywa zakorzenione drzewa i przesadza je do ciasnych doniczek domów opieki, to jednak scena, w której stary kierowca (wspaniały Morgan Freeman) karmi swoją starą pracodawczynię  Miss Daisy (fenomenalna Jessica Tandy) ciastem z okazji Dnia Dziękczynienia, wkładając jej do ust małe kęsy widelcem i kiedy ona uśmiecha się, bo ciasto rozpływa się jej w ustach, kiedy właściwie rozkoszuje się tym świątecznym ciastem, i widzimy, że znów jest dziewczyną, którą być może w ten sposób karmił narzeczony, to ta scena, tak, porusza i pozostaje w pamięci.
Jessica Tandy była wielką aktorką. Pozostała na taśmie filmowej i być może na jednym z najwspanialszych zdjęć pokazujących starość, na fotografii, której autorką jest Joyce Tenneson.



Więc są takie dni, do których pasuje tylko jeden film - i nie umiem wytłumaczyć, dlaczego do mojego wczoraj pasowało jedynie "Wożąc panią Daisy".

I nagle przypomniał mi się wiersz, który mógłby współtworzyć tę fotografię:

Julia Hartwig

"W ciemności"

Obchodzisz urodziny
Po tylu latach nie poznaliby cię ojciec ani matka
Urodziny sierpniowe pod spadającymi gwiazdami
To "łzy świętego Wawrzyńca"
łzy oczyszczone z cierpienia
Spadają tak szybko
że nie zdążysz wypowiedzieć swojego imienia

*

Albo inny wiersz, również pani Julii Hartwig

"Dowód na istnienie"

Wszystko pogubiłam
nie ma już nic
miejsca straciły swoje miejsce

Więc nic?

Jednak po zagubieniu
jednak po oczyszczeniu
zostaje
niewyobrażalne

i komuś czy czemuś
o tym wiadomo

*

Nie wiem, dlaczego nowa książka pani Julii Hartwig pozostaje dla mnie nieosiągalna. Nie ma w Merlinie, dzisiaj okazało się, że nie ma też w Empiku. Nie rozumiem.

*

Cesaria Evora w rozmowie, jaką z nią przeprowadziłem (a która ukazała się w czwartkowym "Dużym Formacie") na pytanie: "czym jest miłość", odpowiedziała: "Dzisiaj to dla mnie celebracja wszystkiego, co mi się przydarzyło. Bo dzisiaj umiem już zaakceptować to wszystko, w czym brałam udział, i to, co dostawałam od ludzi - złe i dobre".

*

Obejrzałbym "Sierpniowe wieloryby".

Podziel się
oceń
0
0

Samba Remek

czwartek, 21 maja 2009 23:03
Jest, czekałem i jest. Nowa płyta Urszuli Dudziak "Forever Green", nagrana z Big Bandem Uniwersytetu Zielonogórskiego i Jerzym Szymaniukiem, dedykowana Zielonej Górze, w której wiadomo, Urszula mieszkała. To dziewięć evergreenów Uli, więc oczywiście jest "Papaya" i jest "Samba Ula", bardzo rozpoznawalne utwory. Ale dla mnie jest przede wszystkim moje ulubione "Tango" Larry Coryella. Nic na to nie poradzę. Uwielbiam ten utwór i wykonanie Urszuli. Płytę zamówiłem na adres Teatru, więc kiedy się w nim pojawiłem natychmiast musiałem posłuchać. Wrzuciłem do komputera i już śpiewałem razem z Ulą, tańczyłem, skatowałem, pokrzykiwałem. Bogdan i Ola patrzyli na mnie zdumieni. "Więc i tańczysz i śpiewasz?" Coś im się po prostu nie zgadzało. A ja wobec "Tanga" Coryella nie umiem przejść obojętnie.
Teraz słucham i jest pełnia szczęścia.

Dzisiaj miałem próbę z Elą Czerwińską, bo w niedzielę Ela gra monodram "Kochany synu" na festiwalu monodramów w Teatrze Stara ProchOffnia (godz. 18.45). Uwielbiam z nią próbować, bo te spotkania zawsze są inspirujące, zawsze otwierają i tekst i spektakl. Ciągle dłubiemy w tym spektaklu. Wciąż poznajemy na nowo. Dzisiaj też usłyszeliśmy go inaczej, ostrzej, odważniej, więc szukaliśmy w tym, uzupełniliśmy kilka scen, zmieniliśmy pewne intencje, dodaliśmy drobiazgi, inne powściągnęliśmy. Ten spektakl stale się zmienia. I Ela też się zmienia. Wczoraj z Ewą Kowalewską (charakteryzacja) kupiły nową perukę, więc Maja będzie inna, odmieniona. Dzisiaj pracowaliśmy wewnątrz emocji, intencji, znaczeń, więc w niedzielę Maja będzie inna. Cieszę się na każdą z naszych prób, bo dzięki nim każdy spektakl jest odrobinę inny, mam nadzieję, że się rozwija. Mąż Eli, Krzyś zdaje się jest na każdym, jako Eli najwierniejszy groupie, rejestruje zmiany, ogląda na nowo. Właściwie pracujemy dla niego, żeby znów czymś zaskoczyć.

Teraz wracam do pracy, bo mam jeszcze przed sobą trochę zajęć. W dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" ukazał się mój wywiad z Cesarią Evorą, mam nadzieję, że
ktoś na niego trafił.

Urszula Dudziak po raz kolejny zaśpiewa "Tango", a ja nawet nie mogę poczochrać włosów, bo ściąłem je na kadeta.

Podziel się
oceń
0
0

Pisać o bieli

środa, 20 maja 2009 19:52
Porządkowałem papiery. Wiadomo, akurat, kiedy dużo roboty, najlepiej zakasać rękawy i porządkować papiery. W tym dopiero można się zatracić! Notatki, zapiski, rachunki, wycinki z gazet, listy, stare koperty, i właściwie wszystko może się kiedyś do czegoś przydać. Obsesja. Wśród tych papierów znalazłem rozmowę Anny Żebrowskiej z Tadeuszem Różewiczem, przeprowadzoną w 2005 roku. Przecież nie wyrzucę z domu Różewicza! Różne wycinki mogę wyrzucić, ale przecież nie wyrzucę Różewicza! Więc zostanie. Dzisiaj nawet wrzuciłem do plecaka, w razie gdybym chciał do niej zajrzeć w drodze do pracy albo w pracy, albo na ławce w parku, albo... Czytam zachwycony, jakbym czytał tę rozmowę po raz pierwszy. Zapytany, jak długo pisze się wiersz o bieli, odpowiedział: "Czasem miesiącami, czasem latami. Nie znaczy to, że codziennie piszę od nowa te 15 linijek. No, niech będzie, że 13. Ale wierszyk w jakiejś formie leży wśród stosu innych notatek. Jak się na niego natknę albo jak mi coś przyjdzie do głowy - skreślę jedno słowo, dwa dodam. Albo napiszę inny wariant. I znów leży miesiąć, leży pięć miesięcy. I ciągle mnie nurtuje, ciągle mnie ten wierszyk drąży. Sygnalizuje: To ja czekam! - Dlatego jak mi ktoś zaprząta uwagę innymi problemami - przepędza mi moje wiersze. Czasem mimo to któryś się doczeka, przyjdzie jego moment..."



A skoro o bieli, przypomniała mi się wypowiedź Hanny Krall o tym, jak pisała swój tekst o Apolonii Machczyńskiej, bohaterce spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego "(A)pollonia". W rozmowie, jaką przeprowadziłem z Hanną Krall przed laty mówiła: "Próbowałam zapisać nieobecność przez śnieg. W tej książce (Tam już nie ma żadnej rzeki) jest dużo śniegu. Pola Machczyńska musiała być bardzo samotna jadąc saniami z Kocka do Plebanek przez zaspy śnieżne, z trójką dzieci. Znikąd pomocy. Jechała ku przeznaczeniu. Wiedziała, że tam ją dopadną. Jak miałam opisać samotność Poli? Opisałam śnieg" (rozmowa ukazała się w książce "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury", Warszawa 2000)

I podobno wyszedł nowy tomik Julii Hartwig "Jasne niejasne". Tylko dlaczego nie ma go w Merlinie? Już tylko tak ostatnio kupuję książki. Zaczynają się targi książki w Warszawie, ale tam nie zapoluję, bo nie lubię targów. Poczekam. Przyjdzie jego moment.
 

Podziel się
oceń
0
0

Cabo Verde

środa, 20 maja 2009 12:17
Moja rozmowa z Cesarią Evorą jutro (w czwartek) w "Dużym Formacie" Gazety Wyborczej. Polecam uwadze.


Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 758  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości