Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Piętno Wiery Gran

sobota, 31 maja 2008 14:08
Co można zrobić w obliczu takiego stężenia bólu i rozpaczy? Tylko słuchać. Więc słucham. O pułapkach i prowokacjach, popsutym telewizorze i ukradzionej korespondencji, przekupionej konsjerżce i złamanych okularach, siadającym w żarówkach napięciu i oderwanych rączkach od garnków. Słucham i milczę. Protestuję, dopiero gdy oświadcza, że to francuskie służby specjalne zatkały jej definitywnie klozet. Postanawiam przekonać ją, że przesadza. Nazajutrz stawiam się wyposażona w baterię żrących płynów i urządzenie do udrażniania rur. Przez kilka godzin na przemian wlewam i przepycham, przepycham i wlewam, aż woda z rezerwuaru zaczyna spływać bez problemów. W drodze powrotnej prawie mdleję, mam zawroty głowy i mdłości. Kiedy dzwonię do niej później, pyta z wyrzutem, jak mogłam zostawić ją zemdloną na podłodze. Przysięgam, że gdy wychodziłam byla przytomna, mówię, że sama też się źle poczułam, nim jednak zdążę powiedzieć, że pewnie podtrułyśmy się oparami, oznajmia z triumfem: - Sama pani widzi, próbowali zabić nas obie. Poddaję się. Wiem już, że nie wyrąbię żadnej szczeliny w zwartej konstrukcji manii prześladowczej. Mogę tylko próbować dochodzić prawdy, zrozumieć, dlaczego jej losy potoczyły się tak tragicznie. - Tak pisze Joanna Szczęsna w swoim tekście, którego tematem jest niewinność Wiery Gran. Ukazał się w dzisiejszych "Wysokich obcasach" pod tytułem "Piętno Wiery Gran".
Czekałem na ten tekst, bo od dawna wiedziałem, że powstaje. Pani Joanna Szczęsna losem Wiery Gran i nieuzasadnionego oskarżenia o kolaborację z Niemcami interesowała się od dawna. Była chyba jedyną dziennikarką, której Wiera Gran zaufała w stu procentach. Wybrała ją, wiedząc, że to właśnie Joanna Szczęsna napisze uniewinniający ją tekst, na który czekała całe życie. Nie było rozmowy z Wierą Gran, w której nie powiedziałaby mi, że taki tekst powstaje. Za każdym razem, pytała, czy wiem coś o tym tekście, prosiła o przekazywanie pani Joannie pozdrowień. Przypominała się, chociaż nie musiała tego robić. Powtarzała: "To jest święta kobieta". Wierzyła, że taki tekst powstanie. Wiem, że nie tylko przeze mnie szukała kontaktu z Joanną Szczęsną. Przekazywała dla niej liściki i słowa. Kiedy parę lat temu Joanna Szczęsna była w Paryżu, Wiera Gran, która nigdy sama do nikogo nie telefonowała, przez siatkę dawnych znajomych, z którymi straciła kontakt, odnalazła Joannę Szczęsną.
Czytam ten tekst i mam w głowie wszystkie rozmowy z Wierą Gran, jakie przeprowadziłem w ostatnich latach.
Słuchałem. To Wiera Gran opowiadała. Rzadko pytała, chyba, że o dawnych znajomych z Warszawy, czy jeszcze żyją, jak się czują. Opowiadała swoją historię po fragmencie, nigdy nie kończyła opowieści. Zawsze przerywała w najciekawszym momencie. To zapewniało nasze dalsze rozmowy. Po nich zawsze notowałem treść, nawet charakterystyczne zwroty, charakterystyczny język. Z tych opowieści utkałem postać Very, wzorowanej na Wierze Gran śpiewaczki, bohaterki mojej powieści "Bądź moim Bogiem". Zresztą dedykowałem Wierze Gran tę książkę, a później mogłem z nią pojechać do Paryża, odwiedzić Wierę Gran w Domu Św. Kazimierza, przeczytać jej obszerne fragmenty, oddać historię, którą mi powierzyła.
Joanna Szczęsna napisała swój tekst o niewinności Wiery Gran i o oskarżeniach, które spowodowały jej chorobę. Dała wyraźnie do zrozumienia, że nikt nie jest odpowiedzialny za swoją chorobę, za manię prześladowczą. Choroba nie jest winą.

W 1993 roku, kiedy Gran przyjechała do Polski na 50. rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim, udzieliła wywiadu Annie Retmaniak z Polskiego Radia. Mówiła w nim między innymi:

Nie miałam żadnej do załatwienia sprawy w sensie materialnym. Tęsknota jest, była i będzie chyba. A to jedno, co można byłoby nazwać właśnie konkretną to jest to, że ja nie znam grobu całej rodziny, kompletnie zostałam sama jedna na świecie, nie znam grobu, nigdy nie byłam nigdzie, nie szukałam, nie mogłam właściwie mówiąc do obozów jechać i tak dalej, ale 50 rocznica zabrzmiała groźnie dla mnie no i drugiej takiej już nie będzie. Wobec czego postanowiłam stanąć w obliczu tego smutnego faktu, chciałam przyjechać. Przyjechałam i przeżyłam to, bardzo przeżyłam.

 

- Pani Wiera Gran jest nie tylko znaną piosenkarką przedwojennych kabaretów, ale ostatnio obrała pani inny jeszcze kierunek swoich zainteresowań, a mianowicie jest pani, już mogę tak powiedzieć pisarką, bo napisała pani książkę.

 

(karcąco) No… no… no… no… no… no… Na szczęście nie mam żadnych ciągot grafomańskich. Książka napisana była po prostu terapią, bo miałam do wyboru albo popełnić samobójstwo, czyli otworzyć gaz… To na serio mówię, absolutnie na serio. Albo usiąść i pisać i wyrzucić z siebie raka, którego mi przypięto i tak dalej. To była fantastyczna terapia, bo na ten okres czasu nasycona chęcią zemsty wypluwałam to wszystko na kartki, stąd jest ta moja książka. Tytuł dramatyczny i tak dalej, każdy to odbierze inaczej, nazywa się „Sztafeta oszczerców”, a podtytuł jest „autobiografia śpiewaczki”. Napisałam w książce parafrazując powiedzenie znanej premiera ministrów kobiety w Izraelu, która błagała swój naród, jeżeli chodzi o ciemiężycieli i morderców niemieckich, powiedziała: trzeba wybaczyć, ale nie zapomnieć. A ja napisałam w książce: ja ani wybaczam, ani zapomnę.

 

- Czy śpiewa pani w dalszym ciągu?

 

Niech pani na mnie popatrzy, to pani będzie wiedziała (śmiech) mais non, mais non… Ja nie zapomnę jak to było tuż po wojnie przyjechała do Polski, do Warszawy Mistinguett. Ona już ledwo się trzymała na tych swoich nożynach, które kiedyś podobno były najpiękniejsze, co też nie jest prawdą i ta staruszka biedna naprawdę ledwo weszła na scenę. Ale koniecznie chciała wejść na scenę i te fałszywe brawa odbierać. Skandal. Jestem przeciwniczką tej komedii, jaką się gra dla nie wiem, dla kogo. Może są tacy głupi, którzy to przyjmują. Ja nie.




Mnie interesował inny temat. Pisałem o starej kobiecie, która pragnie oczyszczenia, ale to już niemożliwe, bo świadkowie jej historii, świadkowie jej życia, a przede wszystkim świadkowie jej niewinności już dawno nie żyją. Została sama. Trwała z aktami procesu, na resztkach swojego dobytku do listopada ubiegłego roku, kiedy odeszła na zawsze.

Czytam i mam w głowie nasze rozmowy. Portugalską konsjerżkę, słanie listów na poste restante, bo giną ze skrzynki, filmowanie i podsłuchy. Mam też w głowie chrapiące fragmenty jej piosenek, które próbowała sobie przypomnieć, kiedy widzieliśmy się we wrześniu ubiegłego roku. W końcu powiedziała: "Nie mogę ich pamiętać, za dużo ich śpiewałam".

Tekstowi Joanny Szczęsnej towarzyszą prywatne zdjęcia Wiery Gran, w większości nigdy nie publikowane.  Zdjęcia, na których wygląda na szczęśliwą. Jedno z najpiękniejszych jej zdjęć zdobi okładkę "Wysokich obcasów". Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum artystki, które przekazała Aronowi Halberstamowi.

Kiedy skończyłem lekturę "Piętna Wiery Gran" wysłałem do pani Joanny esemesa z podziękowaniem za ten tekst, ale napisałem też, że szkoda, że Gran nie może go przeczytać. Wiem jednak, że pani Joanna nie była gotowa, żeby napisać go za życia artystki. Musiałaby pewnie napisać o jej chorobie, a tej Wiera Gran nie przyjmowała do wiadomości.

Czy chorobę psychiczną w ogóle przyjmuje się do wiadomości? Ewa, która obejrzała niedawno monodram Małgorzaty Rożniatowskiej "Uwaga - złe psy!" według mojego tekstu zapytała mnie: "Skąd wiesz, że chory może sobie z tego zdawać sprawę?" Nie wiem, ale myślę, że jeśli wie, ta świadomość jest jeszcze bardziej bolesna. Chciałem wytłumaczyć chorobę i pokazać, jak boli. Że to nie jest nieświadomość.

Cieszę się, że pamięć o Wierze Gran wraca. W ubiegłym roku ukazała się moja książka. Teraz tekst pani Joanny Szczęsnej. W przyszłym tygodniu Polskie Nagrania wydają płytę z piosenkami Wiery Gran. Mam nadzieję, że to dopiero początek. Szkoda, że tego nie doczekała. Wszystko przyszło o wiele za późno.


Podziel się
oceń
0
0

Susan Sontag

czwartek, 29 maja 2008 8:24
Noc była nieprzespana. Ale nie mogło być inaczej. Wczorajszą pocztą przyszła zamówiona przeze mnie w amerykańskiej księgarni internetowej książka "Swimming in a Sea of Death. A Son's Memoir" Davida Rieffa, bardzo osobista opowieść wspomnieniowa syna pisarki Susan Sontag, książka osnuta wokół jej choroby (trzykrotnej walki z rakiem) i śmierci. Wieczorem zacząłem czytać, w nocy skończyłem, a potem poruszony już nie mogłem zasnąć. W "Pływając w morzu śmierci. Wspomnienia syna", bo tak chyba brzmiałby jej polski tytuł, David Rieff pokazuje Susan Sontag jako osobę, która bez ustanku pracuje, ponad wszystko kocha życia i jest uzależniona od nadziei. Pokazuje matkę, która robi wszystko, by nie przyjąć wyroku śmierci, która wciąż wierzy w walkę, mimo że lekarze nie dają takiej szansy, która nawet wiedząc, że umiera nie pozostawiła żadnych dyspozycji odnośnie pogrzebu, bo nie przyjmowała śmierci do wiadomości. Przeglądając jej dziennik, jej zapiski, zakreślenia w książkach i broszurach medycznych próbuje Rieff zobaczyć jej strach, próbuje usłyszeć to, co nie zostało nigdy przez nią wypowiedziane. Mapa zakreśleń w broszurach medycznych staje się przewodnikiem po jej myśleniu o własnej chorobie. Opisując drobiazgowo odchodzenie matki Rieff próbuje zrozumieć sens cierpienia i choroby, próbuje spojrzeć na niego w kontekście kulturowym, również filozoficznym ale patrzy też na siebie i na bliskich, którzy towarzyszą w cierpieniu, a więc też chorują. Ważnym tematem książki jest samotność pacjenta. Przytacza rozmowy z lekarzami, przywołuje ich zachowania i wypowiedzi, często brutalne, nie pozostawiające nadziei. Czy mają prawo ją odbierać? Czy nie powinni kłamać? Czy nie powinni oszczędzić umierającemu człowiekowi strachu? Ze wzruszeniem przywołuje dwoje, może troje lekarzy, którzy mimo wszystko przekonywali Susan Sontag, że istnieje szansa, którzy rozmawiali z nią o walce i nowych metodach leczenia, a nie o umieraniu. Rieff sięga też po broszury i książki medyczne, w jakich matka szukała informacji. Analizuje ich język i szerzej ich retorykę w zderzeniu z człowiekiem szukającym światła. Dlaczego są takie nieludzkie, nieempatyczne, wyjałowione? W końcu przygląda się sobie, szuka w sobie winy, pyta, czy bliski, który przeżył jest winny?

David Rieff szuka śladów śmierci w dzienniku Susan Sontag. Przywołuje, co myślała o śmierci w ciągu całego życia. Kiedy miała szesnaście lat, napisała: "Nawet nie mogę sobie wyobrazić, że pewnego dnia nie będę żyła". Zawsze uciekała w życie. Miała w sobie chciwość życia. "Nie było niczego, czego nie chciałaby zobaczyć albo się dowiedzieć". Kiedy chorowała, niczego nie pragnęła tak bardzo jak przetrwania. "Żyć dalej: pewnie to był jej sposób na umieranie". Nawet, kiedy chorowała robiła listy książek, które chce przeczytać, filmów, które chce zobaczyć, restauracji, które chce odwiedzić, projektów, którymi chce się zająć, tematów, które chce opisać, podróży, w które chce pojechać. Do końca żyła przyszłością. Żeby walczyć, musiała poznać chorobę, zrozumieć motywy. Pisała w dzienniku: "Jestem odpowiedzialna za swojego raka. Żyłam jak tchórz. Tłumiłam pragnienia, tłumiłam wściekłość". Teraz wściekle szukała informacji, jej gabinet stał się kwaterą główną, do której napływały wiadomości od zmobilizowanych do poszukiwań przyjaciół. Wszyscy szukali informacji o chorobie, przysyłali obiecujące raporty. Susan Sontag była w centrum tych poszukiwań, do jej biblioteki wprowadzały się książki medyczne, siedziała przed komputerem i szukała cienia nadziei. Potrzebowała mieć chorobę pod kontrolą.
Od dawna potrzebowała towarzystwa, nie umiała być sama, po obiedzie często zabierała przyjaciół do księgarni czy sklepu z płytami albo do kina, kiedy miała potrzebę wyjść nie robiła tego sama. Teraz przyjaciele pilnowali, by nie zostawała sama.
Mimo wszystko walczyła o normalność. Wzruszające są te wspomnienia, które pokazują jej walkę o spokój: "Wciąż rano siadywała w kuchni, trzymając dwór za pokrytym bliznami drewnianym stołem, który kupiła w komisie krótko po przyjeździe do Nowego Jorku w 1959(...) i wciąż była tak samo głodna rozmowy o tym, co przeczytała w porannej gazecie albo o zbliżającym się koncercie czy filmie, albo o książce, którą czytała minionej nocy, jakby wciąż była tą kobietą, która nie wie, że jest znowu chora".
David Rieff szuka tych momentów, które mogły pomóc przewidzieć nawrót choroby, które były pierwszymy sygnałami. Wraca pomięcią do roku 1998, kiedy Susan Sontag kończyła pisać powieść "W Ameryce", inspirowaną biografią Heleny Modrzejewskiej. Pojechała do Bari, we Włoszech, zamieszkała w domu nad Adriatykiem należącym do jej przyjaciela. W Bari w końcu poczuła, że umie tę książkę napisać, że wie, jak ją skończyć. Mówiła do syna: "Nic nie może mnie powstrzymać". A potem zauważyła krew w moczu. Mówiła: "Oczywiście wiedziałam, że jestem chora, wirtualnie wiedziałam, że znów mam raka, ale nic nie było w stanie mnie powstrzymać, nawet własne ciało". Pisze Rieff, że dzięki pisaniu wciąż czuła się sobą. A kiedy nie mogła pisać, nie mogła przestać czytać. "Cierpię tysiące głodów" - pisała w swoim dzienniku. Rieff wyznaje, że wielokrotnie wyobrażał sobie śmierć matki wierząc, że przyjdzie nieoczekiwanie, że matka będzie planować podróż, opowiadać o książkach, pisać - w jednej chwili, by w kolejnej odejść. Chciał, żeby nie zdążyła się przerazić. "Wtedy nie miałaby czasu rozpaczać, nie stałaby się na końcu fizycznie nierozpoznawalna nawet dla siebie, nie zostałaby poniżona fotografiami z karnawału umierania sławnej postaci, jakie zrobiła jej Annie Leibovitz".
David Rieff był z matką do końca. Bał się czuć cokolwiek - bał się, że matka chce, aby ją przekonał, że po raz kolejny wygra z chorobą. Dlatego nauczył się nie myśleć.
A kiedy odeszła zaczął czytać jej dziennik. Przeraziło go, jak często pisała, że jest nieszczęśliwa, ona, osoba głodna poznawania, głodna życia. W jej portfelu znalazł mnóstwo kart wstępów do bibliotek, muzeów, kin. A potem postanowił ją zabrać do Paryża, w którym zawsze czuła się szczęśliwa. W Paryżu karawan jechał miejscami, które lubiła, z którymi była związana. Susan Sontag została pochowana na cmentarzu Montparnasse.
"Po raz ostatni zabrałem matkę do Paryża" - pomyślał David Rieff w samolocie.


Podziel się
oceń
1
0

Terminal

środa, 28 maja 2008 10:20
Przeczytałem wczoraj wstrząsający tekst w "Gazecie Wyborczej" o młodej Nigeryjce, która na dwa lata została dosłownie uwięziona w strefie tranzytowej na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo i żadna interwencja u władz nie przynosiła rezultatu. Zabrano jej paszport do wyjaśnienia, zdaje się, że do wczoraj wyjaśniano, bo w końcu, po ataku prasy na całym świecie Moskwa dała się ugiąć, zakuła dziewczynę w kajdany (czego się bali z jej strony?) i przetransportowała na inne lotnisko, z którego odleciała do Nigerii. Przez te dwa lata nie dostawała niczego do jedzenia, bo formalnie dla władz nie istniała. Żyła z tego, co zostawili jej podróżni. Nawet nie chcę myśleć, jaki to koszmar. W tym samym tekście czytam, że film "Terminal" z Tomem Hanksem, na który celowo nie poszedłem, osnuty był wokół jednak prawdziwej historii pewnego człowieka, który w strefie tranzytowej amerykańskiego lotniska utknął na 16! lat, w końcu zwariował. Powiem szczerze: ja bym zwariował drugiego dnia.
Przyjaciółka, która przyleciała ze Stanów feralnym samolotem PLL LOT leciała ponad 40 godzin, bo samolot dwa dni z rzędu zawracał z trasy, w końcu wykupiła przez telefon bilet w Lufthansie i przyleciała innym samolotem.
Po tych wszystkich opowieściach to na lotnisko chyba nie dam się zaciągnąć ani pługiem, ani bronami. Nie wiem, zaprę się, przypnę kajdankami do kaloryfera, przywiążę do drzewa albo ucieknę do kraju bez lotnisk, ale pewnie nie ma takiego.
Od paru lat, nie wiem, co mi się stało, może po prostu nie jestem już taki młody, mam fobię na punkcie przemieszczania się. Najchętniej bym się z domu nie ruszał. Lotniska są dla mnie koszmarem. Kiedy wchodzę na lotnisko zaczynam się zachowywać jak dzikus, wszystko mnie denerwuje, czuję się jak osaczony. W sklepach bezcłowych zawsze kupię coś nie tak, nie poproszę o zafoliowanie albo nie pamiętam o rachunku i zawsze są potem kłopoty na lotniskach tranzytowych, czy zlitować się i zostawić mi flaszkę wina, czy ją skonfiskować. W samolocie od razu biorę wino, bo na wysokości, przy innym ciśnieniu, działa na mnie błyskawicznie i ogłusza.
Planowanie wakacji, w ogóle planowanie podróży to dla mnie jeden nie kończący się koszmar. Na miejscu już jest zazwyczaj świetnie i staram się nie myśleć, że będę musiał wrócić. Najczęściej myślę, żeby kupić sobie dom albo zamieszkać pod palmą w szałasie z palmowych liści, bo wtedy nie musiałbym już nigdy wsiadać do samolotu.
Kiedy w ubiegłym roku płynąłem wodolotem z Krety na Santorini i omal na tym wodolocie nie kipnąłem, kopnięcie w kalendarz wydawało mi się więcej niż realne, zaplanowałem, że kupię tam mieszkanie, wynajmę miejsce na bazarze, będę kupował w hurtowni T-Shirty, a potem nocami przyklejał żelazkiem kalkomanie - np. "pozdrowienia z Santorini", by je od rana sprzedawać, a potem pić białe wino, patrzeć na wulkan i myśleć o tym, że szczęście to znaczy się zakorzenić i nie mieć potrzeby przemieszczania się.
A teraz jeszcze ten tekst...

terminal

Z Wikisłownika – wolnego, wielojęzycznego słownika

[edytuj] terminal (interlingua)


wymowa:
znaczenia:
przymiotnik

(1.1) końcowy, terminalny, ostateczny
(1.2) nieuleczalny


PS: Kocham książki Ryszarda Kapuścińskiego, bo dzięki niemu mogę zobaczyć wszystko, na co pewnie się sam nie zdecyduję. Chyba, że któregoś dnia obudzę się bez pierdolca.


Podziel się
oceń
0
0

Jak we śnie

wtorek, 27 maja 2008 19:28
Pan Andrzej Barański, kiedy zapraszałem go na spotkanie z Izabellą Cywińską i pokaz jej spektaklu TV "W poszukiwaniu zgubionego buta" wg prozy Wiesława Myśliwskiego powiedział, że to jest w ogóle jego ulubiony spektakl telewizyjny. Przesiedlona rodzina idzie pieszo w poszukiwaniu domu. W tej drodze może dziesięcioletni syn gubi jeden z butów. Matka doskonale wie, że na nową parę ich nie stać. Dlatego postanawia ruszyć z synem w drogę powrotnę, w poszukiwaniu zgubionego buta. Obserwujemy jej natręctwa, jej determinację, jej samooszukiwanie. Od początku wiemy, że nie odpuści. Ale w tej postaci jest więcej niż świadomość, że nie będzie w stanie kupić synowi nowej pary. Stara się zaczarować świat. Wędrując z nią patrzymy na łąki i las, na rolników pracujących na polu, na porządek świata, w którym o zgubie nie może być mowy. Wszystko jest piękne i wszystko wciąga, nic złego nie może się stać, bo to wszystko dzieło Boga. W tym sensie jest bliska postaci Winnie ze "Szczęśliwych dni" Becketta. Szukanie to też jest część kolejnego szczęśliwego dnia. Matka się nie złamie, aż do końca. Będzie szukać po ciemku, po omacku, przecież w ciemności czasem się może odsłonić. W roli matki fantastyczna Iza Dąbrowska, obecna na wczorajszym pokazie w Teatrze Na Woli. Iwona zwróciła mi dzisiaj uwagę na jeszcze inną interpretację tego filmu. Odczytała go jak straszny sen. Tłumaczyła mi: "Też na pewno miałeś takie sny, w których musisz iść, bo nie ma wyjścia, w których szukasz i to jest jedynym celem, takie sny o drodze bez ratunku". Obie te interpretacje, przecież tak bardzo różne, odsłaniają, jak wiele jest i w temacie i w realizacji. Przekonanie pana Andrzeja Barańskiego wydaje mi się więc jeszcze bardziej uzasadnione. Kiedy myślę o tym filmie jako sennym koszmarze znajduję w nim jeszcze więcej, znajduję i swoje sny. A miałem przecież kilka snów bez wyjścia, które się ponawiały. Kiedy mieszkaliśmy na wsi, miałem 5-6 lat, mieliśmy malucha. Śniło mi się często, że zakradam się do garażu, wsiadam do malucha, włączam silnik, odpalam, a potem nie mogę go zatrzymać, rozbijam bramę, przejeżdżam ulicę, jadę prosto na pola, a potem wpadam do rowu, z którego zjeżdżam wprost w przepaść, nigdy nie spadam do końca, ale przecież wiem, że nie ma wyjścia, że to jest "di-end". Albo inny sen, dla odmiany miejski. Moja Babcia mieszkała w pięciopiętrowej kamienicy z krętymi schodami. Śniło mi się często, że balustrada na ostatnim piętrze łamie się i spadam jak kamień, nigdy nie spadam do końca, ale przecież znam koniec. A może w ogóle nie?
Wczoraj późnym wieczorem obejrzałem w TVP2 film dokumentalny o Małgorzacie Hillar "Słowa jak ściany" Joanny Cichockiej-Guli, zresztą świetnie zrobiony film, skupiony na jej poezji, na interpretowaniu jej słów, nasycony obrazami fabularnymi, które są jak wyjęte ze snu bez wyjścia. Bo życie tej tragicznej a kiedyś kultowej poetki, do której mam szczególny sentyment, bo pochodzę z jej stron, bo poznałem jej syna, pisarza Dawida Bieńkowskiego, wreszcie, bo na maturze pisałem esej interpretujący jej wiersz, było snem bez wyjścia, a jej słowa były jak ściany.

Małgorzata Hillar

Odpoczynek czyli próba śmierci

Najpierw rozplątała
nerwy
które zaczęły płynąć
pod jej skórą
luźno i miękko
jak tasiemki

Potem wyłączyła
jego głos
zapach akacji
blask powietrza
ciszę

Patrzysz
prosto w słońce
powiedział

Oślepniesz

Milczała

Zamknął jej powieki
palcami
jak się zamyka
zepsutym lalkom
albo umarłym

*

Cieszę się z wczorajszego spotkania z Izabellą Cywińską w Teatrze Na Woli, spotkania pełnego energii, siły, woli tworzenia. Pani Izabella mówiła o tym, że w Teatrze Ateneum, którego jest dyrektorem artystycznym, chciałaby stworzyć laboratorium sztuki i że to jest marzenie, które miała od zawsze, że z taką samą myślą obejmowała wiele lat temu Teatr im. Bogusławskiego w Kaliszu, a potem Teatr Nowy w Poznaniu. Opowiadała o swoim zakochiwaniu się w aktorach. O swojej bezkompromisowości. O teatrze politycznym i polityce w teatrze i w telewizji. Mówiła o swojej miłości do prozy Wiesława Myśliwskiego i Jarosława Iwaszkiewicza. Postać Iwaszkiewicza potraktowaliśmy osobno, bo był na widowni pan Wiesław Kępiński, wychowanek Iwaszkiewiczów, którego los jest jak gotowy film. Jako chłopiec uratował się z Rzezi Wolskiej. Napisał list do prasy, że szuka domu. Zgłosiło się kilka rodzin, wśród nich Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie. Tak trafił do domu na Stawisku, wychował się tam, Iwaszkiewiczowie dali mu wykształcenie, traktowali jak syna. Wiesław Kępiński trafił do nich w 1947 roku, trafił jak do dziwnego, magicznego świata. Pochodził z biednej, robotniczej rodziny, w której alkohol zajmował naczelne miejsce, nagle trafił do domu, w którym wszystko było inne. Musiało być w tym chłopcu coś niezwykłego, że od pierwszego dnia na Stawisku postanowił zapisywać, co się dzieje. Każdego dnia pisał przynajmniej jedno, dwa zdania, np. że podawał koniak królowej beligijskiej. Pan Wiesław Kępiński opisał to wszystko w książce "Sześćdziesiąty pierwszy". Teraz pracuje nad kolejną, tym razem poświęconą w całości Stawisku i Iwaszkiewiczom.
Skrępowany opowiedział nam trochę z atmosfery tego domu. Na wczorajsze spotkanie przyszła też pani Sława Kwaśniewska, aktorka Izabelli Cywińskiej jeszcze z Poznania. Iza Dąbrowska wręczyła kwiaty na dzień matki, mówiąc, że Cywińska jest jej matką artystyczną.
Wszystko to wpłynęło na atmosferę spotkania, na którym można było się poczuć prywatnie, jak w domu, słuchając opowieści. Teatr jest idealnym miejscem do prowadzenia takich spotkań. Teatr daje intymność. Pozwala w sobie zamieszkać.




Podziel się
oceń
0
0

Listy jak dotyk...

niedziela, 25 maja 2008 17:37
Czytam wstrząsające wspomnienia Barbary Skargi "Po wyzwoleniu", napisane już po najważniejszych publikacjach o Gułagu, czyli po książkach Sołżenicyna i Herlinga-Grudzińskiego. Być może dlatego Barbara Skarga, jedna z najwybitniejszych polskich filozofek (prywatnie siostra aktorki Hanny Skarżanki) napisała książkę zupełnie inną. Książkę osobistą, ale równocześnie będącą próbą zrozumienia, na pewno próbą uogólnienia. Wiele miejsca poświęca mechanizmom zła, manipulacji, indoktrynacji. Często oprawców widzi również jak ofiary. Ofiary widzi często jako osoby wolne, w przeciwieństwie do ich nadzorców i katów. Pisze swoją książkę z pozycji uczestnika i świadka, ale także  z pozycji filozofa. We wstępie pyta, czy możliwe jest przedrzeć się przez mgłę własnego zapomnienia? I odpowiada: "Jest to jeden z powodów, który paraliżował mi rękę trzymającą pióro".
Czytam tę książkę ze strachem, a mimo to nie mogę się oderwać. Trudno sobie wyobrazić, że to wszystko naprawdę miało miejsce. Wstrząsające są fragmenty, które porównują obozy koncentracyjne i łagry, faszyzm i sowietyzację, prawdziwą nienawiść z urojoną ideologią. Czytam tę książkę, ale porzucam ją co chwila, uciekam od niej. Jednak wracam.

Uświadomiłem sobie ostatnio, że podświadomie wybieram wspomnienia, biografie, że ostatnio czytam mniej powieści, więcej książek dokumentalnych i reporterskich. Moja znajoma, osoba na emeryturze powtarza, że już nie jest w stanie czytać beletrystyki, że czytała przez pół życia powieści, a teraz potrzebuje prawdziwych historii i prawdziwych ludzi. We mnie biją się dziennikarz i narrator. Obserwuję ich obu. Dziennikarzowi nie wystarczają opowieści, które usłyszał, a narrator denerwuje się, że zasłyszane często ogranicza. Ale czy to prawda?

Dzisiaj o 23:45 TVN pokaże film o Marku Edelmanie "Życie. Po prostu". Taki tytuł ma też jego biografia. Oczywiście obejrzę. Od dwóch, może trzech dni chodzi mi po głowie opowieść o Jacku Kuroniu i jego żonie, Grażynie. W biografii Edelmana jest poświęcony im cały rozdział. Jacek Kuroń jest internowany, a jego żona śmiertelnie chora w szpitalu, u Marka Edelmana. Edelman wie, że nie powinien mówić Gajce prawdy, wie też, że nie powinien martwić przyjaciela. Dlatego postanawia oszukiwać obie strony tak długo, jak będzie to możliwe.

"Żeby się nie domyśliła, że umiera, użyłem całem mojej wiedzy lekarza. Cieszę się, że mi się udało. Bo umierający człowiek powinien pozostać człowiekiem: mieć nadzieję, nie cierpieć, być szczęśliwy".

W tym rozdziale cytowane są listy Grażyny i Jacka Kuroniów. Te listy to najpiękniejsza historia miłosna, jaką czytałem:

"Daję Ci siebie całego i bez reszty. Możesz z tym darem zrobić, co chcesz: dokładnie i dosłownie. (...) Więc pamiętaj - jeden masz tylko wobec mnie obowiązek. Jeśli z Tobą będzie źle (...) masz mi dać znać. A ja podpiszę wszystkim możliwym władzom wszystkie możliwe oświadczenia i wyjadę. Za granicę czy nie za granicę (...) Nie ma takiej Idei: Ojczyzny, ludzkości, Boga... której bym bez wahania nie oddał za Ciebie (wiem, że nie dla Ciebie, bo Ty nie przyjmiesz)".

Nie mogą się zobaczyć, ale w końcu staje się to możliwe na pogrzebie ojca Jacka Kuronia.
"Jacek zrywa wtedy z żałobnego wieńca różę i daje żonie".

Jest jeszcze list Jacka Kuronia do Marka Edelmana:
"Zapewne najważniejsze jest to, że Ciebie też zabiła śmierć Grażyny. W tym stwierdzeniu dwa momenty. Pierwszy właśnie dla mnie nieskończenie ważniejszy od innych - to, że potrafiłeś tak pokochać Grażynę, połączyło mnie z Tobą, jak chyba nic innego połączyć nie może. (...) To, że zabiła Cię śmierć człowieka, Ciebie, który już tyle razy umierałeś. Niezwykłe, niepojęte, cudowne... I jeszcze przy tym stałeś się dla mnie czymś w rodzaju nadziei".

Wybrane listy Grażyny i Jacka Kuroniów zostały opublikowane w piśmie Karta (nr 43/2004) w tekście pt. "Listy jak dotyk".


Podziel się
oceń
0
0

Młynek do kawy

sobota, 24 maja 2008 19:55
W ten weekend uciekłem w książki, z przerwą na spacer po Łazienkach (spokojnie, prawie pusto), ale połączony z wizytą w księgarni na placu Unii Lubelskiej. Kupiłem książkę Barbary Skargi "Po wyzwoleniu 1944-1956" - jej wspomnienia z łagrów... Dla przeciwwagi kupiłem też książkę o Marcelu Łozińskim, wydaną przez Bibliotekę Więzi.

Wczoraj wieczorem skończyłem czytać rozmowy z Gustawem Holoubkiem. Wypisałem kilka wypowiedzi:

"Słowo sceniczne powinno brzmieć jak propozycja muzyki, której interpretacja nie należy do wykonawców, lecz do odbiorcy".
"W moim pojęciu teatr nie zajmuje się niczym innym, tylko poezją, a więc przetwarzaniem tej rzeczywistości, na którą jesteśmy skazani w tę wyimaginowaną, całkowicie hipotetyczną, leżącą u podstaw każdej dobrej literatury".
"Nie ma i nie może być żadnej obecności człowieka skazanego na życie tu na ziemi bez istnienia teatru. Jest to jedyny materialnie sprawdzony bastion ucieczki do świata marzeń i oczekiwań".
"A może sztuka aktorska jest jednym wielkim ciągiem kompensacji? Nie wiem, czy nie w tym właśnie kryje się w ogóle istota teatru".
"Sztuka musi się wstydzić. I aktor też musi się wstydzić".
"Konsekwencją szczerości na scenie jest poczucie wstydu na widowni".
"Teatr jest właśnie po to, aby pokazywać najbardziej drastyczne przypadki namiętności i ich skutki. Ale jego tajemnica polega na tym, że wszystko, co ludzkie, jest w teatrze dostępne - z wyjątkiem tego, co prywatne".
"Aktor na scenie pisze swoją interpretację tekstu, który dostał do dyspozycji".
"Tak jest, jestem w pewnym sensie niedojrzały. Ale ja tego nie żałuję, po prostu nie mógłbym inaczej żyć. I moje wyobrażenia o sprawach ostatecznych też mają cechę dziecięcej niedojrzałości. Chciałbym zobaczyć Pana Boga, który siedzi na tronie, wszystko o mnie wie, zna mnie w sposób szczególny, i świętego Piotra, który otwiera furtkę w niebie i wpuszcza cnotliwych, a wypędza grzesznych. Chciałbym do końca wytrwać w tym mniemaniu. Ponieważ powrót do rzeczywistości byłbym dla mnie zabijający".
"Dopóki będę mógł, będę grał. Kiedy nadejdzie czas, po prostu zejdę ze sceny".

Nie tak dawno oglądałem poruszający film Jana Holoubka, syna aktora "Słońce i cień". Gustaw Holoubek i Tadeusz Konwicki spacerują lasem, między brzozami i rozmawiają o swoim życiu, swojej przyjaźni, o lękach. "Czemu nas tu przywieźli, jak myślisz?" - pytał Holoubek. "Zobacz, Guciu, nie było nas, był las. Nie będzie nas będzie las" - mówił Tadeusz Konwicki. A Gustaw Holoubek: "Nie boję się śmierci. Nie boję się, bo o niej nie myślę. Nie przyjmuję do wiadomości. Rozmawiam ze swoimi zmarłymi. Dla mnie oni są. Wiem, to, co mówię, to oszukiwanie samego siebie". A potem, a może wcześniej, przecież dokładnie nie pamiętam, zarówno te zdania jak i kolejność przywołuję z pamięci, Gustaw Holoubek mówił o Janie Kochanowskim i jego trenie dla Urszulki. "Nikt już nigdy tak pięknie nie napisał o śmierci: wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim - zniknieniem, nie zniknięciem, ale zniknieniem..."

Czytając rozmowy z Gustawem Holoubkiem widziałem go na nowo, przy stoliku w stołówce Czytelnika, w kawiarni Bliklego na Nowym Świecie... Zawsze w towarzystwie Tadeusza Konwickiego, który do dzisiaj mieszka na tyłach Nowego Światu, ulicy, której poświęcił swoją książkę "Nowy Świat i okolice". Myślałem też o osamotnieniu Tadeusza Konwickiego, pisarza, który przestał wierzyć w słowa, który przestał pisać. Przez kilka lat mieszkałem w kamienicy na rogu Ordynackiej i Okólnika, vis a vis Akademii Muzycznej, za którą jest fantastyczny skwer. Pan Konwicki chodził tam codziennie na spacery, ze swoją żoną. A potem, kiedy żona zmarła, spacerował sam, zawsze szybkim, energicznym krokiem. Ale już częściej do swojego przyjaciela niż do parku. Jak wspomina Gustaw Holoubek w książce Małgorzaty Terleckiej-Reksnis rozmawiali o życiu, o kobietach, o sporcie. A potem Gustaw Holoubek zszedł ze sceny. Niedawno znalazłem w "Gazecie" nekrolog informujący o śmierci córki pana Tadeusza Konwickiego. Kiedy czytałem rozdział zatytułowany "Przyjaźń", poświęcony Tadeuszowi Konwickiemu, nagle zobaczyłem potworne osamotnienie, pustkę, która u pisarza odrzucającego słowa musi być bardziej dojmująca, niż może nam się wydawać.
"Dla mnie niezwykłe w Konwickim jest to, że przez tyle lat jest nienagannie uczciwy w stosunku do mnie".

Kilka dni temu pisałem tutaj o sile opowieści i że to ona pozostanie. W rozmowach z Gustawem Holoubkiem znalazłem dobitne potwierdzenie:
"Na przykład wielki Karol Frycz, który o Wyspiańskim mówił per Stasio, uczył na historii sztuki. Wysoki, chudy, zgarbiony poruszał się niesłychanie dyskretnie. Właściwie nie tyle chodził, ile przemykał obok nas. I on opowiadał cichutko, ale niesłychanie sugestywnie o tym, jak zwiedzał Grecję i Rzym, jak był w Pekinie konsulem, o zwyczajach Chińczyków i guście Włochów. Pamiętam jego opowieść o Bazylice Świętego Piotra. Kiedy jedzie się pociągiem z Florencji, mówił Frycz, tuż przed Rzymem, na rozległym zakręcie nagle nad szczytami wzgórz na horyzoncie pojawia się czubek młynka do kawy. I to jest właśnie Bazylika Świętego Piotra".

cytaty za książką Małgorzaty Terleckiej-Reksnis "Holoubek - rozmowy", Warszawa 2008


Podziel się
oceń
0
0

Na posterunku

piątek, 23 maja 2008 21:10
Piszę bloga regularnie, od sierpnia 2002 roku, czyli niedługo będę świętował sześć lat swojej działalności w sieci. Byłem jednym z pierwszych, którzy pisali bloga pod swoim nazwiskiem. Pamiętam, że wtedy zadawano mi pytania: po co mi to? dlaczego nie ukrywam tożsamości? Ale prawda jest taka, że zacząłem pisać bloga  sytuacji, w której niespecjalnie miałem gdzie publikować. Po prostu pomyślałem: ok, stworzę własną gazetę i będę swoim własnym Michnikiem. I trzymam się tego do dzisiaj. Okazało się, że mam czytelników, kiedy dwa-trzy dni milczę, dostaję maile z zapytaniem, dlaczego. A zazwyczaj milczę, bo w tym czasie mam do napisania inne teksty, które wymagają mojej uwagi, mojego skupienia.
Pisanie bloga, wbrew pozorom, nie jest łatwe. To się tak tylko może wydawać. Potrzebna jest cierpliwość i systematyczność. Trzeba umieć sobie powiedzieć: będę pisał, choćby się waliło i paliło. W ten sposób od sześciu lat jestem obecny. Decyzja o założeniu bloga nie może być nieprzemyślana. Wiele osób zaczyna, pisze tydzień, miesiąc, pół roku, rok, przyzwyczaja do siebie czytelników, a potem przestaje. Sam wiem, że dwa dni przerwy to dużo, że po dwóch dniach może przyjść trzeci, piąty, a potem tydzień, miesiąc i już nie wrócisz. Pisanie bloga jest jak rzucanie palenia. Przestajesz pisać, zaczynasz palić. Sam, jako czytelnik, przyzwyczajałem się do blogów, a one znikały, nie tłumacząc się. W ostatnim czasie moim ulubionym blogiem stał się blog Karen Voight. Niestety, chyba przestał istnieć. Od miesięcy nie ma nowych wpisów. Jakby ktoś Ci nagle zamknął gazetę.
Po sześciu latach działalności w sieci mogę powiedzieć, że często autorzy w ogóle nie uświadamiają sobie swojej roli, roli, jaką spełniają wobec Czytelnika. A szkoda.
Pisząc bloga przez tyle lat co ja, przechodzi się różne etapy. Również zniechęcenie, ale ważne jest, żeby z sobą walczyć. Ryszard Kapuściński powtarzał, że do pisania w ogóle potrzebna jest systematyczność. Cokolwiek, ale napisać. Marta Fox powtarza potrzebę dwóch stron dziennie. Buntuję się, ale przecież dwie strony dziennie wyrabiam tutaj, w sieci. Kiedyś, na starość, to wszystko sobie przeczytam. Zdziwię się pewnie swoją głupotą, naiwnością, kabotyństwem. Ale teraz nie patrzę za siebie, nie zastanawiam się, po prostu jestem. I to też jest piękne.
Po tych sześciu latach mam potrzebę zapisywania. Czytam książkę, która robi na mnie wrażenie - i już mam potrzebę podzielenia się tym z innymi. Często zarzuca mi się, że się tak podniecam, egzaltuję, że jestem taki owaki, szczerze: mnie to rybka, ale prawda jest taka, że piszę tylko o tym, co mnie kręci. Nie jestem krytykiem. Nie mam ambicji bycia recenzentem. Jeśli mi się coś nie podoba, nie piszę. Po prostu szkoda mi czasu. Ciągle czytam nowe książki, chodzę na premiery, ale przecież piszę tylko o tym, co jest warte zapisania.
Na szczęście tego, co mi się podoba jest więcej od tego, co się nie podoba.
Teraz czytam rozmowy z Gustawem Holoubkiem i rozmowa dotycząca wojny bardziej niż mną wstrząsnęła. Gustaw Holoubek mówi w niej:

"Lwów zrobił na mnie duże wrażenie, poczułem się w nim bezpiecznie, jak w domu. Pamiętam, że poszliśmy do kina na film Disneya "Królewna Śnieżka". Zabawne, że z tego pierwszego tygodnia nalotów, ucieczki i zagrożenia najbardziej utkwiła mi w pamięci właśnie ta bajka".
"Przebijaliśmy się na oślep przez ukraińskie wioski, w których już było niebezpiecznie, i w końcu dotarliśmy do Przemyśla. Tam zaczynał już panować głód(...) Doprowadzeni do skraju bezradności, ugotowaliśmy i zjedliśmy dwa koty i psa. Naprawdę nie było innego wyjścia. Do końca życia nie zapomnę straszliwego smrodu i tego dziwnego smaku. Z drugiej strony, też tam w Przemyślu utrwalił się we mnie zapach pieczonego chleba(...) Rozchodząca się o świcie woń gorącego chleba była dla nas sygnałem normalności i budziła nadzieję przetrwania. Od tamtej pory jest to dla mnie najpiękniejszy zapach świata. Kojarzy mi się z bezpieczeństwem i poczuciem ludzkiej wspólnoty".
(o powrocie do Krakowa): "W majakach, w gorączce, która zalęgła się we mnie od wigilijnej wieczerzy, przespałem kilka dni i nocy w pociągu, aż w końcu ocknąłem się w Krakowie. Kiedy nacisnąłem dzwonek do naszego mieszkania na Zwierzyńcu, matka otworzyła mi drzwi. To był prawdziwy powrót syna marnotrawnego. Zrzuciłem z siebie zawszone ubranie, a potem nagi, cały we krwi przekroczułem próg domu. A matka, jak to matka, najpierw płakała, potem wykąpała mnie i nakarmiła".
Utkwiło mi jeszcze zdanie, że o aktorstwie decyduje talent dawania siebie innym.
(z książki Małgorzaty Terleckiej-Reksnis "Holoubek - rozmowy", Warszawa 2008).
Tak samo mam ochotę napisać o wspaniałej roli Izy Dąbrowskiej w spektaklu Teatru TV "W poszukiwaniu zgubionego buta" w reż. Izabelli Cywińskiej wg prozy Wiesława Myśliwskiego. Spektakl obejrzałem dzisiaj, bo w poniedziałek będziemy go pokazywać w Teatrze Na Woli, na spotkaniu z reżyserką, na które zapraszam, początek godz. 19.00, wstęp wolny.
Oglądam, czytam, słucham i wyrobiłem w sobie potrzebę dzielenia się. I to jest chyba moja tajemnica.


Podziel się
oceń
0
0

Dzień przed końcem świata

środa, 21 maja 2008 11:21
Piszę z kuchni. Ostatnio tutaj mam swoje miejsce pracy. Może dlatego, że z drugiej strony domu od roku trwa remont, więc wiertarki, piły, uderzenia młotów. A tu cisza, spokój, za oknem bez, przy laptopie filiżanka kawy ze spienionym mlekiem. Siadając do komputera, zawsze zastanawiam się, o czym opowiadać, ale później i tak niesie mnie niezgodnie z planem.

Wczoraj, idąc ulicą, po raz pierwszy od dawna poczułem się całkowicie wolny. Chcę powiedzieć, że nie miałem w głowie żadnych zobowiązań, zadań, nie byłem zestresowany. Poczułem, że wszystko mogę, że świat jest przede mną, że granica moich możliwości to granica mojej wyobraźni. Miałem na uszach słuchawki, muzyka z radia VOX, czyli evergreeny, coś tam sobie może nawet podśpiewywałem. A może nie. Może tylko w myślach. Akurat słuchałem "Summer Nights" z musicalu "Grease", kiedy zobaczyłem idącą przede mną dziewczynę, odwróconą do mnie plecami, która nagle zaczęła tańczyć w stronę idącego w jej kierunku chłopaka, wyszedł zza rogu, a ona tańczyła jakby słyszała muzykę, którą miałem w uszach. On widząc to, bez najmniejszego skrępowania zaczął iść do niej bardzo tanecznym krokiem i właściwie miałem przed sobą scenę z musicalu, a w uszach "I met a girl crazy for me/ I met a boy cute as can be"... Ona rzuciła mu się na szyję, ale nadal tańczyli, na ulicy, tłumek, który nas mijał rozstępował się, zupełne wariactwo. I mnie też coś puściło, bo nagle podtańczyłem do nich jak jakiś groupis i wyśpiewałem z siebie: "Tell me more, tell me more, did you get very far". To ich wyraźnie zaskoczyło, pomachali mi jeszcze i poszli, patrzyłem za nimi aż całkiem rozpłynęli sie, jakby ich w ogóle nie było... Pomyślałem, że w takim razie nie jest ze mną tak źle, że nie jestem taki przejęty autor w marynarce, dziennikarz z mikrofonem, śmikarz i kto tam jeszcze.

A potem wszedłem do pustego, chłodnego kościoła i jakby dzieciństwo wróciło. I przypomniałem sobie, jak niemiecka siostra babci, Wally przysłała paczkę, w której były buty dla mnie, dziwne wysokie buty, chyba z futra z nutrii, ale to były buty ze świata i byłem taki dumny, a wieczorem założyłem je i szliśmy z babcią do kościoła, a działo się to przed Świętami, i losowaliśmy Jezuska, to znaczy była figurka Jezuska, która na każdą noc trafiała do innego domu i tego dnia ja ją wylosowałem i mówiłem później, że to buty przyniosły mi szczęście.

Rodzice, z którymi rozmawiałem wczoraj przez telefon, są na wsi. Mama opowiadała, że są wielkie przygotowania do Bożego Ciała, mężczyźni przygotowują ołtarze, kobiety robią girlandy z kwiatów, praca wre, wszystko na tę jedną uroczystość. I tak mi się to wszystko wydało dalekie i bliskie zarazem. Bo to wszystko jest we mnie.

Wieczorem czytałem niewielką, ale ważną powieść Aleksandra Jurewicza "Dzień przed końcem świata". Zrozumiałem, że TO jest w nas na zawsze, te fragmenty, odrobiny, półsłowa, zapachy, które się nie ulotniły, miejsca, które zarosły krzakami, zburzone domy, miejscowi wariaci, przydrożne kapliczki, zapach kadzidła, utrwalone gesty, zrozumiałem, że czasem zostaje sufit, który wszystko pamięta, a czasem niebo. I zrozumiałem, że to, co Tadeusz Różewicz nazwał "zawszefragmentem" jest na szczęście niezniszczalne, że żyje tak długo, jak tego potrzebujemy, nawet jeśli wydaje się nam, że nie potrzebujemy, że każdy z tych "zawszefragmentów" jest jak drzewo i że wbrew temu, co myślimy, rośnie, że zapachy się wcale nie ulatniają, że miejsca w ogóle nie zarastają, że kapliczki pozornie tylko są zmurszałe, a miejscowi wariaci pozornie tylko przenieśli się do innego miejsca.

W swojej poetyckiej prozie opisuje Aleksander Jurewicz dzień przed końcem świata, czyli dzień przed śmiercią Ojca. Ale ten dzień to przecież jest jego całe życie. I to, co po śmierci ojca to też jest dzień przed końcem świata, bo to już jest dzień przed naszym końcem świata. Kiedy pisze: "Mgła, która opadła na mnie od porannego telefonu, wciąż gęstnieje, idę, kalecząc się o tę mgłę", to już wiem, o czym będzie opowiadał. Bo czuję, ile bólu jest w każdym zdaniu. Teraz trzeba rozgarnąć tę mgłę i przypomnieć sobie, zobaczyć jak najwięcej. Zobaczyć w pustym miejscu.

"Nagle to okno stało się pustą ikoną i nigdy więcej nie zobaczę w tym miejscu ojca, do czego byłem przyzwyczajony, odkąd zacząłem pamiętać, i tak miało być na zawsze; pusta ikona, na której przypomnienie w późniejszym życiu będę pragnął uklęknąć".
Puste okno pracowni krawieckiej, w której ojciec siedział za starą maszyną do szycia i poprawiał, kreował, grał z tą maszyną najpiękniejsze, najdonioślejsze i najbardziej wzruszające koncerty.

Uderzyły mnie słowa: "Mam trzydzieści dwa lata, tyle lat miałem ojca..."
I właściwie nic już więcej powiedzieć nie trzeba. Bo wiem, że w tych trzydziestu dwóch latach, czas w ogóle nie istnieje. Aleksander Jurewicz pisze: "Nie potrafię powstrzymać tej projekcji, podczas której mój młody ojciec rozmawia z posiwiałym mężczyzną, jakim go ze zdziwieniem zobaczyłem w czasie którychś odwiedzin, nawleka mi szpulki po niciach i robi z nich pociąg, i raptem pijemy za narodziny mojej córki, błądzi pomiędzy gdańskimi wieżowcami w poszukiwaniu tego, w którym mieszkam, i kłócimy się ze sobą prawie do krwi".
A potem, w noc po śmierci Ojca syn kładzie się spać w pościeli, z której Ojciec już nie wstał: "W tej pościeli leżało zawinięte moje dzieciństwo".

Więc jaki jest ten dzień przed końcem świata? Jak go zobaczyć? "Ku niebu z wrześniowych pól niósł się dym, bociany zbierały się do odlotu, brzegiem lasu biegła spłoszona sarna, przed szlabanem czekały znieruchomiałe samochody, dzieci szły polną drogą do szkoły, żółknący liść przykleił się do szyby wagonu. Tak pewnie też było wczoraj. Ale co było wczoraj? Nie pamiętam. Pamiętam tylko, że wczoraj ojciec był kimś innym i czas przeszły skończony nie należał do nas".

A potem pojawia się to dziecinne pytanie: "Co to jest umrzeć..." To, co odpowiada Jurewicz jest poezją, nie mam wątpliwości, a więc największą metaforą życia. "Umrzeć to zapomnieć kluczy do mieszkania, twarzy pierwszej miłości, nie kupić papierosów, nie przyjść na umówione spotkanie, zostawić skomlącego psa, listy w skrzynce. Nigdy więcej nie dotknąć mgły podchodzącej pod dziecięcy sad(...) Nie móc włączyć kolejny raz Sonaty D-dur Prokofiewa czy arii z klejnotami Małgorzaty z Fausta Gounoda, lecz zabrać na nieznaną wieczność tyle głuchej muzyki(...) Umrzeć to przyśnić się komuś po latach, że za długo nie wraca się z cmentarza(...) A może umrzeć to zapomnieć przygotować się do umierania..."

A potem złość, w której trzeba ukryć ojca jak najszybciej w ziemi, "jakby śmierć była jakimś bezwstydem", ukryć jak najszybciej w ziemi, "w trumiennej kołysce". Nagle wszysto wydaje się wielkie, czyste, święte. A może dopiero teraz odsłania swoje prawdziwe oblicze. Ojcowska piżama staje się całunem, puste miejsce w oknie ikoną.

Czas się zamyka. Odprowadzanie ojca przypomina chwile, kiedy to ojciec odprowadzał na dworzec, wtykał pieniądze na studia, machał do okna w pociągu, kiedy wszystko się zaczynało, a może właśnie kończyło?

Czy w ogóle możliwe jest opisanie dnia przed końcem świata? Na pewno można próbować. To bardziej możliwe, niż przypomnienie sobie rozmów z ojcem. "O czymś musieliśmy jednak mówić, nie mogę sobie jednak przypomnieć, o czym". To jest ta nieobecność ojców, o której niedawno pisałem w związku z akcją "Powrót Taty". Książka Aleksandra Jurewicza uświadomiła mi, że ojcowie nieobecni potrafią być obecni jeszcze silniej, trzymać się pamięci kurczowo, do krwi, tak jak w słowach Jurewicza: "kłóciliśmy się do krwi".

Wysupływanie zdań z powieści "Dzień przed końcem świata" jest jak rozgrzebywanie własnej przeszłości. "Nigdy nie pokazałem mu morza" - jest przekazem silniejszym niż całe godziny rozmów. Bo zawsze brakuje odwagi.

Polecam gorąco ten kolejny, bardzo intymny list z serii adresowanych do ojca.

Aleksander Jurewicz "Dzień przed końcem świata", Wydawnictwo Literackie, 2008


Podziel się
oceń
1
0

Poduszyciel

wtorek, 20 maja 2008 11:06
Czy opowieść jest tym, co po nas pozostanie? Istnieje zapisane. Opowiedziane też istnieje długo, dłużej niż życie. A teatr - jak mówił Piotr Cieplak - wystarcza na jeden wieczór, na ten jeden moment, na chwilę.

W niedzielę wieczorem, realizując urodzinowy prezent od Kalimy, obejrzałem w Teatrze Narodowym, na scenie Teatru Małego "Poduszyciela" Martina McDonagha (tego samego, który napisał "Królową piękności z Leenane") w reż. Agnieszki Glińskiej. Bohaterem spektaklu jest młody pisarz, autor krwawych opowieści z zaskakującym morałem. Zostaje aresztowany za zabójstwo trojga dzieci (o powodzie aresztowania na początku nie wie). Policjanci odnajdują w jego tekstach opisy zbrodni, pasujące idealnie do popełnionych na dwojgu dzieci, trzeciego - dziewczynki, nie udaje się odnaleźć. Nie będę streszczał fabuły spektaklu, bo przecież na niej zasadza się kryminał, ale mogę wyjawić jeszcze, że młody pisarz za wszelką cenę chce ocalić swoje opowiadania - są jedynym, co ma. Są dla niego ważniejsze od własnego życia. Prowadzi z policjantami grę o to, by ich nie niszczyli. W miarę rozwoju akcji przekonujemy się, że życie Katuriana Katuriana, bo tak się nazywa, to jedna wielka opowieść o rodzeniu się zła, o jego motywach, nieuchronności, o jego odradzającym się wirusie. Ale zło opowiadane przez Katuriana i zło w jego historiach jest liryczne, wzniosłe, monumentalne. Marcin Hycnar, grający tę postać wygląda jak natchniony malarz, jak pełen naiwności chłopiec, jak dzieciak, który żyje w innym, wymyślonym przez siebie i paradoksalnie bezpiecznym świecie. Kiedy po raz pierwszy opowiada przesłuchującym go policjantom jedną ze swoich historii, wygląda jakby stanął na pomniku albo na trybunie, unosi rękę, mówi w sposób natchniony, zachowuje się jakby dyrygował światem własnej wyobraźni, albo jak uwodziciel tłumów, akompaniuje mu muzyka, która z taktu na takt staje się coraz bardziej doniosła, coraz mocniejsza. Ta i późniejsze sceny, w moim odczytaniu, skonstruowały spektakl o faszyzmie, o okrucieństwie połączonym ze sztuką. Z jednej strony obozy, z drugiej monumentalne filmy Leni Riefenstahl, z jednej strony zło, które przekracza ludzkie wyobrażenie, z drugiej miłość do Wagnera, poezji Goethego... Być może czytałem tak spektakl Agnieszki Glińskiej, bo ostatnio moje lektury, filmy i spektakle poruszają się właśnie wokół tematu "zła". A "Poduszyciela" oglądałem krótko po obejrzeniu monodramu Mai Komorowskiej o Adinie Blady Szwajgier.
Marcin Hycnar, nie mam wątpliwości, stworzył w tym spektaklu kreację aktorską. Grając nieszkodliwego wrażliwca, który interpretuje świat tylko z jego dobrej strony (mimo swej krwawej twórczości literackiej), raz po raz popadając w zachwyt, raz po raz zaskakując naiwnością i pokazując potrzebę rozumienia i bycia zrozumianym, kochania i bycia kochanym, grając tak, jakby to nie było wykalkulowane, grając dziecinność, opowiadając o eksperymencie, jakiemu został poddany Katurian (on, czy też bohater literacki jego opowiadania "Pisarz i jego brat") , podkreśla okrucieństwo świata, w jakim żyje, świata bez wyjścia, bez ucieczki. Katurian jest jak bohater "Procesu" Franza Kafki. Wydaje mi się, że temat obu sztuk jest podobny. Nie bez powodu o Franzu Kafce mówi się czasem, że przewidział Holokaust. Ale może to wynikać z faktu, że zrozumiał zło, zobaczył jego rdzeń, był pisarzem nadwrażliwym i wyjątkowo wtajemniczonym.

Znakomicie skonstruowany dramat, mocny, przejmujący spektakl, wspaniała rola Marcina Hycnara. Polecam.

Wczoraj dostałem z Merlina stos zamówionych książek (zrobiłem sobie prezent urodzinowy), wśród których nowa książka Teresy Torańskiej "Jesteśmy. Rozstania '68", Małgorzaty Terleckiej-Reksnis "Holoubek - rozmowy", Aleksandra Jurewicza "Dzień przed końcem świata"... Plus kilka tytułów, które kupiłem z powodów zawodowych. Przyglądam się im, zaglądam, podczytuję, zastanawiam się od której zacząć... Nowe książki w domu to zawsze czekolada.

Zapraszam jutro (środa) o godz. 19.00 do Teatru Na Woli na próbę czytaną nowej sztuki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk "Burmistrz" inspirowanej historią burmistrza Jedwabnego. Czytanie przygotowuje Iwo Vedral, a w obsadzie m.in. Agnieszka Podsiadlik, Mariusz Bonaszewski, Lech Łotocki, Janusz Chabior. Po czytaniu rozmowa z Małgorzatą Sikorską-Miszczuk, Iwo Vedralem i Anną Bikont, autorką książki "My z Jedwabnego". Zapraszam. Wstęp wolny.



Podziel się
oceń
0
0

I więcej nic nie pamiętam...

niedziela, 18 maja 2008 16:59
W TVP Kultura dzisiaj dzień z Mają Komorowską, której aktorstwo uważam za nieuchwytne. Obejrzałem przed chwilą telewizyjny monodram "Nadludzka medycyna" z 1988 roku według pamiętnika lekarki z warszawskiego getta, Adiny Blady Szwajgier. Spektakl reżyserował Waldemar Dziki.
Zaczyna się niewinnie. Ot, Maja Komorowska siada za stołem, dookoła przechodzą realizatorzy, aktorka zagląda w tekst, ktoś podchodzi i pyta, od jakich słów zaczyna się nagranie. Po chwili słyszymy z reżyserki: "Nagranie". Tyle że od pierwszych słów Maja Komorowska jest postacią, jest Adiną Blady Szwajgier, wierzymy, że jest, zapominamy, że przed chwilą jeszcze powtarzała zapisany na papierze tekst adaptacji.
Opowiada o tym, jak trafiła do szpitala dziecięcego Bersonów i Baumanów, opowiada wstrząsające sceny, których była świadkiem. Opowiada o czuciu i bezczuciu, o bezsilności, beznajdziei, powtarza co chwila: "nie, nie pamiętam..." Kolejne wydarzenia zlewają się w jedną, wielką i wstrząsającą opowieść o złu, nienawiści, odbieraniu godności, o piekle. Daty nie są ważne, i też Adina Szwajgier pyta: "a czy to ważne, kiedy to było?" Wyraz twarzy, spojrzenie, powściągliwe gesty, czasem trzęsąca się ręka, często beznamiętny ton opowieści podkreślają okrucieństwo, jakiego świadkiem i uczestnikiem była lekarka.

"Więc tam, w tych wielkich salach, na drewnianych pryczach, na papierowych materacach bez pościeli leżały dzieci przykryte takimi samymi papierowymi materacami, a w kątach sali stały wiadra blaszane, bo nie było ani basenów ani nocników, a te dzieci miały "durchwal" - krwawą biegunkę głodową i nie mogły iść do ubikacji. Więc rano, jak się wchodziło, to te wiadra się przelewały i było pełno na podłodze i był taki straszny zapach krwi i ropy i kału. A na pryczach leżały szkielety dzieci albo ogromne obrzęknięte bryły. I tylko oczy żyły. A kto nie widział takich oczu, takiej twarzy zagłodzonego dziecka z czarną jamą otwartych ust, ze zmarszczoną pergaminową skórą, ten nie wie, jakie może być życie"


Dalej mówi, że ten szpital, to przecież nie jest szpital tylko Golgota, a każde z dzieci to maleńki Chrystus. Opowiadając, Blady Szwajgier przypomina sobie coraz więcej szczegółów, wykrada je z najtajniejszych kryjówek i zakamarków, bo to nie jest jedynie opowieść o lekarce z warszawskiego getta, to spowiedź lekarki, która była z dziećmi do końca, która przeprowadziła ich do...
Komorowska nadaje tej spowiedzi ton suchej, rzeczowej relacji, zdejmuje emocje, nie tłumaczy, nie usprawiedliwia, nie broni i nie oskarża. Chce pokazać prawdę, bo to prawda historyczna. Ktoś musi to wiedzieć, pamiętać. Dopiero w finale spowiedzi po policzkach płyną łzy. Oczy patrzą gdzieś w dal, albo patrzą wewnątrz, coś próbują zrozumieć. Wtedy wypowiada ostatnie słowa:

"Przychodzę czasem na ulicę Sienną czy Śliską, patrzę na bramę szpitala, zaglądam przez kraty i widzę, że nie ma już rajskich jabłoni, które tu kwitły. Ale zamykam oczy i wtedy otwiera się brama, ta od Śliskiej, gdzie kiedyś rozebrało się bezdomne dziecko, i wychodzą z niej wszyscy ci, których nie ma. Na ostatnim obchodzie idzie Naczelna w białym fartuchu, za nią lekarze, pielęgniarki, salowe, a potem wychodzi administracja i dyrektor Kroszczon starannie zamyka bramę. Wiem, że zostawili po sobie wszystko w porządku, a Dola Keilson zamiotła na koniec podłogi"

O Adinie Blady Szwajgier czytałem w biografii Marka Edelmana: "8 września, jednego z ostatnich dni akcji, doktor Szwajgier podaje około piętnastu swoim najmłodszym pacjentom śmiertelne dawki morfiny, aby dzieci, które nie mają siły zwlec się z łóżek, nie dostały się żywe w ręce Niemców, nie przechodziły koszmaru transportu do Treblinki i śmierci w komorze gazowej". Cytuje wspomnienia lekarki:
"- My już wszystko wiemy, pani doktor, my już wiemy, że nie mamy ani mamusi, ani tatusia, i że my też nie przeżyjemy. Ale czy pani doktor będzie z nami do końca?
- Tak, Marysiu, zostanę z wami na pewno - powiedziałam(...) I nagle zrozumiałam, co mogę zrobić z dziećmi, żeby dotrzymać słowa(...) Potem poszłyśmy do dzieci starszych i powiedziałam im, że to jest lekarstwo, żeby nic nie bolało. One mi uwierzyły i wypiły z kieliszka tyle, ile należało(...) po kilkunastu minutach, nie pamiętam, po ilu, gdy po raz drugi weszłam do pokoju, to spały. A potem już nic nie wiem, co było dalej".

Adina Blady Szwajgier zdecydowała się napisać wspomnienia po latach, pod naciskiem Marka Edelmana. Wyszły po raz pierwszy w 1988 roku pod tytułem "Świadectwo", później jako "Wspomnienia lekarki" (1989), w końcu w 1990 pod tytułem "I więcej nic nie pamiętam".
Marek Edelman napisał o nich: "Jako lekarka i jako człowiek przeżyła zagładę getta warszawskiego, przeżyła zagładę jego dzieci. Żyła wspólnym życiem ze swoimi małymi pacjentami i była świadkiem ich śmierci. Inaczej niż wielu innych towarzyszyła umieraniu każdego dziecka osobno i umierała po wielokroć, z każdym z nich. Także wtedy, gdy poddała się wewnętrznemu nakazowi wybrania dla swoich podopiecznych <lepszej> śmierci - we śnie, zamiast okrutnej - w komorze gazowej. Wtedy także lękała się o każde dziecko, o to, że któreś z nich obudzi się, nim nadejdzie śmierć łagodna, i będzie skazane na tę okrutną. Książkę trzeba przeczytać. Jest to relacja uczestnika i świadka tragicznych i nieludzkich wydarzeń, napisana z najbardziej ludzkim stosunkiem do życia".
(cytaty za książką Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetko "Marek Edelman. Życie. Po prostu", Świat Książki 2008).

Maja Komorowska prowadzi spowiedź Adiny Blady Szwajgier powoli, precyzyjnie odmalowując sceny i wyjawiając tajemnice... Odsłania tajemnicę najokrutniejszą na końcu. Bo żeby zrozumieć, dlaczego Adina Blady Szwajgier podjęła decyzję o wybraniu <lepszej>  śmierci najmłodszych pacjentów, musi pokazać piekło, przez które przeszli mieszkańcy getta, musi udowodnić, że to była sytuacja bez wyjścia, że jej wybór był koniecznością, że żyła w świecie, który upodlił i odebrał godność, również godność umierania, że kto tam nie był, ten nie zrozumie, więc prowadzi za rękę, a w końcu przeprowadza na Drugą Stronę.

Adina Blady Szwajgier, Inka, Irena Świadowska (1917-1993), lekarka w szpitalu dziecięcym Bersonów i Baumanów, od stycznia 1943 łączniczka ŻOB po stronie aryjskiej, uczestniczka Powstania Warszawskiego.



Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 810  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl