Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

STANISŁAWA CELIŃSKA

wtorek, 29 kwietnia 2008 19:17
Zapraszam na spotkanie z panią Stanisławą Celińską, które będę miał przyjemność poprowadzić jutro w Teatrze Na Woli.



STANISŁAWA CELIŃSKA
Trzecie spotkanie z cyklu „Wszystko już było”.
Tym razem rozmowa dotyczyć będzie zawodu i powołania aktora. O swojej karierze artystycznej opowie jedna z najwybitniejszych polskich aktorek, Stanisława Celińska, związana również z Teatrem Na Woli. Spotkanie rozpocznie pokaz filmowy spektaklu „51 minut” Ingmara Villqista w reżyserii Łukasza Barczyka, w którym Stanisława Celińska zagrała wstrząsającą rolę matki, która uczestniczy w ostatnich 51 minutach życia syna (Adam Woronowicz).
W spotkaniu udział zapowiedzieli również Ingmar Villqist i Łukasz Barczyk. 30 kwietnia godz. 19.00 Teatr Na Woli
Wstęp wolny

Podziel się
oceń
0
0

Krzysztof Warlikowski w Gazecie

wtorek, 29 kwietnia 2008 10:51

Ogrodnik, który sadzi teatr dla bezdomnych

 Dorota Wyżyńska 2008-04-28, ostatnia aktualizacja 2008-04-29 08:20:35.0

Teatr już istnieje, bo jest zespół, jest sala prób, a przygotowania do nowego projektu według tekstów Ajschylosa, Eurypidesa i Hanny Krall rozpoczynamy już we wrześniu - mówił w poniedziałek Krzysztof Warlikowski podczas spotkania "Teatr w Gażeta Cafe" w naszej redakcyjnej klubokawiarni

Od kilku miesięcy jest oficjalnie dyrektorem Teatru Nowego z siedzibą w MPO przy ul. Madalińskiego na Mokotowie. Wczoraj po raz pierwszy opowiadał publicznie o swoim nowym teatrze, który nie ma jeszcze nazwy ani sceny. Tworzy go od podstaw, ale z zespołem, z którym pracował wcześniej nad spektaklami m.in. "Burza", "Krum" i "Anioły w Ameryce" w TR Warszawa.

- Co to znaczy być aktorem Warlikowskiego? - pytał prowadzący spotkanie Remigiusz Grzela. - To nie jest wyłącznie relacja aktor-reżyser, raczej spotkanie człowieka z człowiekiem. Krzysiek jest jak ogrodnik. W jego ogrodzie krzewy rosną, jak chcą, każdy w swoją stronę, ale on ich dogląda, pielęgnuje je, podlewa, podcina, dba o nie - wyjaśniał tę szczególną relację między reżyserem i aktorami Redbad Klijnstra, Tugati w "Krumie" i Ferdynand w "Burzy".

Jacek Poniedziałek (Krum, Hamlet) dodał: - To teatr silnych osobowości. Kiedy się kłocimy, to mówimy sobie czasem bardzo przykre rzeczy, ale jednocześnie nie potrafimy bez siebie żyć.



- Jaki teatr jest Warszawie potrzebny? - pytał dalej Remigiusz Grzela.

- Warszawie potrzebny jest teatr mądry - usłyszeliśmy. - To nie będzie teatr instytucjonalny, do jakich się przyzwyczailiśmy. Ani teatr, w którym reżyser stara się pozyskać najlepszych reżyserów i dać jak najwięcej spektakli, aby odnieść sukces - wyjaśniał Krzysztof Warlikowski. - Nie przewidujemy rewolucji - dodała Maja Ostaszewska. - Będziemy raczej kontynuować to, co robimy od wielu lat - zapowiedział Jacek Poniedziałek.

- To będzie miejsce spotkań. Warszawa poza dworcem nie ma propozycji dla bezdomnych - uśmiechnął się Krzysztof Warlikowski.

Na koniec do dyskusji włączyła się publiczność, która wczoraj była wyjątkowo liczna. Najlepszym podsumowaniem okazał się głos z sali: - Po tym spotkaniu zrozumiałam, że to będzie to teatr dla bezdomnych duchowo. Bardzo jestem wdzięczna Krzysztofowi Warlikowskiemu i zespołowi za te wasze poszukiwania.

***

Zapis ze spotkania wkrótce w "Gazecie Świątecznej"

Dorota Wyżyńska





Podziel się
oceń
0
0

Starość przerasta teatr...

niedziela, 27 kwietnia 2008 15:54
Właśnie skończyłem czytać  książkę "Szekspir i uzurpator. Z Krzysztofem Warlikowskim rozmawia Piotr Gruszczyński" (WAB, 2007). To bardzo ciekawy zapis odczytywania w dramatach Szekspira współczesności, nie wolny od treści osobistych, czasem intymnych. To zapis powstawania spektakli, myślenia o nich, rozbierania na części pierwsze, konstrukcji i dekonstrukcji. Ten wywiad-rzeka kipi jak spektakle Warlikowskiego i pozwala je zobaczyć jeszcze inaczej, bardziej osobiście, bo przecież kontekst intertekstualny pozwala mi czytać inscenizacje przez siebie, teraz mogę spojrzeć jeszcze lepiej, bardziej przenikliwie, bo oczami reżysera, kreatora. Czyli zobaczyć więcej.
Wypisałem sobie trochę myśli:

"Zazdrość bierze się ze strachu przed tym, że nie wszystko, nie każda sekunda tego drugiego należy do ciebie, paradoksalnie zazdrość jest tym większa, im bardziej ekstremalne są emocje pozytywne, im silniejsze jest to, co nazywamy miłością".
"Szekspir cały czas broni nieprzewidywalności człowieka, jego braku konsekwencji, braku logiki. Pokazuje nas takich, jakich siebie nie znamy".
"(...) Bo kiedy w teatrze mamy naprawdę starych aktorów, to ich starość właściwie przerasta już teatr".
"Jeśli ktoś chce być czyimś psem, to musi bardzo dużo wiedzieć o uczuciach i seksie, żeby zejść tak głęboko w upokorzeniu i ofierze".
"(...) Bo chciałem, jak zawsze zresztą, wylądować w życiu. Trzeba dojść do rzeczywistości i przyjąć ją za punkt wyjścia".
"Teraz wiem dość precyzyjnie, jakie możliwości są przede mną, o co mógłbym walczyć. Wiele już wypróbowałem. Ale wciąż się zastanawiam, co naprawdę jest jeszcze przede mną".
"Najistotniejszy był chyba motyw narodzin, zaczynania wszystkiego od początku. Ten motyw silnie przejawia się także w Wieczorze Trzech Króli. A we mnie był wtedy na pewno bardzo mocno obecny, od czasu kiedy opuściłem Szczecin, kiedy wszystko zacząłem od nowa w Krakowie, później w Warszawie. W jakimś momencie wszystko zaczynałem w Paryżu, uciekałem z miejsca na miejsce, pracując w różnych miastach".
"Nie ma sensu wygłupiać się i inscenizować myślenia, przecież nie o to chodzi. Wydaje mi się, że monolog jest czymś między emocjami a kontrolowaniem tego, co się mówi. Jest otwarciem siebie, odsłonięciem, intymnym dotarciem do prywatnych strun. Cała praca polega na przełożeniu tego, co się ma powiedzieć, na swoje życie, odnalezieniu wszystkich kierunków w sobie".
"Przeżycie zła jest bardziej oczyszczające niż przeżycie dobra".
"W Warszawie zawsze mam poczucie życia na cmentarzu".
"Kiedy robiłem Makbeta, myślałem o Ceausescu, o postępowaniu wobec niego: ubić gada, bo nie wiadomo, co on i jego żona knują. To był człowiek, którego baliśmy się, nawet jak go zabijano. Ludzkość zawsze była bezradna wobec monstrów, irracjonalna strona zwyciężała".
 


Podziel się
oceń
0
0

Zapisuję, aby nic nie zgubić

sobota, 26 kwietnia 2008 19:29
Myślę o Ryszardzie Kapuścińskim. Myślę o tym, jak czekałem na każdą nową książkę. Wspominam, jak wracał do Warszawy, jak wychodził na codzienne spacery na Pola Mokotowskie. Kupiłem dzisiaj dwie książki firmowane nazwiskiem Ryszarda Kapuścińskiego. Kupiłem, jakbym szukał nowych słów, nowych opowieści, kolejnych tajemnic. Gdyby żył, pewnie właśnie ukazałaby się nowa książka, jeszcze bardziej zaskakująca, może księga o jednym dniu z życia świata, którą chciał napisać. Może książka śladami Bronisława Malinowskiego, bo to też Ryszard Kapuściński miał w swoich planach... Pozostaje mi wracać, czytać wciąż na nowo, szukać nowych znaczeń i treści w książkach, które są.
"Dałem głos ubogim" to zbiór tekstów o pobycie Ryszarda Kapuścińskiego we włoskim miasteczku Bolzano, gdzie mieszkał Bronisław Malinowski, zapis jego rozmów z młodzieżą, mówi o ucieczkach do Warszawy, o zamykaniu się na strychu, gdzie mógł pisać izolując się od świata, bo piękno i pejzaż przeszkadzają w pisaniu. "Wiersze zebrane" wyszły w Bibliotece Gazety Wyborczej. W większości są to wiersze, które znam, ale obok dwóch tomików "Notes" i "Prawa natury", które mam w swojej biblioteczce, zbiór wierszy zebranych zawiera też wiersze ostatnie, pisane w 2006 roku.

Ryszard Kapuściński

L'Ampolla, 24.01.2006


Nade mną pochmurne niebo,
przede mną skwer z palmami
a dalej zatoka
zgarbiony rybak rozplątuje sieci -
morze zamknięte w sobie,
milczące i szare
Restauracja
Kelner roznosi czerwone wino
ulice puste
rzadko przejeżdżają samochody
("na ulicy, w aucie - zapisuję,
aby nic nie zgubić" - Czesław
Miłosz)

*

Zamiast modlitwy

Wznoszę cię na wyżyny
wznoszę ponad obłoki
wznoszę do gwiazd

Jesteś tak blisko słońca
że jego promienie
oślepiają mnie
i przestają cię widzieć

Zamykam oczy
ogarnia mnie ciemność
ogarnia samotność i lęk

Dlaczego uniosłem cię tak wysoko
że już nie mogę cię dostrzec?

*

Na koniec
wszyscy
spotkamy się
nie wymieniając słowa
nie wymieniając spojrzeń
ani gestu
choć odtąd
już na zawsze
będziemy razem

(z tomiku "Wiersze zebrane", Warszawa 2008)


Podziel się
oceń
0
0

Assouline o Kapuścińskim

piątek, 25 kwietnia 2008 23:00
Zaglądam na bloga Pierre'a Assouline'a, wybitnego francuskiego biografa i znakomitego pisarza,  autora "Klientki", który publikuje na stronach "Le Monde'a" i pod dzisiejszą datą znajduję tekst o francuskim wydaniu "Autoportretu reportera" Ryszarda Kapuścińskiego (książka miała już zagraniczne wydania, np. włoskie) pt. "Dziennikarstwo według Kapuścińskiego". Assouline nazywa tę książkę diabelnie stymulującą i sugeruje, że należałoby ją czytać na wydziałach dziennikarskich i w redakcjach. Pisze o Kapuścińskim, że był człowiekiem, który w paszporcie, w rubryce "zawód" mógłby wpisać "misjonarz informacji". Bo dziennikarstwo, pisze Assouline, to nie jest zawód tylko sposób życia. Cytuje słowa Kapuścińskiego, że reporterem może zostać jedynie dobry człowiek. Pamiętam, że kiedy sam czytałem "Autoportret reportera" długo o tym myślałem, dochodząc do wniosku, że to oczywiście nieprawda. Zrozumiałem jednak, że ta książka omawia etos reportera, cechy pożądane, pokazuje, że nie każdy powinien się zajmować tym zawodem. Assouline zastanawia się też, cytując Mistrza, nad samym gatunkiem reportażu, ale ma z tym pewien problem, skoro poza Polską reportaż taki, jaki uprawiał Ryszard Kapuściński, jaki uprawia Hanna Krall, czy z młodszego pokolenia, jaki uprawiają Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman nie jest obecny.  "Jego mistrz?" - pyta Assouline - "Ani Herodot, ani Albert Londres ale Bronisław Malinowski", bo przecież chodzi w reportażu o tłumaczenie z kultury na kulturę.

Jest czas reportażu i czas pisania. Kiedy przychodzi czas pisania nie można się ruszać, zadawać pytań, trzeba usiąść. Ale tak mógł pisać tylko Ryszard Kapuściński.

Z dużą przyjemnością przeczytałem tekst Assouline'a, którego blog jest w zasadzie dziennikiem lektur. Stymuluje do myślenia. Polecam.


Podziel się
oceń
0
0

Wariat

piątek, 25 kwietnia 2008 20:46
Jestem kopnięty. Przepraszam za to odkrycie. Wczoraj wieczorem uświadomiłem sobie, że skończyła się kawa i przez to nie mogłem zasnąć, bo bez kawy nie umiem wstać, zacząć dnia, nie umiem myśleć, po prostu nie istnieję. Nie chciałem wpadać w czarną rozpacz, więc przeszukałem wszystkie szafki z nadzieją, że może uda mi się znaleźć chociaż rozpuszczalną nescę, lepsze to niż nic. Nie znalazłem. Wyrzucałem z szafek jak alkoholik. Potem nie mogłem spać. W nocy obudziłem się trzy razy i za każdym razem ta sama myśl:  jakie będzie rano? No, może powiedziałem sobie jeszcze, że jestem pierdolnięty, ale dokładnie nie pamiętam, noc była.
W końcu budzę się rano, głowa pęka, o Matko, a kawy niet. Zaczynam ponowne przeszukiwanie szafek, ale pusto. Jakoś zmusiłem się do życia, jakoś się ubrałem, włożyłem czapkę z daszkiem, założyłem czarne okulary jakbym miał kupić nierozpoznany jakieś dragi, na szczęście w osiedlowym spożywczym była lavazza. Natychmiast wróciłem do domu. Zafundowałem sobie ogromną filiżankę ze spienionym mlekiem. Wypiłem na tarasie. Wszystko wróciło do normy. Może nie do końca wszystko, bo zazwyczaj pijąc kawę rozmawiam z Martą, ale wyjechała do Niemiec, więc rytm zaburzony, radzę sobie jakoś. 

Wróciłem do pisania. Nie jestem jeszcze zupełnie zadowolony, ale jest coraz lepiej, staram się narzucać sobie zadania i rytm. Rytm... Klucz do poznania prawdy. Wmawiam sobie: nie wiesz, o czym pisać? Pisz.

Słucham płyty z piosenkami Krystyny Jandy. Śpiewa "Wariatkę". Co to za wykonanie! No, ciary na plecach. Poza tym słowa Agnieszki Osieckiej zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Tak, Agnieszka Osiecka na pewno poznała tajemnicę, zerwała pieczęć księgi.

Sławomir Mrożek emigruje do Nicei. Fantastyczne miasto na emeryturę. I te spacery promenadą. Wyobrażam sobie pana Mrożka na spacerze nad morzem.

W weekend muszę trochę popracować, bo w przyszłym tygodniu prowadzę dwa ważne spotkania:

28 kwietnia o 19.00 w ramach cyklu "Teatr w Gazeta Cafe" w Gazecie Wyborczej spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim. Swój udział zapowiedzieli też: Małgorzata Szczęśniak, Jacek Poniedziałem, Maja Ostaszewska, Magdalena Cielecka, Redbad Klijnstra

30 kwietnia o 19.00 w Teatrze Na Woli spotkanie z panią Stanisławą Celińską, poprzedzone pokazem Teatru TV "51 minut" Ingmara Villqista i Łukasza Barczyka. Rozmowa z panią Celińską dotyczyć będzie zawodu aktora.



Podziel się
oceń
0
0

Lili Marlene

wtorek, 22 kwietnia 2008 20:53
Na szczęście nie jestem aktorem. Dzisiaj trema dopadła mnie już o piątej, ale jakoś trzymałem się do 18.30, kiedy pani Barbara Krafftówna weszła na scenę w Lublinie zagrać nasz monodram "Błękitny diabeł". Nic na to nie poradzę: za każdym razem mam tremę, jakbym to sam miał zagrać. Mimo że jestem w Warszawie, denerwuję się jakbym stał za kulisą w Lublinie. Czasem, kiedy pani Barbara gra w Krakowie, Wrocławiu czy Zielonej Górze, idę do kina lub teatru w Warszawie, żeby własną tremę zminimalizować. A potem dokładnie patrzę na zegarek, odliczam, w jakim jest momencie, czy już zmierza do finału, staram się odczekać jakoś kwadrans, dwadzieścia minut, dać czas na powrót do garderoby i dzwonię niecierpliwie, żeby zapytać, jak było, pogratulować, a może po prostu uczestniczyć zaocznie w atmosferze święta, złapać panią Barbarę w największej emocji, rozwibrowaną, ucieszoną.  Dzisiaj pani Barbara  włączyła do spektaklu pozytywkę z melodią "Lili Marlene", którą kupiłem w Monte Carlo uznając, że sprawię pani Barbarze, przywiązującej się do drobiazgów i detali, radość. Jak widać, sprawiłem. Jest taki moment w sztuce... a, nie będę zdradzał... ale pojawia się "Lili Marlene", przecież nie mogłaby się nie pojawiać. Dzisiaj, pani Barbara melodią z pozytywki wymyśliła codę.
Ten spektakl daje mi dużo satysfakcji i radości. Ale powoduje tremę, która mnie nie opuszcza. Ona też jest piękna, bo przynależna teatrowi.

Podziel się
oceń
0
0

Bezpowrotnie utracony iloczas

poniedziałek, 21 kwietnia 2008 21:03
Zdążyłem się urodzić w epoce słuchowiska. Wychowałem się na bajkach opowiadanych. Tato wyświetlał je na ścianie z plastikowego projektora, do którego wkładało się taką fotograficzną kliszę podzieloną na kadry-obrazki, pod którymi były podpisy. Tato czytał te podpisy lub dopowiadał. Z najmłodszych lat pamiętam Radio Dzieciom - przytykałem ucho do głośnika i że rodzice słuchali radia do późnych godzin, właściwie zasypiając przy nim, ale te ich, dorosłe audycje średnio mnie wtedy interesowały. W końcu dojrzałem do poważnych słuchowisk. Radio stwarzało szansę na taki rozwój intelektualny, bo miało ofertę dla słuchacza w każdym wieku.
Do dzisiaj mam sentyment do teatru radiowego, do nagrań prozy i poezji. Kupiłem właśnie w formie audiobooka "Cesarza" Ryszarda Kapuścińskiego w interpretacji Zbigniewa Zapasiewicza, z serii Biblioteki Gazety Wyborczej. "Cesarz" jest jedną z moich ukochanych książek Kapuścińskiego, traktuję ją właściwie jak powieść. Mam swoje ulubione zdania:

"To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu".
"Cesarz spał w łóżku z jasnego orzecha, bardzo obszernym".
"Cesarz rozpoczynał dzień od słuchania donosów".
"Bywa, że zbliży się do stada flamingów, ale płochliwe to ptactwo zaraz ucieka i cesarz uśmiecha się na widok stworzenia, które odmawia mu posłuszeństwa".
"Na szczytach nigdy nie jest ciepło".
"Mimo że byłem wysokim urzędnikiem ceremoniału, zausznie nazywali mnie kukułką dostojnego pana".

I mógłbym tak jeszcze długo, bo w "Cesarzu" nie ma zdań przypadkowych. Każde jest obrazem, opiera się na szczególe, każde jest "destylatem słów i zdarzeń" - jak określił Neal Ascherson.
Słucham Zbigniewa Zapasiewicza i słuchając go mam omal przed oczami, nachalnie objawia mi się w scenach z filmu "Bez znieczulenia" Andrzeja Wajdy, gdzie grał przecież korespondenta wojennego. Słuchając teraz "Cesarza" widzę sceny z tego filmu - wywiad telewizyjny, kolegium redakcyjne w wydawnictwie, wykład dla studentów w jego domu...
Cieszę się, że zdążyłem na słuchowiska, bo wydaje mi się, chociaż może niesłusznie, że należę do ostatniego pokolenia, które potrafi się skupić i poszukać w sobie. Nie wyobrażam sobie siebie dzisiaj jako dziesięciolatka, dwunastolatka wychowanego na telewizji, Tańcu z gwiazdami, Tańcu na lodzie, cyrku, czy czym tam jeszcze.

Cieszę się, że wychowałem się na serii bajek nagranych na czarnych analogowych płytach, i to na takich tekstach jak "Ptasie radio" w wykonaniu genialnej Ireny Kwiatkowskiej...

Słowo i interpretacja.
Poszedłem w sobotę do Teatru Narodowego posłuchać fantastycznego panelu poświęconego Irenie Eichlerównie, jednej z najwybitniejszych aktorek XX wieku, której setna rocznica urodzin właśnie mija. O Eichlerównie mówili Erwin Axer, Andrzej Łapicki, Anna Chodakowska i profesor Krystyna Mazur, specjalistka od techniki mowy. To, co mówiła o języku polskim i o interpretacji brzmiało jak jakaś bajka, bo o epoce, która się skończyła. Fragmenty wypowiedzi pani prof. Mazur zamieszczone są w publikacji "Irena Eichlerówna" wydanej przez Teatr Narodowy (red. Michał Smolis): "Język polski ma strukturę dźwiękową niezbyt korzystną dla mowy scenicznej. Pewna ubogość melodyczna i, co się w tym mieści, intonacyjna, jest w pracy aktora problemem pierwszorzędnym. Eichlerówna stosowała świadome zabiegi, odbierane jako bardzo swoisty sposób posługiwania się mową sceniczną. Była to wymowa bardzo bogata w wibrujące i falujące intonacje, o charakterystycznej melodyce(...) tworzyła melodykę bliską śpiewności, która nie jest dana z natury naszemu językowi. Słyszymy ją, oczywiście, zupełnie inną w języku rosyjskim i francuskim. Eichlerówna dawała nam namiastkę takiej śpiewności".
Opuściłem krótki techniczny fragment, ale może niesłusznie, bo pozbawiłem tekst "interwałów", "wydłużenia samogłosek akcentowanych w wyrazie", "wykończenia kadencji i antykadencji - jak gdyby w miejsce utraconego iloczasu". Już to samo brzmi jak bezpowrotnie utracona sztuka mówienia.

"Przez wiele lat byłem moździerzystą jaśnie osobliwego pana. Moździerz ustawiałem w pobliżu miejsca, gdzie dobrotliwy monarcha wydawał uczty dla spragnionych jadła biedaków".

Uwielbiam czytać tę powieść. Ale słuchanie odsłania dodatkowe sensy. Wystarczy zamknąć oczy.



Podziel się
oceń
0
0

przez szparę w drzwiach...

niedziela, 20 kwietnia 2008 23:25
Marek Edelman w rozmowie z Joanną Szczęsną (Gazeta Wyborcza, 19-20 kwietnia):

(...) Bo gdyby nie było miłości w getcie, nie dałoby się żyć. Chodziło o to, żeby nie być samemu, żeby ktoś na ciebie czekał. Z miłości ludzie ratowali komuś życie albo szli na Umschlagplatz, byle tylko być do końca z bliską osobą. Chciałbym, żeby ktoś napisał o tym książkę albo nakręcił film.
(...) Na przełomie stycznia i lutego 1943 r. robiliśmy napady na piekarzy, którzy nie chcieli dawać pieczywa dla ŻOB-u. Wracałem nocą po dachach z takiej akcji, wszedłem do ich mieszkania (Fajgi Fersztówny i brata). Łóżko było tam jedno, spała na nim z bratem, kazałem im się posunąć i przespałem się do rana. Niedługo potem Fajgę wzięli na Umschlagplatz, ale - jak mi ktoś opowiedział - kilka dni wcześniej spotkała chłopaka i zakochała się. Patrz, tyle lat minęło, nic mi do tego, a ja wciąż się zastanawiam: upilnował brat jej cnoty, czy też Fajga zdążyła zaznać miłości przed śmiercią?
(...) Zawsze powtarzam, że sprzed wojny pamiętam tylko jakieś strzępy i okruchy, oderwane epizody i żadnych dat. U Imre Kertesza, tego noblisty, wyczytałem, że jemu przydarzyło się coś podobnego, też mu się wytarły z pamięci przedwojenne wspomnienia, też zapomniał, kim był i jaki był. Do mnie czasem przypływają jakieś obrazki. Na przykład, że w jakiś piątkowy wieczór siedzę na parapecie w naszym mieszkaniu na Franciszkańskiej 14 i liczę Żydówki, które niosą garnki z czulentem, żeby je wsadzić do rozgrzanego pieca w pobliskiej piekarni. Idą w stronę Gęsiej, do tych większych numerów. A w sobotę po południu te garnki z czulentem niosą z powrotem szabes gojki. Albo że siedzę w stołowym u naszej sąsiadki z Franciszkańskiej pani Lewinson, która była buchalterką i po śmierci mamy zapraszała mnie czasem w sobotę na rybę podawaną na ciepło z kluseczkami. Jej córka była żoną malarza Fridmana i on namalował jej akt. Ten obraz wisi w sypialni, oglądam go przez szparę w drzwiach. Taka świetlista, naga kobieta na intensywnie niebieskim tle. W 1939 r. na nasz dom spadła bomba, u Lewinsonów wszystko się spaliło, obraz też, i już tylko ja jeden mam go przed oczami.



Podziel się
oceń
0
0

Kozy

piątek, 18 kwietnia 2008 22:50
Próbuję pisać nową sztukę, na razie opornie, wolno... Mam w głowie cały tekst, fabułę, fragmenty dialogów, a jednak... Może za dużo spraw mnie rozprasza, więc nie umiem być sam ze sobą. Walczę, kilka zdań więcej, pół sceny więcej, walczę, wiem, że któregoś dnia mnie poniesie, czekam, nie rezygnuję. Pisanie to kamieniarska robota. Tak trudno się pisze, żeby było lekko.
"Chciałabym ci to powiedzieć prosto, a prosto wcale nie jest łatwo" - mówi Anita, bohaterka mojej sztuki "Uwaga, złe psy!", która w kwietniu weszła do repertuaru Tetaru Na Woli. Przez dwa wieczory Małgosia Rożniatowska grała Anitę przy pełnej widowni. Była piękna i wstrząsająca. Ten powrót możliwy był dzięki pomocy Biura Kultury Urzędu Miasta.
"Napisz mnie do końca... Tak, żeby więcej nie bolało" - mówi Anita.
Ale jak pisać tak, żeby nie bolało?
Dzisiaj po raz pierwszy w tym semestrze prowadziłem zajęcia z "kultury wywiadu" na dziennikarstwie na UW, na wydziale, na którym studiowałem. Starałem się mówić o tym, że prosto wcale nie jest łatwo. Starałem się mówić o tym, że wywiad to gatunek wymagający i że cokolwiek się pisze, trzeba pisać jak kryminał. Albo jak bagno - chętnie cytuję to określenie Mariusza Szczygła. Pisać jak bagno, czyli żeby wciągało coraz głębiej. Obrazowe i trafne.
Wracam do "Dziennika" Virginii Woolf, który czytam od dawna. Lubię do niego wracać, czytać na wyrywki, podglądać i podsłuchiwać.
25 maja 1932 roku we środę zanotowała: "Boże, jak ja cierpię! Cóż to za straszna rzecz ta moja skłonność do intensywnego odczuwania wszystkiego - odkąd wróciłam, pozostaję zwinięta w kłębek; nie mogę utrafić w rytm; nie potrafię wprawić rzeczy w taniec; myślę tylko o tym, jak mam znieść jeszcze rok czy dwadzieścia lat".
Trafiło do mnie jej zdanie: "nie potrafię wprawić rzeczy w taniec". Ja też ostatnio. Jakbym miał blokadę. Tylko nie mam blokady na pomysły. Ciągle nowe. Chyba zwariowałem. W starym dowcipie jest o tym, że jak już nie masz czasu na nic to kup sobie kozę. Mam już stado kóz. I owiec. Co można jeszcze kupić, by dołożyć sobie zajęć?
Chyba zwariowałem.

Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 773  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości