Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Uchwycony w locie

wtorek, 31 marca 2009 9:48
Zarwałem noc i teraz czuję się jak zombie, ale kiedy czytać, jeśli nie w nocy? W ciągu dnia za dużo się dzieje. Więc wczoraj, nieopatrznie, kładąc się, otworzyłem ponownie zbiór esejów literackich a właściwie szkiców biograficznych Henryka Dasko "Odlot malowanego ptaka". I wpadłem jak kamień w wodę w dwa porywające, wielowarstwowe, omal freskowe teksty poświęcone Jerzemu Kosińskiemu, pisarzowi, którego cenię, do którego zdarza mi się wracać, którego biografia zawsze mnie intrygowała. Dasko, który przyjaźnił się z Kosińskim zachowuje w swoich tekstach maksymalny obiektywizm. Nie wybiela, nie ocenia, przytacza fakty, obala mity i legendy, polemizuje zarówno z Kosińskim jak i z jego pro- i antagonistami. Zastanawia się, jak to się stało, że ludzie bliscy Kosińskiemu (jak przyszły autor jego biografii Sloan) zmieniają zdanie i sami odcinają się od tego, co wcześniej napisali. Dasko pisze jak autor kryminału. W końcu postanawia rozwikłać tajemniczą próbę odebrania Kosińskiemu tego, co było dla niego najważniejsze - autorstwa jego książek. Skąd w amerykańskiej prasie wzięły się podejrzenia? Dlaczego tak się stało? Komu przeszkadzał Kosiński? Jaki wpływ afera miała na jego późniejsze pisarstwo i życie w ogóle? Czy rzekome wyjawienie, że Kosiński nie był autorem swoich książek doprowadziło do jego śmierci? Dasko jest wnikliwszy od innych biografów. Rozumie więcej od nich, bo sam jest polskim Żydem, emigrantem. Jest w stanie zrozumieć, dlaczego przybywając do Ameryki Kosiński ukrywał swoje żydowskie pochodzenie, co mu później wytykano. Rozumie więcej, bo jest polskim intelektualistą. Sloan dowodzi, że Kosiński powieścią "Wystarczy być" dokonał plagiatu "Kariery Nikodema Dyzmy", ale przecież książka nigdy nie wyszła po angielsku, a Sloan nie zna polskiego. Dasko wytyka mu szereg błędów i nieścisłości. Ale, jak wspomniałem, najbardziej fascynująca jest próba rozgryzienia tajemniczego ataku na Jerzego Kosińskiego - pisarza. Kto spowodował tekst w "Village Voice" i dlaczego? Dasko jest uparty. Rozmawia z kolejnymi świadkami. Prowadzi prywatne śledztwo. I dochodzi do prawdy. Ujawnia, że nagonka na pisarza była wynikiem zakładu dwojga redaktorów. Nie wiedzieli o nim nawet autorzy pracujący nad tekstem rzekomo dekonspirującym Kosińskiego. Kiedy mówi to jednemu z nich, ten gotowy jest dokonać samospalenia. Dzisiaj sam uznany autor wolałby do historii sprzed lat nie wracać, zwłaszcza, że wdowa po Kosińskim jest nadal przekonana, że ta sprawa doprowadziła męża do samobójstwa. Odsłania też Dasko jak wielu głodnych sensacji dziennikarzy wpadło w zastawioną na Kosińskiego pułapkę. Tych, którzy nie są rzetelni i którzy nie zadali sobie trudu obiektywnej analizy a jedynie poszli tropem afery i stawiali swoje własne tezy przeciwko pisarzowi, wśród nich jest autorka "Czarnego ptasiora". Pisze Dasko: "Skoordynowany atak na książkę ("Malowany ptak") wyraził się w tuzinach artykułów prasowych, pisanych językiem przewidującym antysemicką kampanię 1968. Joanna Siedlecka poszła podobnym śladem w Czarnym ptasiorze; odkryła wojenne losy rodziny Kosińskich, którą pisarz rzekomo zniesławił. Czarny ptasior wyszedł nawet poza ataki lat 60. Siedlecka oskarżyła ojca Kosińskiego o współpracę z Niemcami, a następnie z NKWD".
Dasko prowadzi po biografii Kosińskiego pokazując różne zakamarki, które odsłaniają jego skomplikowaną osobowość, próbę rekonstrukcji własnej tożsamości, również żydowskiej. Pokazuje, że w człowieku jest wiele fragmentów, a sam człowiek też jest zawsze fragmentem. Kosiński stał się ofiarą nagonki prasowej i była to dla niego cywilna śmierć, również śmierć dla Kosińskiego - pisarza. Wydawcy nie interesowali się jego późniejszą książką, a on sam wpadł w manię udowadniania, że potrafi pisać. Pragnął więc napisać swoje opus magnum. I jak większość takich dzieł, opus magnum okazało się obsesją. Kosiński stracił wyrazistość pisarskiego widzenia na rzecz językowej ekwilibrystyki. Dasko stawia też pytania o rolę tłumaczy i redaktorów. Cytuje ich wypowiedzi. Ci, którzy pracowali z Kosińskim naprawdę, nie mają wątpliwości, że sam pisał swoje książki. Od lat zastanawia mnie, jak to się stało, że nagle cała intelektualna Ameryka wzięła udział w dyskusji o autorstwie książek Kosińskiego. Przecież nawet gdyby znaleziono niekwestionowalny dowód na to, że "Malowany ptak" powstał po polsku i przez pisarza-ducha został przełożony na angielski, nawet z pomocą redaktorów, to przecież nadal nie kwestionuje to autorstwa książki. Jeśli rzeczywiście istniał polski maszynopis "Malowanego ptaka" to przecież był to maszynopis książki Kosińskiego - pisarza. Polskiego, żydowskiego, amerykańskiego - who cares? I kolejne pytania: dlaczego atakujący Kosińskiego, w tym i Siedlecka zakładali, że "Malowany ptak" jest literaturą faktu? Przecież autofikcja to nadal fikcja. Powieść to powieść. Słusznie pyta Dasko, dlaczego nikt nie kwestionuje, że modelka Picassa nie miała trojga oczu? Co innego słynny dziennik Wiłkomirskiego "Fragmenty", pamiętnik chłopca-więźnia obozu koncentracyjnego. Dziennikarskie śledztwo odkryło, że jest kompletną fikcją, a sam Wiłkomirski wychowywał się w czasie wojny w Szwajcarii! Wiłkomirski budował swoją pozycję na fałszywej biografii, błagał o litość nad żydowską sierotą uratowaną z obozu, tym samym stając się jednym z oszustów. Casus Kosińskiego jest inny. Pisał powieści i nawet jeśli którejś z nich nie napisał po angielsku, nadal był ich autorem. To był jego świat i jego wyobraźnia. Ten mroczny świat we wszystkich omal książkach Kosińskiego jest spójny, rozpoznawalny. I choć dzisiaj, po lekturze esejów Henryka Dasko wiem już, co stało za tzw. aferą Kosińskiego albo też kto za nią stał, wciąż nie znam odpowiedzi na pytanie: dlaczego?
Czytałem z zachwytem. Dawno nie czytałem tak emocjonującej eseistyki. Jej przewaga jest także i w tym, że choć Dasko znał Kosińskiego, przyjaźnił się  z nim, śledzi jego biografię jak niezależny ale chcący zrozumieć badacz. Przez wiele, wiele stron swojego tekstu nie ujawnia sentymentu do Kosińskiego. Dopiero na ostatniej karcie czytamy: "Na mojej półce stoi fotografia z listopada 1988 roku. Widać tylko fragment postaci. Kosiński wszedł właśnie do pokoju mojego rocznego synka i wdrapał się do jego łóżeczka, zginając swoje patykowate ciało w miejscach pozbawionych stawów. Zdjął zapinane na suwaki botki, które tak lubił, i gładził kark dziecka, a mój synek, wtedy i dziś odnoszący się z rezerwą do obcych, śmieje się histerycznie, a na twarzy ma wyraz absolutnej błogości, jakiego nie odnajduję na żadnej z setek fotografii zrobionych przedtem i potem".
 

Podziel się
oceń
0
0

Pisać to zrozumieć

niedziela, 29 marca 2009 17:41
"Postacie moich jednoaktówek zawsze są inne. Może bardziej wrażliwe, bardziej uczuciowe, ufne, naiwne? Proszę zwrócić uwagę, że noszą w sobie defekt społeczny, a nie jednostkę chorobową(...) W przypadku mojej jednoaktówki, matka, która w okrutny sposób obchodzi się ze swoją córką, budzi współczucie, litość i pytanie, skąd się to wzięło i do czego to zmierza. Zachowuje się okrutnie, ale po chwili ma poczucie winy, przyznaje się do niej, żebrze o jej wybaczenie. I znów okazuje bliskość, nawet jeśli robi to nieporadnie. Stara kobieta chce pomóc swojej córce w wyjściu na wolność. To się nie udaje. To może wydać się karykaturalne. Jej słowa znaczą, co innego, niż w ich zamierzeniu, ale wciąż walczy o wolność dla córki, stara się być racjonalna, wręcz wypycha ją z domu, kiedy pojawia się mężczyzna. Ale historia tej trójki poszła już za daleko. Już nie ma wyjścia" - mówił Ingmar Villqist w rozmowie, jaką przeprowadziłem z nim do programu spektaklu "Kompozycja w błękicie" (do książki z tekstem sztuki, którą już można kupić w Teatrze Na Woli). Przed wczorajszą prapremierą "Kompozycji..." w Teatrze Na Woli miałem tremę jak przed premierą własnej sztuki. Nie wiem, skąd to się u mnie bierze, ale każdą z premier w naszym teatrze przeżywam jak własną. Znałem ten tekst najpierw z opowiedzianego pomysłu autora, później z pierwszej lektury, kiedy dostaliśmy go do Teatru, byłem na pierwszej próbie - a sala prób jest vis a vis mojego pokoju - więc z pierwszej próby czytanej przez aktorów. Podglądałem przygotowania. Rozmawiałem z realizatorami w okresie przygotowania spektaklu do premiery. Odczuwałem emocje, napięcia, ich i nasze wspólne oczekiwanie. Oglądałem próby generalne, ostatnie zmiany wprowadzane do spektaklu. Mimo to wczoraj oglądałem "Kompozycję w błękicie" jakbym robił to po raz pierwszy, jakbym nie znał tekstu ani spektaklu. Dałem się tej toksycznej historii ponieść, wszedłem w nią, kilka razy miałem ciary na plecach, bałem się tej nieprzewidywalnej i nieobliczalnej Starej Kobiety, którą gra Ewa Szykulska. Aktorka stworzyła w tym spektaklu więcej niż rolę. Jestem pewny, że zagrała coś bardzo osobistego. Zagrała nieprzewidywalnie, przekornie, zaskakiwała emocjami i reakcjami. Oczywiście, nie jestem obiektywny, ale mnie, jako widza wczorajszego spektaklu wbiła w fotel. Zobaczyłem Starą Kobietę jako psychopatkę, która ma zdolności natychmiastowego odczytywania tego, co dzieje się psychice pozostałych bohaterów, jej córki, Alke (znakomita Dorota Lulka, po raz pierwszy na scenie Teatru Na Woli) i narzeczonego córki, Jano (świetny Marcin Troński). Stara Kobieta pokazała wielką zdolność czytania w ludziach, obnażania ich, rozbierania jak cebulę, omal do ostatniej z łusek. I do uzależniania ich od siebie. Pozornie ordynarna wie o ludziach więcej niż najlepszy psycholog. I nie pohamuje się, żeby tych wiadomości nie wykorzystać, jeśli zajdzie taka potrzeba, a musi zajść. Ewa Szykulska jako Stara Kobieta jest odrażająca i piękna, bywa potworem i bywa kobietą. Niszczy z premedytacją ale równocześnie cierpi, bo niszczy. Szykulska raz po raz pokazuje kolejne pęknięcia i pokiereszowanie Starej Kobiety, którą koniec końców jesteśmy w stanie zrozumieć, inna sprawa, czy również rozgrzeszyć.
Zaintrygowało mnie w tym spektaklu, że nie ma ofiar i oprawców. Alke, córka Starej Kobiety, w jakimś sensie przez nią niepełnosprawna intelektualnie nie jest oczywistą ofiarą. Dorota Lulka prowadzi tę rolę pokazując momenty perwersyjnego okrucieństwa. Próbuje uwolnić się od matki, ale kiedy trzeba też potrafi przydusić poduszką. Walczy o siebie, siedząc w tym domu skazuje się na łaskę matki, ale przecież spełnia też jakieś swoje potrzeby, których nie do końca jesteśmy w stanie rozgryźć. I w końcu "największy głuptak w hucie", Jano, człowiek, który wierzy we wszystko, co mu mówią. Do bólu naiwny, chyba nie potrafiący rozgraniczyć tego, co dobre i tego, co złe. Dla mnie jednym z najciekawszych monologów w spektaklu był ten, w którym Jano opowiada jak strzasnęły się dwa tramwaje. Wypchnięty do wypowiedzenia tego monologu przez Starą Kobietę obnaża wszystko, co w ludziach schowane. Jest szczery i okrutny zarazem. No i finalny monolog Szykulskiej! To trzeba zobaczyć. Od dzisiaj spektakle w Teatrze Na Woli. Tekst i reżyseria: Ingmar Villqist, scenografia i kostiumy: Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński, światło: Piotr Rybkowski, Andrzej Król, opracowanie muzyczne: Ewa Zatońska-Skrzecz.

Wciąż mam jeszcze całe sceny ze spektaklu i całe zdania ze sztuki w sobie. Ciagle coś do mnie wraca. I nie przestaję o tym myśleć.

Wstawałem dzisiaj pół dnia, bo rano otworzyłem książkę Henryka Dasko "Odlot malowanego ptaka". Zacząłem czytać pierwszy z esejów, właściwie mini-biografię, poświęcony dziś zapomnianemu już pisarzowi, Andrzejowi Brychtowi. Dawno nie czytałem tak pasjonującego, tak wciągającego i tak erudycyjnego tekstu jak prawie stustronicowy "Brycht". Czytałem z wypiekami na twarzy. Nie mogłem się oderwać. Dasko pisze o Brychcie bez jakiejkolwiek tezy, nie potępia i nie rozgrzesza, wgryza się w Brychta pisarza i Brychta człowieka, ale przede wszystkim jednak w człowieka. Pisze starając się go zrozumieć. Próba zrozumienia skomplikowanej biografii Brychta staje się też jednym z tematów tego tekstu. Dla Henryka Daski, emigranta 1968 roku, Brycht, który w pewnym momencie staje się antysemitą powinien być postacią odrzuconą. A tak nie jest. Dasko pisze z pasją, i widać, że Brycht jako postać go intryguje. Dasko przygląda się jego poglądom i decyzjom i czasem próbuje je tłumaczyć. A jeśli sam nie tłumaczy, konfrontuje te poglądy ze spowiedzią mailową chorego i umierającego Brychta. Brycht prosi Daskę o przyjaźń. Pisze: "Bardzo tego kontaktu potrzebuję. W moim procesie odbijania się od dna. Przede wszystkim jest to dno moralne - pewnego dnia zobaczyłem, ile we mnie jest nienawiści, głupoty, ślepoty i słabości. Skąd to przyszło i dlaczego?(...) W Sandrze i w kilku innych miejscach dokonałem aktu agresji, aktu terroryzmu, jakby podłożyć bombę w tramwaju, tyle że w sferze psychologicznej. Jedyna ofiara to ja, z urwaną głową - no, ale ta głowa odrywała się już w trakcie pisania... Nienawiść zajęła całą moją przestrzeń wewnętrzną, a wtedy człowiek kurczy się do rozmiaru wszy".
Pisze też zdanie poruszające. Jedno z najpiękniejszych zdań o pisaniu: "Słowa dodawane do świata powinny czynić świat lepszym. Takie jest zadanie pisania i nie jest to ważne, że nic się i tak nie zmieni. To jest moja sprawa i sam to muszę załatwić, no bo przecież nie mam niczego oprócz siebie i nikogo nie znam tak dobrze".
Pisze to Brycht, pisarz, który świadomie się ześwinił. A potem, kiedy Brycht i Dasko widzą się po raz ostatni, Brycht prosi o odmówienie, kiedy się już dopełni, Kadiszu, żydowskiej modlitwy za zmarłych.


Plan na kwiecień (moje spektakle i spotkania):
3, 4, 5 godz. 19.00 - Teatr Na Woli - Oczy Brigitte Bardot: Barbara, Krafftówna, Marian Kociniak, reż. Maciej Kowalewski - PO RAZ OSTATNI W TYM SEZONIE!
3 godz. 19.00 - Kraków - Kinoteatr Uciecha - Patty Diphusa - monodram Ewy Kasprzyk, reż. Marta Ogrodzińska
6 godz. 19.00 - Teatr Na Woli - czytanie sztuki Mikołaja Lizuta "Śmierć nie żyje", opieka reż. Redbad Klijnstra
15 godz. 19.00 - Gazeta Wyborcza - Kino, Muzyka, Teatr w Gazeta Cafe - spotkanie z Ryszardem Bugajskim
21 godz. 19.00 - Teatr Na Woli - Uwaga, złe psy! - monodram Małgorzaty Rożniatowskiej, reż. Michał Siegoczyński
24 - Toruń - "Cancer Tales. Opowieści o raku" - monolog w wykonaniu Elżbiety Czerwińskiej, moja reżyseria - www.wracam-na-scene.bloog.pl
25 godz. 19.00 - Warszawa, Scena na Smolnej, ul. Smolna 9 (wejście Aleje Jerozolimskie 2) - "Kochany synu" Anny Mentlewicz, monodram Elżbiety Czerwińskiej, moja reżyseria - www.wracam-na-scene.bloog.pl
28 godz. 19.00 - Gazeta Wyborcza -Kino, Muzyka, Teatr w Gazeta Cafe - spotkanie z Krystyną Jandą i Andrzejem Wajdą
28 godz. 20.00 - Tychy - Tyskie Spotkania Teatralne (ul. Hlonda 1) - Uwaga, złe psy! - monodram Małgorzaty Rożniatowskiej, reż. Michał Siegoczyński


Podziel się
oceń
0
0

słucham

czwartek, 26 marca 2009 19:16
Słucham Anny Prucnal na www.lastfm.pl
Lubię zbuntowany głos Anny, która jest rewolucjonistką. Lubię zawsze, kiedy potrzebna mi energia do pracy, a dzisiaj chcę jeszcze trochę popracować.
Słucham też głosu Cesarii Evory, odsłuchując taśmę z naszą rozmową. Denerwuje się, spokojnieje, coś sobie podśpiewuje, śmieje się. Wciąż jeszcze pamiętam napięcie mięśni twarzy, gesty, zamknięte oczy. Jeden z moich najtrudniejszych wywiadów, ale osobowość niebanalna, intrygująca.
Późniejszym wieczorem, jeśli będę miał wciąż energię poczytam. Wczoraj przyszła paczka książek z Merlina, wśród nich:

Arthur Miller "Obecność" - opowiadania o zaglądaniu w przeszłość i przyjmowaniu losu takim, jaki jest
Henryk Dasko "Odlot malowanego ptaka" - eseje o Kosińskim, Brychcie, Tyrmandzie i Nabokovie
Henryk Dasko "Dworzec Gdański. Historia niedokończona" - o marcu 1968
a wczoraj zamówiłem kolejne tytuły:
Philip Roth "Dziedzictwo"
Anda Rottenberg "Proszę bardzo" - książka autobiograficzna
Mariusz Urbanek "Waldorff. Ostatni baron PRL-u"

Lubię czekać na książki. I ten moment, kiedy pojawiają się w życiu. To zawsze święto.

Wczoraj dostałem w prezencie tomik wierszy Tomasza Różyckiego "Kolonie", który znam i cenię, który teraz czytam na nowo.

Tomasz Różycki

"Opium"

Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
jakie to proste. Że wystarczy przylgnąć i znajdzie się
narzędzie, znajdzie się atrament, będą różne rodzaje bólu,
będzie ból jak igła i ból biała kartka, i że będzie

również wiele przyjemności, przyjemność jak igła,
rozkosz jak biała kartka. Nie wiedziałem ciągle,
że znajdą się takie pulsujące punkty, w tobie,
na skórze nieba, będą też głęboko pod ziemią,

tam, gdzie płyną rzeki, i że wystarczy ich dotknąć
i stanie się samo, jakie to zwierzęce, jakie to zwierzęce.
Nie wiedziałem wtedy, że tak łatwo pisać bez pamięci,
pisać do szaleństwa, gorąco, pisać całą duszą,

nad życie pisać, bez pisania uschnąć, i że byłbym niczym,
gdybym umiał mówić językami, a tego bym nie znał.

październik 2005




Podziel się
oceń
0
0

Kompozycja w błękicie

środa, 25 marca 2009 22:22
Krótko, bo zgubiłem gdzieś czas. W Teatrze Na Woli ostatnie próby do sobotniej premiery "Kompozycji w błękicie" Ingmara Villqista (w jego reż.) - opowieści o walce o wolność i niemożności skorzystania z niej. Dramat mieszkających razem matki (Ewa Szykulska) i córki (Dorota Lulka), w życiu których pojawia się mężczyzna (Marcin Troński). Wstrząsające. Ewa Szykulska, jakiej nie znacie. Wróciłem właśnie z pierwszej próby generalnej. Wciąż mam w głowie rolę Szykulskiej. Polecam ten spektakl.


Podziel się
oceń
0
0

Po

poniedziałek, 23 marca 2009 13:18
Nie było łatwo, ale też Cesaria Evora jest osobowością, człowiekiem głęboko zranionym, który patrzy na ciebie wtedy, kiedy nie patrzysz. Nie było łatwo, zwłaszcza na początku. Tylko ja wiem, co przeżywałem, kiedy miałem wrażenie, że za chwilę po prostu wstanie i wyjdzie. Ale nie zrobiła tego. Zaskoczona, że nie pytam o to, o co jest pytana zazwyczaj, chyba dlatego, została do końca umówionego czasu, żeby przekonać się, co mnie interesuje i do czego mi to potrzebne. Aż zaczęła się uśmiechać, w końcu głośno śmiać, opowiadać jakieś anegdoty, a nawet trzy razy coś zanuciła, pokazując, jak kiedyś tańczyła cza-czę.
Nie było łatwo, bo Cesaria Evora nie udziela długich wywiadów. Śpiewanie - jej zdaniem - jest ciekawe, a nie jej życie, a ja pytałem o życie. Mam wrażenie, że kilka razy się otworzyła i powiedziała o sobie prawdę.
Nie było łatwo, bo na przeszkodzie stały dwa języki. Pytałem po francusku, który Evora doskonale rozumie, odpowiadała - jak ma w zwyczaju - po kreolsku, co jej agentka, wspaniała pani Julietta tłumaczyła mi na francuski.
Dużo emocji. Starałem się panować nad sytuacją. W spotkaniu uczestniczyły jeszcze Ela Sieradzińska, przyjaciółka Evory i Marta Dobosz, która naszą rozmowę zorganizowała. Ponieważ obie rozumieją kreolski chwilami widziałem na ich twarzach emocje jeszcze większe niż moje. Bo pewnie też Evora komentowała coś, czego nikt mi nie tłumaczył. A może po prostu znając ją lepiej, natychmiast odczytywały jej wątpliwości, zmęczenie etc.
Ale jednak Cesaria Evora nie wyszła, poświęciła mi półtorej godziny, tuż przed odlotem do Paryża. Pozwoliła mi też zrobić sobie kilka zdjęć, robione w emocji, ale może coś oddają.



Cesaria Evora podpisuje mi swoją płytę "Radio Barlavento".



W czasie całej rozmowy właściwie nie udało nam się nawiązać kontaktu wzrokowego. Evora ma swój kod na ludzi. Mimo że, jak twierdzi, lubi ich obserwować. - Wtedy, kiedy sama chce.



Cesaria Evora zgodziła się na zdjęcia, ale pozując ani razu nie spojrzała w obiektyw. W końcu zapytałem: "Czy może mi pani pokazać oczy?" Podniosła głowę, uśmiechnęła się, zdążyłem pstryknąć tę jedną fotkę, po czym znów opuściła głowę.



Cesaria patrzy, kiedy nikt nie patrzy, więc to zdjęcie lubię. Jest uparte.

Podziel się
oceń
0
0

Przed rozmową

niedziela, 22 marca 2009 13:34
Poznaję Cesarię Evorę, jeśli to w ogóle możliwe. Jeszcze dwa dni temu postrzegałem ją jako osobą nieprzeniknioną, teraz, po różnych rozmowach z ludźmi, którzy ją znają, po lekturach, po wyczytaniu i obejrzeniu wywiadów, postrzegam raczej jako głęboko zranioną. Czy teraz, po latach kariery potrafi być szczęśliwa? To pytanie wraca do mnie.
Lubię ten etap swojej pracy, kiedy nie znając kogoś, przygotowując się do spotkania i rozmowy, poznaję. Kiedy próbuję zobaczyć więcej, zobaczyć to, co ukryte. Od kilku dni słucham płyt Cesarii. Od kilku dni czytam o niej, robię notatki, mam ich już spory stosik na biurku. Znam imiona i nazwiska jej współpracowników, wiem, że wieczorem, kiedy robi się ciemno lubi wsiadać do swojego samochodu i szofer wozi ją na Prasa Nova, który Cesaria ogląda z okien auta, ale nie wysiada. Wciąż nie chodzi po placu, po którym nie mogła chodzić. Kolonizatorzy nie pozwalali chodzi po placu bez butów, a Cesaria butów nie miała. Więc teraz też nie chodzi. Wiem, że nigdzie nie przestaje być Kreolką i jesli w Lizbonie czy Paryżu może wybrać restaurację, zawsze wybiera kreolski bar, w którym czekają na nią ludzie i wiem, że wielu z nich żyje dzięki niej i jej pieniądzom. Wiem też, że ostatnio nie była jej obojętna wojna w Gruzji. I wiem, że nie lubi gór. Wiem już więcej, a przecież wciąż wiem tak mało. I czy ktokolwiek naprawdę zna Evorę? I dlaczego nie używa słowa "przyjaźń"?
Ten etap mojej pracy jest piękny, bo jest jak chęć poznania tajemnicy, zbliżanie się do niej. Na początku jest tylko wizerunek znany z mediów, później z tego wizerunku wyłania się człowiek, a później, już w czasie rozmowy, kiedy patrzę w oczy, kiedy dochodzi gest, kiedy ktoś zawiesza głos, zamyśla się albo kiedy denerwuje, widzę więcej. Ale wciąż jest to wiedza szczątkowa. Zawsze fragment. Później, kiedy odsłuchuję taśmę, spod opowieści wyłania się coś jeszcze. Spisany, surowy materiał obnaża. A potem, kiedy zaczynam pisać wszystkie elementy wracają. Wszystkie muszą zagrać.
To już jutro rano. Dzisiaj czeka mnie jeszcze długi dzień z Cesarią Evorą. Spacer po Cabo Verde, po jej Mindelo, schowam się za drzewem na Prasa Nova i poczekam na samochód, może dojrzę przez szybę postać znaną z okładek płyt. A może ona nie chce, żeby ją dostrzec, kiedy tak jedzie pod osłoną nocy.


Podziel się
oceń
0
0

Cabo Verde

czwartek, 19 marca 2009 23:53
Cały wieczór z Cesarią Evorą. Długa, ciekawa rozmowa z Martą Dobosz, która Evorę zna, mieszkała na Wyspach Zielonego Przylądka i pięknie o nich opowiada. Teraz mam przed sobą książkę Veronique Mortaigne "Cesaria Evora. Głos Wysp Zielonego Przylądka", którą tłumaczyła Ela Sieradzińska, przyjaciółka Evory. Do Eli zadzwonię jutro po kolejne wiadomości. Słucham płyty Evory "Radio Mindelo", która właśnie wyszła. Ta płyta wydana przez Lusafricę to kolekcja jej najwcześniejszych nagrań, z wczesnych lat 60., kiedy Evora była kobietą dopiero dwudziestoletnią. Tych nagrań dokonano w Radio Barlavento w Mindelo, gdzie Cesaria Evora się urodziła i gdzie mieszka do dzisiaj. To piosenki, które Evora śpiewa całe życie, do których wciąż wraca. Słucham tych wczesnych nagrań i to przecież ten sam głos, ten sam smutek w głosie. Płyta jest bogato ilustrowana zdjęciami Evory z lat 60. Piękne wydawnictwo, bardzo polecam, już za chwilę w polskich sklepach.
Chciałem, żeby Marta szczegółowo opowiedziała mi o Mindelo. Jedyne kino zostało zamknięte. Pozostały bary, do których wpada się grać na gitarze i śpiewać, Cafe Music, Cafe Lisboa. Jeżeli chcesz kogoś spotkać, to idziesz do baru, albo na Prasę, główne miejsce w mieście, które żyje do późnej nocy. Albo na plażę miejską, Laginia, gdzie w barze można zjeść rybę.
Wyspy, na których żyje się inaczej. Gdzie stolica Praia dosłownie znaczy: "plaża". Gdzie żyje się tak, jak się chce. Żyje się tam, bo chce się mieć święty spokój. Gdzie się żyje i daje żyć innym. Gdzie wszyscy równo nie mają, a jeśli mają utrzymują innych. Gdzie nie istnieją śmieci, bo wszystko się utylizuje. Gdzie stoi duży dom Evory, z niewielkim ogrodzeniem i furtką. Cesaria patrzy przez firankę w oknie i otwiera tym, którym chce otworzyć.
Marta opowiedziała mi Wyspy ze szczegółami, widziałem te miejsca. Przyniosła też stertę zdjęć jej mieszkańców. Zdjęcia są fabularne. Dużo mówią o ludziach. W barze siedzi pięćdziesięcioletnia kobieta. Zagląda tu każdego dnia o dwunastej. Wypija szklaneczkę. Uśmiecha się do aparatu.
Młodzi muzycy siedzą w kole i grają na gitarach. Każdy tu zna Evorę. Każdy zna i każdy z nią grał, przyjaźnił się. Cabo Verde nie istnieje bez Evory. A Bosonoga śpiewa: "Kiedy nie pada, umieramy z pragnienia, kiedy pada, topimy się; dla ludzi nie ma nadziei ani ratunku. Możemy tylko opłakiwać swój los. Opłakiwać swe cierpienie. Cierpienie bez granic, sodade bez dna i bez końca".
Cesaria Evora, osoba nieprzenikniona.
Trochę się boję tego spotkania w poniedziałek rano. Cieszę się na to spotkanie. Nie wiem jeszcze, jakie pytania zadam.
Na razie słucham "Radia Mindelo" i jest mi dobrze, bardzo dobrze. Słucham kobiety o smutnym głosie, który ratuje. Zgasło niebo. Jest ciemno. Fale są coraz bliżej. Opłukują mi stopy. Gdzieś za mną mały bar. Ktoś gra na gitarze. Bosonoga kończy palić papierosa. Za chwilę zaśpiewa.



Podziel się
oceń
0
0

W muszli

środa, 18 marca 2009 21:01
To włączę sobie jeszcze raz "Tajabone"? Dobrze?

http://www.youtube.com/watch?v=nPrM5ETck6E&feature=related

To piosenka z filmu Pedro Almodovara "Wszystko o mojej matce", jednego z moich ulubionych, na który znów mam ochotę. Widziałem 6-8 razy. I co jakiś czas wracam. Po prostu mam taką potrzebę.

A teraz słucham "Tajabone", bo usiłuję zabrać się do roboty i to jest trudniejsze niż myślałem. Szedłem do domu, ciemno, silny wiatr, który poruszał drzewa, pomyślałem sobie: a co, gdyby było tak zawsze: dzień i noc, takie Wichrowe Wzgórza?
Szedłem do domu myśląc, że muszę zmobilizować się do pracy. A właśnie teraz mam ochotę zamknąć się w sobie, jak ślimak wejść do skorupy, zapalić świeczkę,
w domu z muszli włączyć sobie starego VHS-a  z filmem "Wszystko o mojej matce". Harmonijka wygrywa melodię a ja macham nogami i śpiewam za Isamelem Lo "Tajabone".

Pójść na wagary? Pograć na harmonijce? Pomachać nogami? Nucić pod nosem?

Koleżanka powiedziała dzisiaj: "wiesz, lekarz zapisał mi sześć refundowanych chemii, ale NFZ uznał, że pozwoli mi na cztery, pewnie myśleli, że nie dożyję do piątej. A popatrz..."

Marina, która przyszła posprzątać opowiada, że zostawiła na Ukrainie czternastoletniego syna samego. "Dlaczego nie pojedziesz do babci - mieszka 50 km dalej, zapytała go. A jak ja mogę pojechać do babci? Nie zostawię domu" - odpowiedział.

A może otworzyć tomik wierszy Kasi Miller "Stołeczek", schować się w jej ciepłych i miękkich słowach, a potem usiąść na małym stołeczku, w sobie i machać nogami.

No i jeszcze ta harmonijka.

I pomyśleć sobie o Wyspach Zielonego Przylądka, bo we wtorek robię wywiad z Cesarią Evorą i "Cabo Verde" - wiadomo.

"Tajabone". Cokolwiek to znaczy.

Podziel się
oceń
0
0

Afryka on my mind

niedziela, 15 marca 2009 14:44
Czuć wiosnę. Trzeba się odnowić. Przebieżka po Polach Mokotowskich, od rana sporo ludzi. Słońce. Bieg trasą spaceru porannego Ryszarda Kapuścińskiego, mijając drewniany fiński domek, w którym mieszkał z rodzicami, powrót mijając dom, w którym mieszkał do śmierci. Czekam, kiedy władze Ochoty postawią wzdłuż trasy spaceru płyty z cytatami z reportaży pana Kapuścińskiego. Będzie pretekst do przystanków i lektury.

Jestem pełen energii. Chce mi się chcieć. Wczoraj zrobiłem filet z soli według przepisu z Afryki, który znalazłem we francuskiej Telewizji ARTE. Zapach i smak fenomenalne. Więc podaję przepis.

Potrzebne:
filet z soli, marchew, cukinia, cytryny, mleko kokosowe (do dostania w puszkach), cebula, czosnek
 
Marchew kroimy w drobne plastry. Cukinię kroimy w paski, tak by przypominała makaron spagetti. Siekamy drobno czosnek. Kroimy cebulę w plastry. W plastry kroimy cytrynę.
Cukinię wrzucamy do gorącej wody i gotujemy dosłownie chwilę. Tak by odrobinę zmiękła.

Całość można przygotować w folii aluminiowej lub rękawie foliowym do pieczenia. Ja wybrałem rękaw foliowy, który z obu "obciętych stron" zabezpieczyłem folią aluminiową, żeby sos nie wyciekł.
Każdy z filetów przygotowujemy w następujących warstwach:

plastry marchwi
na nie paski cukini
na to filet z soli
na to ponownie plastry marchwi
na to ponownie paski cukini
na to posiekany ząbek czosnku
na to 2-3 plastry cebuli
na to 2 plastry cytryny
na to wyciskamy sok z połowy cytryny
całość polewamy 3-4 łyżkami mleka kokosowego
zamykamy rękaw folią aluminiową.

Ja kolejne warstwy układałem już w rękawie foliowym, zabezpieczonym z jednej strony folią aluminiową, a po ułożeniu warstw zamykałem folią z drugiej strony. Oczywiście w Afryce pieką to nie w folii tylko w liściach bananowca, ale skąd liście bananowca?
Piec w rozgarzanym piekarniku w temperaturze ok. 180 stopni ok. 20-25 minut.
Najlepiej położyć razem z folią na talerzu, żeby nic nie wyciekło, sos rewelka. Na koniec, już po wyjęciu z pieca sól i świeżo mielony pieprz.
Zrobiłem wczoraj więcej porcji, więc jem dzisiaj resztę. Poza doznaniami za przepisem przemawia absolutny brak tłuszczu do przygotowania. Danie smaczne, lekkie, wakacyjne.

Już mnie nosi w stronę kuchni, bo porcja soli czeka na odgrzanie.

*

Chcę jeszcze poczytać. Wczoraj bogata Gazeta. Sporo dobrego do czytania. Między innymi Adam Michnik recenzuje, ale nie tylko, eseje Henryka Dasko "Odlot malowanego ptaka", które wyjdą lada dzień. To książka o Kosińskim, Tyrmandzie, Nabokovie i innych ważnych pisarzach-emigrantach. Już wpisuję ten tytuł na swoją listę najbliższych zakupów. Michnik recenzując książkę pisze właściwie osobisty esej o samym Henryku Dasko, o jego nie tylko literackich zainteresowaniach, o jego ocenie historii.
Pisze m.in. "My wszyscy, ludzie tego pokolenia i tej formacji, mamy podobny problem z oceną Historii i losów ludzkich. Pogardzamy systemem komunistycznym; odrzucamy myśl, że kiedyś był on dobry, a potem został popsuty. Nie. Sądzimy, że komunizm od początku był fałszem. Staramy się jednak rozumieć ludzi zaangażowanych w komunizm; ich motywacje różnorodne i ich życiorysy, nieraz heroiczne i tragiczne, zawsze naiwne i zmarnowane. Czynimy tak, kierując się - być może - ukrytym gdzieś w podświadomości przeświadczeniem, że trzeba rozróżniać grzech i grzesznika; grzech potępiamy, grzeszników staramy się wysłuchać i zrozumieć. Z tą skazą chrześcijańską przyjdzie nam pewno - nam, synom zadżumionych - do końca żyć i umierać. Tak zostaliśmy naznaczeni".

Henryk Dasko, emigrant 68 roku jest autorem książki "Dworzec Gdański". A ja zapraszam jutro (poniedziałek) do Teatru Na Woli na czytanie sztuki Zyty Rudzkiej "Fastryga" o emigracji 68 roku. Próbę czytaną otwartą dla publiczności (wstęp wolny) przygotowuje Marta Ogrodzińska, a czytają m.in. Sławomira Łozińska, Elżbieta Czerwińska, Katarzyna Walter, Redbad Klijnstra. Początek godz. 19.00

Podziel się
oceń
0
0

Drogi

piątek, 13 marca 2009 0:15
Ten tydzień jest szaleństwem, ale przecież lubię, jak tyle się dzieje. Spotkania, rozmowy, próby, spektakle... Kalendarz zapełnia się, z tygodnia na tydzień coraz bardziej. A skoro tyle się dzieje, to rośnie stos lektur do przeczytania. I kiedy w końcu wieczorem, czasem późnym, wracam do domu, wpadam w lektury zachłannie, chcąc przeczytać jak najwięcej. Czytam z ołówkiem, zaznaczam na marginesach, coś komentuję. Zaznaczam, jakbym wiedział, że wrócę do tych książek. A przecież na powroty nie mam czasu.
Wczoraj zamieściłem rozmowę z Grzegorzem Jarzyną i Janem Englertem, poświęconą Pasoliniemu. Przy okazji "T.E.O.R.E.M.A.T"-u TR Warszawa wydał piękną książkę o Pasolinim. Przeczytałem ją tuż przed spotkaniem. Zaznaczyłem najciekawsze, teraz się dzielę.
Pasolini o sobie:
"Jestem siłą przeszłości(...) Tradycja to moja jedyna miłość".
"Trzeba mieć dużo siły, żeby kochać samotność".
"Jednak z biegiem lat zaczyna się odczuwać zmęczenie,
zwłaszcza w chwili, gdy kończy się pora kolacji
a dla ciebie nic się nie zmieniło: wówczas niewiele brakuje, abyś
wył i płakał"
(oba powyższe cytaty z wiersza "Wersy Testamentalne" w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego)
"W moich fantazjach pojawiło się pragnienie naśladowania ofiary Jezusa, pragnienie bycia skazanym i zabitym mimo niewinności".
"Sukces to druga twarz prześladowania".
"Ja nie szukam pocieszenia. Ja po ludzku szukam, od czasu do czasu, jakiejś małej radości, małego zadowolenia, ale pocieszenia są zawsze retoryczne, nieszczere, nierzeczywiste..."
"Ja umrę, umrze mój wydawca, wszyscy umrzemy, wymrze całe nasze społeczeństwo, umrze kapitalizm, ale poezja nadal pozostanie nieskonsumowana".

I kiedy to notowałem, minęła północ. Więc jest już 13 marca. Dzień, o którym pamiętam z wielu powodów. Są imieniny mojej Mamy. Ale też dzisiaj 55 lat skończyłby Piotr Łazarkiewicz. - Człowiek, którego tu brakuje. Tak, Piotra tu brakuje. Do dzisiaj nie skasowałem jego numeru telefonu w komórce. Na wypadek, gdbym chciał zadzwonić. Spotkania z Piotrem były sporadyczne, bo przecież stale był w drodze. Stąd tytuł naszej książki o Nim "Drogi Piotra Łazarkiewicza". Kiedy był w pociągu czytał nasze sztuki, wysyłał nam esemesy i maile, zapalał się do działania. Stale się umawialiśmy na po powrocie. Ale Piotr był. Zawsze był. Kiedy kończyłem pisać nową sztukę, natychmiast posyłałem ją do Piotra, który wszystko cierpliwie czytał. Kilka razy byliśmy w drodze razem, razem w pociągu - i te chwile wspominam najmilej. Pociąg, czyli spokój. Tutaj już nikt nie gonił.
Urodziny Piotra. Trzeba do niego zadzwonić, wysłać esemesa. Przecież jest Gdzieś, w Drodze. Przecież Jest.



Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 997  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl