Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pozdrowienia z Tramwaju

środa, 31 marca 2010 23:28
Piszę z Paryża. Wczoraj obejrzałem w Teatrze Odeon wspaniały "Tramwaj" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego wg "Tramwaju zwanego pożądniem" z Isabelle Huppert, Andrzejem Chyrą, Renate Jett. Po spektaklu zostałem przedstawiony pani Huppert, w jej garderobie. O spektaklu napiszę po powrocie do Polski. Wciąż mocno we mnie siedzi. Na razie kilka fotografii z mojego powrotu do formy.

























Podziel się
oceń
0
0

Podróż w siebie

niedziela, 28 marca 2010 22:31
Na chwilę wyjeżdżam do miejsca, w którym zawsze odzyskuję równowagę. Może uda mi się odezwać, a może w ogóle nie będę miał ochoty na jakąkolwiek komunikację ze światem. Pamiętam przełom roku i wyjazd do Rzymu. Nie miałem nawet siły zajrzeć do internetu. Po powrocie czeka mnie wiele działań. W kwietniu prowadzę trzy duże spotkania, są dwie promocje moich książek, za chwilę "Spełniony" pojawi się w księgarniach, co będzie ode mnie wymagało też obecności w różnych mediach. A potem chcę się znów zamknąć i pisać. Wrócić do powieści, która leży do dawna w szufladzie, wrócę do niej, bo to sobie i jej obiecałem. Chciałbym ją w tym roku skończyć.
Już prawie kwiecień, więc trochę późno na noworoczne obietnice. Nie, w tym roku niczego sobie nie obiecuję. Po prostu postaram się nie wywierać na siebie żadnych presji, niczym siebie nie wiązać.
Słucham pięknej piosenki Ewy Błaszczyk "Podróżowałam".
To słowa Doroty Czupkiewicz

PODRÓŻOWAŁAM
Podróżowałam tysiące mil, tysiące miejsc
i krajobrazów,
podróżowałam wiele nastrojów, rozmów
i klimatów, wiele dróg,
szukałam w świetle, szukałam w mroku,
w sobie szukałam,
lecz wszędzie ten sam cień rzucałam,
te same zostawiałam ślady stóp,
te same zostawiałam ślady stóp.

Więc na przystankach i rozstajach,
nieraz porzucić chciałam drogę,
i w obcych miastach hotelach i barach,
na skraju nocy tak myślałam sobie,
tyle nocy jest we mnie, jak ją w drodze
od światła oddzielę,
wędrowanie codzienne to nie jest wiele.

Kiedy wszystko staje się tylko drogą
i tylko podróżą,
nowe światy lub kraje to nie jest dużo,
wszędzie tylko niezmienność,
choć na pozór tak dużo się dzieje,
ta wędrówka w codzienność, to nie jest wiele.

Podróżowałam, do granic sił, do kresu
słów i wyobraźni,
podróżowałam tam gdzie się zgubić
można, znaleźć zaledwie raz,
szukałam w ludziach, szukałam
w rzeczach, w sobie szukałam,
lecz wszędzie ten sam cień rzucałam,
tę samą ocierałam z potu twarz,
tę samą ocierałam z potu twarz.

Więc na przystankach i rozstajach nieraz
porzucić chciałam drogę,
a wtedy w portach, hotelach i barach tak
do mnie mówił zawsze jakiś człowiek,
kiedy jesień bezlistna, straszy wiatrem
i chłodem i burzą,
plama słońca jak wyspa, to przecież dużo.

Kiedy nic się nie dzieje, kiedy noce i dnie
tylko nużą,
mieć ogromną nadzieję to przecież dużo.



Podziel się
oceń
0
0

pracownia na wiosnę

sobota, 27 marca 2010 17:54
Było południe. Przez okna wpadały do pracowni na poddaszu rozlewające się promienie słońca jak farba dopiero co wyciśnięta z rozgrzanej i leżącej na parapecie tuby. Wczoraj. Po raz kolejny w pracowni Ryszarda Kapuścińskiego, w atelier o niezwykłej energii, w miejscu, które uwielbiam. Domy, które stają się książkami mają niezliczoną ilość pokoi i korytarzy. Korytarze prowadzą we wszystkie możliwe strony w czasie i przestrzeni. Bo gdyby tak opowiadać o światach zamkniętych w sztywnych i broszurowych oprawach, bo gdyby tak opowiadać na przykład o ulicy, o historii, jaka przetoczyła się za oknem, albo gdyby zajrzeć przez ścianę - przecież za ścianą domu, w którym mieszkał pan Ryszard Kapuściński, wcześniej mieszkali też Stanisław Dygat i Witold Lutosławski. A gdyby przejść przez ulicę, w stronę Pola Mokotowskiego i zajrzeć za okna fińskiego domku, w którym się wychował. Dom istnieje do dzisiaj. A przecież znów przez ulicę, tym razem Aleję Niepodległości i już jesteśmy w Głównym Urzędzie Statystycznym, gdzie pracowała matka wielkiego reportera.
Więc można wędrować w czasie i przestrzeni, spacerować alejami książek, które rosną i rozlewają zieleń, jak wyciśniętą farbę z rozgrzanej tuby leżącej na parapecie.





(pani Alicja Kapuścińska pokazuje zeszyt, jaki mąż otrzymał od Bodil Malmsten, autorki książki "Cena wody w Finistere", namawiający do asertywności, na pierwszej stronie "Nie" w wielu językach)












Podziel się
oceń
1
0

Momenty są

środa, 24 marca 2010 18:04
Ale frajda! Taki dzień.

Najpierw pocztą przyszedł zlicytowany przeze mnie egzemplarz powieści Jarosława Iwaszkiewicz "Pasje Błędomierskie" z dedykacją : "Panu Dariuszowi Kulczyńskiemu na pamiątkę świetnego wesela w dn. 24. IX. 77 Jarosław Iwaszkiewicz".



A potem Wydawca przekazał mi pierwsze (na razie pojedyncze) egzemplarze książki "Spełniony" czyli wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem, która trafi do księgarń 7 kwietnia.

Momenty są.



Podziel się
oceń
0
0

Panie Maraiu.

wtorek, 23 marca 2010 22:20
Dzienniki zawsze są kluczem do czytania ludzi i ich świata. A jeśli są to dzienniki pisarzy, w dodatku wybitnych, mogą być też drogowskazami. Takie mam przekonanie. Mimo że "Dzienniki" Iwaszkiewicza tom drugi skończyłem, wciąż wracam i podczytuję. Ale jestem też cały w dziennikach Sandora Maraia, które podarowała mi Ela. Od jego "Żaru" jestem mu całkowicie oddany. Uważam, że "Żar" to jedna z najwspanialszych powieści świata. Jestem też szczęściarzem, a nawet wybrańcem, bo mogłem "Żar" obejrzeć w Teatrze Narodowym i to w obsadzie: Ignacy Gogolewski, Zbigniew Zapasiewicz, Danuta Szaflarska. Wybrańcem, bo zagrano ten spektakl niewiele razy, dla maleńkiej, za każdym razem jedynie czterdziestoosobowej widowni. Śmierć Zbigniewa Zapasiewicza zakończyła również życie tego spektaklu. Pisałem o nim na blogu, po powrocie z premierowego spektaklu.
Więc siedzę wieczorami, przed snem, w tym niezwykłym "Dzienniku", poznaję życie Maraia, jego świat i lektury. Spacer po cudzych lekturach zawsze jest pouczający, dlatego kupiłem sobie wydaną po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego "O książkach, ludziach i sztuce" pod redakcją Bożeny Dudko i Mariusza Zwolińskiego. Można powiedzieć oczywiście, że to często niewielkie teksty o cudzych książkach, wstępy, posłowia lub blurby (czyli opinie zamieszczane na okładkach), że to niewiele nowego wnosi itd. Dla mnie ta książka to odkrycie, bo to spacer po lekturach Ryszarda Kapuścińskiego i to, jak zaznaczyła we wstępie Alicja Kapuścińska, wdowa po reporterze, po lekturach, które cenił, czyli w których się zapadł, w których się chował i w które uciekał. Wynotowuję tytuły warte przeczytania i które przegapiłem, czasem, o których nigdy nie słyszałem. Więc to przewodnik po książkach.
Ale Sandor Marai, bo przecież od niego zacząłem. W swoim "Dzienniku" cytuje zdanie z "Tybetańskiej księgi zmarłych". Zdanie, przy którym postawiłem wykrzyknik: "Człowiek głuchnie w tym życiu nie tylko od hałasu świata, lecz także od nieustannego krzyku, jaki dobywa się z jego własnej osobowości, na zewnątrz i do wewnątrz".
Przeczytałem je kilka dni temu, ale przypomniałem sobie nagle, dzisiaj, oglądając gościnny spektakl w Teatrze Na Woli, gdzie pracuję, z Teatru Nowego w Krakowie. Mówię o "Lękach porannych" wg Stanisława Grochowiaka z Edwardem Linde-Lubaszenko w roli głównej w reżyserii Piotra Siekluckiego. Spektakl przygotowany z okazji 50-lecia pracy artystycznej aktora i jego 70. urodzin. Opowieść o alkoholiku, który nigdy już nie wyjdzie ze świata swoich lęków, niemożności i swoich codziennych małych śmierci. Pada zresztą w spektaklu takie zdanie, mówione przez lekarza, kiedy grany przez pana Linde-Lubaszenko Alf mówi: "Zdechniesz", lekarz odpowiada: "Tak, tyle że ja umrę raz, a ty umierasz każdego dnia". I jest w tym zdaniu więcej niż okrucieństwo. Alf skazał się na życie w majakach, w świecie urojonym, w świecie nierealnym, który zabiera lęki, z którymi nie sposób żyć, który ogłusza i który daje bolesne, nieodwracalne wytchnienie.
Tak, myślałem o tym zdaniu Maraia po spektaklu, w którym obok pana Edwarda Linde-Lubaszenko tak znakomicie kilka wyrazistych ról zagrał Paweł Sanakiewicz. W spektaklu wiele prywatnych zdań z biografii Edwarda Linde-Lubaszenko, który urodził się 23 sierpnia 1939 roku, a więc w dniu, kiedy ogłoszono pakt Ribbentrop-Mołotow.
Na spektaklu były obecne córki i wnuczka Stanisława Grochowiaka, które zaprowadziłem później do aktorów, dowiadując się przy okazji, że wnuczka pisarza jest zarazem synową naszej teatralnej pary - Grażynki, która pracuje w kasie, i Wojtka, naszego brygadiera sceny.
Nagle świat Grochowiaka, wszechświat jego pisania wydał się o wiele bliższy.
W teatrze spotykają się wszystkie światy, i to jest wspaniałe, panie Maraiu.
 

Podziel się
oceń
0
0

Cisza

piątek, 19 marca 2010 22:57
Słucham jak fenomenalny mag skrzypiec, Joshua Bell gra Chopina i wracam myślą do wczorajszego spotkania w "Gazeta Cafe", które miałem przyjemność prowadzić w warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" a które poświęcone było wydarzeniom związanym z dwusetną rocznicą urodzin kompozytora "Chopin 2010". O wielości tych zdarzeń opowiadali Waldemar Dąbrowski, dyrektor Opery Narodowej i pełnomocnik ministra kultury do spraw obchodzów 200. rocznicy urodzin Chopina oraz Andrzej Sułek, dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina. Spotkanie zakończył kapitalny recital Urszuli Dudziak, śpiewającej Chopina na jazzowo. Kończąc swój koncert, na którym oczywiście ruszyło mnie z miejsca i tańczyłem, Urszula Dudziak powiedziała: "Gdyby Chopin siedział tutaj w drugim, albo czwartym rzędzie, powiedziałby: Ula, zaśpiewaj Papayę..."
I zaśpiewała. I było szaleństwo. Dla mnie jej recitale są bardzo energetyczne, jestem z tą muzyką zrośnięty, jest mi potrzebna do życia i oddychania, mam wiele płyt i często ich słucham. I nawet mogę żartem powiedzieć, że znam wszystkie słowa tych utworów. To jest po prostu moja grupa krwi. I puls.
Zapis spotkania tutaj:

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7678342,Urszula_Dudziak_zaspiewala_Chopina.html

Skończyłem "Dzienniki" Jarosława Iwaszkiewicza, które dawkowałem sobie jak lekarstwo, chociaż przesłanie smutne, bolesne, tyle w nich samotności, wyizolowania. Czy ktokolwiek, kto był blisko Iwaszkiewicza to zauważył? Odczuł? Te dzienniki to w gruncie rzeczy wielka powieść o pisarzu i jego Polsce. Swojemu pisaniu nie poświęcał zbyt wiele miejsca. Jest w niej tak wiele historii i spraw ludzi, których nie opisał prozą. A szkoda. Choćby taki zapis z dziennika:
"Opowiadał mi dziś Drda o starym murarzu, który nie mając roboty, wstąpił kiedyś do cyrku przed laty i jest tam do dziś dnia. Z cyrkiem tym jeździł po świecie i wpadał zawsze w najgorsze tarapaty, nie było historycznego zdarzenia w połowie XIX wieku, w którym nie brałby udziału. Był w Meksyku podczas rewolucji, w Rosji w obu rewolucjach, był w wojsku austriackim i rosyjskim, był w partyzantach czeskich i w wojnie hiszpańskiej domowej itd., itd. Pamiętał wszystko, ale wszystko było mu zupełnie obojętne. Pamiętał tylko zupy: O, w czasie rewolucji październikowej w Moskwie to dostałem takiego barszczu! A w Hiszpanii to zupy robią z jarzyn. A w Meksyku to najlepsza zupa rybna".
Cóż to by mogła być za powieść.
Tak wielu książek nikt nie napisał.
A ten stary murarz żyje przynajmniej w jednym akapicie "Dzienników" Iwaszkiewicza. Bezimienna, wspaniała i barwna postać.
Tak by się chciało tego murarza, pracownika cyrku posłuchać.
I choć "Dzienniki" przeczytałem, będę do nich wracał. Uzupełniam teraz swoją Iwaszkiewiczowską biblioteczkę, mam sporo, ale nie wszystko, część czytałem w szkole, część na studiach, z bibliotek. Teraz dokupuję. Chciałbym mieć jak najwięcej tych tekstów, żeby sobie do nich zaglądać, żeby tu po prostu zamieszkały. Wczoraj kupiłem pięknie oprawione "Opowiadania".
Tyle nowych książek w domu. Trzeba jakoś systematycznie je czytać.
Od wczoraj siedzę we wznowionej właśnie (a dotąd rzadko wznawianej) znakomitej książce reporterskiej Ryszarda Kapuścińskiego "Dlaczego zginął Karl von Spreti", którą od razu kupiłem w kilku egzemplarzach, dla przyjaciół. To opowieść o Gwatemali, jednym z - jak pisał Kapuściński - najnieszczęśliwszych krajów na świecie. Ta niewielka książka pozwala wiele zrozumieć z mechanizmów rządzących światem, polityką i ludźmi. To nie jest książka tylko o dyktaturach.
"Ludzie, którzy piszą historię, zbyt dużo uwagi poświęcają tak zwanym głośnym momentom, a za mało badają okresy ciszy. Jest to brak intuicji, tak niezawodnej u każdej matki, kiedy usłyszy, że w pokoju jej dziecka raptem zrobiło się cicho. Matka wie, że ta cisza oznacza coś niedobrego. Że to jest cisza, za którą coś się kryje. Biegnie interweniować, ponieważ czuje, że zło wisi w powietrzu. Tę samą funkcję spełnia cisza w historii i polityce. Cisza jest sygnałem nieszczęścia i często - przestępstwa. Jest takim samym narzędziem politycznym jak szczęk oręża czy przemówienie na wiecu. Cisza jest potrzebna tyranom i okupantom, którzy dbają, aby ich dziełom towarzyszyło milczenie(...) Jakże cisza emanuje z krajów przepełnionych więzień!(...) Cisza wymaga, żeby obozy koncentracyjne budować w miejscach odludnych. Cisza potrzebuje ogromnego aparatu policji. Potrzebuje armii donosicieli. Cisza żąda, aby wrogowie ciszy znikali nagle i bez śladu(...) Jeżeli w Gwatemalii nastawiam lokalną radiostację i słyszę tylko piosenki, reklamę piwa oraz jedyną wiadomość ze świata, że w Indiach urodzili się bracia syjamscy, wiem, że ta radiostacja pracuje w służbie ciszy".
Czy ktoś napisał potężniejszy fragment na ten temat?



Biurko Ryszarda Kapuścińskiego, fotografia, którą zrobiłem latem ubiegłego roku.

Podziel się
oceń
0
0

TUTAJ

środa, 17 marca 2010 23:27
WISŁAWA SZYMBORSKA

Ella w niebie

Modliła się do Boga,
modliła gorąco,
żeby z niej zrobił
białą szczęśliwą dziewczynę.
A jeśli już za późno na takie przemiany,
to chociaż, Panie Boże, spójrz ile ja ważę
i odejmij mi z tego przynajmniej połowę.
Ale łaskawy Bóg powiedział Nie.
Położył tylko rękę na jej sercu,
zajrzał do gardła, pogłaskał po głowie.
A kiedy będzie już po wszystkim - dodał -
sprawisz mi radość przybywając do mnie,
pociecho moja czarna, rozśpiewana kłodo.



Vermeer

Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.



(wiersze z tomiku "Tutaj", Znak, Kraków 2009)

Podziel się
oceń
0
0

Open for Chopin

środa, 17 marca 2010 12:48
Wciąż w "Dziennikach" Jarosława Iwaszkiewicza, są w nich fragmenty wstrząsające, to opowieść o samotnym człowieku, który nie potrafi poradzić sobie z samym sobą, do którego wraca natarczywa myśl o samobójstwie, który uważa, że wszystkie możliwości są przed nim zamknięte, który po śmierci Jerzego Błeszyńskiego nie umie wyjść z tego umierania.
"Umieć to wszystko zamknąć jak radio. I żeby już potem nie było nic" - zapisał w maju 1960 roku.
W lipcu tego samego roku: "Bardzo zły stan nerwów, ale to bardzo zły. Chwilami zupełna prostracja. Nie chce się niczego. Nie piszę zupełnie. Bardzo źle sypiam. I to okropne uczucie, że to nikogo nic nie obchodzi. Że nikt palcem o palec nie stuknie, aby mi trochę ulżyć. Żadne moje życzenie nie jest spełnione. Szofer nie chce mnie wozić, kucharka nie chce mi gotować, żona nie chce słuchać. Nastrój w domu nie do zniesienia, na każdym kroku natykam się na coś, co mnie drażni, na coś, co mi staje w poprzek. Naprawdę chwilami mam tego dosyć".
W sierpniu, tego samego roku: "Uczucie kompletnej samotności. Zupełnie sam. Nikogo! Nikogo!"
Pod koniec sierpnia: "Słuchałem dziś rano w radio Martwej natury Konopnickiej i płakałem jak bóbr. Zdaję sobie sprawę z całego naturalizmu tego opowiadania, zresztą wspaniałego. Ale płakałem z wszystkich innych, nie literackich powodów, a Danilewiczowa pyta w swej recenzji z Tataraku, dlaczego w moich nowelach wszyscy mężczyźni płaczą. Bo wszystkie nowele są o mnie, droga pani Danilewiczowa".
Październik, tego samego roku: "To wczoraj było trzydzieści dwa lata, jakeśmy się przenieśli na Stawisko. Hania, wspominając to dzisiaj, mówiła, że byliśmy wtedy tacy piękni. Ale chyba nie chciałbym znowu robić na nowo tej całej drogi, od tamtego czasu do dziś. To była bardzo ciężka droga. Jak ciężka, tego nikt nie wie. I cała nasza piękność rozsiała się po tej drodze jak żwir".
I styczeń, 1961 roku, półtora roku po śmierci Błeszyńskiego, zapis z Pragi: "Podczas symfonii Brahmsa przyszedł Jurek. Stanął za plecami i pochyliwszy się, pocałował mnie w głowę. Powiedział: co, stary! I zrobiło mi się bardzo przyjemnie, ale on odszedł pomiędzy rzędami krzeseł, unosząc się na pół łokcia nad ziemią. Bardzo to dziwnie wyglądało".

PS
Jutro (czwartek) w Gazecie Wyborczej, ul. Czerska 8/10 o godz. 19.00 będę prowadził spotkanie o Roku Chopinowskim z Waldemarem Dąbrowskim, Andrzejem Sułkiem i Urszulą Dudziak, której recital chopinowski uświetni to spotkanie. Wstęp wolny!



Podziel się
oceń
0
0

Uwaga - tylko dla dorosłych!

wtorek, 16 marca 2010 20:14
Czytam właśnie dwie powieści, które zostaną wydane w kwietniu. Zostałem wtajemniczony przez wydawców, którzy od czasu do czasu dzielą się książkami jeszcze przed ich publikacją. Wydawnictwo Drzewo Babel przysłało mi nową powieść Vedrany Rudan "Murzyni we Florencji". Nie ma drugiej takiej pełnej złości, wigoru, ironii i agresji jak chorwacka pisarka Vedrana Rudan, której powieść "Ucho, gardło, nóż" Krystyna Janda zaadaptowała na monodram i gra go właściwie od początku istnienia Teatru Polonia (aktualnie na scenie OCH-Teatru). O Vedranę Rudan jestem pytany często z racji wywiadu, jaki z nią przeprowadziłem, a który wszedł do mojej książki "Hotel Europa". Miał tytuł "Zabij męża i ojca swego". Tytuł wiele mówiący o poglądach autorki. W komentarzu do tej rozmowy ujawniłem też pewne szczegóły naszych kilku spotkań, w czasie których Rudan przeczołgała mnie i mentalnie skopała. Moje uczucia do Rudan to mieszanina fascynacji jej książkami, złości na nie, uwielbienia i niechęci dla samej autorki. Spotkania z Vedraną Rudan to dla dziennikarza ostra szkoła jazdy i zarazem ostra jazda bez trzymanki. Więc czytam "Murzynów we Florencji", jej nową powieść i znów odkrywam ten ostry, agresywny, wulgarny, kompletnie nieokiełznany i brutalny świat. Na powieść składają się monologi babci, matki, a także płodów, które Rudan dopuściła do głosu. Mówią o świecie, w którym przyszło im żyć, o "Jugosławii" po wojnie, o nienawiści Serbów i Chorwatów, o straconych złudzeniach, skradzionych i zgwałconych ideałach, o wierze w świat, który nigdy nie miał przyszłości i życiu w świecie, który został im już dawno ukradziony przez polityków i światowy biznes. Wreszcie, mówią o utracie swojej tożsamości, braku miejsca w życiu, niezgodzie na swoje własne życie. To jeden wielki monolog, którego nikt nie jest w stanie zatrzymać, bo nie ma takiej możliwości. To musi zostać powiedziane do końca. Do ostatniej kropli krwi.
Babunia mówi na przykład tak: "Przez całe życie słyszałam brzydkie historie o kobietach, które cipką zarabiały na życie. Kurwy! Kurwy? Żałuję, że moja cipka była tak rzadko w użyciu. Symbolicznie. Kiedy była młoda, dziewczęta kurwiły się z Niemcami, nosiły jedwabne pończochy, chodziły do dentysty, na głowach miały trwałe ondulacje, nosiły śliczne buciki, a my, uczciwe, śmierdzące i bezzębne, błąkałyśmy się po borach i lasach za towarzyszami i iskałyśmy im i sobie wszy. Po wojnie nasz znajome - niemieckie i włoskie kurwy - tylko zmieniły chuja. Zamiast niemieckiego, lizały partyzancki. Niemieckie kurwy dziś są wdowami po partyzantach, niektóre mają też włoską emeryturę. Myślicie, że taki język nie przystoi babuni?(...) Tęsknię za minionymi czasami. Było nas osiemnaście milionów. Kiedy jakiś nasz marynarz wchodził do mrocznej speluny na Madagaskarze, tamtejsi pijacy zawsze go pytali: Where are you from?
On odpowiadał: Tito, Jugosławia.
Dla wszystkich w knajpie od razu wszystko było jasne.
Gdyby dziś jakiś chorwacki marynarz zszedł ze statku - nie schodzi, statki przewożą kontenery, marynarze nie schodzą do portów.
Gdyby dziś jakiś nasz marynarz zszedł z chorawckiego statku - nie schodzi, nie ma chorwackiego statku.
Gdyby dziś jakiegoś marynarza Murzyn sprzedający we Florencji parasole w czasie deszczu zapytał, gdyby Florencja leżała nad morzem..." (przekład Marta Dobrowolska-Kierył)
Nie, nie napiszę, co by odpowiedział, bo trzeba przeczytać tę powieść, ostrą, bolesną, kompletnie nieokiełznaną, ten stek inwektyw przeciwko sobie i światu, trzeba przeczytać i się zezłościć, i coś przemyśleć, i coś zobaczyć.
Drugą powieść przysłało mi wydawnictwo Muza. To "Dzicy detektywi" Roberto Bolano, jednego z najciekawszych pisarzy latynoamerykańskich, którego okrzyknięto "następcą Borgesa". To 600-stronicowa, i znów, użyję tego terminu "nieokiełznana" powieść przypominająca wczesne filmy Pedro Almodovara, klimaty movidy, intelektualne a równocześnie alternatywne ruchy, to opowieść o środowisku młodych poetów, którzy odkrywają swoją tożsamość, seksualność, możliwości, jakie stawia przed nimi świat. Ulises Lima i Arturo Belano poszukują mitycznej ale zapomnianej poetki Cesarei Tinajero.
Na przykład taki fragment: "Ernesto San Epifanio stwierdził, że istnieje literatura heteroseksualna, homoseksualna i biseksualna. Powieści są generalnie heteroseksualne, poezja natomiast jest całkowicie homoseksualna, domyślam się, że opowiadania są biseksualne, choć on tego nie powiedział. W potężnym oceanie poezji wyróżnił kilka nurtów: pedalski, ciotowski, gejowski, cwelowski, homo-niewiadomo, pedziowaty, nimfetyczny, zniewieściały. Jednak najważniejsze prądy to pedalski i ciotowski. Na przykład Walt Whitman to poeta pedalski. Pablo Neruda - ciotowski. William Blake jest bez cienia wątpliwości pedałem, a Octavio Paz ciotą. Borges był niewieściuchem, to znaczy raz mógł być pedałem, a potem zaraz robił się po prostu aseksualny..." (przekład Tomasz Pindel i Nina Pluta)
To tylko niewielki fragment. A rozmowy z prostytutkami? Mistrzostwo świata.
Przede mną jeszcze kilkaset stron tej wielkiej powieści, która zrobiła niebywały sukces na całym świecie, a zwłaszcza w Ameryce.
Powieść, uznawana za opus magnum Bolano, ukaże się 23 kwietnia. Nie można przegapić.


Podziel się
oceń
0
0

Kino

sobota, 13 marca 2010 23:46
Wróciłem z filmu "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego. Prawdę mówiąc szedłem uprzedzony. Poprzedni film Kidawy-Błońskiego "Skazany na bluesa" więcej niż mnie rozczarował. Uważałem, że jest papierowy, nudny, ledwo wysiedziałem do końca. Tytuł nowego filmu "Różyczka" też jakoś mało zachęcający. Poszedłem, bo sprawa była mi więcej niż znana, a przysłuchuję się bardzo ogólnikowym dyskusjom o tym filmie w kontekście biografii, która została lub nie wykorzystana. I miło jest wrócić z kina odwołując wszystko, co się wcześniej myślało, przewidywało, zabijając swoje budujące uprzedzenie wątpliwości.
Dzisiaj przeczytałem wywiad z Kidawą-Błońskim, który mówi, że filmem "Skazany na bluesa" musiał jakoś zadowolić rodzinę, bo jest wujkiem Riedla. I może to właśnie jako widz odczułem.
Tym razem było inaczej. Przede wszystkim uważam, że "Różyczka" ma znakomicie napisany scenariusz (wspólnie z Maciejem Karpińskim). Nie jest to może "Życie na podsłuchu", film, który zrobił na mnie kiedyś piorunujące wrażenie, ale naprawdę nie tylko nie ma się czego wstydzić ale jest i czym się chwalić, bo dawno już w polskim kinie nie widziałem filmu, który pokazywałby współczesną historię Polski w sposób tak nienachalny. Dawno też nie widziałem tak dobrego konfliktu, tak wyrazistych a równocześnie niejednoznacznych postaci. Każda kolejna scena filmu wciąga jeszcze bardziej, zwroty akcji, świetnie prowadzona fabuła, wreszcie znakomicie zagrane role. Nie mówiąc o montażu (Cezary Grzesiuk) i muzyce (niezawodny Michał Lorenc), które naprawdę grają tu ważną rolę.
Oto otrzymujemy historię pisarza, profesora Uniwersytetu Warszawskiego Adama Warczewskiego (ważna rola Andrzeja Seweryna), który samotnie wychowuje córkę. W dziekanacie maszynistką jest młoda kobieta Kamila Sakowicz (w tej roli fenomenalna Magdalena Boczarska, murowana nagroda w Gdyni, jak ona niuansuję tę rolę, no cudo!), która ma tego pecha, że jej narzeczonym, o czym zresztą na początku nie wie, jest oficer SB Roman Rożek (Robert Więckiewicz inny niż znamy, rola majstersztyk). Nie chcę opowiadać filmu, ale właściwie wiemy już co wynika z tego trójkąta. Zwłaszcza, że pisarz Warczewski jest opozycjonistą, a tłem dla wydarzeń jest rok 1968. Ale jednak nie wiemy, co się wydarzy, bo film stawia różne hipotetyczne wersje biografii, która jest nam znana. Mnoży zwroty akcji i burzy krew. Właściwie od połowy oglądamy film z zapartym tchem i nasze myślenie wciąż to wywracane jest przez podszewkę. Dlatego nie będę tego filmu opowiadał. Powiem tylko, że udało się twórcom "Różyczki" pokazać ludzi uwikłanych w system, ale przede wszystkim uwięzionych w namiętnościach i ekstremalnych emocjach, co czyni tę historię bardziej uniwersalną niż tylko polityczna opowieść o tych, na których donoszono i o tych, którzy donosili. Udało się Kidawie-Błońskiemu pokazać fragment współczesnej historii Polski bez dydaktyki i jakiejkolwiek nachalności ale też udało się mu nakazać widzowi spojrzeć na tamten właśnie trudny fragment historii bez utrwalonych stereotypów, czy krótkowzrocznego myślenia, bez łatwego osądzania i rzucania kamieniami. W moim odczuciu temu filmowi nie jest po drodze z IPN-em i to jego niepodważalna wartość. Nic w nim nie jest jednoznaczne. Nic w nim nie jest osądzone. Być może dlatego tak bardzo w ten film uwierzyłem. To film z otwartą głową i naprawdę warto go zobaczyć. Po jego obejrzeniu dyskusje o tym, czy wolno było Kidawie-Błońskiemu wykorzystać biografię jednego z ważnych pisarzy, inspirować się nią, uważam za bezcelowe. Film, jego opowieść bronią się same.



 (Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska, Robert Więckiewicz w filmie "Różyczka")

Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 788  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl