Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Lapsang

poniedziałek, 31 marca 2008 20:21
Po powrocie do Polski praca wróciła do swojej intensywności. Tylko kombinuję jakby tu wrócić do pisania. Podziwiam siłę i wytrwałość Marty, która potrafi sobie zaplanować pracę - przynajmniej dwie strony dziennie. Nie jestem taki regularny, w ogóle nie jestem regularny, mam zrywy, inaczej nie umiem, nic na to nie poradzę. Ale Marta jest wielbicielką "Rambo"  a ja nie. Chcę wrócić do pisania powieści, bo zatrzymałem się na sześćdziesiątej stronie - wiem, co chcę opowiedzieć i jak, ale powroty nie są łatwe. Poza tym stale coś mnie rozprasza, skupia moją uwagę. Wczoraj obiecałem sobie, że dzisiaj wstanę skoro świt, otworzę komputer i przynajmniej dwie strony dziennie. No, ale zmiana czasu i tak dalej i wiadomo. W pizdu misterny plan. Nie dam się. Obiecuję.
Piję lapsang suchong, moją ulubioną herbatę, kupiłem w Monte Carlo... jak to brzmi kabotyńsko, ale prawda. Lapsang jest herbatą specyficzną wędzoną i po prostu albo się ją kocha, albo się jej nie znosi. Krysia, którą kiedyś zaprosiłem na lapsanga do Cafe Antykwariat nachyliła się nad imbrykiem i powiedziała: "A co to? Z wędzonych śledzi? Na śledzie w płynie nikt mnie jeszcze nie zapraszał". Powiedziałbym raczej, że lapsang ma posmak wędzonej... śliwki. Więc piję lapsang i Napoleona, składam coraz więcej obietnic, tak, już od jutra, już od jutra będę pisał tak, że wióry polecą.
W drodze do pracy poszedłem do fryzjera. Ciekawe, że w lustrach salonów fryzjerskich zawsze wygląda się szarzej. Spojrzałem w oczy umęczonemu człowiekowi. No to przestałem patrzeć. Ale słyszę jak menadżerka mówi do mojej fryzjerki: "Jola, jutro pierwszy kwietnia, trzeba zrobić numer Jarkowi, zapiszę mu klienta na siódmą rano". "Niech mu pani wpisze Justynę Steczkowską" - podpowiadam i natychmiast zaczynam wracać do życia, oczy się śmieją, cera jak brzoskwinia. "Boże, Jola, to świetny pomysł... Albo wiesz co, poproś siostrę, żeby zadzwoniła do Jarka jako asystentka Steczkowskiej, że będzie jutro o siódmej, ja mu wpiszę to do zeszytu, musi uwierzyć, o Matko, jaki pan ma świetny pomysł... On dziś nie będzie spał. On to będzie przeżywał do jutra... A jutro..." "Nas zabije" - mówi Jola. "Ale za to całe życie będzie pamiętał" - dopowiadam. Dziewczyny śmieją się. I ach, i och, jaki świetny pomysł... I że dziś koniecznie ten telefon, bo jutro Prima Aprilis, to nie uwierzy, a jak zaczną szyć dowcip dzisiaj, to nie ma zmiłuj. Tylko ta godzina nieludzka.
Od jutra kwiecień. W swoich planach repertuarowych mam:

8 kwietnia - Gazeta Wyborcza - Teatr w Gazeta Cafe - spotkanie z Marią Seweryn i Andrzejem Sewerynem
15 kwietnia - Teatr Na Woli - czytanie sztuki Marka Pruchniewskiego "Moja wina" w reż. Magdy  Łazarkiewicz - prowadzę dyskusję po czytaniu
16, 17 kwietnia - Teatr Na Woli - "Uwaga, złe psy!" mój monodram w wykonaniu Małgorzaty Rożniatowskiej w reż. Michała Siegoczyńskiego wraca na scenę
28 kwietnia - Gazeta Wyborcza - Teatr w Gazeta Cafe - spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim i Małgorzatą Szczęśniak
30 kwietnia - Teatr Na Woli - spotkanie ze Stanisławą Celińską poprzedzone pokazem spektaklu TV "51 minut" Ingmara Villqista w reż. Łukasza Barczyka (Ingmar Villqist i Łukasz Barczyk wezmą udział w spotkaniu).

Co tu dużo mówić, jak powiedziała jedna z bliskich mi osób jestem Grażyną Torbicką polskiego teatru.




Podziel się
oceń
0
0

Chez Maria

piątek, 28 marca 2008 11:38
Wczoraj rano za oknem drzewa opatulone w śnieżne szaliki i czapy, dzisiaj słońce i wiosna. Może się w końcu obudzi na dobre. Wczorajszą pocztą przyszła z Paryża nowa książka Jeana Mailland, męża Anny Prucnal "Noyes", wydana przez wydawnictwo Neige. Wpadłem w nią wieczorem, w jej kawiarniany, paryski klimat. Podzielona jest na dwie części. Pierwsza "Chez Maria" jest bardzo osobistym opowiadaniem (mini-powieścią) o restauracyjce na Montparnassie przy rue de Maine 16, u zbiegu rue de Maine i rue de la Gaite. O dziesiątkach lat spotkań, o rodzinie, jaka się tam zawiązała pomiędzy stałymi bywalcami i o ich odchodzeniu, ale przecież jakby wciąż tam byli, siedzieli przy stolikach, pili kawę i whiskey. Zostawili swoją energię, trzymali się tych stolików mocno, kurczowo, więc muszą być. Więc to przede wszystkim opowiadanie o życiu.
"Potrzeba odnalezienia siebie i odnalezienia innych, naszych kolegów, przyjaciół, towarzyszy i także kilku kobiet. W kryjówce, jaskini, jamie. Noc, noc, ćwiczenie nocy. Boska noc, w której wypełniają się sny, w której zamazuje się niepokój dnia, w której rozgrzeszają się występki(...) Kocham noc, ponieważ nie należy do nikogo, ponieważ dzięki niej pozostajemy sami i niewidoczni. Kocham noc, ponieważ dzięki niej znam całą odmianę, jaką przynosi rano".
Opisując "Chez Maria" przywołuje Jean Mailland myśli poetów i filozofów. Jakby w niej szukał sensu życia. Cytuje wiersz Rilkego kończący się słowami: "Wierzę w Noc". Opowiadając o kawiarni opowiada o sobie, przywołuje fragmenty swoich dzienników pisanych przez lata. Wciąż obsesyjnie wraca do "Chez Maria". Pisze, że ściany tej restauracyjki odkrywają zaginioną pamięć, są jak lustro. Słowo "lustro" powraca kilka razy. Mailland przywołuje ludzi, którzy na stałe "zamieszkali" u Marii, ale i tych, którzy pojawiali się sporadycznie, jak Mastroianni. Wśród tych, którzy tu zaglądali wymienia Agnieszkę Osiecką, Daniela Olbrychskiego, Dusana Makavejewa, Wolfa Biermanna. Rozmawiają, piją kawę, palą gitany. Pojawia się też Anna Prucnal, początek ich miłości, kiedy Jean Mailland szuka okazji do spotkań z nią w Berlinie czy Warszawie. Chez Maria to też prowadzący tę restauracyjkę Jacques, który w 1968 zostawił pracę w hotelu Hilton w Montrealu, żeby pojawić się w Paryżu i stworzyć miejsce, którego tacy artyści jak Jean Mailland potrzebowali. O sobie pisze Mailland jako o tym, który przygląda się, obserwuje. Jest częścią tego świata, identyfikuje się z nim, ale chce pozostać w cieniu. Pisze zresztą "reżyserować na scenie, reżyserować w świetle, dzielić miłość, pozwolić się obserwować, ale pozostać w cieniu, pozostać w nocy". Na ścianie fotografia Simone Signoret zaklętej w młodej dziewczynie. Patrzeć, rozmawiać, współodczuwać. A potem zostajesz sam. Nawet właściciel knajpy przeniósł się tam, gdzie nie trzeba parzyć kawy.
"Wielki bukiet kwiatów na bar. Ekspres do kawy, który nigdy nie działa. Drzwi zamknięte, ponownie zamknięte".
Druga część książki to sztuka teatralna, której akcja dzieje się w takiej knajpeczce na Montparnassie, pewnie tam, skoro na ścianie wciąż wisi portret Simone Signoret z czasu, kiedy była młoda. Pojawiają się kolejni klienci, zapełniają niewielkie wnętrze. Toczą ze sobą pozornie nieistotne rozmowy. Kim są? Czy to ci, którzy odeszli? Czytałem właśnie w ten sposób, nie umiejąc inaczej po poruszającym i osobistym opowiadaniu Jeana Mailland "Chez Maria".


Podziel się
oceń
0
0

Szum morza...

środa, 26 marca 2008 23:00
To jednak był świetny pomysł w śnieżnym marcu zafundować sobie krótkie wakacje Nicea - Monte Carlo. Nicea pełna życia, słynna Promenada Anglików zaludniona od rana do nocy. Wiele osób przyjechało dla sportu - rolki, bieganie. Obserwuję promenadę, bo hotelowy pokój z tarasem na morze. W ogóle bardzo dziwne uczucie zasypiać w pokoju na piątym piętrze, kiedy za oknem widać tylko morze, no jeszcze księżyc i palmy podświetlone na zielono i latarnie morskie po obu stronach wybrzeża. To jak zasypiać dosłownie w latarni morskiej. Szum morza wdziera się mimo zamkniętych okien. Wdech - wydech. W dodatku każdej nocy księżyc w pełni, jak fenomen. Zjawisko, kiedy wschodzi gdzieś od strony Monte Carlo, nad wzgórzami, a potem wędruje dalej. Rano obserwuję staruszki, w których ledwo tli się życie, ale obserwuję też, że odżywają nocą. Późnym wieczorem wychodzą w długich kreacjach do kasyna. Zaczynam rozumieć, skąd ta ociężałość przy śniadaniu.
W Nicei fantastyczny targ. Jednego dnia proponuje kwiaty, owoce i warzywa, następnego starocie - one same opowiadają historię. Jem śniadanie na dworze, w knajpeczce przy targu. Obiad na plaży. Choć nie jest bardzo ciepło wiele osób odpoczywa na leżakach, opatula szalikami, kurtkami, ale twarze wystawia do słońca. Tylko dzieciakom nie jest chłodno. Wbiegają do wody i gonią fale.
Wycieczka pociągiem, świetny pomysł, bo pociąg trzyma się blisko morza. Zatrzymuje się na kolejnych stacjach Lazurowego Wybrzeża. W Monte  Carlo tropię polskie ślady. W katederze, w której pochowany jest książe Rainier III obraz  Chrystusa z wizji siostry Faustyny z podpisem po polsku "Jezu ufam Tobie", nieco dalej obraz Jana Pawła II z Matką Boską Częstochowską w tle.  Trafiam też na Muzeum Książęce, na którego froncie  wiszą wielkie transparenty "Dzieła z kolekcji Barbary Piaseckiej-Johnson".  Zachwycam się dachami rezydencji, bo na tych dachach rosną drzewa, wybudowane są baseny. Przepych obezwładnia. A włoska kuchnia w restauracji Pino u wzgórza Monte Carlo jest sztuką samą w sobie.
Ale jak żyć w takim mieście? Zero zdolności do improwizacji. W każdym razie takie robi wrażenie.
Z przyjemnością wracam do Nicei. Spacery Promenadą Anglików, czytanie "Liberation" w niewielkich knajpeczkach, znakomite czerwone wino, no i zupa rybna. Zapach morza, kwiatów, dojrzałych owoców, wielojęzyczny gwar (słychać głównie włoski z powodu bliskości granicy), krzyk mew, teatr świateł nocą.  Jeszcze wczoraj.  Kilkanaście zdjęć zamieściłem w galerii.

Podziel się
oceń
0
0

Wielkanoc

piątek, 21 marca 2008 22:03

Przed nami czas zatrzymania, refleksji, zastanowienia się nad tym, co najistotniejsze, przede wszystkim odradzania się, wciąż na nowo, odradzania w radości, pięknie, w dobru od ludzi i w dobru dla nich. Życzę wszystkiego, co piękne i dobre na Święta. Ważne, żeby się odradzac, odrastac, kwitnąc. Ważne, żeby chciec, myślec, realizowac się, byc szczęśliwym. Dla mnie to inne Święta i jestem ich ciekawy. Choc gdzieś we mnie gra cicho smutek, że bez rodziny, świątecznego jajeczka, bez udekorowanego stołu, bez gwaru i rozmów do późna.

Jutro o tej porze będę jadł kolację nad morzem, we Francji, będę odpoczywał, zanurzał się w energii, zbierał siły do pracy. Trzy dni jak na innej planecie. Bez zobowiązań, bez zadań, bez zaległości, telefonu, za to z książką, a właściwie książkami, żebym mógł wybierac. I tak jak nie lubię się przemieszczac, jak unikam wyjazdów, tak cieszę się na ten - co dla mnie nowe - a nawet nie mogę się doczekac. Odezwę się po powrocie. Pięknych Świąt.


Podziel się
oceń
0
0

Rewind

czwartek, 20 marca 2008 16:36

W okolicy właściwie nie ma sklepów. Był spożywczy, ale nawet z marżą milion procent upadł. Potem wprowadził się na jego miejsce sklep z mydłem. Ale skoro padło powidło padło też im mydło. Potem poszerzono asortyment o gazety i drogerię. Idę któregoś dnia po "Wyborczą"... zamknięte. Dzisiaj, przechodząc obok, zajrzałem z ciekawości. Na drzwiach kartka: "Gabinet wróżb Regina". To już dało mi do myślenia, bo znaczy cokolwiek o zmianach w kraju. Albo tym razem wprowadził się pewniak. Jak mawiała moja koleżanka związana przez całe życie z telewizją, najlepiej się sprzedają wróżki i seks. 

Drzwi były zamknięte. A mnie ciekawi, z czego wróży Regina. Z kart Tarota, z fusów, z ręki? Ma szklaną kulę i czarnego kota? Kot Tutka dziwnie zdezorientowany chodzi po mieszkaniu, nosa na dwór nie wytyka zdziwiony śniegiem na Wielkanoc... Agnieszka Cegielska z TVN, która codziennie rano przekazuje prognozę pogody też jest raczej bardziej wróżką, bo nic z tego, co mówi się nie sprawdza.

I tutaj zatrzymuję się, bo wyszedł mój sceptycyzm do wróżb, a przecież kiedy kilkakrotnie słuchałem w EZO TV słynnej Joanny Stawińskiej wierzyłem w każde jej słowo. Więcej, zostałem jej wiernym fanem. Ale dzwonic nigdy nie dzwoniłem pamiętając, że telefony odbierają raczej śnieżynki i trzeba miec tyle szczęścia, żeby się z panią Joanną połączyc, ile szczęścia ma ów, który wygrywa w totka.

Myślę sobie o tym osiedlowym sklepiku, do którego zaglądał przecież pan Ryszard Kapuściński i co by na ten pomysł z wróżbami Reginy odpowiedział. Dotąd wróżby zaklęte były jedynie w afrykańskich rzeźbach, sprzedawanych w sąsiedztwie. Głosy wędrowców i magów zaklęte może w niepraktycznej lampie, którą z powodu imperatywu musiałem niedawno zakupic. Ale Afryka to jedno, a Warszawa drugie. A może nie.

Więc szedłem zdziwiony, śnieg szczypał w oczy, ale zrobiłem sobie jednak ten wiosenny spacer, rozmawiając z Martą. Akurat był u niej wnuk, Pawełek, który mówi, że "tata ma koncert i robi lala" (tata jest wokalistą) a "baba pisze książki na komputerze". Marta opowiadała to zachwycając się również, że Pawełek używa wołacza "Babo!". No, pięknie. I mówi jeszcze Marta: "On jest szczęśliwy, że babcia jest nowoczesna i pisze na komputerze". "Pawełek nie wie, że jesteś nowoczesna, bo on się z komputerem urodził!" - tłumaczę Marcie bolejąc nad tym, że jego babcia nie lepi pierogów tylko stuka w klawisze a tata śpiewa lala, bo "my przynajmniej wiemy, co to chleb w chrzanowych liściach wyjętych z pieca" - i aż z Martą zapadamy się w tę przeszłośc jak w kaszę manną z jagodami. Ogarnia nas euforia.

A teraz piszę to wszystko, żeby raz jeszcze przeżyc, powąchac, posmakowac. Chodziłem z siostrą na jagody i zbieraliśmy do słoików, licząc, ile jeszcze powinniśmy zebrac do przerwy na śniadanie. Aga mówiła: "Za trzy słoiki przerwa". No to zbieraliśmy, zajadając się, rwanymi prosto z krzaków.

Cofnąc. Przewinąc taśmę. Zacząłem czytac powieśc Michela Schneidera "Marilyn dernieres seances" ("Marilyn ostatnie seanse"), którą przywiozła z Paryża Teresa. To powieśc o psychoanalizie Marilyn Monroe, o jej spotkaniach z Ralphem Greensonem, słynnym amerykańskim psychiatrą i psychoanalitykiem. Powieśc jest jak zapis z tasmy. Wciąż wracamy do przeszłości. Rewind - cofnąc - pisze Schneider pokazując retrospekcje.

Ile o nas mówią fragmenty? Wczoraj sporo czasu spędziłem na stronie poświęconej Stanisławie Zawiszance (www.dzonka.art.pl). Fragmenty biografii, wypowiedzi, wiersze, sfotografowane akwarele dżonek, reportaż z podróży na Wschód opublikowany w "Przekroju", fotografie, miejsca, pocztówki, listy, rękopisy... W jaki obraz to wszystko się układa? Kim Stacha była naprawdę? Wciąż spotykam ludzi, których fascynowała. Wywierała silny wpływ. Stąd też fragmenty jej poświęcone w mojej książce "Bądź moim Bogiem". Zawsze fragment - jak pisał Tadeusz Różewicz i o czym przekonywał Ryszard Kapuściński.

Obejrzałem wczoraj wieczorem znakomity film "Granatowy prawie czarny" Daniela Sancheza Arevalo. Film o ucieczce. O tchórzeniu przed sobą samym. Znakomita metafora z drogim eleganckim garniturem na wystawie butiku. Jeden z bohaterów filmu codziennie przechodzi obok tej witryny i wie, że ten garnitur, granatowy prawie czarny, nigdy nie będzie w zasięgu jego możliwości. Czy rzeczywiście. Pewnego dnia postanawia to zmienic. Jest to też film o ograniczeniu w poznaniu samego siebie. Jego bohaterowie chcą z siebie zobaczyc tylko fragment. Jakby najtrudniej było się uwolnic. 


Podziel się
oceń
0
0

Mormoni, Chrześcijanie, Żydzi...

poniedziałek, 17 marca 2008 0:15
"Ostatni Żyd w Europie" Tuvii Tenenboma, tragifarsa o antysemityzmie i ksenofobii już na deskach Teatru Na Woli. Sobotnia premiera wywołała sporo emocji, i mam wrażenie - usatysfakcjonowała publiczność. Dla nas była to pierwsza publiczność w ogóle, więc reakcje były zaskakujące. Właściwie trudno je było przewidzieć, bo sztuka pojemna - temat kontrowersyjny choć ubrany w bardzo zabawne dialogi i perypetie - uderzająca w nasze przywary i kompleksy. A jednak publiczność reagowała fantastycznie. Zauważyłem, że niektórzy śmieją się i zaraz wycofują, sztywnieją, jakby karcili się za śmiech na tak poważny i trudny temat. Ale po chwili znów wpadają w pułapkę dowcipu Tenenboma. Pamiętam pierwszą lekturę tego tekstu, który zdecydowanie wyróżniał się na tle tego, co się pisze. Bawił mnie i irytował, tak samo karciłem siebie za śmiech z ukrywających swoje żydostwo bohaterów, którzy... No, nie będę zdradzał. Więc czytałem i denerwowałem się na siebie, że wciąż czytam, ale nie mogłem się oderwać, tak "odjechana" wydała mi się ta sztuka, w której autor słusznie nie okiełznał swojej wyobraźni. Ale tak naprawdę to okrutny tekst, trochę śmiech przez łzy, strach i wstyd. Śmiech, który maskuje prawdę. Myślę, że taką sztukę mógł napisać tylko Tuvia Tenenbom - nowojorski Żyd z Izraela, którego pochodząca z Łodzi rodzina zginęła w Holokauście i który sam o sobie mówi, że jest polskim Amerykaninem. Cieszę się, że Maciej Kowalewski podjął ryzyko wyprodukowania tej sztuki, bo bez wątpienia jest ważnym głosem w dyskusji o nietolerancji i ksenofobii. Spektakl jest debiutem reżyserskim Olgi Chajdas ze znakomitą obsadą aktorską. Małgorzata Rożniatowska jako psychopatyczna rzeźniczka Żbrodzka ("nigdy nie zapominaj przysłowia - jeśli chcesz zachować życie, bądź dobry dla rzeźnika"), Henryk Niebudek jako pastor Papa Jocka ("mormoni, chrześcijanie, Żydzi, ta sama żydowska historia"), który stworzył własny Kościół i w jakimś sensie samego siebie, Jerzy Schejbal jako miejski patolog dr Kweczke, porównujący martwe członki ("blatta cum latta kroję więcej ciał niż szattan"), Rafał Mohr - amerykański mormon John Jay Smith, który przybył do Łodzi chrzcić dusze zmarłych Żydów ("uwierz mi, kiedy jesteś tam w górze i widzisz Jezusa, nie powiesz nie"), ale nie ma nic przeciwko, by ukraść nam naszą kulturę, nasze tradycje i nasze dziewczyny ; Magdalena Czerwińska - tancerka Maria, która marzy o karierze w Ameryce i o amerykańskich dzieciach i amerykańskich tenisówkach, jedno czego nie zrobi to nie wyjdzie za mąż za Żyda ("ochrzczony Żyd jest jak ochrzczona krowa"), Piotr Ligienza - narzeczony Marii, Józef, który nie może sobie poradzić ze swoim żydostwem, ale kiedy okazuje się, że jest gojem skacze ze szczęścia ("nigdy więcej strachu... goje są przystojni, mają mięśnie, nie tak jak Żydzi, którzy siedzą w swoich domach i tylko liczą te swoje pieniądze aż w końcu ktoś ich tam zabija"). Zapraszam na kolejne spektakle. Gramy do wtorku, a później od 5 kwietnia.

W niedzielę w klubie M25 na ulicy Mińskiej Teatr Na Woli pokazał kolejny spektakl z cyklu "Modrzejewska wraca do Warszawy" z Teatru im. Modrzejewskiej z Legnicy. "Szaweł" Roberta Urbańskiego w reżyserii Jacka Głomba to wrzucona we współczesne realia opowieść o Pawle z Tarsu. Akcja dzieje się w squacie - pierwsi chrześcijanie mieszkają tu jak we współczesnej komunie - surowe wnętrza hali M25 przybliżają jeszcze tę historyczną opowieść (scenografia Małgorzata Bulanda). Ten mocny i poruszający spektakl wciąga widzów już od pierwszej sceny, w której jeszcze przed budynkiem rozpalone jest ognisko, chrześcijanin rysuje ukradkiem rybę na wielkim kominie fabryki, pojawiają się chrześcijanie, Żydzi, by po chwili zaprowadzić widzów do Damaszku, a tam sprzedawca gazet wykrzykuje informację o Pawle z Tarsu, który zbiegł. Nagle znajdujemy się w środku opowieści, uczestniczymy w niej, nie tylko siedząc bardzo blisko aktorów, ale przede wszystkim będąc przez nich włączanymi do rozmowy, odpowiadając na pytania, prowadząc dialog. W końcu ten dialog wydaje się tak naturalny, że jedna z siedzących na widowni kobiet wstaje i zamyka drzwi, które przecież tutaj służą za kulisę. Aktorzy co chwila przez nie przechodzą, kobieta wstaje i je zamyka, właściwie przechodząc między aktorami, na polu gry. Dostaje za to oklaski. Nagle biografia prześladowcy chrześcijan, w którym dokonuje się przemiana brzmi już zupełnie współcześnie. Paweł staje się jednym z nas. Przypomina współczesnego outsidera, człowieka, który nie musi żyć w zgodzie z innymi, bo żyje przede wszystkim w zgodzie z samym sobą. Nawet jeśli odrzuca miłość w imię innej, większej idei. Jakby nie umiał żyć normalnie. Jakby musiał żyć przeciwko sobie, przeciwko swojemu bezpieczeństwu i szczęściu. Szaweł/Paweł Przemysława Bluszcza to więcej niż rola, to kreacja aktorska najwyższej próby. Uderza i zapada w pamięć. Bluszcz jest odważnym zwierzęciem aktorskim. Ma charyzmę. Teatr im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy po raz kolejny pokazał, że ma znakomity, mocny zespół aktorski. Każda z ról jest wyrazista, interesująca, pełna. Zabawna Anita Poddębniak jako Rebeka, matka zakochanej w Pawle Druzylli (Katarzyna Dworak). Znakomity Paweł Wolak jako Barnaba. Do tego muzyka Lecha Jankowskiego wykonywana na żywo. Spektakl, z którego pozostaje dużo więcej niż wrażenie. Ważne jest też to, że warszawska publiczność miała kolejną okazję do poznania dramaturgii Roberta Urbańskiego, jednego z najciekawszych autorów piszących dla teatru (m.in. "Zabijanie Gomułki", "Łemko").

Dzisiaj (poniedziałek o 19.00) w ramach Teatru w Gazeta Cafe w kawiarni Gazety Wyborczej prowadzę rozmowę z Maciejem Nowakiem, Ewą Hevelke i Kają Stępkowską poświęcone "Warszawskim Spotkaniom Teatralnym". Zapraszam.



Podziel się
oceń
0
0

Sweet, sweet song...

sobota, 15 marca 2008 0:25
Minęła północ. Pada. Niedawno wróciłem z Antyradia, gdzie wspólnie z autorem sztuki "Ostatni Żyd w Europie" Tuvią Tenenbomem reklamowaliśmy dzisiejszą premierę i kolejne spektakle. W którejś z przerw muzycznych Tuvia powiedział, że trzeba być meszuge, żeby pracować w teatrze. I chyba ma rację. Emocje i nerwy związane z premierą są ogromne. Ale kiedy zaczyna się spektakl, wszystko mija. Dzieje się to COŚ, raz, niepowtarzalnie. Można napisać książkę i zamknąć ją w okładkach. Jest. Żyje wprawdzie w intertekstualnym świecie, ale już jest. Można zrobić film, zmontować go, obejrzeć. W teatrze każdego wieczoru wszystko rodzi się na nowo, może być inne, jest nieprzewidywalne. Nigdy nic nie wiadomo. Terra Incognita. Więc chyba trzeba być kompletnym meszuge, żeby żyć w tym odrealnionym, pełnym emocji świecie. Dzisiaj przyjechały z drukarni książki, które wydajemy przy każdej premierze - tekst sztuki, różne jej konteksty...  A wieczorem "Ostatni Żyd w Europie" po raz pierwszy. Trzymajcie kciuki.

Znalazłem dzisiaj na youtube piękne wykonanie piosenki Passoliniego, którą Anna Prucnal śpiewała w jednym z najdziwniejszych filmów, jakie widziałem "Sweet Movie". Posłuchajcie "I ragazzi giu nel campo":

http://pl.youtube.com/watch?v=dct_vQWOp0g

Piosenkę poprzedza krótka rozmowa z Anną o tym filmie i o tym, że za udział w nim odebrano jej prawo przyjazdu do Polski i nałożono na jej nazwisko cenzorski zakaz publikacji.
To nagranie z 1981 lub 82 roku, skoro Anna Prucnal mówi, że od siedmiu lat nie może odwiedzić Polski, a "Sweet Movie" powstał w 1974 roku.

 

Podziel się
oceń
0
0

Stołeczek

czwartek, 13 marca 2008 19:22
Są takie dni, kiedy potrzebuję stołeczka.
"Stołeczek" to tomik wierszy Katarzyny Miller opublikowany w 1997 roku.

Katarzyna Miller

Mam w sobie mały stołeczek
na którym siedzę
- w końcu usiadłam
nie było łatwo go odszukać

*

Jest ciepło
i
jest
u mnie

*

Jakakolwiek jest
TWOJA PIEŚŃ
ŚPIEWAJ
inaczej
stracisz głos



Podziel się
oceń
0
0

Płótna

czwartek, 13 marca 2008 0:13
Obejrzałem film Micka Davisa "Modigliani, pasja tworzenia" z fantastycznym Andym Garcią. I choć momentami film drażnił mnie swoją poetyckością, baśniowym obrazem, to jednak wciąż mam w głowie historię Modiglianiego, malarza z którego nazwiskiem na ustach umierał Picasso. Malarza, który nie umiał żyć, który nie pasował, był oddzielny, żył, jak zadawał ból. Burzliwy związek z Jeanne Hebuterne, malarką, jego muzą, jego modelką od początku wydaje się skazany na klęskę. A jednak... Właśnie, klęska czy miłość? Kiedy umiera Modigliani, Jeanne będąca w zaawansowanej ciąży skacze z okna. Przed skokiem Jeanne rysuje własną śmierć, zapełnia obrazy kolejnymi wizjami. Początkowo jej rodzina nie zgadza się na złożenie jej i dziecka w grobie Modiglianiego. Nastąpi to dopiero dziesięć lat później. Modigliani nigdy nie umiał kochać jej tak, jakby tego chciała. Kochał ją tak bardzo, że właściwie wbrew sobie. Autoagresywnie.
W 1918 roku, czyli dwa lata przed śmiercią, Jeanne urodziła Modiglianiemu córkę, też Jeanne. Żyła do 1984 roku. Dożyła właściwie końca epoki. Jak radziła sobie z rodzinną historią? Co myślała o rodzicach? Czy i za co ich obwiniała? Czy zrozumiała? Chciałbym poznać odpowiedzi. Jeanne Modigliani. I jak tu nie wierzyć, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka?
Dopiero pisałem tutaj o "Portrecie weneckim" Herlinga-Grudzińskiego. Bohaterka, Contessa Terzan była zaledwie kopistką, specjalistką od obrazów Lotta. Malowała portret syna. Kiedy został zabity sprzedała go jako cudem odnaleziony nieznany obraz Lorenzo Lotta. Kiedy to wyszło na jaw przyznała, że zrobiła to, żeby unieśmiertelnić syna. Nie wiem, dlaczego "Portret wenecki" powiązał mi się z historią Modiglianiego... Może dlatego, że łączy je okrucieństwo - w jednym i drugim przypadku będące synonimem miłości.



Jeanne oczami Amadeo



Amadeo oczami Jean





Podziel się
oceń
0
0

Okno

poniedziałek, 10 marca 2008 23:43
Kot Tutka dobija się do okna, wraca do domu z wędrówki po kominach, otwieram okno. "No, chodź, Tuta". Mogę mówić do siebie. Chociaż chce, żebym otworzył, to nie wejdzie do środka tak długo, jak długo będę ją zachęcał. Stoję przy oknie, namawiam, bo chcę je zamknąć, a ona stoi nie mogąc się zdecydować, czy wejść. To znaczy Tutka wie, że to będzie jej decyzja nie moja. Wchodzi dopiero wtedy, kiedy odchodzę od okna, siadam na kanapie i udaję, że to nie ja je otworzyłem i że mnie to, czy wejdzie, właściwie nie obchodzi. Robi tak za każdym razem. Uczy mnie wciąż od nowa, że nie można podważać jej suwerennej decyzji. Małpa jedna.
Nad ranem budzi mnie, a ma swoje faszystowskie metody, czasem tylko po to, żebym się z nią przeszedł do kuchni, bo akurat ma ochotę coś wrzucić na ruszt. Ma dziewczyna charakter. Ciągle przypomina mi, że to ja mieszkam u niej i że przeszkadzam jej spać.

Jestem pełen emocji po wieczornej próbie "Ostatniego Żyda w Europie", premiera już w sobotę. W piątek pierwszy, przedpremierowy spektakl. Tyle się dzieje na ostatnich próbach. Korekty sytuacji, scen, świateł. Propozycje zmian. Spektakl ma już swój kształt, prawie się urodził, ale jest jeszcze czas na rzeźbienie, dopracowanie, wypunktowanie. Lubię ten moment, kiedy spektakl wyłania się. Kiedy staje się teatrem. Kiedy zabiera głos. A potem pojawiają się widzowie i nadają kształt ostateczny. Dodają to, co najważniejsze - odbiór i energię. Wywołują dialog. Najpiękniej jest wtedy, kiedy ich wrażliwość spotyka się z wrażliwością autora, reżysera, aktorów, scenografa, autora świateł, kompozytora, akustyka i tych wszystkich, którzy często anonimowi ciężko pracują nad kształtem spektaklu. Najpiękniej, kiedy jest spotkanie. I kiedy jest rozmowa.

Premiera to święto teatru. Dla widza każdy wieczór spędzony w teatrze jest świętem. Pięknie jest zapalać lampki na choince.

Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 963  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl