Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Dwa zapachy tataraku

środa, 29 kwietnia 2009 23:38

Dwa zapachy tataraku

 Rozmawiał Remigiusz Grzela 2009-04-29, ostatnia aktualizacja 2009-04-29 22:50:16.0

Krystyna Janda i Andrzej Wajda byli we wtorek 28 kwietnia gośćmi spotkania w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe". Oto fragmenty rozmowy.

Remigiusz Grzela: Czy trudno jest napisać scenariusz z opowiadań Iwaszkiewicza? Do realizacji "Tataraku" przymierzał się pan kilka lat.

Andrzej Wajda: U Iwaszkiewicza są bardzo wyraziste postacie. Aktorzy nie mogą niczego ilustrować. To musi wypływać z nich samych, z akcji. W "Tataraku" jest napisane, że autor po latach spotyka panią Martę i ona opowiada mu tę historię. Jest śmiertelnie chora. Pomyślałem, że wprowadzenie tej choroby na początku opowiadania dawałoby większą dramatyczność jej spotkaniu z młodością, którą reprezentuje Boguś. Jak to można było zrobić? Przyjeżdża przyjaciółka z Warszawy, która w opowiadaniu Iwaszkiewicza nie ma specjalnego zadania, i rozmawiają o niczym, wypełniając pustkę życia pani Marty. Pomyślałem, że doktor, który mieszka w niewielkim miasteczku, posłał wyniki swojej żony do kolegów z Warszawy, którzy mają większą szansę sprawdzenia, co jej dolega. Przyjaciółka przyjeżdża z Warszawy i przywozi dokumenty.

Dowiedziałem się od mojego lekarza prof. Andrzeja Szczeklika, który nie tylko leczy moje biedne serce, ale i moje filmy, że istnieje opowiadanie Sándora Máraia pt. "Nagłe wezwanie". Poradził, żebym przeczytał. Zabieg włączenia do "Tataraku" opowiadania Máraia o mężu lekarzu, który stwierdza u żony śmiertelną chorobę, wydał mi się dosyć istotny. Całą resztę pozostawiłem bez zmian, starając się oddać to, co najtrudniejsze w prozie Jarosława Iwaszkiewicza, czyli to, co wynika z połączenia krajobrazu i losów ludzkich. Nie jest bez znaczenia, kiedy i gdzie, o jakiej porze roku rozgrywa się ta historia.

Staraliśmy się z operatorem Pawłem Edelmanem, aby ta historia duszy znalazła dla siebie tak szerokie tło, jak sobie tego życzy autor opowiadania.

Obie te historie to wciąż było za mało na film?

Andrzej Wajda: Myślałem, że może trafię na inne opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, które się zrymuje z "Tatarakiem". Ale nie trafiłem. I wtedy uznałem, że jedynym tematem, który mógłby dopełnić ten film, jest aktorka grająca panią Martę. Od samego początku wiedziałem, że to będzie Krystyna Janda, bo chciałem się z nią spotkać od lat. Uważałem, że takie spotkanie jest nam potrzebne. W każdym razie mnie było potrzebne spotkanie z jej talentem rozwiniętym po latach doświadczeń w filmach i w teatrze. Chciałem opowiedzieć, kim grająca panią Martę aktorka jest, jakie jest jej życie, o czym myśli? Koniecznie chcieliśmy dać piękną opowieść o tataraku, który ma dwa zapachy. Ale tego nie da się w żaden sposób zilustrować filmem. To musi być powiedziane słowami. Dlatego zaczynamy od sceny, w której aktorka grająca Martę i reżyser czytają opowiadanie "Tatarak".

Potrzebował pan spotkania z Krystyną Jandą. Za czym pan tęsknił?

- Pamiętam, jak robiliśmy wiele lat temu "Bez znieczulenia". Krystyna Janda grała tam epizodyczną rolę. Agnieszka Holland napisała scenariusz. Pierwsza scena, a Krystyna nic nie mówi. Mimo że są napisane dialogi. Myślę: "Zobaczymy, co będzie dalej". Gdy reżyseruję, zawsze jestem zaciekawiony, co się wydarzy w takich momentach. Jestem tego ciekawy jak małe dziecko. Druga scena: znowu nic nie mówi. Biorę ją na bok i pytam: "Czy ty masz zamiar nic nie mówić w tym filmie?". "Tak" - odpowiada. "Tu wszyscy tyle mówią, po co ja będę mówić". Pomyślałem: "A, to jest inteligentne". Poprosiłem tylko, aby na końcu powiedziała jednak jedno zdanie, bo inaczej wezmą ją za niemowę. Spotykając się z Krystyną Jandą na planie, wiem, że będę miał niespodziankę, przygodę. Jestem otwarty na interwencję aktorów, a to z bardzo prostej przyczyny - aktorzy stoją bliżej postaci niż reżyser. Moim zadaniem jest, aby postacie się spotkały i żeby zrealizowały wspólnie wydarzenie, które jest tematem scenariusza. Aktorom, którzy mają indywidualność, siłę, przekonania, a tacy są przecież najbardziej wartościowi, trzeba dać wolność. Cała trudność polega raczej na tym, że nie wszyscy mają taką wolę i nie wszyscy mają taki talent.

W "Tataraku" od początku wiedziałem, że potrzebna mi jest scena, w której aktorka w pewnym momencie ucieka z planu, nie chce grać dalej. Moi koledzy z ekipy byli temu przeciwni. Mówili, że to już trochę za dużo. Ale Krystyna nagle mówi: "Nie, Andrzej, to jest w porządku, dwa razy uciekłam z planu". Uciekła do hotelu, bo zwykle kręci się z dala od domu, mieszkając w hotelach...

Naprawdę uciekała pani z planu?

Krystyna Janda: Rzeczywiście dwa razy uciekłam z planu. Raz, robiąc postsynchrony do filmu "Kochankowie mojej mamy", zagrałam scenę improwizującą rozpakowywanie prezentów i otwierając papiery, improwizowałam cały dialog. Usłyszałam, że mamy jeszcze raz podłożyć cały dźwięk, całą scenę powiedzieć na nowo. Miałam już doświadczenie, wiedziałam, że drugi raz nie powiem tak samo czy równie dobrze. Szybko też zobaczyłam, że mówię między dźwiękiem, darciem papieru, czyli jeżeli reżyser się troszeczkę wysili i popracuje, to uratuje dialogi. I wtedy po prostu powiedziałam, że nie zrobię postsynchronu, bo to jest psucie sceny, i uciekłam. To było w Łodzi. Powiedziałam, że wracam do Warszawy. Na co reżyser wybiegł i krzyczał: "Natychmiast znajdźcie mi jakąś inną aktorkę o podobnym głosie!".

Andrzej Wajda: Nie mów nazwiska.

Krystyna Janda: Asystent na to: "A gdzie jej mamy szukać? Dziś? W Łodzi?". Drugi raz zbiegłam z planu, płacząc, ponieważ reżyser niespodziewanie zmienił zakończenie. Grałam cały czas coś innego, a on na końcu zmienił zakończenie i wszystko, co zagrałam, stawało się bez sensu. Grałam postać, której mąż nie chce dotknąć, a reżyser wymyślił potem, że jestem w ciąży. Dramat mojej postaci polegał na tym, że mąż ma kochankę i mnie nie dotyka. No nie.

Andrzej Wajda: Nie mów nazwiska.

Krystyna Janda: Zdarzyła mi się jeszcze inna, zupełnie nieprawdopodobna rzecz. Grałam w filmie "Matka mojej matki". Scenariusz był tak napisany, że nie jestem matką tej dziewczyny. Na tym moim zdaniem polegała uroda mojej roli - jakaś dziewczyna przychodzi do kobiety, która lubi się czasem lekko napić, i mówi: "Pani jest moją mamą". Na to moja bohaterka myśli: "Jak ona tak chce, to się pobawimy". A tu producent obejrzał film i powiedział: "Nie, trzeba dokręcić scenę, że ona jest matką". Przecież grałabym inaczej, gdybym była naprawdę matką. I ty się dziwisz, że nikomu innemu bym nie zaufała do końca, tylko tobie.

Wspominał pan, że pokoje hotelowe to miejsca, których nie można oswoić. Amerykański malarz Edward Hopper jest mistrzem w opowiadaniu o ludziach samotnych w hotelowym pokoju. To jego malarstwem inspirował się pan, pracując nad "Tatarakiem".

Andrzej Wajda: Większość życia spędziłem w hotelach, zrobiłem pewnie z 50 filmów. Hotel jest czymś przejściowym. Hopper namalował najtrafniej, najpiękniej, najgłębiej Amerykę lat 30. z całą melancholią wielkiego miasta, ale i prowincji. Czasem jest u niego step, stoi jakiś domek, obok kobieta ubrana na czerwono, w kapeluszu, czerwone buty, a tu sawanna - nie ma nic. Dla kogo się tak ubrała? To są bardzo piękne i zastanawiające obrazy. Jest też seria pokoi hotelowych. Na jednym kobieta tylko w halce trzyma grubą książkę, czyta. Co to za książka? Łatwo się domyślić, bo w każdym amerykańskim hotelu otwierasz szufladę i leży Biblia. Czyta Biblię, czekając na ukochanego? A my to wszystko widzimy przez okno, jakbyśmy przypadkowo przechodzili. Najbardziej znanym obrazem Hoppera są "Nocni włóczędzy" - taki nocny bar, w którym siedzi para - mężczyzna i kobieta. Jest też na nim barman w białej furażerce i samotny mężczyzna, w sumie cztery osoby. Dookoła czarna, ciemna, pusta ulica, wszystkie okna zgaszone. Pomyślałem, gdzie - jeśli nie u Hoppera - powinienem szukać dla siebie natchnienia? Stąd monolog aktorki w pokoju kompletnie nie do oswojenia, w którym nie ma nic indywidualnego.

Jakie opowieści ukrywają w sobie kobiety na obrazach Edwarda Hoppera?

Krystyna Janda: Niedawno pewien widz napisał do mnie list o atmosferze pokojów hotelowych znanych z malarstwa Hoppera. My, którzy często mieszkamy w hotelach, zawieszeni między jednym wydarzeniem a drugim, życiowym czy zawodowym, wiemy, jak bardzo te pokoje są bezosobowe, jak trudno się w nich odnaleźć, jak często prowokują myśli. Jest w nich samotność, jest oczekiwanie, że coś się zdarzy, coś, na co nie mamy wpływu. Świetnie, że w "Tataraku" jest właśnie taki bezosobowy hotelowy pokój. Ten widz napisał: "Ja też nie odrywam z walizek bilecików samolotowych. Nie wiem, co będzie dalej. Tak jakby ta walizka miała tu już zostać. To jest tymczasowe miejsce. Chwila w zawieszeniu".

Nie bała się pani zagrać sceny monologu w pokoju hotelowym?

Krystyna Janda: Nie, nie bałam się. Pracuję bardzo długo, dużo gram sama, gram monodramy. Lubię być sama na scenie. Lubię komponować wieczór, decydować, co tego wieczora będzie ważne. Gram tak, jak czuje mój organizm i jak psychika tego wieczora mi pozwala. Wydaje mi się, że rozumiem publiczność, że wiem, czego się obawia, wiem, że czasem przesadzam. Umiem to naprawić, tak żeby widzowie byli w dobrej kondycji przez całą opowieść , żeby rozumieli i czuli to, co wydaje mi się ważne. W "Tataraku" w scenach monologów narzędzia były w moim ręku. Bardzo chciałam to powiedzieć dokładnie tak, a nie inaczej. Co do westchnienia. Dlatego nie bałam się.

Puściły mi nerwy tylko raz, ale Andrzej to usłyszał. Nawet ja sama nie wiedziałam, że za chwilę będę płakać, a Andrzej i Paweł Edelman już to usłyszeli. Paweł podbiegł i zgasił lampę. Andrzej powiedział: "Stop". Jestem za to bardzo wdzięczna. Nie można postawić widza w trudnej sytuacji. Jeżeli ten film ma wywołać wzruszenie, jeżeli ma się zrymować z życiem prywatnym widzów, to nie można ich sobą zawstydzać, wprawiać w zażenowanie. Wiedziałam, że muszę powiedzieć o śmierci w taki sposób, żeby widzowie mogli w moją opowieść wpisać samych siebie. Wiedziałam też, że mówię do ludzi, którzy wiedzą, co do nich mówię... I dlatego nie chciałam uciec z planu.

Powiedziała pani całkiem niedawno, że Andrzej Wajda jest najmłodszym reżyserem świata.

Krystyna Janda: (śmiech) To prawda, z żadnym innym reżyserem nie mogło mi się zdarzyć takie szaleństwo. Jakby mnie wystrzelili w kosmos - każde spotkanie z nim, każda praca niesamowita.

Ale mówiła też pani, że z Andrzejem Wajdą właściwie nic nie wiadomo, że najlepiej zagrać cały film w jednej fryzurze i jednym kostiumie...

Krystyna Janda: Tak Andrzej żartował z siebie przed laty, kiedy uczyłam się od niego wszystkiego - grać, pracować, być na planie, być artystką, być kobietą, być Polką. Zawsze przestrzegałeś mnie, Andrzeju, żebym nie zmieniała kostiumu, bo nie wiesz, w jakiej kolejności zmontujesz sceny, i mogę ci przeszkodzić. Mówiłeś, żebym w każdej scenie zagrała dokładnie wszystko, całą rolę, ponieważ nie wiadomo, czy ta scena, którą właśnie kręcimy, w ogóle wejdzie do filmu. I jeszcze coś. Mówiłeś: Kiedy aktor bardzo chce coś zagrać, jest jak chore dziecko, trzeba mu pozwolić zagrać to, co chce, bo inaczej nie będzie grał tego, czego chce reżyser. Czasem żartowałeś, że trzeba pozwolić mu to zagrać, nawet nie wkładając taśmy do kamery. Taśma była kiedyś bardzo droga. Zawsze zastanawiałam się, grając, czy jest taśma w kamerze.

(śmiech).

Dokumentaliści mówią do niektórych bohaterów: "A teraz nakręcę pana na amerykańską taśmę", czyli nie nakręcę.

Krystyna Janda: Dwa miesiące pracy przy "Człowieku z marmuru" nauczyły mnie wiele i potem całe moje życie zawodowe mogłam czerpać z doświadczeń naszego pierwszego spotkania, z tych dwóch miesięcy. Nauczyłam się przede wszystkim, że trzeba pracować odważnie, że warto ryzykować. Że warto być w sztuce odważnym i bezkompromisowym. Dla mnie to spotkanie, ta praca wtedy była tak ważna, odkrywcza, że to, czy "Człowiek z marmuru" wejdzie do kin, czy zatrzyma go cenzura, właściwie nie miało większego znaczenia. Najważniejsze było to, że spotkałam człowieka, od którego tak wiele mogłam się nauczyć. (oklaski).

Andrzej Wajda: Przez pierwsze dni na planie "Człowieka z marmuru" moją asystentką była Agnieszka Holland. Powiedziałem Krystynie Jandzie: "Ty patrz na Agnieszkę, jak ona reżyseruje, jak się zachowuje. To jest ktoś, kto idzie do przodu, kto będzie kimś". A troszkę też patrzyłaś na mnie. I to nie bardzo się spodobało. Publiczność nie była przyzwyczajona, żeby kobieta na ekranie, Polka, tak się zachowywała, była tak energiczna, żeby robiła takie miny, żeby nie liczyła się z niczym. No, a jak zrobiła gest Kozakiewicza! Słuchaj, dlaczego my teraz nie zrobiliśmy tego, to by się tak dobrze nadawało.

Krystyna Janda: W "Tataraku"?

Andrzej Wajda: Nie, w "Tataraku" nie, ale trzeba zrobić szybko jakiś inny film, mogłabyś ten gest powtórzyć.

Planuje pan film o Lechu Wałęsie, więc może to jest miejsce na gest Kozakiewicza.

Andrzej Wajda: Lecha trzeba by namówić. On się nie da namówić do niczego. Niech zostanie sobą, jest fantastyczny.

Wracając do "Człowieka z marmuru", jak Andrzej Wajda wytłumaczył pani tę rolę?

Krystyna Janda (do Andrzeja Wajdy): Powiedziałeś mi wtedy, przed

"Człowiekiem...", że mam sportretować pokolenie, które nadchodzi, które otworzy drzwi. Przypomniałam sobie wszystkich kolegów z liceum plastycznego, ich niekonwencjonalne poglądy, zachowania, zwariowane plenery malarskie, ich sposób bycia. A potem jeszcze powiedziałeś: "Amerykanie robią filmy z samymi mężczyznami, czy mogłabyś zagrać jak mężczyzna?" Gest Kozakiewicza po prostu postawiłeś przede mną takie zadanie.

Andrzej Wajda: Wiesz, co mi się spodobało w czasie zdjęć próbnych? Co zwróciło moją uwagę? Patrzyłem na kogoś innego, jak grał, ale kątem oka zobaczyłem ciebie - stoisz i palisz papierosa bardzo nerwowo. O, myślę sobie, dobre. I pamiętam, że powiedziałem: "Czy mogłaby pani zapalić papierosa?"... Patrzę, to fantastyczne, zrobiłaś to dokładnie tak samo. A znam aktorów i znam życie - przeważnie w takiej sytuacji słyszę następujące: "A może mi pan powiedzieć, co ja robiłam?". Wtedy mówię: "Idź do domu, dziecko, nie będziemy robić razem filmu".

To jest właśnie świadomość. Aktor musi mieć świadomość, że może coś powtórzyć. Jeżeli nie może powtórzyć, to mogę wziąć każdego, nie?

Krystyna Janda: (śmiech) Nie. Proszę państwa, to były czasy, kiedy robiliśmy filmy zupełnie inne niż składane scenariusze. Bardzo wiele działo się na planie. Jestem aktorką, która do dzisiaj nie uczy się tekstów na pamięć, bo mnie się ciągle wydaje, że tekst powstaje na planie, że ciągle jest cenzura.

Andrzej Wajda: Cieszę się, że dożyliśmy takiego filmu jak "Tatarak", że nauczyłaś się dialogów. I widzisz, nie ma lepszych dialogów.

Mówiła pani, że czuła, przygotowując się do roli, że Iwaszkiewicz, pisząc "Tatarak", miał w sobie prywatny ból. Jak dzisiaj patrzy pani na ten film?

Krystyna Janda: Czytałam to opowiadanie, czułam, że jest bardzo osobiste. Niedopowiedziane, zagadkowe. Są zdania, które świadczą, że między nimi jest coś więcej, że jest coś, co można wypełnić, każdy może uzupełnić je sobą, swoją tęsknotą albo historią. To opowiadanie tajemnicze, może bardziej osobiste, niż się nam wszystkim wydaje.

Mówiła pani też o naturalnej potrzebie, z której powstał ten film. Powstał z poczucia wolności?

Krystyna Janda: Przede wszystkim wiedziałam, jak jest dla mnie ważny. Nie ja jestem ważna, rola, jak temat jest dla mnie ważny. Ten film robiłam z wielką nadzieją, ale i przyjemnością. Zaczęło się niewinnie. Pierwsze rozmowy zaczęły się trzy lata temu. Andrzej Wajda powiedział, że ma ochotę spotkać się ze mną przed kamerą. Szukaliśmy ważnego powodu, żeby postawić kamerę na planie filmowym. Trzeba mieć naprawdę powód, żeby włączyć kamerę. Nie wchodzi się przed kamerę, na scenę po... byle co. Nie warto. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy. Powstawały kolejne wersje scenariusza. Rodziły się różne pomysły. Można by napisać opowieść o kolejnych wiosnach i latach, podczas których nie zrobiliśmy tego filmu. Ale cały czas pracowaliśmy. Potem stało się to, co się stało, a jeszcze później, tamtego lata, pewnego dnia postanowiłeś, Andrzeju, że możemy postawić kamerę. Że mamy powód. Wszystko stało się w rezultacie zupełnie inaczej, niż planowaliśmy, i to jest najpiękniejsze. Ale jak się stawało, zajrzałeś mi w oczy i zapytałeś, czy chcę, żeby tak było, i czy się na to decyduję. Czy chcę powiedzieć swój monolog. A ja pomyślałam tylko, że jeżeli Andrzej Wajda poświęca swój czas, swój autorytet, talent i uważa, że te dwa tematy, że te dwie historie mogą być razem, to jest to dla mnie wielkie szczęście i dziękuję, że los zdarzył w moim życiu coś takiego. Przy każdej okazji dziękuję za to, że tak się stało.

Andrzej Wajda: Gdyby nie stało się tak, że dajesz mi napisany monolog, nie wiem, czy bym się zdecydował. Przeczytałem i poczułem nagle, że to jest silne, wyraziste. Gdybyś to przed kamerą opowiedziała od siebie, bez napisanego tekstu, to byłoby żenujące. Jakbyś chciała koniecznie zadowolić dziennikarzy, którzy zadali ci pierwsze bolesne pytanie. To by było jak obrona przed nimi. Dlatego poprosiłem, żebyś nauczyła się na pamięć. Pomyślałem, że mogę postawić daleko kamerę, tak jak doradził Paweł Edelman, i nie zaglądać ci w oczy. I nie robić tego właśnie, czego nie chcesz, a czego żądają od ciebie dziennikarze.

Krystyna Janda: Nie miałam potrzeby, żeby to opowiedzieć w ogóle. To, co powiedziałam, jest opowiedziane do filmu "Tatarak". Każdy akapit zaczyna się od spotkania z filmem "Tatarak". To tylko było zdumiewające, jak nagle te obie historie - prywatna i fikcyjna - zaczęły się przenikać. Nie mogły już bez siebie w mojej głowie istnieć.

Andrzej Wajda: Zaciekawiło mnie, że zdecydowałaś się pójść tak daleko w postaci pani Marty. Nie tylko przefarbowałaś włosy, zrobiłaś sobie nawet inne oczy. Wiedzieliśmy, że chcemy zrobić w drugiej części opowieść o aktorce, ale nie myślałem, że pójdziesz tak daleko.

Krystyna Janda: To było naturalne. Opowiadaliśmy też o zawodzie aktora, a dla ludzi z zewnątrz to, że aktor się zmienia, także fizycznie, jest chyba najbardziej fascynujące, to, że inaczej chodzi, mówi, w innym rytmie myśli i reaguje.

Tadeusz Sobolewski w "Gazecie Wyborczej" napisał, że realizacja "Tataraku" ma być dla aktorki rodzajem szczepionki przeciwko śmierci. Jak to pani rozumie?

Krystyna Janda: Myślę, że przy okazji tego filmu za często mówi się o mnie i o mojej prywatnej historii. Jestem aktorką od 30 lat. Od 30 lat używam własnego życia, przeżyć, doświadczeń, do opowiadania fikcyjnych historii. Śmierć jest uniwersalnym, wielkim tematem. To opowieść - jak już mówiliśmy - o zawodzie aktora. Aktor oddaje swojej postaci wszystko, co wie, rozumie, czuje.



Rozmawiał Remigiusz Grzela


Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA


Podziel się
oceń
0
0

Jutrzejsza Gazeta

wtorek, 28 kwietnia 2009 23:21

Trzeba mieć powód, żeby włączyć kamerę

 dow 2009-04-28, ostatnia aktualizacja 2009-04-28 22:47:18.0

O ucieczkach z planów filmowych, wyjątkowej współpracy z Andrzejem Wajdą, filmach, które rymują się z życiem i dziennikarzach, którzy zadają o jedno pytanie za dużo, opowiadała w naszej redakcji na spotkaniu w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Café" Krystyna Janda.

- Są filmy, które wymagają energii, szybkości i takie, które muszą być robione bez pośpiechu - wyjaśniał Andrzej Wajda, dodając, że właśnie do tej drugiej grupy należy jego ostatni obraz "Tatarak", którego scenariusz dojrzewał kilka lat i był wielokrotnie zmieniany.

- Czy chciała pani uciekać z planu filmu "Tatarak"? - pytał Krystynę Jandę prowadzący Remigiusz Grzela.

Wcześniej Andrzej Wajda zdradził, że wybitnej aktorce, tak jak i jej filmowej bohaterce, też zdarzyło się uciekać z planów filmowych. Dwukrotnie, kiedy reżyserzy zmieniali nagle zakończenie filmu, albo intencje granych przez nią postaci.

- Trzeba mieć powód, żeby włączyć kamerę. Trzeba mieć powód, aby robić film. Na scenę nie wychodzi się po byle co - dodała Krystyna Janda.

Z planu "Tataraku" nie chciała uciekać. Ten film był dla niej szalenie ważny. Intymnego monologu o umierającym mężu, który sama napisała, za namową Andrzeja Wajdy, nauczyła się na pamięć. Żeby w trakcie zdjęć nie improwizować, nie szukać nowych słów na nazywanie uczuć. - Podczas nagrywania w pewnym momencie puściły mi nerwy, ale Andrzej natychmiast to zauważył i powiedział "stop". Operator Paweł Edelman wyłączył kamerę - opowiadała aktorka.

Nie ukrywała jednak, że kampania promocyjna filmu ją przerosła. A dziennikarze czasem zamiast skupić się na filmie, zadawali drażliwe, intymne pytania. - Czasem o jedno za dużo - przyznała.

Gościem specjalnym spotkania była Maria Iwaszkiewicz, córka autora tytułowego opowiadania

Posłuchaj zapisu rozmowy ze spotkania






















Podziel się
oceń
0
0

ziele tataraku

wtorek, 28 kwietnia 2009 12:17
Budzę się bardzo wcześnie i zaraz odsuwam obfite kretony zasłaniające okno. Słońce właśnie wschodzi zza gór Kalabrii. Wczorajsze liczne plany zlały się w jedno pasmo, siwa mgła na górach. Morze przejrzyste i jasnoniebieskie. Wynurzanie się tarczy słonecznej coś cudownego. - tak pisał Jarosław Iwaszkiewicz w swoich "Dziennikach" 25 listopada 1951 roku.

Pan Andrzej Wajda opowiada, że pokoje hotelowe zawsze pozostaną obce. Właśnie dlatego zdecydował się część "Tataraku", monolog Krystyny Jandy nagrać właśnie w hotelowym pokoju stylizowanym na obraz Hoppera.
Krystyna Janda mówi, że pani Marta, którą gra w filmie Wajdy to stary pisarz, stary Iwaszkiewicz. I jeszcze mówi, że umiera się łatwo.
4 grudnia 1955 Jarosław Iwaszkiewicz zapisuje w swoich "Dziennikach":

Jest gdzieś kraina, musi być, gdzie piękne Stawisko nie przyczynia żadnych kłopotów, gdzie żona jest tak czuła i mądra jak Hania dawniej, gdzie Marysia nie zdradziła Stacha, a Stach jest sama dobroć i mądrość, gdzie Maciek jest genialnym dzieckiem, Wiesiek pomaga mi w każdej trudnej sytuacji, gdzie czyszczą buty starszym i niepotrzebnym pisarzom, gdzie Jurek Błeszyński piękny jak anioł nie ma gruźlicy, gdzie Inek Gogolewski przychodzi radzić się mnie, a nikt z tego powodu nie plotkuje, gdzie Janek Himilsbach w swoim cudnym ciele ma duszę nie kanalii i oprycha, ale perskiego dżina i przejrzystej peri, gdzie tańczą piękni i czyści - gdzie jest dobrze, dobrze, dobrze. Bo tu jest źle, źle, źle. Przecież gdzieś w jakichś utworach muzycznych, w wierszach Mickiewicza, w promieniu zachodu - mieści się tajemnica nigdy niedostępnego, niemożliwego, a tak realnie wyobrażalnego szczęścia.




Podziel się
oceń
0
0

Sante!

niedziela, 26 kwietnia 2009 17:30
Więc co zrobić z jednym jedynym wolnym dniem. To jest tak jakbym wyszedł spod ziemi i padł uderzony tlenem. Przygotowałem sobie dziesięć książek i czytam na wyrywki, oczywiście gazety, które czytam fragmentami, próbuję robić notatki, żeby nie zgubić różnych ważnych chwil wartych zapamiętania, sprzątam, jakby to było najważniejsze, przekładam, ustawiam, wycieram kurz z książek, o których istnieniu zapomniałem. Czuję, że sam sobie robię krecią robotę. Próbuję trochę siedzieć na tarasie, ale zaraz mnie dopada, że coś tam jeszcze w domu do zrobienia, do sprzątnięcia, do okiełznania. Na szczęście obudziłem się wcześnie, słońce wlało się do pokoju, wróciłem do "Dziennika dla dorosłych" Chwina i tak przed wstaniem miałem za sobą już prawie 100 stron lektury. Ten dziennik zamienia się w opowieść o polskich kompleksach narodowych, o polskim katolicyzmie, o naszej ślepej wierze w to, że jesteśmy wybrani, jedyni, przeznaczeni do romantycznych zrywów. Chwin prowadzi swoją interpretację polskiej historii współczesnej. "Solidarność" obaliła komunizm? Ale przecież ten system się już sam rozpadał. Gdańsk był miastem wielokulturowym? Ależ skąd. Chwin jest przewrotny, pisze na przykład na nowo życiorys Mickiewicza zastanawiając się, co byłoby, gdyby Mickiewicz opowiedział się po stronie Rosji. Gdzieś w finale napisałby "Zbrodnię i karę"... Robi Chwin pranie mózgu, nie powiem, miesza, nie powiem, zadziwia i irytuje, odrzuca i wciąga. Daje do myślenia. Próbuje pokazać Polakom Polaków, jakich nie widzą, bo nie patrzą daleko. Oczywiście nie każda ze stron i opowieści jest równie wciągająca. Trochę przeraża mnie wątek K., żony S., bohatera dziennika, która raz po raz próbuje z Chwina zrobić Chwina. - I po co ci to? Dlaczego tak piszesz? Już ci ten czy owy ręki nie poda. I po co tak? Opanuj się, ludzie nie chcą czytać tego, z czym się nie zgadzają. S. gęsto cytuje zdanie K., często zupełnie inne, a jednak nie pozwala się okiełznać i wtedy ten dziennik przybiera formę naprawdę żywiołową. Kapitalny zapis rozmowy z Grassem w jednej z gdańskich restauracji i zdziwienie, że Grass nigdy nie czytał "Dziennika" Gombrowicza. Znakomite fragmenty różnych rozmów i telefonów Czesława Miłosza. Przewrotna relacja z pogrzebu Miłosza w Krakowie. Wreszcie jeden z najświetniejszych fragmentów tej książki - rozmowa ze spotkanym na dworcu Wajdelotą. Ten fragment przeraził mnie bardzo, bo właśnie taką postać, jak ta, którą spotkał S., wykreowałem w swojej nowej powieści "Złodzieje koni". Mój Wajdelota nazywa się Belmondo i jest prawdziwym kreatorem życia i opowieści. A może czytam Chwina, bo jest w moim czytelniczym krwioobiegu, bo od "Hanemanna" na podobne tematy wyostrzam słuch i wzrok?
Dawkuję sobie ten dziennik. Druga połowa przede mną. Może jeszcze dzisiaj przed snem?
Próbowałem potem czytać nową powieść Philippe'a Bessona i pierwszy raz nie mogę wejść w klimat jego książki. Nie wiem, dlaczego. To zdaje się trzecia powieść Bessona, której akcja dzieje się w Ameryce i prawdę mówiąc Ameryka opisywana przez Francuza w powieści, której bohaterami są Amerykanie, nie bardzo mnie interesuje. Nie wiem, dlaczego Besson przestał pisać o Francji i o Francuzach. Wtedy był zajmujący. Najwspanialsze książki o Ameryce, jakie czytałem w ostatnich latach to te, których autorami są Philip Roth, Paul Auster, John Updike. Jedne z najgenialniejszych książek o Ameryce to "Śniadanie u Tiffany'ego" i "Z zimną krwią" Capote. Coś Philippe Besson, nawet jeśli do jego książek mam ogromny sentyment, nie jest dzisiaj w stanie mnie przekonać. Dam mu jeszcze jedną szansę. Zasłużył na to swoimi poprzednimi powieściami. Teraz, jeśli czytam dalej, to z powodu inspiracji Edwardem Hopperem. Ostatnio nie ma dnia, żeby mnie jego obrazy nie zatrzymały.
Na szczęście na biurku jeszcze nowa powieść Pierre'a Assoulina. Tak, myślę o Paryżu. I żeby chociaż tak kir royal, jak ten, który sfotografowałem kiedyś, któregoś wiosennego dnia.





 

Podziel się
oceń
0
0

Tatarak

piątek, 24 kwietnia 2009 10:53
Kalendarz mnie obezwładnia. W ostatnich tygodniach dzieje się tyle, że przestałem odpowiadać na telefony i maile - jestem poza zasięgiem. Przyjaciele się denerwują. Ktoś mi się nagrał: "Chociaż trochę dostępnym trzeba być!" Moja mama wczoraj: "Dlaczego strajkujesz?" A ja po prostu jestem na pełnym morzu, wiatr w żagle i cała naprzód. Nie mam nawet chwili, żeby dokładnie się rozejrzeć, poszukać przystani, jakiejś wyspy, na której można by rozpalić ognisko i zjeść filet z rekina. Patrzę na Kota Tutkę z zazdrością, że może przespać dwadzieścia godzin i że ma z tego spania absolutną, absolutną przyjemność. Przewraca się z boku na bok, śpi na plecach, wyciąga się. Jest w siódmym kocim niebie.
Stos książek do przeczytania rośnie, staram się czytać nocą, kosztem snu, ale prawdę mówiąc wieczorami jestem tak zmordowany, że po prostu padam. Mimo to wczoraj udało mi się przeczytać 50 stron "Dziennika dla dorosłych" Stefana Chwina, pisarza, którego cenię od dawna, i którego powieść "Hanemann" należy do mojego ścisłego kanonu. "Hanemanna" czytałem perwersyjnie, bo wracałem do tej powieści wiele razy i za każdym razem odkrywałem nowe zakamarki, wzgórki i zasłaniające się fragmenty, których odsłanianie za każdym razem odbywało się po raz pierwszy.
"Dziennik dla dorosłego" czytam z przyjemnością, bo pisane z gdańskiej dziupli pisarza, z oknami na zatokę. Pisany w Gdańsku, więc w moich stronach. Czytając wczoraj nagle odkrywam, że Chwin pisał "Hanemanna", do którego przecież mam stosunek miłosny, na czarnym, dużym stole, tym samym, na którym pan Jerzy Janiszewski narysował znane na całym świecie logo "Solidarności", więc na stole, który niejako oczarował i zmienił świat. Ten stół, wyjeżdżając z Polski, pan Janiszewski podarował pisarzowi. I tak stoi na Amundsena, pod oknem wychodzącym na Zatokę i na nim powstawała przecież powieść, która z kolei odmieniła mój literacki świat. Czytam "Dziennik dla dorosłych" i wadzę się z pisarzem, zgadzam się z pisarzem, dziwię się temu, co pisze, cieszę się, jestem pełen sprzeczności i to dziwne rozdwojenie daje mi przyjemność.
Stefan Chwin nie tylko w "Hanemannie" z czułością pisze o przedmiotach i mieszkaniach, o wypełnianiu ich sprzętami, drobiazgami, książkami. Budujemy świat wokół siebie i budujemy świat w książkach. Ile mają ze sobą wspólnego? W jednym miejscu czytam, że literatura zawsze przeraża fałszywie, bo zawsze jest formą, stąd pytania w stylu: "Czy  p o d o b a j ą  ci się opowiadania Tadeusza Borowskiego?"
Czasem książka prowadzi nas do piwnicy a czasem na strych, po drewnianych skrzypiących schodach. Trzymamy się poręczy, którą jest forma. A schody nigdy nie są dość strome.
Czasami próbujemy wejść do swojego pokoju, ale jednak schodzimy kilka stopni, siadamy na dużej drewnianej schodzie i nie wiemy, co dalej. Jak doktor, mąż Marty, z "Tataraku" Andrzeja Wajdy, Jarosława Iwaszkiewicza, Sandora Maraia i Krystyny Jandy. Długo czekałem na ten film, osnuty już legendą. Wczoraj poszedłem na jego pokaz. A potem długo jeszcze nie mogłem zrzucić z siebie słów, obrazów, całych scen. Ten piękny i dojrzały film, twarda opowieść o odchodzeniu i pożegnaniu, ten film bez tkliwości, zatrzymujący słowa i emocje w gardle, w gruncie rzeczy zasznurowany, zakneblowany, żeby móc dalej żyć bez tych, którzy odeszli, daje do myślenia więcej niż jakikolwiek emocjonalny, rozedrgany, rozhisteryzowany obraz śmierci. To film o okrutnej roli przypadku, o samotności, potrzebie miłości i próbie godzenia się z odchodzeniem bliskich.
Nie byłoby tego filmu bez Krystyny Jandy. Gra w nim właściwie trzy role. Doktorowej Marcie, z opowiadania Iwaszkiewicza, zostało zaledwie kilka miesięcy, próbuje na nowo odsłonić w sobie coś, o czym zapomniała, kiedy poznaje mężczyznę bezwstydnie młodego. To ją fascynuje i przeraża. Jednak kiedy pozwala sobie na zbliżenie... No właśnie, nie będę opowiadał ani Iwaszkiewicza ani filmu. Druga rola to aktorka, grająca w filmie Andrzeja Wajdy "Tatarak" - nazywa się Krystyna, ale to przecież nie jest Krystyna Janda. Fenomenalna scena jej ucieczki z planu, przywołująca echa mojego ulubionego filmu Wajdy "Wszystko na sprzedaż". Bo gdzieś przecież "Tatarak" jest apokryfem tego filmu o Cybulskim, który był i którego nie ma i który wypełnia proroctwo Cybulskiego:  jeszcze Andrzej za mną zatęskni. Wreszcie trzecia, najokrutniejsza rola: Krystyna Janda w hotelowym pokoju opowiada o chorobie, odchodzeniu i śmierci męża, Edwarda Kłosińskiego. Opowieść zasznurowana, sucha, a przecież dzięki temu wbijająca w fotel. Tak, Krystyna Janda odebrała wyniki męża, chociaż z powodu ochrony danych osobowych, nie miała do tego prawa. Tak, to okrutne, odebrała, bo nazywa się Krystyna Janda. Tak, mąż się zdenerwował. Nie rozmawiali jadąc na rozmowę z lekarzem. Tak, chciał, żeby nie kręciła teraz "Tataraku". - "Andrzej na ciebie poczeka". Tak, planowali wakacje we Włoszech. A potem śmierć między jedną łyżeczką a drugą. I jeszcze: "Nie wiem, jak mogłam zagrać tamtego wieczoru".
Zapach tataraku to zapach śmierci. Ten zapach jest w filmie obezwładniający. Wciąga jak wir rzeki. Powoduje niepokój. Niby senne miasteczko, dancing nad brzegiem rzeki, tańczący młodzi ludzie, a tyle niepokoju, gorączki, ten zapach aż dusi.
Wciąż i wciąż myślę o tym filmie, o wielkiej roli Krystyny Jandy, o wspaniałych scenach pomiędzy Martą i jej mężem doktorem (Jan Englert), o piłce, która wraca z ogrodu do dziecięcego pokoju, o tęsknocie Marty za młodością, o mężczyźnie, w którym być może widzi swoich synów, wreszcie o hotelowym pokoju, w którym Janda jak na obrazie Edwarda Hoppera mówi swój wstrząsający monolog. Film Wajdy (wybitne zdjęcia Pawła Edelmana) stylizowany jest na świat z obrazów Edwarda Hoppera, których bohaterowie zawsze czekają. Są pełni napięcia, niepokoju, czekają na coś, co czują podświadomie.
Znaczna jest też w filmie rola muzyki Pawła Mykietyna, który - wydaje się - tłumaczy słowa Iwaszkiewicza na dźwięki.
Film dedykowany jest Edwardowi Kłosińskiemu.
Lektura konieczna.


A już 28 kwietnia o godz. 19.00 w redakcji "Gazety" będę prowadził spotkanie z Krystyną Jandą i Andrzejem Wajdą o "Tataraku" - w ramach cyklu "Kino w Gazeta Cafe". Jest też dobra wiadomość dla tych, którzy nie mogą przyjść na spotkanie w redakcji. W tym samym czasie spotkanie będzie transmitowane na żywo (z kilku kamer) na www.wyborcza.pl
Zapraszam.

*

Korzystając z miejsca na zaproszenia chciałbym też zachęcić do obejrzenia
monodramu Elżbiety Czerwińskiej "Kochany Synu" wg Anny Mentlewicz, już w sobotę 25 kwietnia o godz. 19.00, Scena na Smolnej, ul. Smolna 9 (wejście Aleje Jerozolimskie 2).
Także 25 kwietnia o 19.00 w Teatrze Na Woli spektakl Teatru im. Jaracza z Olsztyna "Żydówek nie obsługujemy"
26 kwietnia o godz. 19.00 w Teatrze Na Woli koncert Lecha Janerki (po prawie dwuletniej przerwie w Warszawie)
a 28 kwietnia o 20.00 w Tychach w ramach Tyskich Spotkań Teatralnych monodram Małgorzaty Rożniatowskiej "Uwaga - złe psy!" w reż. Michała Siegoczyńskiego
  

Podziel się
oceń
0
0

Hopper w niedzielne południe

niedziela, 19 kwietnia 2009 13:14
Słońce, ale zimny wiatr. Wczoraj przyleciałem do Rodziców, opóźniając lekko Święta Wielkanocne, przyleciałem właściwie na chwilę. A głowa wciąż pełna zobowiązań i dat. Do 10 czerwca powinienem oddać do Wydawnictwa swoją książkę, i oczywiście oddam, ale wiadomo, jak to jest, kiedy termin wisi nad głową, stres podwójny. Ale deadline is deadline.
Jeszcze w piątek prowadziłem zajęcia ze studentami na dziennikarstwie. Czytałem rady Magdaleny Grochowskiej dotyczące reportażu, ale i pisania w ogóle, ciekawości świata, poznawania ludzi, szukania do nich klucza. Oraz to, że należy czytać poezję, bo poezja uczy konkretu i pozwala wyciągać ze słów ich esencję, uczy skrótowości i siły przekazu. O tym samym mówił wielokrotnie pan Ryszard Kapuściński. Tak, trzeba czytać poezję, jeśli chce się pisać. Jestem o tym głęboko przekonany i staram się czytać poezji jak najwięcej. Pamiętam, że kiedyś mój kolega-reporter Zet zdziwił się, jak powiedziałem,  że dzień bez lektury wiersza jest dniem straconym. Może dzisiaj nie jestem już takim ortodoksem, ale poezję czytam właściwie stale. Ostatnio ze "Świątecznej" wyciąłem wiersz, który teraz mam w swoim kalendarzu, żeby mieć pod ręką po prostu, kiedy jestem daleko od swojej biblioteki:

Krzysztof Siwczyk

co jest
co być może


nigdy wcześniej nie znalazło się w polu widzenia,
teraz okazuje się w pełni, myślę, że tak, że ten dzień
wcale nie musiał nadejść, nie w tym momencie zgiełku fal,
w tym akurat miejscu, z którego chybotliwe kutry wychodzą
w osiągalną dal, bez nadziei na udany połów morza,
w jakim tonie właśnie zmarnowany czas potopu i
suchy ląd znowu znaczą ślady czyichś stóp, idę
prosto, czasem oddalam się w kierunku bliżej nieznanym,
najczęściej jednak zatrzymuję się w miejscu, w którym ktoś
podjął już trud i przepadł bez wieści na tablicy ogłoszeń
wiszącej w kantynie, podczas rewizji, kiedy wchodzimy
do ogrodów, ja i inni, znikamy właśnie w stupach, pagodach i
zewsząd mówi oświecony język, kiedy gips i ziemia
wnikają pod wieka, bełtając prochy, jednak tu zaczyna się
właściwa opowieść o losie, bez którego można się obejść,

świadczą o tym góry północy, chochoł powleczony dermą,
czarny ptak pikujący w dół zbocza i kochające oczy, kiedy gasną
w pół słowa

*

Mój kalendarz coraz obszerniejszy nie tylko z powodu dat, ale też z powodu różnych karteczek, na których zapisuję drobiazgi, z powodu takich wycinków, jak ten, który zacytowałem.

Wracam do nowej powieści Philippe'a Bessona "La trahison de Thomas Spencer". Po raz kolejny Besson dopisuje powieść do fabularnego obrazu Edwarda Hoppera. Tym razem jest to "High Road" z 1931 roku.



Hopper nigdy nie zostanie zinterpretowany do końca. Jego fabularne obrazy
mówią więcej niż jakakolwiek powieść. Właściwie z każdym jego obrazem można się mierzyć i do każdego opowiadać własną historię. Uwielbiam jego malarstwo, jego pokoje hotelowe, teatralne kulisy, wagony metra, kawiarniane stoliki, opuszczone kantyny. Lubię poznawać ludzi, który portretował. Są tacy, jak my, a nie przestają intrygować. Czy Hopper poznał tajemnicę, jakiej nikomu więcej nie udało się zgłębić?



Podziel się
oceń
0
0

Więcej czadu, Woody!

piątek, 17 kwietnia 2009 14:31
Codziennie walczę z czasem, a mimo to nie udaje mi się być w dwóch miejsach równocześnie. Trudno, jakoś będę musiał się z tym pogadzić. Z przerażeniem otwieram rano kalendarz i znajduję w nim listę spotkań, zobowiązań, zadań. Dopiero w nocy udało mi się zredagować tekst rozmowy z Ryszardem Bugajskim z przedwczorajszego spotkania do jutrzejszej Gazety (ukaże się w wydaniu ogólnopolskim), a już siedzę zagrzebany w redagowaniu własnej książki. Sunę po słowach i literach, wracam, kasuję, zamieniam, znajduję lepsze, dookreślam albo urywam, dopowiadam albo pozostawiam niedopowiedzenie. Prawdę mówiąc redagowanie tekstu lubię tak samo jak pisanie. To inny rodzaj pracy, wymagający innego skupienia, ale też pobudzający wyobraźnię.
Przy laptopie filiżanka kawy, choćby po to, abym czuł aromat. Na krześle Kot Tutka wysypia swoje obowiązkowe dwadzieścia godzin dziennie, a ja powtarzam swoją mantrę, że jeszcze odrobinę, jeszcze strona, pół strony, mały akapit. Próbuję zmobilizować się do pracy. A przecież jeszcze dzisiaj zajęcia ze studentami, później spektakl "Pierwszy raz" Teatru im. Mickiewicza z Częstochowy. Przecież dzisiaj jeszcze tyle.
Rano przeczytałem w "Polityce", moim ulubionym tygodniku, rozmowę Janusza Wróblewskiego z Woodym Allenem. I nawet mój ukochany Woody mówi: "Niczego się nie osiągnie bez samodyscypliny. Trudno do czegoś dojść, odkładając na później ważne sprawy; znajdując usprawiedliwienie dla własnego lenistwa, ulegając przyjemnościom. Chcąc nauczyć się gry na klarnecie, musiałem codziennie ćwiczyć przez 45 minut. Wiedziałem, że po przyjściu ze szkoły nie mogę słuchać radia, tylko powinienem usiąść i grać. Tak samo z pisaniem. Dopóki nie wstanę z łóżka, nie wezmę papieru, długopisu i nie skończę zdania, nie wolno mi myśleć o innych rzeczach. Jest milion powodów, żeby rezygnować z wysiłku.
Na ekrany kin wchodzi jego najnowszy film "Vicky Cristina Barcelona". Dystrybutor reklamuje ten film jako kino Allena w świecie Almodovara. I coś w tym jest. Oglądałem ten film z zachwytem. Wiem, do Allena jestem bezkrytyczny. I już. Nawet nie będę tego rozwijał. Jego poczucie humoru, obserwacje ludzi, znajomość psychiki etc. porywają. Równocześnie jest to film bliski Almodovarowi, przecież nie tylko ze względu na obsadę - Penelope Cruz i Javier Bardem.
I choć jest to komedia, przesłanie jest gorzkie. Ale też Woody zwierzył się Wróblewskiego, że chyba jest coraz większym pesymistą. A jego kolejne filmy coraz bardziej mnie urzekają. Jednym z moich ulubionych jest "Koniec z Hollywood". Ten film mógłbym obejrzeć ze sto razy. Więc niech się Woody smuci, nawet popada w rozpacz, jeśli wciąż ma siłę, by dawać czadu!

Podziel się
oceń
0
0

Generał Nil

środa, 15 kwietnia 2009 23:21
Wróciłem z "Gazety". Spotkanie z Ryszardem Bugajskim i Olgierdem Łukaszewiczem było pierwszym transmitowanym na żywo na portalu wyborcza.pl. Dla mnie ciekawe doświadczenie. Moi rodzice w Starogardzie siedzieli sobie w fotelach i oglądali poczynania syna w Warszawie, w redakcji Gazety. Internet każdego dnia mnie zadziwia, a zwłaszcza ta łatwość komunikacji.
Rozmowa dotyczyła filmu "Generał Nil" o generale Emilu Fieldorfie, postaci generała, stalinowskiej Polski, trylogii Bugajskiego: "Przesłuchanie" - "Śmierć rotmistrza Pileckiego" - "Generał Nil", pamięci, ofiar i oprawców, kina historycznego i kontekstów historycznych, spora część rozmowy dotyczyła też okoliczności, w jakich Ryszard Bugajski tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego próbował ratować taśmy z filmem. - Już sam ten wątek mógłby posłużyć za kanwę filmu sensacyjnego.
Premiera "Generała Nila" już 17 kwietnia.
No, teraz może trochę odpocznę.

Podziel się
oceń
0
0

Pokój jest gotów

wtorek, 14 kwietnia 2009 21:29
W dwie Świąteczne noce właściwie połknąłem autobiograficzną powieść Philipa Rotha, jednego z moich ulubionych pisarzy amerykańskich pt. "Dziedzictwo. Historia prawdziwa". To książka dedykowana ojcu pisarza, opowieść o jego ciężkiej chorobie, walce z chorobą, odchodzeniu, trzymaniu się życia nawet w momencie agonii, wreszcie o śmierci i dziedzictwie, jakie Hermann Roth zostawił jako człowiek. Powieść bolesna, okrutnie ludzka, być może dla samego Rotha-pisarza również terapeutyczna. Napisał tę książkę, żeby zapamiętać, żeby zapamiętać najdrobniejsze szczegóły. Wzruszają fragmenty, kiedy musi towarzyszyć ojcu w kąpieli i dokładnie przygląda się jego ciału, chcąc zapamiętać wszystko, najbardziej wzrusza się penisem ojca, którego dotąd nie widział, opisując go powtarza - chciałem zapamiętać, jak najdokładniej zapamiętać. Wzrusza ten moment, kiedy ojciec wyznaje synowi: "opiekujesz się mną jak matka". I dalej, kiedy zastanawia się, dlaczego nie powiedział: jak ojciec.
Ma potrzebę zajmować się ojcem do końca. A kiedy sam trafia do szpitala i ma operację wszczepienia pięciu bajpasów, boi się ojcu do tego przyznać.
"Moglibyście powiedzieć, że to nic szczególnego, kiedy syn z czułością opiekuje się ojcem, gdy ten nie ma już sił i jest prawie ruiną. Mogę tylko odpowiedzieć, że tak samo starałem się chronić ojca przed skutkami jego nadmiernej wrażliwości(...) kiedy mieszkałem jeszcze z rodzicami, a ojciec, zdrowy jak dąb, doprowadzał mnie do szału swoimi radami, które były bezużyteczne, i swoją krytyką, która była bezpodstawna, i rozumowaniem, które było tak irytujące, że w samotności mojego pokoju waliłem głową o ścianę i wyłem z rozpaczy. To właśnie przez tę sprzeczność wszelka próba odrzucenia jego autorytetu stawała się dla mnie uciążliwym dylematem, w takim samym stopniu przenikniętym smutkiem, co wzgardą. On nie był po prostu jakimś tam ojcem, on był ojcem i miał w sobie to wszystko, czego w ojcach się nienawidzi i wszystko, co się w nich kocha" (tłum. Jerzy Jarniewicz).
Roth opisuje swoje spory z ojcem, jego upór ale i też najdrobniejsze gesty, którymi syna rozbrajał. Pisze właściwie rodzaj epitafium. Pisze, bo wierzy w siłę literatury, pamiętając, że nie zapisane nie istnieje.
Czytałem tę powieść inaczej, mając świeżo w pamięci przyjaciółkę, która towarzyszyła odchodzeniu swojej siostry, która zrobiła wszystko, aby siostra umierała w domu, wśród bliskich, spokojnie, otoczona bliskością i miłością, w domu z oknami na las. Na drzewa, które jak napisał ksiądz Jan Twardowski towarzyszą nam od urodzenia do śmierci i które przygarniają nas także po niej. Wśród drzew, bo one wierzą naprawdę. Czytałem o agonii Hermanna Rotha, który walczył o swoją obecność, który nie chciał odejść i pamiętałem wszystko sprzed kilku dni, co mi opowiedziano. Czytałem o nim, ale i nie o nim.
Dzisiaj byłem na pogrzebie, wśród drzew, było tak spokojnie. Świeciło słońce, ptaki śpiewały, czasem przelatywał samolot. A potem szedłem alejką, wśród drzew, mijałem groby prof. Religi, Kamili Skolimowskiej, Jerzego Koeniga, zatrzymałem się przed porośniętym trawą grobem pana Ryszarda Kapuścińskiego. Pomyślałem, że czekam na jego książki. Potem odwiedziłem miejsce, w którym spoczęły prochy Piotrka Łazarkiewicza. To wszystko było jeszcze wczoraj. Jeszcze wczoraj prof. Religa wypalał papierosa, Kamila Skolimowska przyszła do Teatru Polonia na premierę spektaklu o sobie "Ciało kobiety - młot", Jerzy Koenig przyszedł do nas do Teatru Na Woli na spotkanie poświęcone Tadeuszowi Łomnickiemu, o którym fascynująco opowiadał, a potem długo, długo nie chciał wyjść z teatru, rozmawialiśmy w bufecie, później w wejściu do mojego pokoju, pan Koenig opowiadał różne anegdoty, jeszcze wczoraj siedziałem z panem Kapuścińskim na murku przed Biblioteką Uniwersytecką po promocji książki Lidii Ostałowskiej "Cygan to Cygan" i nagrywałem rozmowę do radia o "innym" i "obcym"... Jeszcze wczoraj czytaliśmy z Piotrkiem "Odejścia" Vaclava Havla i było naprawdę miło i wesoło.
Jeszcze wczoraj gabinety były pełne książek. Jeszcze wczoraj te książki były drzewami.
Jean Mailland, pisarz mówi, że mieszkanie wśród książek daje poczucie bezpieczeństwa. Za chwilę wychodzi jego nowa książka "Dziennik drzew".
Stos książek na moim biurku rośnie. Do domu wprowadziły się francuskie: "Virginia Woolf" - biografia pisarki napisana przez Viviane Forrester, absolutna nowość, "Le Monde" nazwał tę biografię pasjonującą i odkrywającą nową Woolf, "La trahison de Thomas Spencer" czyli nowa powieść Philippe'a Bessona, "Les invites" czyli nowa powieść Pierre'a Assouline, autora "Klientki" i autora mojego ulubionego francuskiego bloga, "Trente et un poemes de poche" - zbiór poezji Pierre'a Alberta-Birot, do którego wstęp napisał przyjaciel poety, Apollinaire, "Droit de Memoire(s). Avignon annees 1970" - zbiór tekstów o festiwalu w Avignonie, wśród nich tekst Anny Prucnal, która w tamtym czasie na tym Festiwalu królowała. W tym roku zaśpiewa na Festiwalu ponad 20 recitali!
Do domu wprowadziły się nowe książki, rozrasta się moja biblioteka drzew, które mówią w każdym języku.

Pierre Albert-Birot

W tym pokoju umarł

Okna drzwi przeciągi wynoszą
przynoszą myją omiatają
ścierają
Ściany są jak dawniej
Białe prześcieradła

               "Jeśli Państwo zechcą zajrzeć
         pokój ich jest gotów".

(przekład Maria Broniewicz)

*

Jutro (środa) w "Gazecie" spotkanie z reżyserem Ryszardem Bugajskim, poświęcone filmowi "Generał Nil" (ale nie tylko), weźmie w nim udział również Olgier Łukaszewicz, odtwórca głównej roli w filmie. Spotkanie po raz pierwszy transmitowane będzie przez internet na żywo, początek godz. 19.00 www.wyborcza.pl

 
 

Podziel się
oceń
0
0

Pomarańcze

czwartek, 09 kwietnia 2009 17:51
Wyszedłem na taras, kiedy przestało padać. Uderzyła mnie absolutna świeżość. Uderzenie tlenu. Stałem tak, patrząc w niebo, oddychałem długo, wolno, wciągając w płuca powietrze jakby nie było miejskie, jakbym stał nad morzem, jakbym późnym wieczorem stał na plaży i wchłaniał wiatr. Taka chwila, a dała mi energię. Chwila oderwania. Absolutnej medytacji. Ucieczki w siebie.
Później długi spacer z kubkiem cappucino kupionego po drodze. Zatrzymywałem wzrok na starych kamienicach szukając czegoś w oderwanym tynku. Za kuchenny oknem zakwitła forsycja. Japońska wiśnia w ogrodzie walczy z sobą, ale po zimowym kwitnieniu, które dokumentowałem tutaj na fotografiach, trochę nie wie, co robić. Widzę pojedyncze listki, pędy i pąki, ale nie tak jak co roku. Ogrodowy bluszcz oszalał i zamiast piąć się po pergolach, woli kłaść się na ziemi. Właściwie cały zeszłoroczny trawnik okryty jest bluszczem. Będę musiał go jednak zdjąć z ziemi i przyciąć przy płocie.
Wbrew zmianom klimatu, skróceniom i wahaniom pór roku, w nas, drzewach i ludziach coś walczy o zapisaną w naszych zegarach punktualność, o rytmiczne odmierzanie czasu.
A ja już trzeci raz zaczynam bolesną książkę Andy Rottenberg "Proszę bardzo", zaczynam wciąż od nowa, bo boję się z nią zmierzyć.
"Prawy nadgarstek w gipsie akurat na Wielkanoc zaplanowaną terapeutycznie daleko od domu, nad zimnym Bałtykiem. Złamanie jest dobre na depresję. Nieoczekiwana leworęczność przemieszcza uwagę z pełnego motyli żołądka na teren zadań elementarnych, takich jak mycie, wkładanie spodni, zapinanie guzików, zasuwanie zamków błyskawicznych i wiązanie sznurowadeł" - tak zaczyna swoją opowieść Anda Rottenberg. Pisze mozolnie, zamyka się w słowach, żeby "wysilić pamięć własnego dzieciństwa, która pomoże mi zrozumieć, dlaczego zrobiłam swemu dziecku to wszystko, co się określa mianem toksycznego wychowania".
Otwieram tę książkę i zamykam. Nagle zaczynam czytać to, co jest pod koniec, jakbym chciał sprawdzić, czy ten los uda się odczarować.
Oczywiście, że przeczytam.
Oczywiście, że się z tym zmierzę.
Odłożyłem na stole obok dwóch dorodnych pomarańczy.
Czas, aby zajrzeć w siebie.
Wielkanoc. Dobrego zaglądania.
 

Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 792  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl