Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Lumpenedukacja

czwartek, 31 maja 2007 16:12
No i wściekłem się! Bo naprawdę myślałem, że ten pomysł usunięcia z lektur szkolnych Kafki, Gombrowicza, Witkacego, Dostojewskiego to jakiś głupi, absurdalny żart. Bo jak to? A tu włączam telewizję i trąbią wszędzie, że to prawda. Bez "Procesu"? Bez "Zbrodni i kary"? Co się dzieje w tym kraju? To jest ministerstwo edukacji czy ministerstwo narodowego uwsteczniania? Może zaczniemy jeszcze palić książki i autorów? Słusznie powiedział jeden z komentatorów, że wybitnych autorów wymienia się gorszymi. Podobno w zamian trzy powieści Dobraczyńskiego, narodowca. Bo był patriotą. Co to w ogóle za argument?! Gdzie powieściom Dobraczyńskiego do Kafki i Dostojewskiego? Pusty śmiech ogarnia.
Wściekłem się nie na żarty. Ratuje mnie "Lapidarium VI" Ryszarda Kapuścińskiego. Kończę czytać. Czytam z zachwytem, jak balsam, jak lekarstwo. Wczoraj wieczorem, kiedy czytałem kolejne akapity nagle ogarnął mnie przerażający smutek. Że oto już nigdy nie będę czekał na kolejną książkę pana Ryszarda, bo takiej nie będzie. Że teraz już tylko będę mógł wracać do napisanych. Ale nie będzie już nowych. Dotknęła mnie ta myśl, kiedy w "Lapidarium" opisywał swój projekt książki "Inna Europa" - cykl reportaży o zapomnianych, marginalnych, egzotycznych zakątkach. Chciał też napisać książkę o pobycie Malinowskiego na Wyspach Trobrianda i jego terenowych badaniach. Chciał napisać książkę o Pińsku i książkę o fotografii. Chciał napisać książkę o jednym dniu świata. Poczułem prawdziwy ból,  kiedy przeczytałem: "Nad ranem obudziłem się. Było jeszcze ciemno. Nagle pomyślałem - potrzebny mi wyjazd reporterski. Było to pragnienie bardzo silne. Długo już nie odbywałem takiej podróży - ponad trzy lata. I oto mnie dopadło".  Co powiedziałby na kolejny pomysł ministerstwa uwsteczniania?
"Czy pisanie może cokolwiek zmienić? - pytał sam siebie - Tak. Głęboko w to wierzę. Bez tej wiary nie umiałbym, nie mógłbym pisać".
Pisałem tu wielokrotnie o Dzienniku Virginii Woolf, i będę pewnie jeszcze wracał, bo wciąż czytam, podczytuję, smakuję. Ryszard Kapuściński wspomina ją właśnie w "Lapidarium": "W Pani Dalloway Virginii Woolf: To na pewno królowa, pomyślała pani Dalloway... i przez ułamek sekundy, kiedy stała przed kwiaciarnią, na jej twarzy malowało się niewysłowione wprost dostojeństwo. - Prze ułamek sekundy! Autorka zauważa, stara się uchwycić i opisać stany tak migawkowe, tak ulotne, a okazuje się, jakże ważne. Jakiejż tu trzeba subtelności, wrażliwości, delikatności, a jednocześnie jakiej precyzji języka".
W innym miejscu napisał: "Nieskończona jest ilość postaci, które można wydobyć z tego samego człowieka". Tę prawdę posiedli tylko najwybitniejsi. Dostojewski, Kafka, Gombrowicz, Witkacy. Ale od dzisiaj będzie ją chroniła pieczęć. Lumpenpolitycy zdecydowali, że dosyć wykształciuchów. Czas na lumpenedukację.

Podziel się
oceń
0
0

Mięta i cytryna

środa, 30 maja 2007 18:02
Jak zapowiedziałem koniec parnego maja, tak zaczął padać deszcz. Ale i tak miło. Ciepło. Dochodzę do siebie. W czerwcu zaczynam pisać nową sztukę i dobrze mi z tym. Miła perspektywa.
Przedpołudnie kulinarne, bo zaprosiłem na lunch Annę Prucnal i jej męża, Jeana Mailland. Zrobiłem rukolę z melonem i oliwkami, pomidorową z bazylią i moją specjalite de la mezą czyli pulpeciki miętowe w sosie cytrynowym. Fantastyczny przepis na lato. Od razu go podaję, bo może ktoś chciałby spróbować.

Mięso mielone (pół kilograma)
ryż (torebka)
suszona mięta (może być z torebek herbaty, na tę ilość 4 torebki)
dwa jaja
dwie kostki bulionowe
dwie cytryny
świeża mięta do dekoracji
łyżka mąki
sól, pieprz

Mięso mielone, surhowy rhyż, suszoną miętę, białko z jednego jajka mieszamy jak do mielonego. Forhmujemy pulpeciki wielkości orzecha włoskiego, bo rhyż napęcznieje, jak będą się gotowały, powiększając pulpety. Obtaczamy w mące. Wrzucamy do zagotowanego bulionu i gotujemy w nim ok. 15-20 minut, aż rhyż w pulpetach wyda się miękki.  (Do każdego "r" dodałem "h" żeby brzmiało po francusku, można dodać francuski akcent i wtedy będę już całkowicie Pascal Brodnicki.)
Potem pulpety wyjmujemy z bulionu, bo on sam będzie nam potrzebny do zrobienia sosu.
Sos: żółtka i sok z dwóch cytryn plus łyżkę mąki mieszmy dokładnie, żeby nie było grudek. Dolewamy do tego po odrobinie gorącego bulionu, ostrożnie żeby żółtka się nie ścięły, dolewamy aż do uzyskania odpowiedniej ilości sosu. Zalewamy pulpety tym sosem i przybieramy całość listkami świeżej mięty. Pycha. Zapewniam. Sprawdza się zawsze, nawet przy najbardziej wybrednych gościach.

 Mam nadzieję, że zapisałem przepis czytelnie, bo robię z pamięci, jak mawiała moja babcia - na oko.
 
Korzystając z okazji zapowiadam spotkanie z Anną Prucnal w księgarni Czuły Barbarzyńca, 12 czerwca o godz. 20.00.


Ja już bardzo się cieszę i na to spotkanie czekam, bo artystkę uwielbiam i zawdzięczam jej również zawodowy sukces, w roku 2005 nasza rozmowa z "Dużego Formatu" została nominowana do nagrody Grand Press. Ukazała się też w zbiorze najlepszych tekstów prasowych 2005 roku.
Anna Prucnal, która zagrała główną rolę w "Mieście kobiet" Federico Felliniego, mieszka w Paryżu, do Polski przyjeżdża rzadko, więc to zawsze wielka gratka.

Wczorajszy wieczór z "Lapidarium VI" pana Ryszarda Kapuścińskiego.
Wybrałem do zacytowania fragment, który mnie zatrzymał: "Czytam Schopenhauera. Radzi prowadzić dziennik. To sposób, aby zastanowić się nad każdym przebytym dniem - co się robiło, jakie przychodziły myśli. (Wydaje mi się, że ważne w pisaniu dziennika jest wybrać i utrwalić jakiś szczegół - bodaj jeden, bo inaczej dzień upłynie bez zaczepienia. Chodzi o tworzenie zaczepów czasu, aby dzień nie prześlizgiwał się po jego powierzchni bez śladu)".


Podziel się
oceń
0
0

Grać szeptem...

wtorek, 29 maja 2007 19:21
Kończy się parny maj, a korekta mojej powieści już u Wydawcy. Ale to nie koniec. Czeka mnie przynajmniej jeszcze jedna korekta zanim książka powędruje do drukarni. W księgarniach od 2 sierpnia.  Już spływają jakieś zaproszenia z Polski. Mimo że ruszać się nie lubię, zdaję sobie sprawę, że dla promocji książki spotkania są ważne i nie zamierzam odmawiać, jeśli terminy będą pasowały.
Dzisiaj "odtajam". To znaczy dzisiaj miałem dzień wolny, schodzi ze mnie całe napięcie, stres, zmęczenie. Ostatnie dni były potwornie intensywne. Pracuję przy bardzo trudnym filmie, którego jestem współautorem, właściwie nie mierzyłem się jeszcze z takim przedsięwzięciem. To trzyodcinkowy film dokumentalny (każdy z odcinków trwa około godzinę). Jestem współautorem scenariusza i autorem wszystkich wywiadów. Piekielnie ciekawe, ale piekielnie wymagające.
A więc - zaczynam zdanie od a więc, mimo że pani od polskiego powtarzała, że tak nie można, ale przecież jakiś ferment w języku trzeba powodować - dzisiaj odtajam. Zrobiłem sobie chyba ze trzygodzinny spacer po Warszawie, również po księgarniach. Wróciłem z łowami: Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny "Ten jest z ojczyzny mojej", Ryszarda Kapuścińskiego "Lapidarium VI", wznowienie "Polski Piastów" Pawła Jasienicy i nowa płyta Kasi Nosowskiej "UniSexBlues". Jest co czytać i czego słuchać. Tymczasem w wolnych chwilach nadal zaglądam do świata Virginii Woolf, do jej dziennika, na który - mimo że wciąga - nie mam tyle czasu, ile chciałbym. Wciągające jest to, jak Virginia staje się pisarką zawodową. Jak z książki na książkę ma świadomość rosnącej popularności, jak cieszy się, że jest w stanie utrzymać z pisania i siebie i dom i wydawnictwo. Zaczyna wyjeżdżać na zagraniczne wakacje, a po publikacji "Orlanda" kupuje samochód. "Po raz pierwszy uzyskaliśmy dochód przekraczający czterysta funtów. I los siedmiorga ludzi jest teraz uzależniony przede wszystkim od mojej ręki, piszącej coś na arkuszu papieru. To oczywiście dla mnie wielka pociecha i radość. Teraz to już nie jest bazgranie, tylko wikt i mieszkanie dla siedmiorga ludzi. W przyszłym roku będę się żywić 'Kobietami i literaturą piękną', dla której to książki przewiduję niezłą sprzedaż".
Cieszy się sukcesem, pieniędzmi, i jak dziecko tym, że może wydawać je na to, na co ma ochotę, nie licząc się z kieszonkowym, jakim dotąd dysponowała.
Zaskakuje. Z jednej strony namawia kobiety do niezależności, do własnego pokoju, z drugiej... No właśnie. Kiedy wygrywa Partia Pracy, a jej kucharka Nelly oznajmia: "wygrywamy" - bo Nelly wygrywa z innymi pracującymi, Virginia pisze o tym ze smutkiem. Pisze też: "Jak to możliwe, że niewykształcona kobieta sama udzielała sobie dostępu do naszego życia? W efekcie jest tak, że robi się z niej kundel; nigdzie nie ma korzeni". Niezależność. Owszem, ale dla wykształconych. Odkrywam Virginię słuchając pięknej płyty Henryka Miśkiewicza "Full Drive II", w niedzielę byłem na fantastycznym koncercie promującym ten krążek w Studiu Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce. Dla każdego fana jazzu, i nie tylko, płyta obowiązkowa. Nastrojowa, pobudzająca, sycąca. Od Beethovena do Stevie Wondera. Mnie podobały się też, i to bardzo, kompozycje Henryka Miśkiewicza "Sweet Soniola" (dedykowana wnuczce, grana omal szeptem) i Marka Napiórkowskiego "Vietato Fumare". Na płycie (i na koncercie) pojawia się też Kuba Badach, z mistrzowskim wykonaniem "A Song For You" Russela. "Kuba zaprosił mnie na swoją pierwszą płytę, kiedy miał 12 lat, ja czekałem od tego czasu 19 lat, by go zaprosić na swoją!" - powiedział Henryk Miśkiewicz w czasie koncertu.
W ogóle znakomite wykonanie, bo poza wymienionymi Robert Kubiszyn i Krzysztof Dziedzic. Reklamuję, bo świetny prezent!


Podziel się
oceń
0
0

Dziecko wojny

niedziela, 27 maja 2007 10:29
Niedziela rano. Słońce. Gorąco. Taras świetlisty, ociekający żarem. Jak na wakacjach w Grecji. Tylko mocno schłodzone białe wino albo lody sorbetowe. Dolce far niente. Słodkie nic-nierobienie to także nazwa deseru, który uwielbiam, a który podają w kawiarni w Łazienkach, lody z cytryną. Boskie.
Wstałem wcześnie, tak że do godziny ósmej trzydzieści zdążyłem zrobić korektę kolejnych 60 stron mojej powieści. Muszę zdążyć na wtorek, tak jestem umówiony z Wydawcą, wydzieram więc czas filmowi, nad którym pracuję od miesięcy, i wieczorami, czasem nocą kreślę, dopisuję... Nie, nie piszę na nowo. Opamiętałem się. Czasem mnie coś korci, wtedy wykreślam dwa zdania albo dopisuję trzy nowe, uznając, że to potrzebne. Choć szczerze powiem, nie jest mi łatwo się opanować. 
Kot Tutka położył się w cieniu, pod stołem. Sroki doglądają piskląt w gnieździe na świerku w ogrodzie. Któregoś dnia obserwowałem długo, wiele godzin, jak znoszą gałązki, jak je sobie podają, jak je wyginają, jak budują ten dom dla swoich lalek. A jednak zdziwiły mnie. Bo to gniazdo na świerku jest tuż przy dachu sąsiadów, który od tygodni remontowany, tam największy rejwach, najgłośniejszy stukot. W dodatku w pobliżu mieszka kilka kotów, które próbują się wspinać, dobrać się do gniazda. Nie rozumiem, dlaczego sroki wybrały akurat to miejsce.
Wczoraj dzień matki. Dzwoniłem do swojej Mamy kilka razy, kilkakrotnie składając życzenia, a wieczorem przypomniałem sobie różne przygody z dzieciństwa i teraz właściwie Mama wydaje mi się wręcz święta, ze względu na cierpliwość, jaką miała. Byłem po prostu dziecko wojny. Pomijam drobne szczegóły takie jak ubieranie skarpetki przez godzinę i zasypianie przy tej czynności. Pomijam zasypiania w drodze do szkoły na siódmą pięć, Mama prowadziła mnie za rękę, a ja się dosłownie słaniałem. Pomijam drobne kradzieże, których nauczyła mnie opiekunka, bo o tym kiedyś pisałem. Wychowałem się na wsi. To raj - mieć takie dzieciństwo. Korzystałem jak mogłem. Kąpiel w gnojówce, na czyimś podwórku. Rozwalony nos, bo szedłem zaspany i nie widziałem słupa. A słup stał przecież jak dupa. Wygryziona noga, bo szedłem obłaskawić wściekłego psa. Pamiętam, jak przed nim uciekałem. Rozwalona ręka dłutem, krew lała się litrami, a ja uczyłem się rzeźbić w drewnie. Kilka domów dalej mieszkała ciocia Jadzia (zresztą właścicielka tego wściekłego psa, który mnie pogryzł) i ona miała nie pojęty dla mnie do dzisiaj zwyczaj budowania zasadzek. Miała taką kamienną piwniczkę, do której wskakiwało się przez otwór w podłodze kuchennej. Na wsi, w domach takich piwnic było wiele, ale u każdego raczej zakryte ciężkim wiekiem. W tych piwnicach trzymało się kartofle, słoiki, czasem węgiel. Nie wiem, dlaczego uznała, że wieko jej niepotrzebne, może dlatego, że często tam po coś musiała wskakiwać, w każdym razie przykrywała tę piwnicę długim wąskim chodnikiem. Szło się po nim. Niespodzianka. Bach. Dupa na słoikach, czy węglu. Nie umiem zliczyć, ile razy do niej wpadałem, a ciocia Jadzia zaśmiewała się przy tym, o czym piszę z równie dużym zdziwieniem, jak o samym fakcie budowania takiej zasadzki. Innym razem z dziećmi z sąsiedztwa łaziliśmy po ogrodach i wpadliśmy na pomysł skakania po foliach, takich foliowych konstrukcjach, gdzie rosną pomidory. Wskakiwaliśmy na dach, folie się uginały, zabawa była przednia. Wiadomo, nikomu nic się nie stało, tylko Remeczek oczywiście tak stanął, że folia zarwała się i wpadłem wprost do wielkiego kotła, w którym ułożone były kamienie. Ucierpiała na tym moja kość ogonowa, która pamięta jeszcze jedną, trochę późniejszą historię, już jak mieszkaliśmy w Starogardzie, w starej kamienicy przy ulicy Kościuszki, gdzie były bardzo wysokie, strome schody, a Remek postanowił zjechać po nich na nartach biegówkach. Już wtedy zapowiadałem się raczej na wysportowanego, a mieszkanie w Starogardzie zobowiązywało, skoro wypuściło na świat takie gwiazdy sportu jak Kazimierz Deyna czy Andrzej Grubba. Upadek był bolesny i ani wstać później ani leżeć ani siedzieć. Z tego okresu pamiętam też, jak zrzuciłem meblościankę pełną preznetów ślubnych rodziców - czyli pełną szkieł, porcelany, kryształów, jakieś zastawy długoletnie, jakieś rodzinne pamiątki, i wszystko w drobny mak, a ja ocknąłem się na jednej z półek, tuż pod wielkim akwarium z oszołomionymi zdarzeniem gupikami. I mógłbym tak opowiadać jeszcze i jeszcze, bo to wprost epopeja. Z różnymi niuansikami jak choćby wycinanie kwiatów z firany wiszącej w pokoju, czy pomysł urządzenia piaskownicy w pokoju na dywanie, na co chętnie przystała nasza Babcia, która niczego nie umiała nam odmówić, i nawet sama wiele wiaderek piasku do pokoju przyniosła.
Ale coraz goręcej i chyba jednak schowam się w domu. Wczoraj wieczorem dla odreagowania stresów i bardzo, ostatnio, ciężkiej roboty, obejrzałem z przyjemnością komedię romantyczną "Notting Hill" z Julią Roberts i Hugh Grantem. I powiem szczerze: nie żałuję. A jak już skończę ciężką pracę przy filmie zabieram się sam za pisanie komedii, bo mam aktualnie dwie propozycje, co mnie zdziwiło, bo każdego można poprosić o pisanie komedii, ale mnie?


Podziel się
oceń
0
0

Lot

czwartek, 24 maja 2007 8:24
Barbara Krafftówna zagrała wczoraj "Błękitnego diabła" w Bydgoszczy, w ogromnej sali Filharmonii, zagrała z Marleną Dietrich. W czasie spektaklu nad głowami przeleciał ciemny ptak, jedni mówili, że to sroka, inni, że wrona, jeszcze inni, że duży gołąb. Po raz drugi wyleciał do oklasków, przefrunął nad głową pani Barbary i skierował lot wprost na widownię. Patrzył z góry. Trwał tak długo, jak trwały oklaski. Pomyślałem, że warto tę scenę zapisać tutaj.
Piszę omal telegraficznie, bo mam ostatnio wyjątkowo dużo pracy. We wtorek muszę też oddać do wydawnictwa korektę swojej powieści, która, jak mi powiedziano, wychodzi 2 sierpnia. Dziwne jest czytanie własnej książki po raz drugi, trzeci, czwarty, kiedy pracuje się nad nią, szuka błędów, słabości, nieścisłości. Pasuje się ją do skóry i do podskórnego pulsu. Tak długo aż przyrośnie, wleje w naczynka, trafi do krwioobiegu. Fascynujący proces ożywiania.

Od tygodni jestem oszołomiony, żeby nie powiedzieć skołowany. W dzień wciąż trwają prace remontowe na dachu obok, od rana do późnego popołudnia wiercenie, spawanie, stukanie, przycinanie. Nie można spokojnie wypić kawy na tarasie, że o czytaniu nie wspomnę. Sąsiadka obok namiętnie strzyże trawę, pewnie po milimetrze, bo często. Sąsiadka mieszkająca nade mną od kilku nocy śpiewa (choć ma ładny, ciekawy głosy) w mieszkaniu karaoke, przez mikrofon, przy otwartych oknach. Ta kakofonia powoduje u mnie spadek formy, rozdrażnienie, chciałem napisać, że jeszcze parę innych stanów, ale nie mogę się skupić, robotnicy tną blachę. To będzie długie, głośne lato.

Tych, którzy wybierali się na spektakl "Uwaga - złe psy!" na Bielanach chciałbym przeprosić. Wczoraj dowiedziałem się, że został odwołany.



Podziel się
oceń
0
0

Podłość

poniedziałek, 21 maja 2007 23:07
Długi, ciężki, trudny dzień. Na szczęście niedługo się kończy . A przygnębiony jestem od rana, odkąd media zaczęły trąbić o rzekomej współpracy pana Ryszarda Kapuścińskiego ze służbami specjalnymi. Właściwie nie powinno się tego ani cytować ani komentować. Ale nic nie poradzę, że czuję się przygnębiony tym, co się dzieje w Polsce. Jacyś oni, jacyś, bo czym mogą się wylegitymować, i kim są w porównaniu z takimi postaciami jak Ryszard Kapuściński, więc jacyś oni chcą nam odebrać autorytety, chcą nam odebrać wybitnych pisarzy, poniżyć intelektualistów, zdeptać inteligencję, mówiąc przy tym o etosie inteligenckim. Nie ma we mnie na to zgody. Roman Graczyk w swojej książce o służbach specjalnych napisał, że każdego można było złamać. Jeśli się nie udawało, to znaczy, że był słaby wywiad.
Nie pozwolę sobie odebrać Ryszarda Kapuścińskiego. Ani Zbigniewa Herberta. Ani Andrzeja Szczypiorskiego.  Jest we mnie wściekłość, kiedy myślę o tym, jak szarga się pamięć o nich. Mam nadzieję, że ta cała nagonka przyniesie odwrotny efekt. Mam nadzieję, że to całe polowanie na czarownice, w efekcie zgnębi tych, którzy inicjują takie działania, choć źle nikomu nie życzę.
W PRL-u byli prawdziwi agenci, którzy to, co robili, robili z przekonania, czasem dla pieniędzy, bez wyrzutów sumienia, często bez refleksji, którzy żyli podwójny życiem przez lata. Ale o nich nikt nie mówi. Byli też pracownicy służb bezpieczeństwa, którzy pozyskiwali, łamali, szukali słabych punktów, haków, którzy zachowywali się podle. Dziś żyją spokojnie, odprowadzają wnuki do przedszkola. O nich też nikt nie mówi. Podobało mi się to, co w programie o Danielu Passencie powiedziała pani Janina Jankowska, jedyna, która odważyła się tak mówić w telewizji publicznej, że trzeba rozliczać tych, którzy łamali, a nie tych, którzy byli ich ofiarami.
Jakim prawem szarga się pamięć i dobre imię pana Ryszarda Kapuścińskiego? Nie było i pewnie nigdy w Polsce nie będzie reportera i pisarza, którego książki miałyby aż takie znaczenie dla czytelników na całym świecie.
Ryszard Kapuściński nawet pisząc o wojnach, zawsze dostrzegał ludzi dobrych. Mówiąc o reporterach, mówił naiwnie, że muszą być przede wszystkim dobrymi ludźmi, że zły człowiek nie może być reporterem.
Chciałbym wierzyć w słowa, jakie wypowiedział ks. Jan Twardowski, w rozmowie, jaką z nim opublikowałem, że zło jest widoczne, bo jest bardziej nagłośnione. Ale dobra jest więcej.
Jestem wściekły na tych, co zamiast róży rzucili na trumnę pana Ryszarda kamienie. Dlaczego w tym kraju zrobiło się tak podle?


Podziel się
oceń
0
0

Figura po japońsku

sobota, 19 maja 2007 23:51
Obejrzałem wczoraj w Teatrze Dramatycznym "Peer Gynta" w reżyserii Pawła Miśkiewicza. I choć nie do końca rozumiem ideę i potrzebę pięciu Peer Gyntów na scenie (z których dwóch: Krzysztof Dracz i Mariusz Benoit podobało mi się bardzo), to jednak muszę przyznać, że to arcyciekawy spektakl, będący twórczym fermentem, nie bojący się kiczu, momentami w stylistyce japońskich gier komputerowych. Spektakl niezwykle plastyczny, poetycki, który ogląda się najczęściej z otwartymi ustami ze zdziwienia, z ciekawości, czasem z zachwytu. Atakuje słowem, obrazem, muzyką. Również fantastyczną choreografią troli i małp, które nagle pojawiają się jedna po drugiej, aż okupują scenę i dalej już ogląda się je jak "Odyseję kosmiczną". Krzysztof Dracz, którego, przyznam, wcześniej na scenie nie widziałem, znany był mi jedynie z teatrów telewizji, pokazał mistrzostwo. Potrafił być śmieszny, groteskowy, przejmujący. Ale za każdym razem ciekawy. Również zaskakujący, zwłaszcza, kiedy wspinał się po teatralnych kolumnach. To wspaniała kreacja, mam nadzieję, że zostanie dostrzeżona na festiwalach teatralnych. Właśnie jego Peer, w moim odczuciu, jest człowiekiem pełnym, kompletnym. Wczoraj pomyślałem, że jeśli kiedykolwiek miałbym napisać monodram dla mężczyzny - napisałbym właśnie dla Krzysztofa Dracza.
Poruszyła mnie rola Mariusza Benoit, zwłaszcza w sekwencjach z Barbarą Krafftówną, Matką Peer Gynta, matką totalną. To jest aktorka poza kalendarzem, ograniczeniami, konwencją, właściwie też poza teatrem. Ona sama jest teatrem. Tutaj zachowuje się jak niesforna dziewczynka. Skojarzyłem z postacią Małej Mi z Muminków, zresztą moją ulubioną postacią. To, jak mówi, jak chodzi, jak płacze, a to czasem zdzieli torebką, zaśmieje się, pociągnie za ucho! Samo jej pojawienie się wywoływało entuzjazm. Fantastyczna scena, w której Peer za karę sadza Matkę na szafie. To, jak patrzy na niego z góry, jak reaguje! Warte zobaczenia, zapamiętania, zapisania. Wielka scena, w której Matka zasypia, czy też umiera. Peer wprowadza ją na scenę. Potem rozmawia z nią, przedstawia świętemu Piotrowi. Matka nie gaśnie ani na chwilę, mimo że umiera. Nie gaśnie, bo nie gaśnie w niej energia ani młodość. Zasypia w uśmiechu. A potem Peer wyprowadza ją. Życie zatacza koło. Rolę Barbary Krafftówny trzeba zobaczyć. Krafftówna jest aktorką, która poszukuje, która jest totalna, i mam wrażenie aktorstwo jest dla niej twórczością.
Kobietę w zieleni, orgazmiczną, pełną erotyki, wulgarności, nawet brutalności zagrała Katarzyna Figura. Gra outsiderkę, jakby trafiła tu z innej opowieści, innej bajki, innej planety. Jest jak z japońskiej kreskówki. Będąc outsiderem scala tę opowieść, burząc relacje między bohaterami, podkreśla ich prawdziwe "ja", obnaża ich emocje i zamiary. Jakby była alter-ego Peer Gynta, przeciw intelektowi, przeciw poszukiwaniu, może przeciw psychologii, jakby była jego popędem. Albo jakby była "id", czyli tym, co psychologia tłumaczy jako brzuch matki. Zresztą krzyczy do Peera o synu, który nie chce wyjść do ojca. Jest w ciąży, której nie ma, lub której nie widać. Katarzyna Figura podobała mi się bardzo w scenie trójkąta, trochę jak z filmu "Pusty dom", gdzie będąc z Peerem jest również z Solwejgą (Jadwiga Jankowska-Cieślak).

Dziwny spektakl. Otwierający wyobraźnię. Norweski - azjatycki spektakl. Wystarczająco obcy, żeby był absolutnie uniwersalny.

Reżyseria: Paweł Miśkiewicz, Dramaturgia: Dorota Sajewska, Scenografia: Barbara Hanicka, Muzyka: Anna Zaradny, Światło: Wojciech Puś; Ruch sceniczny: Jacek Owczarek.


Podziel się
oceń
0
0

Ty, Grzelo jeden!

czwartek, 17 maja 2007 15:44
Podobno jestem nietypowym autorem, bo uwielbiam wciąż na nowo pisać swoje teksty. Kiedy dostałem do przejrzenia redakcję swojej nowej książki, zacząłem twórczo szaleć. Nie czytałem jej przez wiele miesięcy i zobaczyłem wszystko inaczej. Wyrzuciłem w sumie kilkanaście stron, wiele akapitów i scenek napisałem na nowo, zmieniałem kolejność zdarzeń. Totalne wariactwo. Pokreślony przeze mnie własny przecież maszynopis wrócił do wydawnictwa, poszedł do korekty, a teraz korekta wraca do mnie. Wczoraj redaktorka prosiła mnie, co tam, błagała, żebym nie szalał i pod żadnym pozorem nie pisał na nowo. "Książka już jest złożona. Niech pan nie pisze od początku, wszystko pan zepsuje". "Ale ja już tę książkę znam, więc żeby się nie nudzić, chciałbym sobie wymyślić inne warianty scen, zakończenia". "Proszę pana, odwołuję się do pana rozsądku, jeszcze pan wszystko zepsuje. Niech pan swoje pomysły wykorzysta w nowej książce, tak pana proszę" - przekonywała mnie pani redaktor, która - jak zrozumiałem - moją książkę bardzo lubi i już się do niej przyzwyczaiła.
Nie mogłem jej obiecać, że coś we mnie nie wstąpi przypadkiem. Sztuka "Naznaczeni" ma chyba pięć różnych wersji. Inna wyszła drukiem, inną zrealizowałem w telewizji, inna była realizowana w radiu, inna jest w tłumaczeniach - np. wersja niemiecka jest na cztery osoby, a angielska na trzy. Włoska jest tłumaczeniem z niemieckiego, więc podejrzewam, że w niej już w ogóle inny tekst. I wciąż chodzi mi po głowie, żeby napisać kolejną wersję, mam już kilka pomysłów. Na szczęście na razie nie mam na to czasu. Moja pierwsza sztuka "Na gałęzi" też ma chyba trzy wersje. Nie mówiąc o "Uwaga - złe psy!", bo już nawet nie pamiętam, ile podejść robiłem do tego tekstu.
Pojechałem w ubiegłym roku, na zaproszenie pewnej fundacji do Rzymu. Tam na Uniwersytecie La Sapienza mówiłem o swoich sztukach. Poproszono mnie wcześniej o napisanie wystąpienia. Napisałem, owszem, chyba z dziesięć stron, tekst dostała tłumaczka. Przełożyła. A ja powinienem to czytać po parę zdań, by z kolei tłumaczka mogła czytać przygotowany tekst. Ale coś we mnie wstąpiło, do dziś nie wiem, co. Wprawdzie kartki tego wystąpienia ze sobą zabrałem, ale kiedy spotkanie się rozpoczęło spojrzałem w nie i uznałem, że to wszystko strasznie nudne, że już znam treść, że już w ogóle inaczej o tym myślę. No i zacząłem mówić zupełnie co innego, tłumaczka zdesperowana (wiem, to moja wina i związek zawodowy tłumaczy powinien wydać na mnie jakiś ostry wyrok) wertowała kartki, szukając tego, co mówię, ale tego tam przecież nie było.
Wszyscy znajomi autorzy krzyczą na mnie, że nie wolno tak własnego tekstu kalać, tak zmieniać, tak sobie kreślić, że we mnie nie ma za grosz przywiązania do własnych kropek, średników, myślników. Mimo to jestem coraz gorszy. Marta, kiedy to słyszy, załamuje ręce: "Proszę cię, nie pisz na nowo, ufaj sobie, lepiej napisz coś nowego". Co zrobić, kiedy lubię stare?
Zaprosił mnie kiedyś na rozmowę pewien dyrektor teatru. Chciał mnie przekonać do zmian w tekście. Uznał, że jak każdy autor będę uparty jak osioł. Coś zawile i na okrągło tłumaczył, próbując dojść do sedna. "Chce pan, żebym zmienił? Proszę tylko powiedzieć co, bo mnie strasznie korci, żeby tę sztukę napisać na nowo. Myślę, że za dużo postaci, dwie skreślę. I to zakończenie. Wie pan, właściwie dziwię się sobie, że tak to napisałem. Mam taki pomysł..." - tłumaczyłem. On pobladł, zbaraniał, popijał wodę szybkimi łykami. "Nie wierzę - mówił - jeszcze mi się to nie zdarzyło... A ja myślałem, że pan się wścieknie". Wściekłem się tylko raz. Kiedy pewna redaktorka zasugerowała, żebym napisał książkę na nowo, ale za to tak, jak pisze Joanna Siedlecka. Komentarz pozostawię w domyśle.
Teraz czekam na tę korektę. Już zacieram ręce. Grzelo, drżyj!

PS:
23 maja godz. 19.00 w Bydgoszczy (Filharmonia Pomorska) Barbara Krafftówna i "Błękitny diabeł" (więcej informacji www.musica.pl)

25 maja godz. 18.00 w Warszawie (Bielański Ośrodek Kultury przy ul. Goldoniego) Małgorzata Rożniatowska i "Uwaga - złe psy!" - pokaz w ramach festiwalu "Twarzą w twarz" - wstęp wolny, więc zapraszam podwójnie serdecznie, zważywszy na fakt, że spektakl nie był pokazywany w Warszawie przez wiele miesięcy (więcj informacji www.bok-bielany.art.pl)


Podziel się
oceń
0
0

Czasem słońce, czasem deszcz

środa, 16 maja 2007 10:00
Deszczowy, urodzinowy poranek. Niemajowa majowa pogoda. Muzyczne prezenty. Właśnie na taką pogodę. Cesaria Evora - nagrany dla TV ARTE jej koncert. Obejrzałem już wczoraj wieczorem, bo prezenty dostaję awansem od początku maja. Zachwyca mnie ta artystka, właściwie antyartystka. To nagranie to właśnie antykoncert, jest tak kontra-teatralny, że staje się teatrem. Cesaria w skromnej sukni, na której ma długi sweter zapięty na duże guziki. Chodzi po scenie, odwraca się od publiczności, rozmawia z muzykami, siada przy stoliku, pali papierosa, jednego za drugim, nie zwracając uwagi na publiczność. Jest na scenie, a jakby właśnie weszła do kawiarni, jakby tam spotkała znajomych. Nie kłania się po piosence. Uśmiecha. Czasem stoi śpiewając, a czasem uruchamia jedno czy drugie biodro. Żadnej dramaturgii, żadnego show. Po prostu Cesaria. I to najbardziej mnie zachwyciło.
Jest też urodzinowa płyta cd od Marty, na piosence Hendricksa swoim aksamitnym głosem Marta powtarza: "Dobrze, że jesteś". Od razu lepiej. A jak kiedy będzie mi gorzej, włączę tę płytę, i będę słuchał dwadzieścia cztery godziny na dobę, a co tam.
Od rana telefony. Tak miło. Dobrze. Rodzice śpiewający do słuchawki. To samo brat Mamy. Taki zwyczaj w mojej rodzinie, że jak nie możemy się spotkać w urodziny, to śpiewamy przez telefon. Też tak czasem robię składając telefonicznie życzenia bliskim.
Zaraz zrobię urodzinową kawkę. Trochę muszę zaczarować tę szarość zza okna. Podsłuchałem wczoraj rozmowę dwóch aktorek. Jedna mówi: "Leje strasznie". Druga odpowiada: "Ciesz się, że leje a nie sra". I nawet teraz, kiedy te zdania zapisałem, uśmiechnąłem się. Prawda, że ładne?


Podziel się
oceń
0
0

Grzybnia

poniedziałek, 14 maja 2007 20:41
Czasem trzeba odpocząć. Również od pisania. Tak zrobiłem w weekend. Nie żałuję. Sobota wieczór z filmem "Angielski pacjent". Oglądałem chyba piąty raz. Właściwie znam już na pamięć kolejne sceny, czekam na nie, więc w tym sensie film nie zaskakuje. A jednak lubię do niego wracać, do tego sposobu opowiadania, do postaci, do Afryki. Bezkres pustyni. Gorączka. Żar z nieba. Targ w Kairze. Burza piaskowa. Do zaakceptowania tylko na ekranie. Poza tym Juliette Binoche. Aktorka, która fascynuje. Lubię scenki-detaliki. Choćby tę, w której grana przez Binoche sanitariuszka Hana karmi umierającego przecież księcia Almasy śliwką. Kiedy zdejmuje z niej skórkę zębami i wkłada mu do ust sam miąższ. A Almasy odpowiada, że bardzo śliwkowa ta śliwka.
Za każdym razem, kiedy oglądam ten film, ta scena mnie zachwyca. Nie wiem, dlaczego. Albo ta, w której do rannego Almasy przychodzi afrykański znachor-czarodziej i niesie na ramionach przymocowane sznureczkami do drewnianej poręczy butelki z kolorowymi miksturami.
A w niedzielę spacer kulinarny. Najpierw restauracja "Dziki ryż" na Puławskiej. Stolik na zewnątrz, właściwie na podwórku. Smaczna zupa z owocami morza, białe wino. Na ścianie sąsiedniej kamienicy wypisane sprayem słowa: "Trzeba rozrywać rany polskie, żeby się nie zabliźniła błona podłości".
Potem czarująca ulica Różana i dwie odkryte właśnie knajpeczki z krzesłami na chodniku, dużo ludzi czytających książki. Bliżej Puławskiej "Żużu" i bliżej Al. Niepodległości "Lokalna". Obie wyjęte jak z krakowskiego pejzażu, jak przeniesione z Gołębiej. Młody mężczyzna idąc Różaną zerwał bez wyrastający z czyjegoś ogrodu przez płot na ulicę. "No, wiesz!" - strofowała go dziewczyna. "Nie wszedłem na niczyją posesję. Jakby wszedł, mogliby mnie pogonić, a tak, mogą mi skoczyć". Potem na Polach Mokotowskich, przy ulicy Leszowej, która zaskakuje wiejskimi rozpadającymi się domkami, a jednak wciąż ktoś w nich mieszka, libańska restauracja Samira. Zupa cebulowa. Mięso w liściach winogron. Sok z granatów. Absolutnie fantastyczna kawa orientalna z kardamonem i na deser baklawa. Ta restauracja jest trochę schowana, choć 200 metrów od al. Niepodległości, a jednak zawsze mnóstwo ludzi. Długa kolejka. Zamówienia składa się w kuchni. Co chwila wbiegała tam mała dziewczynka i krzyczała do ojca: "Tato, siku!!! Siku!!!" "Tatusiu, już nie wytrzymam!!!" "Tato, siku!!! Słyszysz?! Ja już robię!!!" Ale jej tato nie chciał opuszczać kolejki, bojąc się, że będzie musiał w niej stać od nowa.
Jedzenie w Samirze wyśmienite. Stąd, myślę, powodzenie tej restauracji.
Wieczorem w Teatrze Studio. Monodram Janusza Stolarskiego "Ecce homo" wg. Nietzschego. Trudny tekst, ale interpretacja mistrzowska. Za ten spektakl Janusz Stolarski dostał mnóstwo nagród na różnych festiwalach i przeglądach monodramów, nie tylko w Polsce. Całkiem zasłużenie. Stworzył spektakl aktorsko piekielnie trudny. Gra w nim każdy mięsień, każdy milimetr jego ciała. Połączenie pantomimy z teatrem słowa. Właściwie bez scenografii. Na scenie jedynie ogarek i skrzynia spełniająca różne funkcje, również trumny, w której spoczął Nietzsche. Spektakl schizofreniczny, obłąkany, wizyjny. Przygotowany z ogromną precyzją. Ani przez chwilę się nie nudziłem. Charyzmatyczny aktor raz po raz zaskakiwał interpretacją. Przykuwał uwagę. Nawet wtedy, kiedy pewnie przez dziesięć minut, w otwierającym spektakl monologu, nie pokazywał twarzy. Stolarski umieścił swój teatr gdzieś na styku nocy i dnia, a więc śmierci i życia. Od pierwszej do ostatniej minuty prowadzi walkę, również, a może przede wszystkim z sobą samym. Wgryzając się w prawdę o sobie, dotyka bólu. Stolarski sam napisał o pracy nad spektaklem:

W pewnym momencie zaczęły poja­wiać się jakieś obrazy. Czułem, że może to być na strychu, gdzie zbiera się różne rzeczy, dziś już niczemu nie służące, ale, jak chcemy wierzyć, mogące się kiedyś jeszcze przydać. Szukałem takich właśnie znaków - elementów scenografii, które mogłyby, jak te przedmioty na strychu... trwać.

W teatralnym magazynie zobaczyłem stary kufer. To było prawdziwe odkrycie - moja szansa. W takim kufrze składało się kiedyś rzeczy, które powinny być za­chowane - jako znaki dawnej świetności. Wielu z nas tworzy taki kufer we własnej pamięci. Los tego, co w środku, bywa różny. Czasem, kiedy ktoś zajrzy - zoba­czy znaki przeszłości, może jej strzępy... sygnały. Inny Potrafi ujrzeć w tym teraź­niejszość. Są rzeczy, które zawsze świecą tym samym blaskiem. Jest w nich coś, co nie pozwala zbutwieć, stracić wartości. Chciałem otworzyć taki kufer i przyjrzeć się jego wnętrzu wraz z widzami.

(...)

Nie bez znaczenia jest fakt, że cała moja praca nad tym spektaklem była i jest bardzo istotną częścią mego życia. Myślę, że to już nie tylko aktorstwo i nie tylko teatr. To coś ważniejszego. To spotkanie z myśleniem innego człowieka.


Lubię teatr, który wymaga skupienia, wyobraźni, któremu nie obca jest abstrakcja. Teatr, w którym o coś chodzi, i w którym aktor sam jest teatrem. W którym zdołał przekroczyć własne możliwości i ograniczenia. Spektakl Janusza Stolarskiego nie jest łatwy. Nie jest rozrywką. Jest pracą. Pracą, która staje się na oczach widza filozofią.

Ktoś pytał w komentarzach, kiedy wychodzą Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza. Pani Maria Iwaszkiewicz, u której dzisiaj byłem (skoro wcześniej było kulinarnie, to zdradzę, pani Maria podała truskawki po włosku, czyli z cytryną i cukrem - fantazyjne połączenie) zapewnia, że pierwszy tom (zaczyna się już w roku 1911, kończy w latach 50.) wyjdzie jeszcze w tym roku, na jesieni. Powiedziała, że lektura zaskoczyła ją samą. Nie wiedziała, że dom Jarosława (jak czasem mówi o swoim ojcu) był aż tak biedny.
Myślę, że te Dzienniki będą ciekawe z wielu powodów. Również literackich. Zaczyna je pisać uczeń, kończy wybitny pisarz. Pokażą więc dojrzewanie pisarskie.
Od pani Marii wiem też, że w Iskrach mają wyjść Dzienniki Anny Kowalskiej, przyjaciółki Marii Dąbrowskiej.
Kupię na pewno. Lubię diarystykę. Lubię podsłuchiwać. Wciąż podsłuchuję Virginię Woolf.
Z wiadomości literackich: wydawnictwo Prószyński opublikowało już "Polskę Piastów" Pawła Jasienicy. W księgarniach po 39 złotych. Już w tym tygodniu, w Warszawie, Targi Książki. Święto słów. Słów, które rozrastają się jak grzybnia.


Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 757  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl