Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Co nie ustoi w miejscu zbyt długo

sobota, 31 marca 2007 19:36
Wczoraj była Elka. Fundujemy sobie zawsze wieczory "polskie", a właściwie nocne Polaków rozmowy. Słuchamy "Czerwonych maków" w wykonaniu Anny Prucnal, bo to, jak śpiewa jest przeszywające, ciary na plecach i łzy w oczach... Za każdym razem, kiedy słuchamy "Maków" dochodzimy do wniosku, że jesteśmy dziabniętym narodem: "I poszli szaleni, zażarci, i poszli zabijać i mścić(...) lecz od śmierci silniejszy był gniew(...) Czy widzisz ten rząd białych krzyży, to Polak z honorem brał ślub(...) bo wolność krzyżami się mierzy - Historia ten jeden ma błąd." Nie wiem, czy ktoś lepiej od Feliksa Konarskiego, autora słów, pokazał charakter i mentalność Polaków. Do dziś aktualne, do dziś ta pieśń rozrywa duszę. Słuchamy Ani Prucnal śpiewającej "Upływa szybko życie", piosenkę, w której nagle zaczyna recytować Norwida, czyniąc z niej właściwie pieśń patriotyczną: "Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba tęskno mi Panie(...) Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej, której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie, równie niewinnej, tęskno mi Panie, do bez-tęsknoty i do bez-myślenia, do tych co mają tak za tak - nie za nie, bez światło-cienia, tęskno mi Panie".  Słuchamy hymnu Piwnicy pod Baranami "Tej naszej młodości", śpiewanej przez Halinę Wyrodek, mając pewność, że ani taki hymn ani takie słowa nie mogłyby się narodzić w głowie Amerykanina, Francuza, Szweda...:

TA NASZA MŁODOŚĆ

Solo:

Ta nasza młodość z kości i krwi
Ta nasza młodość co z czasu kpi
Co nie ustoi w miejscu zbyt długo
Ona co pierwszą jest potem drugą
Ta nasza młodość ten szczęsny czas
Ta para skrzydeł zwiniętych w nas

Chór:

Ona jest wśród kamieni
Rwącym światłem strumyka
Wiewiórkami po drzewach
Po gałęziach pomyka

Ona iskrą w kamieniu
Ona mlekiem w orzeszku
Ona świata ciekawa
Jak miedziany grosik w mieszku

Ona kwiatem we włosach
Octem w jabłkach jest pierwszych
Gorzką pianą na piwie
W świata gwarnej oberży

Buntem jest niespełnionym
Co na serce umiera
Ona tylko to daje
Co innemu zabiera

Słowa: Tadeusz Śliwiak
Muzyka: Zygmunt Konieczny

 
 

Słuchamy, wzruszamy się, kochamy ten kraj i go nie znosimy. Słuchamy, śpiewamy, przekonani, że w każdym innym miejscu byłoby trudniej. Skrzydła zwinięte w nas. I nic. Żadnego ruchu. Tylko czasem ból.


Podziel się
oceń
0
0

Rynek

piątek, 30 marca 2007 14:40
Dochodzę do siebie. Dwa bardzo intensywne zawodowe dni w Krakowie, można powiedzieć, że Kraków miałem okazję zobaczyć przez szyby, bo spotkanie za spotkaniem... Ten spokój za oknem, spacerujący ludzie, wypełnione kawiarnie, kawiarniane ogródki, stoiska z palmami wokół Sukiennic. Takie obrazki... Powrót samochodem i to poczucie, że żyjemy w pięknym kraju. Przynajmniej w pejzażach. (A na trasie kupiłem wiejski chleb, miód, pasztet z dzika... frykasy) Dzisiaj rano znajoma od lat mieszkająca w Paryżu, która przyjechała do Warszawy: "Czytam polskie gazety i nic z tego nie rozumiem. Co się stało? To jest kraj, z którego trzeba uciekać. Jestem chora, bo mój kraj zachorował..." Zwariował. Ale nie chcę o polityce. Trzeba zaszyć się w jakiejś niszy, na przykład w książkach. I czytać. I przetrwać. Kupiłem dzisiaj nową powieść Jacka Dehnela "Rynek w Smyrnie". Na razie patrzę na przepiękną okładkę - sepiową fotografię drzew, spośród których - w centralnym punkcie zdjęcia - jedno jest zielone. I zdania z czwartej strony okładki, reklamujące tę opowieść wschodnią: "Pewien efeski kupiec dowiedział się od wróżki, że czeka go rychły zgon. Mając się za człowieka sprytnego, postanowił okpić śmierć i uciec do innego miasta, zanim ona pofatyguje się do Efezu. Spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy, i coraz mocniej zacinając muła, popędził w kierunku Smyrny. A tam, na głównym rynku, stała śmierć. - Nareszcie - powiedziała. - Myślałam już, że się spóźnisz."
I czas zabrać się do pracy, przyjechała wczoraj z wydawnictwa redakcja mojej powieści "Bądź moim Bogiem" i  teraz będę musiał przysiąść... Najbardziej ciekawi mnie, jak sam zareaguję na swój tekst, bo nie zaglądałem od momentu oddania go wydawcy, a było to już dobrych kilka miesięcy temu. Obym nie zaczął pisać na nowo, bo wówczas w ogóle nie skończę.

Podziel się
oceń
0
0

Kraków, dzień 2. "Dziennik Polski" dzisiaj

czwartek, 29 marca 2007 8:08

Wyznania szczerego entuzjasty teatru - paweŁ gŁowacki

Na łasce rzeczy

Zdana na łaskę pofalowanej peruki, Elizabeth opiekuje się pamięcią. Dzień w dzień od świtu i tak długo, na jak długo starcza sił w głowie już białej, w nogach nie tych, co kiedyś i w palcach, które dawno utraciły nieomylność. Do drugiego śniadania, czasem do obiadu, ba, gdy Bóg się lituje, bywa, że aż do samego zmierzchu, Elizabeth - pamięta. Dzień w dzień po śniadaniu wdziewa pofalowaną perukę i jest niczym jej pani w wiekowym filmie "Błękitny anioł".

Chyba tak się zaczyna każdy kolejny dzień Elizabeth. Taki też jest początek monodramu "Błękitny diabeł", co go Remigiusz Grzela na jubileusz scenicznego 60-lecia Barbary Krafftówny napisał, a Józef Opalski - pospołu z jubilatką - wyreżyserował. W "Błękitnym diable" Krafftówna gra Elizabeth. Przez godzinę i dwadzieścia minut Krafftówna opiekuje się pamięcią. W prologu, już w pofalowanej peruce, zagubiona w fotelu ogromnym jak okręt, ogląda film, który sobie wyświetla na ścianie, film z czasów dawno dokonanych.

Widzi panią o pofalowanych włosach, w czarnym kapeluszu i czarnym futrze idącą wzdłuż muru z gołych cegieł. Pani, która idzie, ma twarz pani, która patrzy. Elizabeth patrzy na Elizabeth? Krafftówna przygląda się przygodom własnej twarzy w przeszłości dalekiej bądź bliskiej? Jak jest naprawdę? Elizabeth była wierną służącą legendarnej Marleny Dietrich, która zmarła wczoraj bądź dziesięć lat temu. Obojętne. Nawet gdyby pani zmarła wiek temu, Elizabeth i tak dzień w dzień budziłaby pamięć o niej, bo inaczej świat gotów się rozlecieć. Tak. Ale dlaczego Dietrich, co przed Elizabeth idzie wzdłuż muru z gołych cegieł - jest Elizabeth?

W przedstawieniu Krafftówny i Opalskiego nakładają się twarze, zapętlają czasy, filmy nicują się wzajem. Krafftówna, co grała w pełnym zwierciadlanych odbić "Rękopisie znalezionym w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa, tu, w "Błękitnym diable", jest w peruce pofalowanej całkiem tak, jak włosy Dietrich w "Błękitnym aniele" Josefa von Sternberga. Opalski kreśli właśnie takie pętle. Bo przeszłość to nie są jasne ścieżki. Bo pamiętanie to nie procedery przejrzyste. Bo w tym, co kiedyś było, czas późniejszy niezmiennie drąży labirynty z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zawiłe.

Kantor nauczał, że pamięć nie ma w sobie nic świetlistego, że jest obskurną pakamerą, gdzie widma wynajmują nam na chwilę naszych umarłych, że to ciemny skład resztek. W "Błękitnym diable" Krafftówna gra Elizabeth, która we własnych codziennych seansach pamięci jest Dietrich, która ma twarz Kraff-tówny. Tak ustawione lustra zawrotnie pomnażają przestrzeń i czas. Krafftówna-Elizabeth, chodząc po opustoszałym mieszkaniu Dietrich, przez godzinę i dwadzieścia minut wolno wędruje przez labirynty nigdy nienapisanego dziennika zamierzchłej podróży. Jest już tylko pamięcią.

Żeby świat się nie rozsypał - dzień w dzień dotyka tego, co zostało w szafach, na stoliku przy fotelu ogromnym jak okręt, na biurku zawalonym rękopisem niedokończonych wspomnień, pod wytwornym lustrem. Dzień w dzień w paryskim apartamencie Dietrich jest tak, jakby kroki i gesty Krafftówny-Elizabeth były we władaniu starego zdania Roberta Musila: "Jesteśmy zdani na łaskę rzeczy".

Idzie zatem, siada, wącha, okiem coraz słabszym wypatruje w powietrzu znaków coraz rzadszych. Dotyka sztucznych włosów z czasów świetności w Hollywood. Wypija kieliszek fatalnie rozwodnionej gorzałki. Później drugi, piąty, siódmy... Zadzwonić do kogoś z dawnych epok? Zadzwonić dziś tak, jak pani dzwoniła ongiś? Podnosi słuchawkę, wykręca numer, mówi... Gra, że podnosi, gra, że wykręca, gra, że po drugiej stronie są głosy wciąż żywe. Tu wystarczy grać.

Zapałczano łamliwym głosem powtarza dawne śmiechy, wieki temu gdzieś zamilkłe wyznania miłosne licznej bandy aktorów, reżyserów i innych pisarzy. Raz jeszcze szydzi z wydarzeń, o których dziś poza nią nikt już nie ma bladego pojęcia. Wraca do godzin najjaśniejszych - czuje dawne ciepło. I wraca do tego, co było nieuchronne - do ciemnego finału, który zdawał się nie mieć końca. Jak to było? Pani się przewróciła, pani zmasakrowała biodro, pani w łóżku wylądowała na lata, świat zaś zaczął się odwracać twarz po twarzy. Coraz mniej było telefonów, rzedły wizyty, zdychała troska, pęczniała pustka. To są zwyczajne dzieje. Koniec był wiadomy - samotność jak kamień.

To wszystko jest ciemność, ale Krafftówna-Elizabeth nie żali się. Na nogach już nie takich, jak kiedyś, krząta się po własnej głowie. Palcami coraz częściej bezsilnymi dotyka peruk, sukien, pończoch, piór, wachlarzy, doskonałych czółenek na wysokim obcasie. Przywołuje demony, by świat przetrwał przynajmniej do świtu. Żegna się? Być może. Ale nawet jeśli, to są to pożegnania nam niedostępne.

Nam pozostaje cisza i w ciszy bycie blisko sztuki Krafftówny, która jest niedostępna dla naszych epitetów. Bo to teatr doskonale nie z naszej scenicznej epoki za psi, szybki grosz. Tu aktorka krucha kruchością porcelanowej tancerki na pozytywce w finale zdejmuje pofalowaną perukę - i wtedy wszystko może się zdarzyć. Co dalej? Krafftówna nuci refren songu Dietrich: "Ja jestem tylko po to, żeby kochać mnie..." - i dzieje się spokój. Tak, spokój. Teatr Krafftówny to miejsce, gdzie świat zostaje ocalony do jutra.

Remigiusz Grzela "Błękitny diabeł". Monodram Barbary Krafftówny. Reżyseria: Barbara Krafftówna i Józef Opalski. Występ na dużej scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego.

 


Podziel się
oceń
0
0

Z pozdrowieniami z Krakowa...

środa, 28 marca 2007 22:03

Opuścić krąg sławy

"Błękitny diabeł" w reż. Barbary Krafftówny i Józefa Opalskiego Agencji Artystycznej Agart z Warszawy gościnnie w Krakowie. Pisze Magda Huzarska-Szumiec w Gazecie Krakowskiej.

«Barbara Krafftowna wróciła po latach do Krakowa w doskonałej formie.

 

Krąg światła pada na proscenium. Tak jak podczas koncertów Marleny Dietrich, kiedy gwiazda prężyła swe gibkie ciało wśród zachwytów wpatrzonej w nią publiczności. Teraz światło świeci równie mocno, tylko że gwiazda śpiewając "Ja jestem po to, by kochać mnie", krok po kroku wycofuje się z magicznego kręgu sławy. Do końca nie wiemy, czy to ona, czyjej sekretarka, która opowiedziała Remigiuszowi Grzeli o ostatnich latach Marleny. Pisarz z owej opowieści stworzył monodram "Błękitny diabeł", który wyreżyserowali wspólnie Barbara Krafftówna i Józef Opalski, i który mogliśmy oglądać w Teatrze im. Słowackiego.

Scena przedstawia pokój w paryskim mieszkaniu artystki, samotnej starej kobiety, która wciąż żyje wspomnieniami niegdysiejszych świateł reflektorów, walczy z chorobami i szuka pocieszenia w butelce z rozwodnioną przez sekretarkę whisky. Marlena Barbary Krafftówny siedzi w swoim fotelu i na wielkim ekranie ogląda swoje stare filmy. I choć kpi sobie z reżyserów, którym wydawało się, że są bogami, to słychać w jej głosie ogromną, nie dającą się niczym uśmierzyć tęsknotę za graniem. Tęsknotę, którą znają tylko aktorzy i która nie zależy ani od ich pozycji, ani wielkości. Tęsknotę, która przypisana jest do tego zawodu, i którą doskonale rozumie aktorka Krafftówna, tak jak rozumiała ją aktorka Dietrich, a nawet podszywająca się pod gwiazdę sekretarka Elizabeth. I już tylko te emocje wystarczyłyby, żeby "Błękitny diabeł" stał się porywającym przedstawieniem. Jednak Barbara Krafftówna, oprócz wstrząsającej spowiedzi dawnej gwiazdy, funduje nam wiele dodatkowych smaczków, które składają się na wielkość tej roli. Potrafi być zjadliwie złośliwa, gdy otwiera swój kalendarz z nazwiskami, by wśród dawnych znajomych znaleźć kogoś, kto przyśle jej trochę pieniędzy. Potrafi być wzruszająco zabawna, gdy stara się przedłużyć pauzami swoją ostatnią kreację na ekranie. Potrafi być autentycznie wściekła, gdy dowiaduje się, że jej własna córka napisała książkę, ujawniającą jej najintymniejsze sekrety. Ale niezależnie od uczuć i nastrojów Dietrich Krafftówny nie potrafi przestać grać, grać przed sekretarką, przed telefonicznym rozmówcą, a nawet samym telefonem, nie wspominając już o sobie samej. Gra tak doskonale, że w pewnym momencie orientujemy się, iż tak naprawdę to chyba nic jest ona, tylko jej sekretarka, która we szła w jej rolę. Jest to przejmujące, szczególnie wtedy, gdy ściąga perukę, a my widzimy, że blond włosy spoczywają na odwróconym do tyłu fotelu, w którym leży gwiazda.

Twórcom monodramu udało się złapać widzów w pułapkę i sprawić, że jeszcze dotkliwiej odczuli przemożną, destrukcyjną siłę, która pojawia się, gdy trzeba zgasić światła i wycofać się z jasnego kręgu sławy.»


Podziel się
oceń
0
0

Rozmowa w bistro

wtorek, 27 marca 2007 14:44
Pierwszy blog w tym roku pisany na tarasie. Obok laptopa filiżanka z kawą, spienione mleko. Kut Tutka goni ptaki. Wszystko wydaje z siebie wiosenne dźwięki, więcej w nich luzu, radości. Jedynie jazgot pił mordujących suche gałęzie drzew, w ogrodzie u sąsiadów, mąci spokój. Zjadłem obiad w niewielkim bistro. Rozmowa o polityce i inwigilacji. Panie śmieją się: "może i tu, u nas takie podsłuchy... ściany mają uszy... nic nigdy nie wiadomo, dowiemy się za jakieś dziesięć lat" "A gdzie by były te podsłuchy?" - pyta starsza pani. "A boja wiem - mówi kelnerka - może w zegarku... widziałam taki w telewizji." "Co pani powie, w zegarku... To drogi interes." "Drogi, niedrogi, jak kto chce szantażować to się z groszem nie liczy. Swoje później wyciągnie." "Drogi, zegarki zawsze były drogie, przed wojną, w czasie wojny, bo mógł życie ratować, po wojnie, teraz też drogie, chciałam wnukowi na komunię, ale za drogo. A byle jakiego nie kupię. Musi być szwajcarski." "Pani się z groszem liczy, a oni nie liczą... ale tamten z podsłuchem, który widziałam w dzienniku, to on chyba nie był szwajcarski." "Bo oni elegancji nie mają. A nawet szpieg musi być szpieg. Niech pani popatrzy, James Bond, to mężczyzna. Takich już nie ma. Albo Kloss. Mikulski, jakie oczy, jakie dłonie, jakie maniery... Ach... A teraz każdy wycirus się okazuje szpiegiem. I co tu denuncjować? Kogo tu denuncjować? Ręce im się pocą. A jak się ręce pocą, to naprawdę nie ma o czym mówić." "Ma pani rację, takiemu Bondowi to się na pewno nie pocą. A Kloss też w spodnie nie robił jak sobie wypił, a w tym raporcie..." "Da pani spokój. Zdrowia szkoda..." Dyskusja trwała jeszcze, kiedy wychodziłem. A wyjść musiałem, bo dzień w biegu. Popłudnie jadę do Krakowa, do pracy. Wracam we czwartek wieczór. Jak mi się uda sieć namierzyć w hotelu, to może tu zajrzę.


Podziel się
oceń
0
0

co rok prorok

wtorek, 27 marca 2007 11:02

Podziel się
oceń
0
0

Dworzec Gdański

poniedziałek, 26 marca 2007 22:04
Obejrzałem wczoraj "Dworzec Gdański" film Marii Zmarz-Koczanowicz i Teresy Torańskiej, wyprodukowany przez Studio Largo dla TVN. Wstrząsający dokument o wypędzeniu Żydów z Polski w 1968 roku. Głos uwiązł w gardle, obejrzałem w zupełnej ciszy, choć zazwyczaj komentuję, i nie będę się wstydził: miałem kilka razy łzy w oczach. Film o ludziach, którzy są przesiąknięci Polską, wciąż mentalnie w niej mieszkają, którzy nie potrafią jej nienawidzić. Wzruszająca opowieść o polskich kołdrach puchowych, koronkach, wycinankach. "Wszystko mam polskie, książki, słowniki, dwa dywany..." - wyliczała jedna z bohaterek. "A duże kołdry rozsypałam na mniejsze, dla córek(...) Zawsze czułam się Polką... ale teraz już chyba bardziej Izraelką." Wstrząsająca opowieść o mężczyźnie, który przybył do Izraela, jak każdy z nich, z kilkoma dolarami w kieszeni, szukał w Tel Awiwie znajomej, szedł pieszo, zapytał spotkaną na ulicy kobietę, czy jeszcze daleko. Poradziła pojechać taksówką, ale on nie miał na taksówkę, więc ta kobieta wyjęła pieniądze. "Ale komu mam je oddać?" - zapytał. "Komuś, kto jest pierwszy dzień w Izraelu" - odpowiedziała.  Ktoś inny opowiada o swoim zakładzie pracy w Polsce. "Tylko mój szef powiedział: mam nadzieję, że kiedyś będziesz mógł wrócić." Teresa Torańska pyta, czy tylko ta jedna osoba. Nie mógł odpowiedzieć. Słowa zapadły się w nim.
Film przeplatany przemówieniem Gomułki. Nie ono mnie wstrząsnęło, było głupie jak sam Gomułka głupi jak noga od stołu, ale wstrząsnęła mnie reakcja audytorium. Okrzyki: "Już dziś!" kiedy mówił, że Żydzi muszą wyjechać. Ten aplauz, który otrzymał. Ta nienawiść, która wylewała się z gardeł. Gdzie są dzisiaj? Jeżdżą na wycieczki do Ziemi Świętej? I kogo wypędziliśmy? Tych, którzy cudem ocaleli z Zagłady, tych, którzy walczyli za Polskę, siedzieli w stalinowskich więzieniach, tworzyli kwiat polskiej inteligencji...
Okrzyki poparcia dla Gomułki przypomniały mi filmy dokumentalne z wystąpień Hitlera i wpatrzony w niego tłum. I to skandowanie. Oglądałem "Dworzec Gdański" z poczuciem ogromnego wstydu.
Skończyłem właściwie ze łzami w oczach. Miałem ciarki słuchając jak kilka wypędzonych z Polski kobiet, po latach, ściskając się, śpiewa szlagier Mariniego "Nie płacz, kiedy odjadę... zostawię ci tę melodię, piosenkę, która przypomni niepowtarzalne te chwile..."


Podziel się
oceń
0
0

Pola Elizejskie

niedziela, 25 marca 2007 14:00
Odpoczywałem od pisania, czasem muszę pozwolić sobie na takie dwa, trzy dni, swoistą dietę Cambridge, z ograniczoną zawartością słów. Ale za to czytałem, gadałem z przyjaciółmi, oglądałem filmy. Wczoraj wieczorem brutalną "Tajemnicę Aleksandry", australijski dramat, dla mnie nawet thriller, którego bohaterką jest żona pewnego wydawałoby się poukładanego, zarabiającego na dom biznesmana. Z pozoru kochająca się rodzina, dzieci wychowane w tym cieple. Jednak od początku napięcie, gdzieś pod skórą, bomba z opóźnionym zapłonem. W urodziny męża żona funduje mu osobliwy prezent, zostawia wiadomość nagraną na wideo, po której nie tylko nic już nie będzie takie samo, po której trudno będzie zauważyć granicę dobra i zła. Żona, która czuła się upokarzana, traktowana tylko jak ciało, powierzchnia bez głębi, postanawia zafundować mężowi piekło na ziemi. Historia zaczyna się jak u Czechowa, z uśmiechem, z żartem, ale im dalej... Świat się rozpada i nawet tych rozsypanych kawałeczków nie uda już się pozbierać. Film ostry, brutalny, tnie jak brzytwa. "Powierzchnia bez głębi" jest też głównym motywem powieści Stefana Chwina "Dolina Radości", wpadłem w nią, bo czyta się znakomicie. Głównym bohaterem jest charakteryzator, gdzieś u początków kina, wymyśla wizerunek Nosferatu, maluje Marlenę Dietrich, współpracuje z Leni Riefenstahl (podszyta grozą, a jednak groteskowa scena malowania pleców Leni R., pozostawiania na nich obrazu, który potem pojawi się w jej filmie, a wcześniej odbije na białym prześcieradle zamieniając je w "całun"). Znajdziemy tu ulubione tematy Chwina: piękno i zło (piękno i nazizm), przedwojenne Niemcy, rodzący się faszyzm. Pojawia się kwestia "entartete kunst", czyli sztuki wynaturzonej, sztuki powstającej w umysłach ludzi, których zdaniem nazistów należało wyeliminować, pojęcie nawiązuje do wystawy z 1937 roku. Do tematu entartete kunst powracał w Polsce, w swoich dramatach Ingmar Villqist, zarówno w sztuce o takim właśnie tytule, jak i w "Helmuciku" granym w Teatrze Wybrzeże. Nie wiem, czy Stefan Chwin tę sztukę widział, ale przynajmniej jeden z wątków jego powieści jest wyraźnie analogiczny do "Helmucika" Villqista.
"Dolina Radości" jest powieścią wielotematyczną, rozległą, leży gdzieś pomiędzy "Pachnidłem" a "Hanemannem", i właśnie ta wielość tematów i pewne analogie dodają jej pikanterii, nerwu, napięcia. Ma swoją dykcję i swój rytm, przez co trudno się od niej oderwać. Pojawiające się co chwila nowe postaci, czasem ze współczesnej historii (choćby spotkanie głównego bohatera z Hitlerem w jego rezydencji Berghof), napędzają akcję, otwierają nowe płaszczyzny, nowe tematy, powodują, że powieść staje się momentami jak sensacyjny film. Jest filmowa, i myślę, że w jakimś sensie jest hołdem dla kina. Pisze Chwin: "Kino jest bliżej Nieba. To rodzaj Pól Elizejskich, które możemy zwiedzać za życia. Kino nadaje człowiekowi świetlistość rzeczy niematerialnej(...) W kinie twarze wielkich gwiazd filmowych, inaczej niż twarze teatralnych aktorek, płoną miękkim sfumatto, jakby ich ciała, wyzwolone z ciężaru materii, wypełniła fosforyczna substancja, z której przed wiekami zostały zrobione ludzkie dusze." I przyznam, że choć o kinie dużo czytałem, to tak trafnej, bajecznej definicji nigdy. Natychmiast ją pokochałem. Ale co może ważniejsze, powieść Chwina oddaje hołd tym, których kamera nie pokazuje, o których się nie mówi. Eryk Stamelmann, bohater urodzony z kamienia, bohater z tej fosforycznej substancji, którego ustawia Chwin obok Kaspara Hausera (opowieść o Hauserze dopełnia los Stamelmanna), charakteryzator nie wymieniany w napisach, mimo swojej pozornie nieistotnej roli, gra w rzeczywistości rolę pierwszoplanową, ma wpływ nie tylko na historię kina ale i może na historię świata. A gwiazdy filmowe i potwory historii w "Dolinie Radości" pojawiają się w epizodach. To też zaciekawia, przykuwa uwagę. Będę jeszcze pisał, bo jestem mniej więcej w połowie. Czytam też drapieżną i ostrą powieści Anny Bojarskiej "Ja". Bojarska nigdy nie rozczarowuje. Uwielbiam jej narracje, sposób opowiadania. Czytam obie powieści, plus Dzienniki Nałkowskiej, dla odmiany, więc będę miał o czym opowiadać.

Czuję wiosnę. Dzisiaj wypiłem pierwszą w tym roku kawę na tarasie. A wieczorem obejrzę "Dworzec Gdański", dokument Teresy Torańskiej i Marii Zmarz-Koczanowicz, o emigracji 1968 roku, film, który już zdobył świetne recenzje. Pokaże go TVN.
Będę też mocno trzymał kciuki za panią Barbarę Krafftównę, która gra dzisiaj w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie "Błękitnego diabła". Dzień pełen emocji.


Podziel się
oceń
0
0

o co common?

czwartek, 22 marca 2007 17:19
Albo kot albo firanki - powiedziała moja przyjaciółka Elka, kiedy przyniosłem do domu Kota Tutkę, który wtedy jeszcze nie miał imienia, później był Tootsie, ale jednak głupio patrzył, filmu z Dustinem Hoffmanem nie znał, został więc Kotem Tutką.  Tamtego pierwszego dnia Tutka była jak dłoń, a kiedy postawiłem ją na ziemi, biegała dookoła pokoju jak kot z kreskówki. Takie ziiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii robiła. Dzisiaj w nocy grzmotnęło piekielnie. Zerwałem się na nogi. Kot Tutka oszalał. Zrzucił z parapetu kamienną figurkę lektyki  z pisarzem posadzonym po środku, pełną  symboli i magicznych znaków, skarabeuszy i węży, przywiezioną z Egiptu. Pamiętam, jak targowałem w jakiejś manufakturze w maleńkiej wiosce, gdzieś na pustyni. Niewiele utargowałem, bo sprzedawca liczył w dolarach, ja w ichniejszej walucie. A banknoty egipskie są tak brudne, wszystkie bez wyjątku, że wyglądają jakby dopiero co zostały wygrzebane z piasku na pustyni albo odkopane w grobowcu faraona. Za każdym razem, kiedy wyjmowałem je  z portfela, zdmuchiwałem piasek. Targowałem tak długo, że już nasza wycieczka prawie odjeżdżała, wskoczyłem do autokaru w ostatniej chwili, żar lał się z nieba, za autokarem biegły afrykańskie dzieci, krzyczały coś w sobie tylko zrozumiałym języku. Dopiero w autokarze przeliczyłem, że zapłaciłem więcej niż myślałem i więcej niż ktokolwiek za cokolwiek. Ale byłem szczęśliwy, bo zrobiłem sam sobie prezent, w dodatku pisarz w lektyce, wyobraźnia wybiegała w przyszłość, próżność gdyby miała skrzydła, odleciałaby. W dodatku, żaden Siemiradzki! Przeciwnie - wstydu nie ma. Nie wiem, co nagle wlazło w Kota Tutkę, że postanowiła skończyć z Egiptem (Kot kończy z Egiptem - zagadka; słyszałem ostatnio takie powiedzenie, które pasuje mi tu jak ulał: o co common?). Kiedy zerwałem się z łóżka lektyka leżała na podłodze w dziesięciu częściach. Okazało się, że jest z jakiegoś kruchego, granitowego kamienia czy cóś... Rano zabrałem się za naprawianie szkód. Od czego kropelka, która sklei sklei. Skleiła, sam już nawet nie wiem, w których miejscach zlepiłem. Kamień zrósł się na powrót idealnie. W ostatnich dniach w ogóle mam obsesję naprawiania. Na przykład naprawiam, redaguję lub piszę na nowo swoje wiersze. Oto efekt wczorajszej pracy:

(CÓRKA)

 

przeszłaś granicę strachu

już wiesz co znaczy ostateczne

że może nerwowo iść po przegubie

otwierać

 

- krew z twojej krwi

 

„nienawidzę cię!” usłyszałaś

 

„ból trzyma przy życiu

i wzmacnia” powiedziałaś

jak gość telewizyjnego show

„w coś muszę wierzyć”

 

nasłuchiwałaś czy nadchodzi

byłaś gotowa

 

stała na skale

patrzyła w dół

podfruwałaś ostrożnie

zniżałaś lot

Ty – matka - jastrzębica

uczyłaś się oszukiwać

jej czujność

 

bliżej

większym cieniem

szerszymi skrzydłami

 

kiedy zrozumiałaś

że masz siłę ptaka

schwyciłaś

a potem obejmowałaś

do bólu

aż stałyście się jednym

 

zrozumiałaś że ostateczne

może być początkiem

otwierać

 

czarne pióro

kręciło się

spadając


Podziel się
oceń
0
0

W świecie przymiotników

środa, 21 marca 2007 18:08
Dopiero wróciłem. Bardzo twórczy, ciekawy dzień. I nawet deszcz był ładny. Najpierw skąpane w nim Stare Miasto, później kiedy jadłem obiad w Literackiej, patrzyłem na skąpane Krakowskie Przedmieście. Nina Simon z kawiarnianych głośników. Kieliszek czerwonego wina.
Może dlatego, że to pierwszy dzień wiosny, ale nie widziałem, żeby ktoś uciekał, spieszył się. A potem spacer w deszczu Krakowskim Przedmieściem, zwiedzanie księgarni im. Bolesława Prusa, tej w domu Ignacego Rzeckiego (upamiętnia to specjalna tablica ulokowana w bramie kamienicy). Nie mogłem się powstrzymać, bo miałem już duży apetyt na "Dolinę Radości", najnowszą powieść Stefana Chwina, pisarza, którego bardzo cenię, a jego "Hanemann" jest jedną z najważniejszych książek w moim życiu. Spacer Świętokrzyską, deszcz przestał padać, zrobiło się nawet cieplej. W tramwaju zacząłem czytać "Dolinę Radości", i z rozkoszą wróciłem do świata przymiotników, które Chwin tak kocha, a ja wystrzegam się, może nie tu, w blogu, ale w swoich innych tekstach, zwłaszcza dziennikarskich. Uczono mnie zawsze, że dziennikarstwo ucieka od przymiotników. Tak i ja uciekałem. Ale zapomniałem już, jak z nimi dobrze. "Stał w słońcu na drewnianej skrzynce, patrząc w  błękitną głębię ulicy, ale jego oczy wyglądały tak, jakby nie widział niczego. Wyobraża pan to sobie, pułkowniku Hartmann? Wyjść na ulicę z białą twarzą pokrytą pudrem, z potarganymi włosami na głowie, w długiej, staroświeckiej kapocie z grubego sukna, obsypanej błyszczącym, srebrnym proszkiem, stanąć na skrzynce w starych, popękanych butach z cholewami pomalowanymi srebrną farbą i jeszcze na dodatek w wyciągniętej dłoni trzymać jakiś pognieciony list, a wszystko tylko po to, by ktoś łaskawie wrzucił parę monet do kapelusza!" Czytałem powieść Stefana Chwina i oczywiście przejechałem swój przystanek, powiem więcej, w ogóle nie miałem ochoty wysiadać, tylko czytać, nie odrywać się teraz, i najchętniej przejechałbym tramwajem trasę kilka razy. Jednak tyle nas ciągle uczą racjonalizmu, przyziemności, przesiąkamy nimi, jak i ja przesiąkłem w deszczową porę, i zauważywszy swoje zagapienie, wysiadłem i już pieszo, nie czekając na tramwaj powrotny, wróciłem do domu. A teraz tylko jedno marzenie - Dolina Radości, więc wracam do niej.

Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 941  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl