Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

U kucharzy

poniedziałek, 30 kwietnia 2007 12:43
Długi weekend się zaczął, a mam tyle planów, odłożonych książek, spraw, że nie wiem, od czego zacząć. Wśród lektur "Raptularz końca wieku" Krzysztofa Rutkowskiego, który już zacząłem podczytywać, ze względu na paryskie klimaty. Również "Co mówią kamienie Wenecji" Ewy Bieńkowskiej, "Dagny Juel Przybyszewska" Aleksandry Sawickiej. Nie wspominając o "Dzienniku" V. Woolf czy "Dziewczynie z zapałkami" Anny Janko. Gałęzie mojej biblioteczki rozrastają się. Czasem gubią, bo pożyczam książki, a one już nie wracają. Wciąż czegoś szukam. Ostatnio "Hanemanna" Chwina, który przepadł jak kamień w wodę. Mam kilka żelaznych powieści, do których lubię wracać. Z literatury polskiej również "Kochany Franz" Anny Boleckiej, "Dom dzienny, dom nocny" Olgi Tokarczuk. Zawsze muszą być blisko. Czasem tak dobrze jest się znaleźć w opowieści. Oderwać się.

Poszedłem do Kinoteki na poruszający, przepiękny, choć okrutny film "Euforia" rosyjskiego autora, dramaturga i reżysera, Iwana Wyrypajewa. Prosta opowieść o miłości i o naturze. O tym, jak bardzo człowiek podporządkowany jest naturze. Ona nas determinuje, oswaja albo odrzuca. Jest ofiara i jest myśliwy. Opowiadam dosyć ogólnie, bo nie lubię opowiadać filmów, wiem przecież, że to odebrałoby przyjemność oglądania. Film metaforyczny i poetycki. Nie tylko historia porusza, również sposób opowiadania. Akcja dzieje się gdzieś w głębokiej Rosji, na odludziu, w poradzieckiej biedzie, w oderwaniu od cywilizacji. "Euforia" atakuje poetyckim obrazem (Andrei Naidyonov), pejzażami, nowym sposobem filmowania. W jakimś sensie przypomina takie choćby filmy jak japońskie "Lalki", a jednak w "Lalkach" jest kreacja natury, jest w nich bajkowość ale uzyskana poprzez sztuczność, komputerowe manipulacje. W filmie Wyrypajewa sztuczności nie ma. Jest determinacja. Urzekła mnie też głośna, akordeonowa muzyka (Aidar Gainullin), która niejako powracała tę fabułę do prapoczątków opowiadania, do tworzenia przypowieści, do ballad dziadowskich, do dumek, do przekazów śpiewanych. Miałem wrażenie, słuchając tej muzyki jakby ktoś śpiewał legendę o smutnej, choć spełnionej, acz tragicznej od samego początku, bo zakazanej miłości.
Główne role zagrali Polina Agureyeva (prywatnie żona Wyrypajewa) i Maksim Ushakov.
Wyrypajew był podobno w Warszawie kilka dni temu ze specjalną misją. W jego nowym filmie, tak słyszałem, główną rolę zagra Karolina Gruszka.

Wczoraj wieczorem byłem też na innym spektaklu, kulinarnym. Otóż Magda Gessler otworzyła w okolicach Krakowskiego Przedmieście (w kuchni dawnego hotelu Europejskiego) restaurację "U kucharzy" (wejście od ulicy Ossolińskich). Restauracja ma niebywały jak na Warszawę klimat. Stoliki ustawione są właściwie w kuchni, wokół miejsc pracy kucharzy i na jej zapleczu. Jedząc obserwujemy, jak przygotowuje się dania. Niektóre z dań kucharze przygotowują wprost przy stolikach gości. To był fantastyczny pomysł, żeby umieścić gości na zapleczu. Po pierwsze sprawdza się powiedzenie, że najlepiej rozmawiać w kuchni. U mnie w domu też kuchnia jest miejscem spotkań. Po drugie gotowanie "na żywo", pomysł podchwycony przez wszystkie telewizje, poszerza upodobania kulinarne, sublimuje, nawet uczy. Po trzecie, siedząc w eleganckiej restauracji mamy jedynie kontakt z kelnerem, nie z kucharzem. Omija nas właściwie całe misterium jego pracy. Tutaj jesteśmy świadkami rozmów kucharzy, patrzymy na ich grymasy, właściwie stajemy się współuczestnikami, a nie tylko gośćmi. Atakowane są wszystkie zmysły. Trudno skupić się na rozmowie przy stole, bo wszystko tu jest ciekawe, to o czym rozmawiają ze sobą kucharze i kelnerzy, to jak przygotowują dania, jak podają do stołu. Ma się wrażenie, że każda z pracujących tam osób wyjęta jest z innej bajki, niektórzy z kuchni dawnego Europejskiego, i z jego sal restauracyjnych i barowych, inni z eleganckich zachodnich restauracji. Mieszają się języki. Jest kosmopolitycznie - klienci to chyba przede wszystkim obcokrajowcy. Do tego muzyka na żywo. Kiedy weszliśmy, jakby na zamówienie pianista grał "Falling in Love Again" Marleny Dietrich, czyli piosenkę zamykającą moją sztukę "Błękitny diabeł". Ale były też inne standardy, francuskie, włoskie, rosyjskie, mieszały się z klasyką. Motywy filmowe z utworami Chopina. Każdego dnia jest też inne menu. A to przecież rzadkość. Pod ścianą zbite z brzozowego drewna regały. Regały żywe, bo drzewo ma korę, a na nich suszy się swojski makaron. Za chwilę kucharz przywiezie kuchnię na kółkach, na której posieka mięso na tatar, albo na naszych oczach usmaży mięso, zalewając je mocnym koniakiem, aż ogień buchnie pod sufit. Restauracja, do której przychodzi się patrzeć, współuczestniczyć, łatwo i chętnie poddajemy się temu, chłoniemy, jest swojsko i intrygująco. Smacznie. Tyle szczęścia w jednym miejscu.
A kiedy kładłem się, myślałem już o porannej kawie. Zawsze, kiedy się kładę, myślę z radością o tym, że rano wypiję kawę. To mnie dobrze nastraja. Jest po co spać i na co czekać.


Podziel się
oceń
0
0

Nikt nie powie, że nie śpiewałem

sobota, 28 kwietnia 2007 18:03
Pięknie zaczął się długi weekend. Chociaż mam jeszcze dwa dnia intensywnej pracy. A jednak leżę teraz, Kot Tutka śpi na moich nogach, pochrapuje nawet, wygina się, wyprostowuje, zwija w kłębek. Urszula Dudziak śpiewa Chopina... Ponieważ mam dzisiaj pisanie, podczytuję jedynie Gazetę. Ale kolejny fragment "Lapidarium" Ryszarda Kapuścińskiego przeczytałem w całości. Wypisałem kilka myśli: "Balzak pisze w jedną noc Gaudissarta - 80 stron!(...) Dziś, gdy czytamy np. Balzaka, zdumiewa nas ogrom wiedzy, jaką posiadał. Czyj umysł byłby w stanie spamiętać obecnie choćby cząstkę tego, co przekazuje nam autor Komedii ludzkiej?"; "Systematyczność jest największym problemem w pisaniu prozy. Tu każda przerwa, każde zaniedbanie tworzy wyrwę trudną do zasypania, do zniwelowania. W tym wypadku nawyk jest taki ważny. Ważne jest przyzwyczajenie, aby codziennie usiąść i napisać choćby pół strony, choćby jedno zdanie."; "Każda lektura jest tymczasowa. Ten sam tekst, kiedy czytasz go po jakimś czasie drugi raz, ma już inną wymowę, możesz już znaleźć w nim inne sensy."; "Zdaję sobie jasno sprawę, że naprawdę żyję, kiedy pracuję. Dlatego jeśli jest mi źle, siadam przed komputerem i piszę. To moja modlitwa, płacz, wołanie o ratunek. Pedro Almodovar."; "O oszczercy Lema: biedny nie wie, że starając się zniszczyć Lema, w rzeczywistości wydaje wyrok na siebie i niszczy się sam, bowiem oszczercy i opluwacze, chcąc wdrapać się w ten sposób na piedestał, spadają nisko w cuchnące szambo, z którego nigdy już się nie wydostaną. Nikczemnicy odejdą szybko zapomniani, anonimowi, nie pozostawiając po sobie nawet cienia"; "Potrzebuję obecności drugiego człowieka, bo potrzebuję promieniującej z niego energii, która mnie wzmacnia: bliskość drugiego człowieka czyni mnie silniejszym".
Uwielbiam teksty Kapuścińskiego, bo ma naiwną, bezkresną wiarę w człowieka, w dobro. Jest dobrze czytać takie teksty.

Wczoraj w Teatrze Polonia na premierze "Boskiej" Petera Quiltera, sztuki o najgorszej śpiewaczce świata, Florence Foster Jenkins. Pani Jenkins nie miała słuchu, nie umiała śpiewać, z rzadka trafiała w nutę. Akompaniatorzy musieli być ekwilibrystami. Ojciec bankier zabronił jej śpiewać i wydziedziczył, nie wspierał jej ambicji również mąż, lekarz... Dopiero, kiedy ojciec zmarł zostawiając fortunę, a ona sama skończyła 40 lat postanowiła zacząć spełniać marzenia. Wynajmowała najlepsze teatry, śpiewała. Ludzie przychodzili, bo mieli z tego zabawę. Wyli, ryczeli, uderzali głową o podłogę. Ale jej to w ogóle nie przeszkadzało. Z czasem jej recitale stały się tak popularne, że bilety były wyprzedane miesiące wcześniej. Żeby kupić bilet, trzeba było przyjść do pani Jenkins na rozmowę, musiała przecież wyeleminować wroga. W końcu zaśpiewała nawet w słynnej Carnegie Hall. Spełniła się.
Tę autentyczną, zmarłą w 1944 roku postać, zagrała Krystyna Janda. Jest przepyszna, komiczna, czarująca. Takiej Jandy jeszcze nie widzieliście! To, jak wygląda, jakie ma kostiumy, jaką choreografię, wreszcie jak potwornie fałszuje śpiewając w spektaklu arie. Przyglądałem się autorowi sztuki, Peterowi Quilterowi, który siedział kilka rzędów niżej, jak zaśmiewał się, a nawet dusił. Ale to, co ważniejsze: Janda gra postać, która jest śmieszna, ale jej nie ośmiesza. Obdarza ją szlachetnością. Myślę, że sama Jenkins nie była ani tak apetyczna ani tak charyzmatyczna jak grająca ją Krystyna Janda. Pewnie Florence słuchając tego gdzieś z góry była szczęśliwa, że została tak przez Jandę obdarowana. Sukces murowany.
Sztuka opowiadana jest poprzez akompaniatora Jenkins, Cosme McMoona (Maciej Stuhr), poruszający jego monolog kończący sztukę. W jednym z wywiadów dla brytyjskiej prasy Peter Quilter powiedział, że Jenkins była niewinna. Winna była publiczność. Coś w tym jest. Płyty Jenkins sprzedają się nadal. Jednego z nagrań, zamieszczonego na youtube, słuchałem ze znajomymi. Wyliśmy, wprowadzając się w znakomity nastrój. Kiedy słuchasz Jenkins wychodzisz ze swojego świata, i wchodzisz w jej. "Mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nie powie, że nie śpiewałam" - przekonywała artystka. Posłuchajcie, to z mojego ulubionego youtube:
http://www.youtube.com/watch?v=1cWwA7Czi1E


Podziel się
oceń
0
0

Zaśpiewaj, Lalka

piątek, 27 kwietnia 2007 15:31
Miałem spotkanie na Starym Mieście. Tramwaje zatłoczone. Miasto wypluło mnie w okolicy Zamku Królewskiego. Szedłem wolno, przyglądałem się ludziom. Przewodniczka oprowadzała węgierską wycieczkę, opowiadała im o Warszawie po angielsku, i o Starówce, porównując do Disnaylandu, że odbudowana po wojnie, że jak scenografia. Przysłuchiwałem się. Było gorąco. Dorożkarz wysadził pod Zamkiem dwie japońskie turystki. Przewodniczka mówiła dalej: "My, Polacy, najlepsze kontakty mamy z Węgrami" - zamyśliła się i dodała - "Może dlatego, że w ogóle nie potrafimy się porozumieć". Być może coś w tym jestem. Potem wracałem długo, zaglądając do ulubionej galerii Belotto, do księgarni Bolesława Prusa... Próbowałem przypomnieć sobie, jak postrzegałem Warszawę, kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy. Byłem oszołomiony? Przestraszony? Zachłyśnięty?
Patrzyłem powierzchownie. Dzisiaj, spacerując po Warszawie, coraz więcej myślę o historii. O Powstaniu, o bombardowaniach, o ucieczkach kanałami, o getcie... Tak niewiele się zachowało. Jeszcze na Pradze można dotknąć zmurszałe cegły, kamienie. Reszta miasta wyrosła na krwi. Warszawa pociąga, bo ciągle spotykam ludzi, którzy pamiętają, którzy widzieli, którym wciąż jeszcze śni się... Lubię słuchać. I najbardziej cieszy mnie zaufanie starych ludzi. Jestem dumny, że mogę przy nich być, pytać, słuchać albo zwyczajnie patrzeć im w oczy. Czasem zapisuję. Oto, co powiedziała mi pani mieszkająca w dużym bloku na Bielanach:



Zaśpiewaj, Lalka (1944)

pan tak patrzy
a ja się nie wstydzę wieku - mam 87 lat!
pracuję wnukom pomagam
silna jestem - z Nowogródka
– w partyzantce byłam -
sanitariuszka „Lala” -
a wszy były! świerzb
rany nie chciały się goić -
ale pięknie było na trawie w słońcu
albo jak konie prowadziłam do rzeki
czasem cwałowałam przez pola
koledzy umierali na rękach
„zaśpiewaj, Lalka” prosili
zamykałam im oczy
wojna była - nie miałam czasu na strach
były różne akcje: szło się po broń i pieniądze
napadało na banki na poczty
na polskie banki i poczty
nie było jeszcze legalnego państwa!
pan nie był pod rozkazami
kto nie żył wtedy nie zrozumie
wojna domowa była a my o wolność
pan tak patrzy
potem osiem lat w stalinowskim więzieniu
ale nie mam żalu wiedziałam co robię
albo kula albo cela
półtora roku w izolatce
jednej książki nie dali
papieru ołówka
uczyłam się w myślach
pisałam wypracowania liczyłam
powtarzałam obce słowa
wiersze układałam
tylko usnąć mi pozwól, Panie
bo siły już nie mam wariuję
patrzysz na moje konanie
chcę wierzyć a wiary brakuje
-
bili, o tak, pięścią pod brodę
opartej o ścianę kazali robić przysiady
do nieprzytomności - ale nie razili prądem
... chabry i maki pachnące
... coś tam na łące
garściami rwali
„spójrz, kurwo, do lustra!”
spojrzałam
włosy leżały na ziemi

Podziel się
oceń
0
0

Dora Kafka

wtorek, 24 kwietnia 2007 17:10
Dawno nie wspominałem o Kafce, a przecież stale z nim obcuję, ciągle siedzi mi w głowie. On, jego życie, jego teksty, Dora Diamant i jej historia. Lubię pisać teksty na nowo, i już korci mnie do napisania nowej wersji sztuki o Dorze "Naznaczeni". Jest coś w tej historii takiego, co powoduje, że jest ona właściwie stale otwarta. A gdyby tak się do niej dobrać zupełnie z innej strony? Tyle że teraz nie mam czasu na pisanie nowych wariantów swoich tekstów.  Dla Dory Kafka właściwie nie był pisarzem. Jego pisanie, kiedy żył, nie miało dla niej specjalnego znaczenia, nawet  - na jego prośbę - paliła jego rękopisy. Dopiero później, dużo później, zobaczyła w nim Mesjasza. Mówiła, że Kafka jest jak Jezus. Mówiła, że przeżycie z nim jednego dnia znaczyło więcej niż cała jego praca, całe jego pisanie. Potem jego pisanie zaczęła nazywać modlitwą. Myślę, że po jego śmierci zaczęła w nim widzieć Ikonę.
Napisałem w swojej książce "Bagaże Franza K.": Była prawie martwa, ale ostatkiem sił próbowała jeszcze walczyć o życie. Teatr miał jej w tym pomóc.
Teatr w pewnym sensie stał się jej życiem.
"Żona Franza Kafki".
"Frau Kafka".
"Dora Kafka".
"Dora Diamant-Kafka".
W taki sposób przedstawiała sie w Berlinie(...) W styczniu 1925 zaczęła chodzić na spotkania grupy żydowskich literatów z Polski - również z jej rodzinnych okolic: Będzina, Sosnowca, Czeladzi. Ci, którzy ją wtedy spotykali, zadawali sobie pytanie, dlaczego ta młoda kobieta ubiera się na czarno, dlaczego nosi żałobne stroje(...) Zimą Dora zaczęła poważnie chorować. Chudła. Była blada. Przyjaciele Franza byli przerażeni jej stanem zdrowia, ale niewiele mogli zrobić. Poza tym tęskniła z Polską. Wiedziała, że nie może wrócić do rodzinnego domu. Ale mogła być blisko. Pojechała do Brzezin, niedaleko Łodzi, gdzie mieszkała rodzina jej matki. Zamieszkała u krewnej Beli Diamant. Wspominała marzenia Franza o przeprowadzce do Polski. Kiedy poczuła się lepiej, zaczęła jeździć do Łodzi na wieczory literackie. Czytała też prasę wychodzącą w jidysz. W jednej z gazet znalazła tekst o Kafce, zamieszczony razem z tłumaczeniem jednego z jego opowiadań. Było w nim mnóstwo błędów i przekłamań, a tłumaczenie było bardzo słabe. Postanowiła odnaleźć autora, który jednak z jakiegoś powodu nie podpisał się pod tekstem. Był nim Melech Ravitch, współzałożyciel wychodzącego w Warszawie "Literarisze Bleter". Pewnego razu pojechał do Tomaszowa Lubelskiego z odczytem "Nagość jako problem w poezji, literaturze i sztuce". Kiedy pojawił się w sali, podeszła do niego, jak opisywał później, dziewczyna o oczach bez koloru. Zapytała go, czy może z nim porozmawiać o jego trywialnym tekście o Kafce. Ravitch był zdziwiony. Zgadzał się z nią co do tekstu. Napisał go, dowiedziawszy się o śmierci pisarza, nie mając pojęcia, kim jest. Tłumaczył sobie wtedy, że na szczęście Kafka nie żyje, więc nie grożą mu żadne konsekwencje z jego strony. Ale teraz? I skąd ta dziewczyna wiedziała, że to on był autorem? Dora mówiła tonem osoby zdecydowanej, przekonanej o swojej racji. Zapytał więc prowokacyjnie: "Jak to możliwe, że jest pani taką ekspertką od Kafki?". Odpowiedziała: "Jestem żoną Franza Kafki".


Po biografii Dory przeprowadzała mnie jej amerykańska biografka, Kathi Diamant. Wymieniliśmy dziesiątki, jeśli nie setki maili, z pasją próbowaliśmy przeniknąć jej osobowość. Na chwilę stała się dla nas sensem życia. A później z ciekawością patrzyłem, jak Tomira Kowalik, fantastyczna aktorka Teatru Wybrzeże, mierzy się z Dorą, jak próbuje wejść w jej skórę, kiedy mieliśmy próby do telewizyjnej wersji "Naznaczonych". Mam nadzieję, że Frau Kafka byłaby z nas dumna.

Podziel się
oceń
0
0

Poszukiwanie....

poniedziałek, 23 kwietnia 2007 16:35
Szukam dla siebie formy. Wciąż nie wiem, jak opowiadać o ludziach. Chciałbym pisać tak, aby dotykać prawdy. Wiem, że prawda może czasem leżeć w fikcji. Że można się w nią wgryźć poprzez wyobraźnię. Reportaż, zdarza się, nie jest wystarczająco pojemną formą. Szukam prawdy o ludziach między wierszami, między słowami, nie tylko w nich. Chcę portretować po swojemu.
Dziś o niedawnym spotkaniu.

*

 

Córka starego pisarza

 

„O, Boże, ile was tu!

Jakbym wiedziała, to bym

się nie zgodziła!”

dogadywała widząc kamerę

i ustawiany reflektor

„Robię to tylko dla ojca!

Żeby świat pamiętał.

Pisarz i awanturnik.

Siedem razy pojedynkował się!”

siwe włosy zaczesane do tyłu

na szyi sznureczek pereł

patrzyłem na poplamioną

bluzkę i nie wiedziałem

jak zwrócić uwagę

w końcu odpuściłem

dokument to dokument

 

kuweta w przedpokoju

wypełniona po brzegi

fetor zatruwał mieszkanie

kot przeraźliwie płakał

ocierając się o nogi

prosił by wyczyścić

był taki młody

nie wiedział że nie mogę

zawstydzić...

 

„Na pewno umrę
jak już sobie pójdziecie,

mam ciśnienie 280!

Przez was dostanę wylewu!”

gubiła fakty plątała

plotła warkoczyki

obłąkanych wspomnień

wiązała wstążeczki

zasznurowanych słów

„Trąf, trąf misia, bela,

misia kasia, konfacela...”

kot zmordowany zasnął na parapecie

zgrzybiałe dłonie dziewczynki

zasnęły na kolanach

 


Podziel się
oceń
0
0

Kolejna nagroda dla Małgorzaty Rożniatowskiej!

poniedziałek, 23 kwietnia 2007 16:21
 
Scena Graffiti z Grand Prix Kontrapunktu

Spektakl „Kamienie w kieszeniach” Sceny Graffiti z Lublina oraz statuetkę ufundowaną przez prezydenta Szczecina zdobył główną nagrodę – Grand Prix – tegorocznego 42. Przeglądu Teatrów Małych Form (PTMF) Kontrapunkt 2007, który zakończył się w niedzielę przed północą w Szczecinie.


Indywidualnością Artystyczną Festiwalu uznano Małgorzatę Rożniatowską, którą nagrodzono za rolę Anity Szaniawskiej w spektaklu „Uwaga – złe psy!” (fot. arch.)
 
 
Nagrodę ministra kultury dla najlepszego spektaklu przyznano przedstawieniu „Śmierć praktykanta” w reżyserii René Pollescha - Volksbühne im Prater z Berlina.

Nagrodą marszałka województwa zachodniopomorskiego uhonorowano zaś zespół aktorski z Teatru im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy za spektakl „Osobisty Jezus”.

Niemiecki aktor Jörg Hartman z Berlina został wyróżniony Nagrodą Magnolii – Nagrodą Miasta Szczecina – za rolę w spektaklu „Produkt” – Schaubühne am Lehniner Platz.

Indywidualnością Artystyczną Festiwalu uznano Małgorzatę Rożniatowską, którą nagrodzono za rolę Anity Szaniawskiej w spektaklu „Uwaga – złe psy!”. Aktorka, która wystąpiła z monodramem wystawionym przez Agencję Artystyczną GRAMI z Warszawy, otrzymała nagrodę im. Zygmunta Duczyńskiego (nieżyjącego twórcy szczecińskiego Teatru Kana).

Jury doceniło też Teatr Pieśń Kozła z Wrocławia za spektakl „Lacrimosa”.




Włączenie do konkursu niemieckich przedstawień to zupełna nowość Kontrapunktu. Z tego względu zrezygnowano z przyjętej od lat nazwy festiwalu jako przeglądu ogólnopolskiego.
 
 
Jurorzy zwrócili uwagę na wysoki poziom artystyczny i profesjonalną organizację festiwalu a poszerzenie jego formuły o prezentację teatrów niemieckich uznano za „przełomowe wydarzenie” w historii Kontrapunktu.

Festiwal, który 18 kwietnia zainaugurowało przedstawienie „Bóg Niżyński” w realizacji Teatru Wierszalin z Supraśla, zakończył w niedzielę 22 kwietnia finałowy spektakl w reżyserii Anny Augustynowicz według sztuki Williama Szekspira „Miarka za miarkę”, wystawiony przez Teatr Powszechny im. Zygmunta Huebnera z Warszawy.

O Grand Prix rywalizowało 10 teatrów z całej Polski i trzy teatry niemieckie. Na tegoroczną edycję Kontrapunktu złożyło się 18 przedstawień – cztery z nich, w tym trzy startujące w części konkursowej, były propozycjami sceny teatralnej z Niemiec. Dwa z nich zostały zaprezentowane w Berlinie.

(PAP)

Podziel się
oceń
0
0

Hopper na niedzielę

niedziela, 22 kwietnia 2007 12:02
Po śniadaniu na tarasie. Wróciłem rano do książki Marii Kornatowskiej "Rozmyślania przy makijażu. Życie codzienne Nowego Jorku". Czytam dalej, smakuję, niewielkimi fragmentami, żeby starczyło na dłużej. Dając sobie możliwość zatrzymania się, przeanalizowania, zastanowienia.  Pisałem o "Angielskim pacjencie", okazuje się, że to również ulubiony film Kornatowskiej. Pisałem o Edwardzie Hopperze, jak się okazuje, ulubionym malarzu Kornatowskiej. Wypisałem parę fragmentów z jej tekstu o Hopperze: "Nie interesowało go to, co uchodzi za kwintesencję nowojorskości: nieposkromiona energia, tempo i wielkomiejski, szaleńczy rytm. Nie interesował go też Nowy Jork jako miejsce zderzenia różnorodnych kultur i ras, jako melting pot. Malował nowojorski smutek i samotność, pustawe, peryferyjne ulice, typową, brzydką architekturę, puste okna, nieczynne sklepy, dziwaczne wystawy różnorodnych drugstorów(...) Kluczową rolę w jego twórczości odgrywały okna(...) Malował maniakalnie rzędy pustych okien - symbol martwoty i braku nadziei. Motyw okien łączy się z wybitnie nowojorską ideą życia jako spektaklu. Okno jest miejscem, z którego można ten spektakl oglądać, nie uczestnicząc w nim jednak. Stąd dojmujące uczucie samotności i tęsknoty."
Chyba właśnie idea życia jako spektaklu, opowiadanie tajemniczych fabuł jednym tylko obrazem, zatrzymywanie tych fabuł w miejscu, a jednak przecież z uwzględnieniem rytmu, tętna, nawet podskórnego ruchu, jest tak pociągające. Daje możliwość dopowiadania, opowiadania, szukania siebie. Siebie jako opowieści.

Podziel się
oceń
0
0

Bogdan Wojdowski

sobota, 21 kwietnia 2007 19:31
Wracam wstrząśnięty fragmentami dzienników Bogdana Wojdowskiego w opracowaniu Aliny Molisak, które dzisiaj, w trzynastą rocznicę śmierci pisarza publikuje "Gazeta Wyborcza". Wojdowski jest autorem wybitnej, bodaj najważniejszej polskiej powieści "Chleb rzucony umarłym". Przeżył piekło Holocaustu. Nigdy nie wyzwolił się z Zagłady. Popełnił samobójstwo.
Wypisałem kilka fragmentów.



BOGDAN WOJDOWSKI:


1966
16 stycznia. Ta książka jest moim słońcem, moją ziemią, moim niebem, moim grobem. ("Chleb rzucony umarłym" - RG)
2 lutego. Warszawa straszna i beznadziejna. Nie chcę tam żyć, nie chcę tam mieszkać, nie chcę tam pracować! Ale jeśli będę miał zamiar się powiesić, to na pewno wybiorę się w tym celu do W-wy.
9 maja. Nikifor lubi zmieniać sobie miejsca pracy, jak każdy malarz. Wynalazł sobie budę w kolorze zielonym na Pułaskiego, skąd przez okienko widać jego głowę. Dzieciaki zbiegają się, zaglądają, nic mu to nie przeszkadza. "Atelier" jest budką w kolorze zielonym. W ogóle upodobania do zieleni... W niedzielę kręcił się po ulicy w zielonym zabawnym kostiumie. [Pisane w Krynicy].
12 lipca. Pisarz zaczyna się wówczas, kiedy kończy się jego biografia.

1981
18 października. Z tamtego świata nie pozostał jeden kamień na swoim miejscu(...) Żyję, bo żyję. Rzeka wyschła do dna. A ja przeszedłem suchą stopą na drugi brzeg. Ocalony, to się nazywa ocalony.
Już prędzej przeklęty! Gdzie oni wszyscy przepadli? Czy to możliwe? Śladu nie widzę. To, co pozostało, mieści się swobodnie w mojej pamięci. Moja myśl jest cmentarzem!


1982
13 kwietnia. Moim głównym grzechem jest dążenie do przeczekania.

1984
1 stycznia. Decyzja o pójściu do szpitala. Wyraźna depresja.
2 stycznia. Pogorszenie. Lęki. Wewnętrzny dygot od paru dni. Ok. 11 na F-7 [oddział Instytutu Psychiatrii i Neurologii przy Sobieskiego
w Warszawie]

4 stycznia. Jak i wczoraj - wizyta Marysi
[Maria z domu Iwaszkiewicz, żona Wojdowskiego].

5 stycznia. W szpitalu na F-7 spotkałem znane twarze sprzed 4 lat. Wielu tu wraca.
30 stycznia. Co to jest człowiek szalony?
To okaleczone zwierzę, natchniony wolnością duch, destrukt natury i jej boski odpadek. A co to jest człowiek zdrowy? To jedwabnik ukryty szczelnie w swym kokonie złożonym ze słów, które w pewnej chwili zrzuca na pożytek, a sam w przepychu barw ginie. Właśnie na tym kokonie nam zależy, z niego czerpiemy trwały pożytek, chociaż w życiu owada oznacza on rzecz przemijającą, do zgubienia.

1 maja. Zawsze w napięciu, w bolesnej gotowości, jak gdybym za chwilę usłyszeć miał głos z tamtej strony. Jeszcze długo w obawie dotykałem lewego ramienia w miejscu, gdzie rękaw obszyty być musiał opaską z gwiazdą. I dziś dotykam. Jako Żyd wiem, że moją winą jest samo istnienie.
15 września. Umarłem. Dawno umarłem i nikt mi nie wierzy. Mając 53 lata, dopiero mogłem zrobić coś dla tamtych - dla ludzi z transportów. Bóg mnie zachował i oświecił.

1985
20 kwietnia. Mój fałszywy los zaczął się w roku 1942. Mogłem wziąć ojca za rękę i pójść z nim do Treblinki. Taka była konieczność!

(przypisy Alina Molisak i Jan Cywiński)


Podziel się
oceń
1
0

Między stronami

sobota, 21 kwietnia 2007 16:28
Trzy dni wypełnione pracą, po meandrach historii. Inspirujące spotkania i wielogodzinne rozmowy, odczarowywanie minionego. Przeszłość zasznurowana w pamięci. W ciągu trzech dni siedem wywiadów. Podążanie za opowieścią. Szukanie klucza. Czasem błądzenie. I tyle historii wokół opowiadanych historii, tyle tropów, którymi nie pójdę, bo nie związane z tematem. Czasem dobrze skręcić, pójść nie tą ścieżką, przyjrzeć się. Wśród tych historii odrzuconych opowieść o Reginie, łączniczce z AK, która ze strachu, a może z wyczerpania zaczęła sypać. I która wyszła za mąż za UB-eka. I która potem pracowała w UB, i chciała wyeliminować tych, którzy wiedzieli, że wsypała... Albo inna opowieść. Przesłuchanie kobiety o pięknych, długich włosach, prawie do kolan. Na przesłuchaniach ubecy wyrywali je garściami. Myślę o tym i im więcej myślę, tym trudniej mi sobie wyobrazić.
Czasem opowieść skręca, zawija, prowadzi do innej.  Może chce przerazić? Wstrząsnąć?
Dziennikarstwo. Zawód, który fascynuje. Chociaż ostatnio mniej jestem dziennikarzem. Wciąż poszukuję. To piękne poczucie - szukać drogi odpowiedniej dla siebie. Kiedy kończyłem liceum napisałem na karteczce, że będę dziennikarzem i postawiłem trzy kropki. To mi dało niesamowitą wolność w poszukiwaniu siebie. Taki jestem szczęśliwy, że nie zamknąłem swojej wypowiedzi, że jej nie ograniczyłem. Teraz skupiony jestem na trzech dużych tematach. Ale kiedy je zamknę, będę pisać. Coś mi się precyzuje, robię plan, a na pulpicie komputera obraz Edwarda Hoppera, o którym wspominałem. Chciałbym jeszcze pojechać do Nowego Jorku...
Kot Tutka zasnął opierając się o opasłe tomisko Dzienników Virginii Woolf, które nabyłem w internetowej księgarni Merlin, co polecam, bo prawie 20 złotych taniej, a to wyjątkowo droga książka. Wczoraj trochę zacząłem podczytywać. Niewiele, bo przygotowywałem się do dzisiejszych rozmów. Mam więc duży apetyt. Również na lekturę fragmentów dziennika Bogdana Wojdowskiego, które publikuje dzisiejsza "Gazeta Wyborcza". W "Wysokich obcasach" polecam bardzo rozmowę Jacka Szczerby z Zofią Czerwińską, cudownie mieć do siebie taki dystans, jaki ma aktorka. Bez cienia żalu opowiada o epizodach, jakie grała w filmach. Bez cienia żalu, że nie grała głównych ról. Ze zdziwieniem, że jest rozpoznawana, że zdania, które w różnych filmach mówiła, przeszły do historii kina.
Tyle do przeczytania. Pobędę tam. A potem wrócę. Miłego dnia.


Podziel się
oceń
0
0

Aż boli...

środa, 18 kwietnia 2007 22:59
Dostałem dzisiaj od poety Jerzego Fryckowskiego jego nowy tomik wierszy "Kiedyś nas uśpią". Niektóre z wierszy są wstrząsające. PS: Jeden z poematów Fryckowskiego publikowałem kiedyś na PARNAS.PL, można tam znaleźć.

Jerzy Fryckowski

"List Jerzego Popiełuszki do matki"

Matko
moja kaplica zmniejszyła się
do rozmiarów samochodowego bagażnika
wiem Chrystus już tu był
między lewarkiem a kołem zapasowym
nie mogę oddychać
szmata do czyszczenia felg
smakuje ostatnią drogą

Padam kolejny raz
nie ma Weroniki
kamień u szyi ciężki jak krzyż
Szymon też jest daleko

Matko
zawsze ci mówiłem
że Golgota leży nad Wisłą
zamiast dzidy kłuje mnie w bok esbecka pałka
na ocet już ich nie stać

Nie biegnij Matko
nie zdążysz
tafla wody już się zamknęła
dno jest muliste i niepewne jak ich wiara

Coraz mniej powietrza
brakuje mi tchu
aby przesłać ci ostatnie pożegnanie od syna

Matko
to tylko kamień
wystarczy odwiązać
a pofrunę

("Kiedyś nas uśpią", Słupsk 2007)

Podziel się
oceń
0
2

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  798 001  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl