Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Kompleks Odysa

sobota, 27 lutego 2010 20:52
Lubię kino Muranów, ma swój niepowtarzalny klimat kameralnego kina, a jeśli miejsca to ludzie, to również niezwykłego ducha, Romana Gutka. Nie wiem, jak to możliwe z komercyjnego punktu widzenia, by stawiać na kino ambitne, z zasady nierentowne (co za okropne słowo!) i się kompletnie nie zrażać. Roman Gutek to jest Ministerstwo Kultury i TVP Kultura razem wzięte. Może gdyby więcej było takich zapaleńców, pozornych straceńców, entuzjastów, coś by drgnęło.
Wczoraj byłem w Muranowie na premierze niezwykłego, bardzo niszowego, być może z tego powodu też bardzo odważnego filmu Piotra Dumały "Las". Przed pokazem producent powiedział, że film jest kontrowersyjny, że dziękuje Instytutowi Sztuki Filmowej za możliwość zrealizowania tego filmu, ale myśli, że więcej Instytut nie wyłoży pieniędzy na podobny projekt, zaś Dumała powiedział, że za chwilę "państwo film obejrzą, albo z niego wyjdą... A nawet nie wiem, czy to, co zrobiłem to film".
"Las" to prawie półtoragodzinna prosta, ale pełna znaczeń, pobudzająca myślenie i wyobraźnię, opowieść o umierającym ojcu i opiekującym się nim synu. Film, w którym zagrało dwoje aktorów Stanisław Brudny i Mariusz Bonaszewski. Film, który właściwie obywa się bez słów. Pada zaledwie kilka zdań. Kamera towarzyszy największej intymności. Syn myje chorego ojca, przypina go paskiem od spodni do oparcia krzesła, bo ojciec nie ma siły, by z krzesła nie spaść, i myje go gąbką. W innej scenie, kiedy ojciec się wypróżnił, myje go. Myślę, że w każdym innym filmie kamera by się zatrzymała, nie pokazała tego. Dumała robi z tego długą scenę mycia ojca. Później również karmienia. Momentami ogląda się ten film jak dokument. Ale nakręcony bez jakiegokolwiek patosu, bez pretensji, bez ckliwości. Ojciec leży pod grubą pierzyną i przenosi się do świata, który ma w głowie. Do lasu, którym wędruje ze swoim synem. W lesie jest wędrowcem, przewodnikiem, wojownikiem, łaje syna, denerwuje się na niego, w lesie poluje, rozpala ognisko, karmi dorosłego syna. Przenosimy się raz to do mieszkania, w którym umiera, raz to do lasu, w którym jest w pełni sił, w którym syna prowadzi, ale i w którym syna odrzuca. Dotyka tu Dumała prawdziwej intymności. Może nawet okrucieństwa. Przypomniał mi się od razu "List do Ojca" Franza Kafki, przecież postaci dla Piotra Dumały wyjątkowo ważnej, uczynił Kafkę bohaterem jednego ze swoich filmów. Ojciec umiera, ale decyduje też o śmierci syna. W jednej z końcowych scen dokonuje symbolicznego spalenia syna na stosie. Od razu słyszę zdanie z "Wyroku" Kafki: "Skazuję cię na śmierć przez utopienie". Ogień i woda.
Pozostaje puste łóżko. Pozostaje symboliczna wędrówka, która może wcale nie odbywała się w głowie ojca. A może to wszystko było w głowie syna?
Czytałem parę dni temu rozmowę Jacka Cieślaka z Grzegorzem Jarzyną. Mówił w niej, że faceci mają kompleks Odysa. I że kreują sztucznych bogów, którzy stają się alibi w nieczystej grze. I zapytany, jaki jego zdaniem powinien być normalny mężczyzna odpowiada: "Otwarty na świat. Umiejący zwyciężać, ale i rezygnować". Te słowa dały mi do myślenia.
Sandor Marai zapisał w 1984 roku: "Choroba oczu L. oraz mój stan zdrowia nie pozwalają mi już podróżować, co w innym wieku byłoby dla mnie wielkim zmartwieniem, bo podróżowanie było właściwie moją jedyną prawdziwą pasją. Ale ostatnio łatwiej znieść abstynencję wyjazdową, bowiem podróże w takim sensie, w jakim odbywałem je w ciągu mego długiego życia - jako zmysłowe poznawanie - zanikły. Nie ma już podróżowania w odysejskim sensie tego słowa. Pozostała jedynie zmiana miejsca".
I miesiąc później: "Po raz pierwszy od miesięcy nad oceanem. Półtoragodzinna podróż stateczkiem po zatoce. Iluzja odysejskiego powrotu do ojczyzny. W oceanie jest wszystko, także ojczyzna".
Uciekamy z ojca.
I wracamy do niego.
Ocean.


 

Podziel się
oceń
0
0

respirator

środa, 24 lutego 2010 21:35
Czytam z przerażeniem, że TVP zdecydowało o produkcji tylko czterech programów w kanale TVP Kultura, ale nie przeznaczyło na to pieniędzy, więc TVP Kultura może emitować jedynie materiały archiwalne. Żadnych programów o tym, co aktualnie dzieje się w kulturze, żadnej publicystyki, że o alternatywie nie wspomnę. To się po prostu nie mieści w głowie. Nie wiem, trzeba coś zrobić, zasypać prezesa TVP listami, petycjami, trzeba zorganizować jakąś akcję społeczną. Podpisałem już dawno taki list i jak widać nikt się nim nie przejął.
Dostałem dzisiaj piękny prezent od Eli Czerwińskiej - "Dziennik" Sandora Maraia, który od dawna chciałem przeczytać, ale z powodu ceny odkładałem na półkę. Teraz mam. Od razu w niego wpadłem, przeczytałem kilkadziesiąt stron. W 1943 roku pisał Marai: "Tego, czego brak dostrzegał Ortega y Gasset w Hiszpanii na początku wieku - brak nowej arystokracji ducha, duchowego kręgosłupa narodu, choć istnieją pojedyncze wybitne umysłowości - dziś brakuje całej Europie". No, myślę, że przez ponad sześćdziesiąt lat nie tylko dotknęliśmy dna, ale i zaczęliśmy się dusić w mule. Bo to już nie jest dno.
TVP Kultura, jedyny misyjny kanał telewizji publicznej, bo trudno misyjnymi programami nazwać "Klan" czy "Kocham cię Polsko", właściwie umarł, bo brak produkcji to przecież już nawet nie jest agonia. Ten kanał odłączono od respiratora. Więc nie mamy czym oddychać.
Nie obejrzymy relacji z premiery Krzysztofa Warlikowskiego, koncertu Pendereckiego, rozmowy z Wandą Wiłkomirską, sporu krytyków o powieść "Dzidzia", której autorka Sylwia Chutnik w ubiegłym roku otrzymała "Paszport Polityki", nie obejrzymy transmisji koncertu L.U.C-a, ani rozmowy z Kazimierzem Kutzem, który napisał debiutancką powieść "Piąta strona świata".
A to więcej niż grzech przeoczenia. Takiej książki, jak powieść Kutza nie było w Polsce dawno, a czytam dużo, to jest dzieło światowego formatu, noszące w sobie cały kosmos spraw i uniwersalne przesłanie o ludzkim losie, który mielony jest przez tryby wielkiej maszyny, jaką jest historia. To taka powieść jak "Blaszany bębenek" Grassa, czy "Sto lat samotności" Marqueza. Dawno nie czytałem czegoś tak wspaniałego. To książka, która odbudowuje wiarę w literaturę i w siłę opowiadania, a także wiarę w możliwość uczynienia własnej biografii dziełem sztuki. Bohater tej powieści, próbując zrozumieć powody samobójstwa dwojga przyjaciół, pokazuje nam niezwykły fresk losów i zdarzeń, odmalowuje świat, jaki bez utrwalenia na tym obrazie, być może zamknąłby się w niepamięci. "(Lucjan, jeden z bohaterów powieści) w szpitalu przeszedł pierwszą iluminację i odnalazł ścieżkę do największej przygody życia - na własną rękę zaczął szukać Boga. Przez dwadzieścia jeden lat przechodził siedem iluminacji - jak siedem bram wtajemniczenia - i po każdej obszary jego rozmyślań poszerzały się. Ale nigdy nie poddał się chorobie. Kiedy czuł, że nadchodzi, wyruszał w Beskidy, boso wspinał się ścieżką na szczyt Baraniej, potem wracał do domu, pakował manatki i zgłaszał się do lekarza. Miał swoje łóżko w szpitalu. Panował nad sobą, nawet w najgorszych chwilach, bo chorobę traktował jak swoje wojenne dziecko: troszczył się o nie jak każdy dobry ojciec".
Jest wiele wspólnego między Kutzem i Maraiem. U Maraia czytam: "Świat dzieje się także we mnie, nie tylko w czasie i przestrzeni. Ja też jestem przestrzenią".
Tak mogą pisać jedynie prawdziwi pisarze. Marai pisał o sobie: "Urodziłem się, by być pisarzem, i to wszystko: któregoś dnia, jak widać, trzeba przyjąć tę rolę bez reszty". I Kutz urodził się, aby być pisarzem, czytałem o tym w jednym z wywiadów, pisał swoją powieść przez trzydzieści lat, wydał mają osiemdziesiąt jeden. Zrobił wiele wspaniałych filmów, ale być może urodził się po to, żeby być pisarzem. I dalej Marai: "Już tylko literatura zachowuje ludzkie proporcje, tylko kilka duchów strzeże jeszcze miar z Greenwich. Któregoś dnia runie ten kolos na glinianych nogach, ten człowiek rozdęty do tłumu i zrozpaczony porzuci to, co kolosalne, by powrócić do tego, co ma ludzką skalę. A wtedy znów potrzeba będzie pisarzy, wiernych strażników prawdziwych miar".
I jeszcze: "Żyję już tylko pomiędzy linijkami moich prac". I jeszcze: "Zdechnąć pomiędzy dwoma złymi, głuchymi zdaniami".
Wspaniały "Dziennik" Maraia, mam nadzieję, że starczy mi na długo, że będę zaglądał często i kradł z niego dla siebie.
Kazimierz Kutz: "Dobry mebel jest odpryskiem minionych dziejów, narzeczeni deseczką na kładce wieczności, a ja - w swoim mozole - literką w księdze kosmosu".
Ale o tym nie powie już mój ulubiony kanał TVP Kultura.
Zróbmy coś. Nie wiem, co, ale poruszmy niebo i ziemię, niech o tym piszą, niech o tym mówią, niech to słyszą, zaalarmujmy zagraniczną prasę, skoro nasza już nic nie może.
Bądźmy w tej sprawie naiwni i ufni jak dzieci, z wiarą, że można coś zmienić. Bądźmy głośni jak dzieci.
Może czas zacząć krzyczeć.
 

Podziel się
oceń
0
0

non-fiction

wtorek, 23 lutego 2010 13:59
O sporze wokół książki Artura Domosławskiego "Kapuściński non-fiction", która ma się ukazać za kilka dni nakładem Świata Książki, jest już głośno od jakiegoś czasu. Wydawnictwo Znak, na którego zamówienie Domosławski pisał tę książkę, zrezygnowało z jej publikacji. Jerzy Illg w jednym z komentarzy powiedział, że gdyby wydał tę książkę nie mógłby spojrzeć w oczy Kapuścińskiemu, z którym się przyjaźnił. Wiadomo też, że kilka osób odmówiło napisania opinii tej książki na okładkę. O sporze Domosławskiego z wdową po Ryszardzie Kapuścińskim, panią Alicją Kapuścińską i procesie, jaki wytoczyła, pisał Piotr Smolar we francuskim dzienniku "Le Monde" a Pierre Assouline, najwybitniejszy francuski biograf , opisał to wszystko na swoim literackim blogu.
Nie znam książki, dlatego odniosę się jedynie do słów Artura Domosławskiego z wywiadu dla "Polityki", jakiego udzielił Danielowi Passentowi, a który przeczytałem dopiero dzisiaj. Oto fragmenty:

Niezależnie od tego, na której półce książki te ustawimy, nadal będą wybitne. Różnica gatunkowa jest jednak istotna, gdy zadajemy pytanie: na ile mogą być wzorem do naśladowania – nie tyle dla pisarzy, ile dla dziennikarzy, których obowiązuje wierność faktom? Czy i na ile wolno reporterowi poprawiać rzeczywistość?

Jeśli literatura fiction posługuje się technikami reporterskimi, nie płaci żadnej ceny. Jeśli dziennikarstwo wkracza na terytorium fikcji, to czyni opis reporterski bardziej atrakcyjnym, nieraz głębszym, ale płaci też wysoką cenę – wiarygodności. Takie dzieło można podważyć i nieraz to czyniono.

Kapuściński był reporterem i pisarzem uczciwym i obdarzonym genialnym talentem. Ale wyobraźmy sobie dziennikarza mniej utalentowanego i mniej uczciwego, który uważa, że wolno mu swobodnie przekraczać granice rzeczywistości i fikcji: jakie dzieło otrzymamy? Właśnie ta obawa towarzyszy mi, gdy ustawiam niektóre jego książki na półce z literaturą.

Mój kolega z redakcji „Gazety Wyborczej” Wojciech Jagielski, który opublikował „Nocnych wędrowców” o dzieciach-żołnierzach w Ugandzie, postąpił uczciwie, gdy zastrzegł, że niektórzy bohaterowie są fikcyjni, choć ulepieni z autentycznych postaci. Nazwał książkę opowiadaniem. Podzielam jego zdanie, gdy mówi, że nie jest dobrze dla wiarygodności dziennikarstwa, jeśli reporter pozwala sobie na zbyt wiele.

W dobie Internetu wszystko da się szybko sprawdzić i pisarstwo, jakie uprawiał Kapuściński, byłoby niemożliwe. Na czym polegał jego „twórczy stosunek do faktów”?

Kiedyś przyjaciołom, którzy byli z nim w Afryce, pokazał jakąś depeszę. Zaczęli prostować: Rysiek, to nie było tu, tylko tam, kolejność zdarzeń była inna. Nic nie rozumiecie, odpowiadał zirytowany, nie chodzi o szczegóły, lecz o istotę rzeczy. Zapytany kiedyś przez Wojciecha Giełżyńskiego, czy dopuszcza lekkie deformowanie biegu faktów, np. poprawienie chronologii dla uzyskania lepszego efektu, odpowiedział, że tak; że można „rozbudować rzeczywistość”, posługując się wszakże autentycznymi elementami.

I słowo mojego komentarza. Uważam, że żyjemy w czasach, w których granica gatunków już dawno się zatarła. Ryszard Kapuściński pisał o tym wielokrotnie.
Dylematy Artura Domosławskiego wydają mi się spóźnione o jakieś czterdzieści lat, a może więcej. Krzysztof Kąkolewski stawiał podobne pytania klasykowi reportażu Melchiorowi Wańkowiczowi ("Wańkowicz krzepi", Czytelnik, Warszawa 1973). Wańkowicz narzekał wtedy na niezrozumienie krytyki, która żąda od niego w reportażu prawdy tylko dokumentalnej ze szkodą dla prawdy esencjonalnej. Mówił Wańkowicz: "Dopiero gdy dostanę fakt, on obrasta, rozkwita w syntezy, porównania, analogie. Fakt jest dla mnie katalizatorem dla wyobraźni". I szczerze wyznawał: "Ja robię z dziesięciu ludzi jednego, a z jednego dwóch". Na pytanie Kąkolewskiego: "a co z czynami bohatera? Z jego tożsamością" odpowiedział: "To mnie g... obchodzi. Mnie nie interesują nazwiska. Moim bohaterem jest epoka. Piszę we współczesności o LOSIE ZBIOROWYM i dla niego poświęcam losy pojedyncze(...) Mnie interesuje prawda syntetyczna, a nie dokumentalna. Z każdego losu biorę, co w nim jest szczególnego, to wyjątkowe, gęste, mocne, inaczej byłoby to szare, nijakie. Nie ma takich ludzi, którym tyle by się zdarzyło, ile ja potrzebuję".
A przecież Wańkowicz nie był pierwszy. Przecież podobnie pisał już "szalejący reporter", klasyk Egon Erwin Kisch.
Od dawna w literaturze, do której zaliczam też reportaż, nie ma czystości gatunków. I dobrze. Świat się zmienił i zapracował na rozbuchaną, kipiącą, nie pozwalającą się okiełznać formę.
W moim odczuciu opinia, że kiedy dziennikarstwo wkracza na terytorium fikcji traci na wiarygodności, uwstecznia literaturę. To tylko puste słowa, bo od dawna nic już się nie da zatrzymać. Słowa atrakcyjne czterdzieści lat temu, ale dzisiaj już martwe.
I kolejny fragment rozmowy:
 

Pańscy rozmówcy w Addis Abebie, których Kapuściński odwiedzał, kwestionują nie tylko szczegóły, ale podważają też ocenę Hajle Sellasje zawartą w „Cesarzu”.

W „Cesarzu” Kapuściński wkracza zdecydowanie na teren literatury. Dworzanie mówią tam językiem barokowym, ich wypowiedzi mają wyszukaną konstrukcję literacką. Żeby napisać tę opowieść – i w taki sposób – czytał literaturę baroku. Jeden z jego przyjaciół literatów mówi, że „Cesarz” to najwybitniejsza polska powieść XX w.! Coś w tym jest.

Dlatego sceptycznie odnoszę się do krytyki wąskich specjalistów. Czytanie „Cesarza” czy „Szachinszacha” jako podręczników historii Etiopii i Iranu to nieporozumienie. Kapuściński przedstawia pewne konstrukcje intelektualne, uniwersalizuje zachowania ludzi i mechanizmy wstrząsów społecznych. Po inscenizacji „Cesarza” w Londynie jeden z widzów gratulował mu, że doskonale przedstawił mechanizmy w wielkiej korporacji. Wolę czytać tę książkę jako traktat o władzy, a nie opowieść o feudalnym władcy Etiopii.

(...) Amerykański wydawca, wrażliwy na punkcie ewentualnych konsekwencji prawnych, żądał oświadczenia, że postaci i wypowiedzi w „Cesarzu” są prawdziwe. Kapuściński wziął na siebie ewentualne roszczenia – wiedział, że ich nie będzie.

Dlatego, że postacie nie były autentyczne?

Nawet jeśli były, to przecież nie podaje ich nazwisk, tylko inicjały. Wydany w USA w 1983 r. „Cesarz” został świetnie przyjęty, dwa lata później „Szachinszach” odniósł podobny sukces. Znakomitą aurę wokół „Cesarza” zrobił futurolog Alvin Toffler, któremu maszynopis książki podsunął Wiktor Osiatyński. Rolę odegrała recenzja Johna Updike’a w renomowanym tygodniku „The New Yorker”. Bezinteresownym promotorem Kapuścińskiego stał się Salman Rushdie, w jednej z ankiet wskazał „Cesarza” jako książkę roku. Kula śniegowa sławy już się toczyła.

I teraz słowo komentarza. Historię amerykańskiej publikacji "Cesarza" opisał amerykański tłumacz "Cesarza" William Brand w książce "Podróże z Ryszardem Kapuścińskim" pod redakcją Bożeny Dudko w roku 2007 w rozdziale o sensacyjnym tytule: "Prawnik zażądał notarialnych poświadczeń z Etiopii". Tyle że William Brand opisuje tę sytuację z innej strony. "Ci ludzie, odparłem, to pałacowi oficjele, ukrywający się przed marksistowskim reżimem rewolucyjnym. Rozmawiali z autorem potajemnie, pod warunkiem pełnej anonimowości. Sama próba nawiązania z nimi kontaktu może znaczyć dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo" - cytuje Brand własne słowa skierowane do prawnika amerykańskiego wydawcy. I odpowiedź prawnika, że "każda osoba cytowana w jakiejkolwiek książce musi dostarczyć oświadczenie uwierzetelniające". Mamy więc kompletnie inny punkt widzenia. A prośba amerykańskiego Wydawcy była zwyczajem, formalnością, tak działa prawo. Nie ma w tym podtekstu, przypuszczenia, że Kapuściński coś wymyślił. Ta praktyka coraz częściej jest stosowana również u nas. Oczywiście każdą sprawę można zobaczyć w wielu kontekstach, ale prawdę mówiąc mam więcej zaufania do Williama Branda, który w tych rozmowach uczestniczył od robienia z nich sprawy przez autora książki. Odnoszę się tylko do rozmowy, jaką opublikowała "Polityka".


za: "Imperium cesarza. Rozmowa z Arturem Domosławskim", autor Daniel Passent, www.polityka.pl, 25 stycznia 2010.



Podziel się
oceń
0
0

warkocze

poniedziałek, 22 lutego 2010 20:26
Dzisiaj będzie o sztuce życia. Kilka intymnych zdań, ale trudno, to chodzi za mną od wczoraj. Wieczorem rozmawiałem z przyjaciółką, która mieszka na wsi. Opowiedziała mi o tym, co słychać, o swoich sąsiadach. W pewnym momencie ze smutkiem, że jedna z mieszkających na tej wsi starych kobiet została oddana do hospicjum z powodu terminalnej choroby. "Wiesz, już mieli ją zabierać, ale miała niezrobione włosy. Miałyśmy się pożegnać, ale musiałam jej zrobić włosy. Zaplotłam jej warkoczyki, tak jak to robiłam wcześniej i wyjechała uśmiechnięta".
To wyznanie mnie niesłychanie wzruszyło. Myślałem kilka godzin, jak moja przyjaciółka zaplata warkoczyki starej sąsiadce, żeby nie jechała do hospicjum z niezrobionymi włosami. W końcu wysłałem smsa: "Dziękuję, że jesteś. Gdyby ciebie nie było, kto zaplótłby te warkoczyki?"
To najwyższy rodzaj wtajemniczenia, najwspanialsza sztuka umieć tak żyć. Umieć patrzeć i słuchać. Umieć myśleć i umieć współodczuwać. Nie współczuć, ale współodczuwać.
Pani Danuta Szaflarska, kiedy publiczność życzyła jej wczoraj 200 lat, odpowiedziała: "Chciałabym jeszcze pięć".
I to zdanie też we mnie dzisiaj siedzi.
Śnił mi się dom babci. W ogrodzie miała niewielki basen, ale nie taki z amerykańskich filmów, raczej zwykły, nieduży zbiornik z wodą. Siedziałem na brzegu tego basenu, z nogami zanurzonymi w nim.
Podobno to dobrze, kiedy śni się czysta woda i basen i my w tej wodzie nogami.
Dobrze było znów ją zobaczyć.



Podziel się
oceń
0
0

Mapa pogody

sobota, 20 lutego 2010 14:20
Miłość między kotami rozbrykała się na całego. Czarny absztyfikant siedział dziś na oknie, od ogrodu i śpiewał swoje serenady do oszołomionej Tutki, która przez to nie mogła zamknąć oczu ani na chwilę, śpiewał, co tam, skoro śpiewać każdy może, to on darł się przeraźliwie już od czwartej, czy piątej nad ranem i nie kończył przed świtem. Myślałem, że oszaleję. Sceny balkonowe Julii są coraz dotkliwsze dla mnie. Wstałem z pękającą głową, a na cały weekend mam dużo, dużo pracy. Będę musiał kupić sobie nie jedno opakowanie deprimu, ale karton, ba, hurtownię całą.
Wczoraj obejrzałem po raz drugi wspaniały film Iwana Wyrypajewa "Euforia", o którym pisałem tu chyba ze cztery lata temu, kiedy trafił do Polski. I wtedy, i wczoraj zrobił na mnie ogromne wrażenie. W tym filmie, gdzieś na dalekich rosyjskich stepach, gdzie emocje ludzi reżyserowane są przez dzikość stepu, suchą ziemię, kapryśne niebo, wszystko wydaje się tak wielkie, tak przejmujące, tak uniwersalne. Okrutna historia, ale przecież od początku filmu nie spodziewamy się, że zakończy się inaczej, a jednak w jakiś sposób oczyszczająca. Iwan, w rozmowie, jaką z nim robiłem do programu spektaklu "Lipiec" powiedział, że zaczął pisać tę sztukę, kiedy skończył zdjęcia do "Euforii". I jest w tym temacie, w tym ujęciu, przesłaniu i drodze do oczyszczenia coś wspólnego dla obu artystycznych zdarzeń.
Pamiętam, że oglądałem "Euforię" w kinie, wyszedłem poruszony, rozbity, i jak nigdy miałem ochotę podziękować reżyserowi za film. Napisałem maila, wysłałem go na adres, jaki znalazłem na stronie filmu. Oczywiście Wyrypajew nigdy nie odpisał, ale musiałem ten mail wysłać, z własnej potrzeby podziękowania za coś tak wielkiego. No i kilka lat później telefon, Iwan Wyrypajew chciałby wyreżyserować swoją sztukę "Lipiec" w Teatrze Na Woli. Gdzie wtedy, oglądając ten daleki irkucki step przyszłoby mi do głowy, że spotkamy się w pracy. Wot żyzń.
"Euforia" wyszła na dvd, bardzo polecam. A niebawem w Teatrze Narodowym premiera "Tańca Delhi", nowej, zupełnie innej sztuki Iwana, którą napisał dla Karoliny Gruszki i którą Karolina przełożyła. Oczywiście Iwan reżyseruje ten spektakl. Bardzo jestem ciekawy tej pracy.
A w Teatrze Na Woli próby do najbliższej premiery "Trzech siostrzyczek Trupek" Macieja Kowalewskiego, a w rolach Trupek trzy wybitne aktorki, po raz pierwszy razem na teatralnej scenie: Małgorzata Rożniatowska, Bogusława Schubert i Ewa Szykulska. To dopiero jest spotkanie! Podglądam czasami na próbach, podsłuchuję aktorki przepowiadające tekst w bufecie, praca wre, a przecież one wszystkie to nie aktorki, to aktorzyce, ptaszyce, łabędzice. Premiera już 12 marca.
Dzisiaj i jutro Małgosia Rożniatowska gra Na Woli mój monodram "Uwaga - złe psy!" w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. Zapraszam.
I tak teatralnie. A przecież dzisiaj zarówno urodziny Jarosława Iwaszkiewicza, jak i Danuty Szaflarskiej. Dwie wspaniałe, wielkie postaci. Iwaszkiewicz, również człowiek teatru, potężny pisarz z geniuszem opowiadania, który właściwie się nie zdarza. Chciałbym, żeby świat odkrył kiedyś Iwaszkiewicza tak jak odkrył Maraia. Wczoraj telefonował pan Wiesław Kępiński, wychowanek Iwaszkiewiczów, że w najnowszej "Twórczości" listy Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Kępińskiego. Muszę kupić koniecznie. Zwłaszcza, że czytałem już na ulubionym blogu Indii, piękny tekst im poświęcony.
Pani Danuta Szaflarska obchodzi 95. urodziny. Wciąż jest taka młoda, pracowita, twórcza, rozwijająca się, jako aktorka bardzo też nowoczesna. Odkąd jestem w Warszawie chodzę na spektakle z jej udziałem i za każdym razem to wyjątkowe, zaskakujące spotkanie. Ostatnio, w styczniu, widziałem w TR Warszawa w "Między nami dobrze jest", tak świetnie interpretowała tekst Doroty Masłowskiej, tak pyszna była jako babcia przeszkadzająca w oglądaniu telewizji, a jej monologi dotyczące wojny i chodzenia nad Wisłę, majstersztyk. Pamiętam jej znakomite role w "Uroczystości" w TR Warszawa, w "Waszej ekscelencji" w Teatrze Współczesnym, ale nawet, kiedy pojawia się w epizodzie, jak w spektaklu "Żar" w Teatrze Narodowym, z Ignacym Gogolewskim i Zbigniewem Zapasiewiczem, według Sandora Maraia, robi z niego perełkę.
Nie wspominając już jej wybitnej roli w "Pora umierać" u Doroty Kędzierzawskiej. To właściwie jest ewenement na skalę światową, żeby mając 95. lat nie tylko tak dużo pracować, być w tak świetnej formie, ale by tak grać, za każdym razem poszukując, nie mając w sobie żadnych utrwalonych schematów, tricków, bez puszczania oka do widowni, by wciąż grać tak nowocześnie, bez żadnego nawyku, by tak grać zawsze inaczej. Wspaniała postać.
Ale to jest inna glina aktorska, inna szkoła. W piątek w dodatku telewizyjnym do "Wyborczej" była rozmowa z panią Ireną Kwiatkowską, która wspominała, jak po spektaklach karciła się za źle zagrane role. A przecież jest jak wzorzec z Sevres.
Jutro w Iluzjonie Filmoteki Narodowej spotkanie z panią Danutą Szaflarską z okazji 95. urodzin, poprowadzi Jacek Szczerba. W spotkaniu weźmie udział Dorota Kędzierzawska. Spotkaniu towarzyszy pokaz filmu "Pora umierać".



Jarosław Iwaszkiewicz

"Stary poeta"

(...)

III

Poeta mówi:
Żono!
Byliśmy kiedyś młodzi
widzieliśmy ocean w Skagen
i Barcelonę
i Matterhorn i Dent du Midi
mieliśmy przyjaciół
gadaliśmy z Lechoniem
z Witkacym z Sartre'em
zachłystywaliśmy się Proustem
czytaliśmy Jądro Ciemności
Annę Kareninę
Popioły

A teraz jesteśmy starzy
jesteśmy sami

Kłócimy się
szukamy ciągle
pogubionych książek

Chustek
zapałek
okularów

A kiedy będziemy przed Panem Nicości
już zaraz
nic to nie będzie znaczyło

że byliśmy piękni
że tańczyliśmy na chłopskich weselach
i na królewskich pokojach

I nikt nas nie zapyta
o nasze muchy
nasze psy
nasze pogubione książki
chustki do nosa

i okulary

(z tomu "Mapa pogody", Czytelnik, Warszawa 1980)


Podziel się
oceń
0
0

monolog zza ekranu

czwartek, 18 lutego 2010 21:32
Sławomir Idziak, światowej sławy operator, w rozmowie z Donatą Subbotko, w dzisiejszym "Dużym Formacie" mówi: "Gdybym dał pani dwie kartki i kazał na jednej napisać to, co pani pamięta ze swojego życia, a na drugiej to, co pamięta z filmów, ta część filmowa byłaby bogatsza niż osobista. I na tym polega siła kina - mimo że to, co widzimy w filmie, jest kłamstwem".
Właściwie ta jedna wypowiedź wydała mi się więcej niż mocna. Nawet wstrząsająca. Czy rzeczywiście lepiej pamiętamy sugestywny świat kina od bolesnego, dotkliwego, a czasem i tragicznego doświadczenia, w którym sami się znaleźliśmy?
I jaka byłaby kolejność zapisywania na tych kartach? Które wydarzenia wydałyby nam się istotniejsze?
Załóżmy, że mamy dwie kartki. Na jednej zapisujemy zdarzenia ze swojego życia. Na drugiej wydarzenia filmowe. W moim odczuciu przewagę zawsze będzie miała ta pierwsza. Ma szansę stać się literaturą, nowym światem. Podczas, gdy ta druga będzie zawsze rodzajem streszczenia. Owszem, nie wszystko, co zapisane jest literaturą. Ale szansa jest. I to jest ważne. Próba ujęcia swojego losu w słowa jest początkiem świata, całkiem nowego świata.
Jeśli zapiszemy tę kartę chaotycznie, jeśli zapiszemy zdania i myśli wyrwane z kontekstu, może nielogiczne, może przesadnie skrócone, może niegramatycznie, to również ta forma, niedoskonała, kulawa ma szansę, aby stać się początkiem określenia, zdefiniowania nowego świata.
Ta pierwsza kartka może być terapeutyczna. Może nam coś wyjaśnić, może pomóc, nawet jeśli zaboli.
To już początek pisania.
Obejrzałem wczoraj dziwny film "Przyjeżdża orkiestra", z wielkim hasłem na okładce: "Przezabawny film..." I nie mogę do dzisiaj wyjść ze zdumienia, jak można było go odebrać jako przezabawny. Oto do Izraela przylatuje Aleksandryjska Orkiestra Policyjna, być może najsmutniejsza orkiestra świata, przylatuje na koncert, ale nikt na nią nie czeka, tłucze się więc autobusem na peryferia, trafia na robotnicze szare i depresyjne osiedle zbudowane na pustyni. Mnie w tym kompletnie nic nie śmieszy. Film oryginalny, dziwny, nawet fascynujący, ale depresyjny do bólu. Nie ma naprawdę już nic smutniejszego niż egipska orkiestra zesłana na izraelską pustynię. A dodam, że od koncertu, jaki mają zagrać, zależy przyszłość tej orkiestry. Powodzenia.
A jednak zapisuję tę drugą kartę.
Piszę o obejrzanym wczoraj filmie.
Myślę o powieści Kazimierza Kutza.
O świecie, który zapisał na tej pierwszej.

Podziel się
oceń
0
0

Bocznica

środa, 17 lutego 2010 17:41
Przeczytałem gdzieś, że dzisiaj jest dzień kota. Tutka od dwóch dni ma narzeczonego, równie czarnego jak ona. Wieczorem ona stoi w oknie jak Julia na balkonie, a on na tarasie, pod oknem, czeka, czy do niego wyjdzie. Otwieram okno, Tutka zeskakuje na taras, dotykają się noskami, czyli jest buzi-buzi, a potem idą razem na spacer, wydeptując korytarz-ścieżkę w wysokich śnieżnych zaspach. Jest za ciemno, żebym mógł ten nocny spacer czarnych jak smoła kotów sfotografować. To ciekawe, bo dotąd żadnych kotów nie tolerowała, nawet Rudy, który na bezczela wskakiwał do domu przez okno i żarł z jej miski był na ogół przez nią przeganiany, chociaż zawsze miałem wrażenie, że ona przegania go trochę na pokaz.
Ciekawe jest obserwowanie tego kociego świata.
Ja znów w wielu sprawach. Znowu tak dużo się dzieje. W poniedziałek prowadziłem w warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" spotkanie z charyzmatycznym szefem Teatru Gardzienice, Włodziemierzem Staniewskim.
Tutaj można posłuchać dźwięku z tego energetycznego spotkania:

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95158,7564700,Tworca_Gardzienic_goscil_w_Gazeta_Cafe.html

Jutro w "Gazecie Stołecznej" druk fragmentów rozmowy. Wiele z wypowiedzi Włodzimierza Staniewskiego więcej niż interesujące, ale fascynujący jest fragment o obsesji na punkcie Eurypidesa. Cieszę się, że miałem okazję poprowadzić to spotkanie.

Pomimo że w różnych sprawach, wracam do powieści Kazimierza Kutza "Piąta strona świata". Fascynujące jak przewala się historia, która choć jest tylko tłem dla pojedynczych losów bohaterów tej powieści, to przecież ma wpływ wyrazisty na nich i kolejne pokolenia. W tym ujęciu jest to proza bardzo światowa. Zarówno dla tych, którzy historię Śląska znają bardzo dobrze, jak i dla tych, którzy nie do końca orientują się w kolejnych powstaniach, przewrotach tożsamościowych, jest to powieść wartościowa.
"My tu na pograniczu żyliśmy jak na ostrzu kosy(...) Po dwa razy na przemian byliśmy obywatelami Niemiec i Polski(...) Państwa w moich stronach były jak szatkownice, które zamiast kapusty przecierały nasze gnaty. A pomiędzy wojnami zakładano na nasze hyrdonie chomąta wyzysku, przetrzymywano w koszarach, maltretowano naszą odmienność, kulturę i na przemian germanizowano, polonizowano i rusyfikowano, zawsze wbrew naszej ochocie".
"Nasz dom nieomal dotykał lokomotywowni, w której mogło chować się dwadzieścia parowozów. Od trzeciego roku wojny na stację zjeżdżały ze wszystkich stron Europy transporty Żydów i pociągi z wojskiem. Jedni i drudzy zmierzali na wschód. Pociągi z Żydami miały za płotem swój ostatni postój przed Oświęcimiem, a transporty wojskowe swój przystanek przed syberyjskim przeznaczeniem; tu pociągi z Żydami i pociągi z niemieckimi żołnierzami stawały obok siebie. Czekały, aż mój ojciec da im sygnał do odjazdu. Tu, na przedprożu życia i śmierci zaglądali sobie w oczy jedni i drudzy - Żydzi i Niemcy - tacy sami w zapachu śmierci".
Wróżę tej książce wielką karierę. I jestem pewny, że sięgnie po nią teatr. Mam nosa. Kiedyś wieszczyłem, że teatr sięgnie po "Badenheim 1939" Appelfelda, i proszę, powstała adaptacja tej powieści wystawiona w Teatrze Śląskim w Katowicach.
 

Podziel się
oceń
0
0

Piąta strona świata

niedziela, 14 lutego 2010 13:20
Czytam powieść Kazimierza Kutza "Piąta strona świata" (Wyd. Znak) wolno, tak jak na to zasługuje ta gęsto tkana, bogata proza, rodzinna saga, opowieść o ludziach oryginalnych, dziwnych, fascynujących, innych, którzy nie przystają do świata, a jednak przecież bez nich świat byłby kompletnie pusty. Czytam niestety między różnymi zajęciami, ale dzięki temu starczy na dłużej.
Mój ulubiony fragment, który w książce nie tylko podkreśliłem, ale obok którego postawiłem jeszcze wykrzyknik: "To był testament mojego dziadka Wawrzyńca Basisty i nie przypuszczam, aby istnieć mógł lepszy. Bo ziemia jałowieje, dom zgnije, życie chwilą, a tylko to, co w nas żywe z dziedzictwa przodków, ich tajemnice odległe, mroczne strachy, echa dawno wykipiałych namiętności, ma wagę i sens, bo tuła się w następcach nienazwanym ciśnieniem, niczym wrzątek zalewający liście herbaty, dzięki czemu nasza codzienność jest jak dopiero co ugotowane jajko w palcach lewej dłoni".
No, przecież to wspaniałe. Cóż za styl, co za proza niezwykła, jakie metafory!
Osiemdziesięciojednoletni debiutujący prozaik Kazimierz Kutz jest dla mnie nowocześniejszy w swoim opowiadaniu od młodych debiutantów, których książki czytałem w ostatnich tygodniach. I jakie to wszystko gotujące się, kipiące, wyciekające, nie potrafiące usiedzieć w garnku!
A jaka prawda o ludziach i ich namiętnościach! Rozdział o dziadku Wawrzku, który mroczną tajemnicę omal co zabrał do grobu, ale jednak wyjawił babce i teraz babka musiała z tym żyć, jest mistrzostwem!
"W czterdzieści cztery dni po śmierci męża była już starą kobietą, siwiuteńką, pomarszczoną i jakby wklęsłą do środka. Ale mimo zgryzot jej natchnieniem i źródłem siły były grzechy Wawrzka".
Bo pisze Kutz, że nasze wojowanie, ciemne strony duszy, czasem grzechy potrafią trzymać przy życiu, przedłużać je, czynić też wartościowym, odciskając się również na kolejnych pokoleniach.
Galeria postaci, o której powinno się właściwie napisać oddzielnie to znów galeria miniatur-arcydzieł. Tak to wszystko opisane. No choćby taki Zyga.
"Człowiek pragnie zapisać się w ludzkiej pamięci, swój ślad w czyjejś duszy odcisnąć. Życie na tym polega. Ślad po Zygmuncie wydaje się najszlachetniejszy, bo zaklęty w łonach kobiet. Jest bezdyskusyjny jak widok Niagary, jeśli się tam było".
Potrafi Kutz paroma zdaniami opisać właściwie nie tylko charakter osobnika ale i cały żywot. Taką spostrzegawczość i zdolność esencjonalnego widzenia i przekazania widzę na przykład w dziennikach Virginii Woolf. To, jak określa ludzi i jak trafnie to robi, pokazując ich mnie, lata świetlne później, tak że ich widzę, dosłownie po trzech-czterech zdaniach, a czasem też słyszę i czuję, jest dla mnie najwyższym rodzajem wtajemniczenia - słuchu, widzenia, wyobraźni, psychiki, intuicji...
A cudowna postać Jorga, innego z bohaterów powieści Kutza: "My wiemy, że Jorg jest nie do dobicia. Nawet gdyby go pochowano, to po trzech dniach z grobu wyskoczy, księdzu, który go pogrzebał, przyjdzie rękę uścisnąć i podziękować za posługę".
A matka Jorga, Genowefa: "nie dość że związana z Wojciech Korfantym, dzieci miała z Argentyńczykiem, to jeszcze na domiar złego zadawała się z Żydem(...) Wywieziono ją jednym z pierwszych śląskich transportów do Oświęcimia, gdzie nie przeżyła nawet pół roku".
I tak co karta to zachwyt. Ta wielka śląska powieść, bo przecież życie tych ludzi uwikłane w śląski kontekst, problem ich tożsamości, jest równie uniwersalna jak "Sto lat samotności". Jest tak śląska, a przez to tak światowa, że zapewne stanie się szybko naszym powodem do dumy a zarazem i do zazdrości.
Jeszcze ją czytam. I nie zamierzam się z niej za szybko wyprowadzić.



A wczoraj późno wieczorem poszedłem do kina na film "Wszystko, co kocham" o dorastaniu w PRL-u, ale nie zobaczyłem, bo nie było już biletów, co też cieszy, że wracamy do polskich filmów, o tej samej godzinie grano też "To skomplikowane", komedię Nancy Meyers z Meryl Streep i Alekiem Baldwinem. Znakomita, inteligenta komedia o pięćdziesięcioletniej rozwiedzionej parze, która wpadając na siebie po latach nawiązuje romans.
Dawno już nie widziałem tak dobrej komedii, na której tak dobrze bym się bawił. W ogóle pełna sala w kinie śmiała się i komentowała, bo naprawdę było co komentować. Meryl Streep jak zwykle mistrzowska. A scena, w której pali trawę warta każdych pieniędzy.
Myślałem wczoraj o tym, jaki Amerykanie mają kompleks na punkcie Europy. Ich kino, coraz częściej bardzo europejskie. "To skomplikowane" dzieje się właściwie w Hiszpanii, dużo odniesień do francuskiej kuchni i kultury. A przecież "Julie i Julia", też z Meryl Streep, właściwie bardzo europejska. A "Mamma Mia", która dzieje się w Grecji? A "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena? I można by tak jeszcze długo wymieniać.



W Teatrze Na Woli dzisiaj "Oczy Brigitte Bardot", a już w następny weekend "Uwaga - złe psy!" z porażającą rolą Małgorzaty Rożniatowskiej. Zapraszam.



(zdjęcie ze spektaklu "Oczy Brigitte Bardot", Teatr Na Woli)



("Uwaga - złe psy!", Teatr Na Woli)


Podziel się
oceń
0
0

Tramwaj

czwartek, 11 lutego 2010 21:39
Oczywiście, jak tylko pojawił się w księgarniach debiut powieściowy Kazimierza Kutza "Piąta strona świata", natychmiast musiałem mieć. Jechałem tramwajem i nagle, w pobliżu Dworca Centralnego impuls: oto, pode mną jest w podziemiu mała, fajna księgarnia. I już nie myśląc o celu podróży, wysokoczyłem z tramwaju no i zbiegłem do księgarni. Veni, vidi, vici - jak mawiali Rzymianie. A z księgarni wyszedłem jeszcze z "Dzidzią" Sylwii Chutnik i opasłym tomem Stefana Chwina "Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni" - niezły tytuł sobie zafundowałem. No i w domu odłożyłem nawet "Toksymię", głośny debiut Małgorzaty Rejmer, która to "Toksymia" najpierw mnie wciągnęła, a w połowie znudziła, choć oczywiście wiem, że do niej wrócę, bo nie lubię odkładać książek, jeśli nie skończyłem ich czytać.
Za to czytam późny debiut Kazimierza Kutza, powieść bogatą, kipicą, wciągającą, działającą na wyobraźnię, chwilami metafizyczną. I choć zaczyna ją opowiadać śląską gwarą i naprawdę miałem nadzieję, że całość jest tak napisana, miałem ochotę wejść w coś z zupełnie innego świata i języka, dalej już opowiada literacko, jednak raz po raz wtrącając różne gwarowe określenia, które wyjaśnione są na marginesach i w przypisach, ale przypisy to też właściwie oddzielna opowieść, cały Kutz, powiedziałbym. Na przykład taki przypis:
"Z niem. ohne - bez, np. ohne Geschmack - bez smaku. W prostym domyśle: 'Czy w niebie wszystko będzie jałowe, czyli bez jakiegokolwiek smaku?'. W gwarze używane jako słowo wytrych, skrót, często aluzyjny. Na przykład dziewczyna przychodzi na randkę i mówi chłopcu - 'Jo jest ołny', czyli bez majtek, co stanowi zachętę do działań prokreacyjnych".
To śląska przypowieść, śląska saga, właściwie opowieść plemienna. Zaskakująca książka, którą Kutz pisał podobno trzydzieści lat.
Więc czytam.
Będę donosił z tej podróży.

PS Zapraszam do Teatru Na Woli, od jutra do niedzieli "Oczy Brigitte Bardot" z Barbarą Krafftówną i Marianem Kociniakiem. Potem "Uwaga - złe psy!", monodram Małgorzaty Rożniatowskiej.

PS Dzisiaj wróciłem do pracy z Elżbietą Czerwińską. Czytaliśmy nowy tekst i to była bardzo dobra, bardzo ciekawa i inspirująca próba.

Podziel się
oceń
0
0

Terminator

wtorek, 09 lutego 2010 23:02
Dzisiaj będzie z nazwiskiem.
Są takie dni, kiedy zbierają się wspomnienia, i nie wiadomo, skąd przyszły i dlaczego akurat teraz.
Ktoś powiedział, że młodzi dziennikarze chcą od razu wszystkiego, że są zbuntowani i uważają siebie za nie wiadomo kogo. Przypomniałem sobie siebie, na początku zawodu. Początek był wcześnie, bo zaczęło się od gazetki szkolnej w starogardzkim ogólniaku i pamiętam, że od razu smażyłem tam zbuntowane teksty a potem bałem się spojrzeć w oczy nauczycielom, którym i tak zawsze bałem się spojrzeć w oczy.
Jeszcze w liceum była lokalna "Gazeta Kociewska" i stała współpraca z gdańskim "Głosem Wybrzeża", już nie istnieje. Pisałem korespondencje ze Starogardu i byłem strasznie dumny, że drukuje mnie gazeta, którą pies w pysku niósł (ten z piosenki Czerwonych Gitar).
A potem przyjechałem na studia i akurat redakcja "Faktów" TVN ogłosiła konkurs na stażystów. Zgłosiłem się. Stanąłem przed komisją: Tomasz Lis, Grzegorz Miecugow, Mariusz Walter i Grzegorz Miecugow zapytał mnie, skąd mam taki wschodni akcent, a ja jeszcze nie rozumiałem, że to po prostu zgryźliwość, że nie mówię do końca poprawnie.
Ale jakimś cudem,  z ogromnej kolejki kandydatów na staż do "Faktów" przyjęto kilka osób. Nie wszystkich pamiętam, ale pamiętam, że wybrano też Grześka Chodkowskiego z mojego roku na studiach (obecnie dziennikarz sportowy TVP), Angelikę Kuźniak (autorka książki "Marlene"), Olimpię Górską (prowadzi programy informacyjne TVP). Redakcja "Faktów" mieściła się jeszcze w starym budynku TVN na Augustówka. Uczyliśmy się fachu, jeździliśmy nagrywać wypowiedzi, tak zwane setki, do wieczornych newsów, pod którymi oczywiście podpisywali się inni. I tak uczyłem się, jak zadawać szybko pytania, jak zdobywać wypowiedź polityka itd. Ale czułem się tam kompletnie bezosobowo i mówiąc delikatnie dostałem w kość i czułem się tam nikim. Po jakimś czasie, dwóch, może trzech miesiącach pomyślałem, że skoro już tu jestem chwilę, to może powinni mi zacząć płacić, przecież pracuję jak inni, od porannego kolegium do wieczornego wydania, nagrywam te setki, pomagam je zmontować... Akurat ukazało się w "Kulturze" u Jerzego Giedroycia kilka moich tekstów i zabrałem je w papierowej teczce, poszedłem na rozmowę do ówczesnego szefa "Faktów" Grzegorza Miecugowa, położyłem teczkę na biurku i powiedziałem: "To dowód na to, że też mam jakieś nazwisko". Otworzył teczkę zdziwiony, zajrzał w tekst i powiedział: "Dziękuję, Remigiuszu Grzelo" i pamiętam jak zaakcentował dobitnie moje nazwisko. Zapytałem, czy teraz mógłbym otrzymywać jakieś honoraria. "A do czego potrzebne ci są pieniądze, Remigiuszu Grzelo?" - zapytał. A przecież byłem na studiach i były mi potrzebne. Wyszedłem i zdaje się już nie wróciłem. Z tamtego stażu w "Faktach" pamiętam jeszcze, jak pierwszego dnia miałem jechać "na materiał" z Markiem Nowickim. "Stażysta u nas nosi statyw" - powiedział. Więc poczułem się jak ten statyw i już się nie odezwałem.
I myślę sobie, że czasem kompletnie dając taką szkołę nie uświadamiamy sobie, mówię tak, bo sam już uczę, jak takie słowa mogą głęboko zapaść, jaką mogą być drzazgą. Ale w sumie to mnie tylko jeszcze bardziej zbuntowało.
Chciałem bardzo pracować, a przecież w "Faktach" nie wyszło. Wtedy Mariusz Szczygieł, który pomógł mi w życiu kilka razy, powiedział mi: "jest robota w Gazecie Wyborczej, ale w dodatku budowlano-mieszkaniowym, możesz pisać, dużo pisać i możesz trochę zarobić, chcesz?" Pojęcia nie miałem o tej budowlanej nomenklaturze, ale bardzo chciałem. Trafiłem pod skrzydła Agnieszki Gutkowskiej i Grażynki Skibickiej i pisałem dużo. Starałem się pisać atrakcyjnie, po swojemu. Na przykład, kiedy zamówiono u mnie tekst o tym, jak zabezpieczyć mieszkanie przed złodziejem, zaproponowałem, że zrobię wywiad z włamywaczem. Dzisiaj sobie to przypomniałem. Ukazał się 18 czerwca 1997 roku. Pod tytułem "Sąsiad lepszy od alarmu" widnieje informacja: "Z włamywaczem o dwudziestoletnim stażu, po dwóch wyrokach, od paru lat na wolności - rozmawia Remigiusz Grzela". Czytam teraz uśmiechając się. Zacząłem od pytania: "Gdzie łatwiej się włamać? Do mieszkania w bloku czy do domku?" Mój włamywacz odpowiada: "Mnie osobiście łatwiej do domku. W bloku jest o tyle beznadziejnie, że jest więcej obserwatorów. Sąsiedzi potrafią włam utrudnić. Ale niektórzy mowią, że włamania na wyższych piętrach to nie takie trudne. Przez pierwsze dwa, trzy piętra przewija się dużo ludzi, chodzą po schodach. Ci na górze wieżdżają windą.
- Czego boi się włamywacz?
- Na pewno nie alarmu. Polacy nie reagują na alarm. Jak się włączy, to znaczy, że jest wichura".
I w innej części tego wywiadu ten pan mówi: "Mieszkanie to nie jest miejsce, w którym można coś schować. Spotkałem się z fantem w siatce z kapustą, a siatka na klamce w kuchni. Wyobrażam sobie minę tego gościa, który zobaczył, że została tylko kapusta. - Gdzie jeszcze nie chować pieniędzy? - Powiem, gdzie chować: w banku. Była taka moda na trzymanie w bieliźniarce, ale każdy głupi wie, że między pościelą jest forsa. Ludzie zaczęli główkować i przyszła następna moda, tak samo głupia. Jeśli mają rzeźbę, posążek czy inne popiersie Papieża, to wkładają zawiniątek do rzeźby. Albo na dno wazonu. Raz znalazłem tysiąc dolarów zanurzonych w wodzie w wazonie z różami. Nie zgadnie pan, w co były opakowane. W zawiniętego na supeł kondoma". Sam się sobie dziwię na różne następne pytania, na przykład: "A bał się pan kiedyś, że ktoś się włamie do pana?"
Wywiad kończy się tak:
"Ale przez cały czas nie mogę zrozumieć, jak się włamujecie do mieszkań w wieżowcu, gdzie na piętrze jest dziesięć mieszkań i w każdej chwili ktoś może usłyszeć.
- Ja tego też nie mogę zrozumieć. Mógłbym mówić więcej, tylko mi honor nie pozwala. Złodziej nie zdradzi swych najważniejszych tajemnic".
Właśnie do "Gazety Dom", środowego dodatku Wyborczej, zrobiłem też inny wywiad, który pamiętam, ale którego nie mogę znaleźć. Pamiętam, że moim rozmówcą był hydraulik z Mokotowa, pan Mieczysław Owczynnikow i mówił o tym, że robota to jest chleb, a na chleb się nie siada. Pamiętam też inne zdanie: "Hydraulika to proszę pana zawód, który łączy dupę z Wisłą". I pamiętam, że ten wywiad jakoś też zdobył zainteresowanie i cytowali go Mann z Materną w swoim ówczesnym programie "MDM".
Do "Gazety Dom" pisałem o barierach architektonicznych, przez które niepełnosprawni mają utrudnione życie, o architekturze kilku miast: Helsinek, Starogardu Gdańskiego, Kielc. Pisałem o cenach nieruchomości, o warszawskich dzielnicach, o życiu ludzi i ich domów, między innymi o pensjonacie Ewelina w Nałęczowie, w którym Prus pisał bodajże "Lalkę". Pisałem o domach i ich mieszkańcach z Białostocczyzny. Wreszcie, jeśli było trzeba pisałem o technikach w budownictwie. Jeden z tych artykułów miał tytuł: "A może keramzyt".
Pamiętam jednak, że zawsze starałem się pisać dając z siebie maksimum talentu. Przez kilka lat napisałem wiele takich tekstów. To była prawdziwa szkoła pisania. I teraz powtórzę swoje pytanie: Czy interesowało mnie budownictwo? Czy chciałem się raczej czegoś nauczyć? Myślę, że wiedziałem, że muszę terminować, że muszę to przejść i robić to najlepiej, jak umiem. A potem było radio, i był cudowny miesięcznik "Kino" i "Sycyna" Wiesława Myśliwskiego i najważniejsza dla mnie "Literatura" Jacka Syskiego... Była też szkoła Haliny Bortnowskiej pod egidą pana Ryszarda Kapuścińskiego "Polis", na Ochocie, gdzieś w sąsiedztwie Teatru.
Może o tym wszystkim, kiedyś tu jeszcze napiszę.
Nie wiem, skąd dzisiaj i po co to wspomnienie. Po prostu przyszło. Jest.

Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 772  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl