Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 214 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

A ziemia kręci się...

czwartek, 26 lutego 2009 23:30
Poszedłem dzisiaj obejrzeć po raz kolejny "Uwaga - złe psy!". Trochę dlatego, że zapowiedzieli się przyjaciele, a trochę dlatego, że to prawie rocznica. Premiera tego spektaklu odbyła się trzy lata temu, trzeciego marca (same trójki). Poszedłem więc, bo najbliższy spektakl w Warszawie dopiero w kwietniu. Pamiętam, jak było gorączkowo przed premierą. Dzisiaj mijają dokładnie trzy lata, odkąd zobaczyłem ten spektakl po raz pierwszy, na próbie. Michał Siegoczyński w końcu pozwolił mi przyjść, czego nie mogłem się doprosić długie tygodnie, posadził Małgosię Rożniatowską po jednej stronie stołu, mnie po drugiej i po prostu polecił Małgosi mówić tekst. To było przeżycie, którego nie zapomnę, bo przecież ani ja ani Małgosia nie czuliśmy się komfortowo w tej bliskości. To jeszcze nie był pełen spektakl. W każdym razie, kiedy go oglądałem nie było jeszcze światła ani muzyki. Tylko aktorka i tekst, a właściwie postać i jej słowa, jej oddech, wewnętrzne napięcie. Również moja trema. Bardzo to spotkanie przeżyłem, byłem przejęty ale bałem się to okazać, kiedy Małgosia mówiła opowieść Anity Szaniawskiej, schizofrenicznej żony dramaturga, która więziła go, karmiła rozpuszczonym gipsem, leczyła tylko sobie znanymi sposobami. Po kilku dniach odbyła się premiera, ale jeszcze dzień przed nią urodziła się Małgosi wnuczka, Marianka i Małgosia zobaczyła ją dopiero po premierze. Więc z tym spektaklem kojarzy mi się również nowy człowiek, który w jakimś sensie też czekał na premierę, bo po niej miało nastąpić spotkanie z babcią.
Dzisiaj siedziałem obok Andrzeja, naszego oświetleniowca, bo wszystkie miejsca na widowni były zajęte. Ucieszyło mnie, bo przecież jakbym znów przeżywał premierę - a było odświętnie. Dotąd odbyło się około 60 spektakli (musiałbym dokładnie policzyć, na przykład jutro kolejny spektakl - w Lublinie!), a publiczność wciąż jest, wciąż słucha w skupieniu, wychodzi z teatru poruszona. Miałem wrażenie, że Małgosia zagrała dzisiaj swój najlepszy spektakl. Absolutnie panowała nad widownią. Kiedy mówiła "moje być to jest być zakaźne" miałem ciary. Wciąż na nowo przyglądam się fenomenowi jej aktorstwa. Po spektaklu rozmawialiśmy chwilę w moim pokoju, wspominaliśmy premierę i urodziny Marianki: "Trzy lata, a tyle się wydarzyło" - powiedziała Małgosia. I wiedzieliśmy, o czym mówi. Przez te trzy lata bywało bardzo dobrze i bywało bardzo źle, były chwile radości i chwile rozpaczy, były dnie i noce, i nawet dużo więcej niż się przytrafia w życiu. Tylko Szaniawscy wychodząc do miasta wciąż wieszają tablicę ze słowami: "Uwaga - złe psy!", ale wieszają ją od tej drugiej strony, określając nią ludzi. Anita wciąż się maluje dla Jura, bo chce być jak gwiazdy filmowe. A Szaniawski powtarza pytanie: "Czy zawsze jesteś taka szczęśliwa?"

Podziel się
oceń
0
0

Wypisy z lektury

środa, 25 lutego 2009 19:25
"Pisarz od czasu Hemingwaya to nie był jajogłowy intelektualista w rogowych okularach na pół twarzy, uniwersytecki gawędziarz czy, nie daj Bóg, romantyczny gruźlik, tylko mężczyzna na sześć stóp z okładem, z ramionami gladiatora, z kwadratową, jankeską szczęką, nieobywający się bez alkoholu i kobiet, który raz w tygodniu musiał komuś dołożyć, a jednocześnie zdolny był do najwrażliwszych uczuć, najdelikatniejszej przyjaźni, najczulszych względów, a półlegendy Hłaski, Brychta, Iredyńskiego i kilku innych jeszcze to potwierdzały".
"Człowiek pamięta siebie i z mojej pamięci wynika, że, na szczęście, dałem się nabrać i wtedy, kiedy trzeba, miałem rozkoszne złudzenie, że należę do prostego świata twardych mężczyzn, podszytego seksownym tragizmem".
"Wielki pisarz, jego krnąbrny, ostrożny, suwerenny czytelnik i ten trzeci, który im się przypatruje. Co jest większego?"
"Gdyby Czechow się nie urodził, to by go Rosjanie wymyślili, kto by tam wymyślał Turgieniewa(...) Był twórcą, któremu nie ma co wybaczyć, a tego się w Rosji nie lubi".
"Wiele lat temu w którymś z wywiadów powiedziałem, że bardziej wzrusza mnie pierwsza zmarszczka na twarzy pięknej kobiety niż wszystkie katastrofy narodowe razem wzięte".

(Eustachy Rylski "Po śniadaniu", Świat Książki, Warszawa 2009)

Podziel się
oceń
0
0

Alina, córka Adiny

poniedziałek, 23 lutego 2009 23:03
Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Tego, co opisała w pamiętniku lekarka z getta, Adina Blady-Szwajger, bliska współpracownica Marka Edelmana ani tego, co przeżywa jej córka, Alina Świdowska grając na scenie pamiętnik matki. Obserwowałem panią Świdowską przed próbą, w trakcie próby, oczywiście również na wieczornym spektaklu. Mówiła, że wolałaby nie robić całej próby, bo to jest za trudne, za bardzo obciążające, że nie chce tego wciąż na nowo przeżywać. "Mama zostawiła mnie z tym obciążeniem". Zaczęła się próba, zrobiłem kilka zdjęć, pani Świdowska wypowiadała słowa matki o tym, jak zdecydowała podać dzieciom na oddziale morfinę, kiedy Niemcy wkroczyli do szpitala, "wlewałam dzieciom do gardła morfinę, zostawiłam je tak, a one zasnęły, kiedy po kilkunastu minutach weszłam, spały", nagle zrobiła się przerażająca, bolesna cisza, byliśmy dosłownie wbici w fotele, "Czasem się budzę i zastanawiam się, a co, jeśli któreś z dzieci się obudziło?" Nie wyobrażam sobie, jak to jest mówić ten tekst, mówić słowa własnej matki.
Po próbie pani Świdowska opowiedziała nam, że matka nigdy nic nie mówiła o przeszłości. Jakby jej w ogóle nie było. "Nie wiedziałam nic o getcie. Matka po prostu zachowywała się tak, jakby życie rozpoczęło się, kiedy się urodziłam". Mówiła też, że kiedy matka zachorowała na raka trzustki, a przecież była lekarzem, postanowiła się nie leczyć. Kiedyś, w szpitalu w getcie, dziewczynka zapytała ją: "Czy będzie pani z nami do końca?". Była. "I matka była do końca. Przed śmiercią, choć była sprawna intelektualnie, jakby się wycofała, jakby uciekła w siebie, w przeszłość, nie umiała już być tutaj, ja już wiedziałam, że ona coraz więcej czasu jest Tam, po Tamtej stronie, z dziećmi, którym obiecała, że będzie z nimi do końca. Przed śmiercią więcej była z nimi, niż z nami".
Mówiła, że kiedy po raz pierwszy miała zagrać ten monodram, nagle wypadła z biblioteczki książka - właśnie pamiętnik matki zawinięty w gazetę. Między kartami książki była fotografia babki pani Świdowskiej, babki, której nie znała. Ta fotografia pojawiła się nagle jak znak. Pani Świdowska włączyła ją do spektaklu.
Monodram wg pamiętnika Adiny Blady-Szwajger jej córka łamie osobistymi wspomnieniami. Przywołuje awanturę, jaką zrobiła matka małej Alinie, kiedy nie chciała jeść. Bo przecież nie wie, co to jest prawdziwy głód. Pyta matkę, dlaczego nigdy z nią nie rozmawiała o przeszłości. Wspomina, jak po pożarze domu w Szczecinie matka jechała taksówką z dyżuru lekarskiego ratować kota. I że kiedy odbierała Alinę ze szkoły, dzieci mówiły, że babcia przyszła. "Ja nie mam babci" "Taka siwa pani". "To moja mama". "Taka siwa?"
No monodram Aliny Świdowskiej wg pamiętnika jej matki "I nic więcej nie pamiętam" przyszło blisko trzysta osób. Kiedy spektakl się skończył, publiczność długo jeszcze pozostała na swoich miejscach, a potem podziękowała Alinie Świdowskiej owacją na stojąco. Widzowie opuszczali teatr w milczeniu, przejęci, niosąc tę historię, z której nie sposób się wyzwolić. Historię, która w interpretacji córki zabrzmiała jeszcze mocniej, intymniej, boleśniej, bo, co przyznaje Alina Świdowska, jest to temat, którego wciąż w sobie nie przerobiła, otwarta rana, która się nie zabliźnia, bo jest to biografia matki, o której tak mało wie i którą matka nie chciała się podzielić.















Podziel się
oceń
0
0

Seszele, Seszele...

sobota, 21 lutego 2009 14:12
Świetna sobota. Wróciłem ze spaceru po słonecznej Warszawie, w ogródku wciąż czapy śniegu na krzakach i drzewach. Kot Tutka chowa się po kątach przestraszony topniejącym lodem, który spada z dachu. Włączyłem nową płytę Marianne Faithfull "Easy Come Easy Go", którą kupiłem na spacerze. Żywiołowa emerytka, która daje czadu. Ostatnio czytałem z nią wywiad, nie pamiętam, gdzie. Ktoś ją zapytał o Amy Winehouse: "nie, nie jest tak popieprzona jak ja w jej wieku". - Jakoś tak odpowiedziała, śmiejąc się. Wieczorami czytam biografię Adama Michnika, napisaną przez Cyrila Bouyeure'a, napisaną z perspektywy Francuza przyglądającego się Polsce. Polecam. A za chwilę zabieram się za książkę, na którą polowałem, a Merlin wyjątkowo opóźniał przesyłkę, no, ale udało się. To zbiór esejów Eustachego Rylskiego "Po śniadaniu" o pisarzach, którzy go ukształtowali. To też książka o żalu, że lekturę tych książek Rylski ma już za sobą. Na skrzydełku okładki zamieszczono jego słowa: "Zamieniam w ciemno siebie, jakim jestem, na tego, który upalnego, długiego lata 1963 roku poznał pannę Holly Golightly. Zamieniam pisarzy, których podziwiam, w których znalazłem oparcie, z którymi łączy mnie powinowactwo dusz, z którymi jak sądzę, zaprzyjaźniłem się, na Trumana Capote'a, jakim był wtedy, gdy napisał historię Holly i jej kompanów. Zamieniam jedno i drugie, po to chociażby, żeby być znowu przed śniadaniem. Za każdą cenę przed śniadaniem. U Tiffany'ego, czy gdziekolwiek indziej".
Marianne Faithfull śpiewa "Children of Stone". Jem faworki i piję waniliową herbatę z Seszeli, od przyjaciół, którzy właśnie wrócili z wakacji.
Sobota po śniadaniu.

Podziel się
oceń
0
0

Orwell

piątek, 20 lutego 2009 21:15
"Ostatnia scena Roku 1984 G. Orwella przedstawia opis dwojga ludzi, których łączyła miłość i bliskość. Obecnie nic do siebie nie czują. Są dla siebie obojętni. Mam wrażenie, że ta scena rozgrywa się także w dniu dzisiejszym we współczesnym świecie, na wyciągnięcie ręki, obok nas, co więcej - często sami jesteśmy jej uczestnikami. A może dopiero będziemy? Miłość odchodzi. W powieści G. Orwella zabiera ją system totalitarny, więc co zabiera nam ją dzisiaj? Co sprawia, że w miejsce tak wielkiego żaru pojawia się pustka? (...) Idealne warunki są więc wrogiem młości, która - nie mając kontekstu, czegoś, z czym mogłaby się zderzyć - wkrótce po wstępnym rozpoznaniu, dokonuje swoistego aktu samozniszczenia rozłożonego w czasie, co sprawia, że staje się on niewidoczny, nieodczuwalny, jakby się nie zdarzył" - pisze Michał Siegoczyński w programie do swojego spektaklu "2084", będącego próbą współczesnego odczytania "Roku 1984". W spektaklu pokazuje historię młodych kochanków, a właściwie historię końca miłości. Jutro premiera w Teatrze Na Woli. W teatrze ostatnie przygotowania, ustawianie świateł, gorączka, jak przed każdą premierą. W spektaklu grają Aleksandra Bednarz i Krzysztof Prałat. Śpiewa Anna Stefańska (głos jak Carla Bruni, musicie ją usłyszeć w pięknej balladzie - akompaniuje sobie grą na gitarze). Jedyny lutowy spektakl w niedzielę! "2084" Teatr Na Woli koprodukuje z Teatrem im. Kochanowskiego z Radomia.
Lubię czas przed premierą, tyle dzieje się równocześnie. A u nas dodatkowo trwają próby do marcowej premiery Ingmara Villqista "Kompozycja w błękicie". W obsadzie: Ewa Szykulska, Dorota Lulka, Marcin Troński. Nagrywałem dzisiaj rozmowę z Ingmarem Villqistem do książki, jaka będzie towarzyszyła premierze. Rozmowy z Villqistem nagrywam od lat, przy okazji różnych premier. Villqistowi udało się stworzyć własny, nieco hermetyczny, literacki świat. Bardzo to cenię. Kilka z jego sztuk zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Największe chyba sztuka "Bez tytułu", którą w Teatrze TV zrealizował Łukasz Barczyk pt. "51 minut" o matce towarzyszącej umierającemu synowi. W dzisiejszej rozmowie Villqist powiedział, że wtedy poszedł za daleko, że dużo za ten tekst zapłacił, że go odchorował, poniósł konsekwencje i że właściwie żałuje, że go napisał. Powiedział, że dzisiaj myśli, że ten tekst nie powinien powstać. To mnie zaciekawiło. We mnie ten tekst tkwi boleśnie od lat. Dlatego kilka razy organizowałem pokazy spektaklu Barczyka połączone z dyskusją. Myślę, że to ważny tekst o towarzyszeniu w cierpieniu. Wracając do "Kompozycji w błękicie". Jest to opowieść o toksycznej relacji pomiędzy matką i córką, wszyscy znamy takie historie, ale Villqist przygląda się tej relacji od jej nieoczywistej strony. Która jest katem, a która ofiarą? I czy ten podział w ogóle istnieje? To jedna warstwa. Jednak ciekawsza jest przestrzeń społeczna tego tekstu. Villqist pokazuje ludzi, którzy skazują się na brak wolności. Są drzwi, więc dlaczego nie wychodzą? Dlaczego skazują się na bycie ze sobą?
Bardzo czekam na tę premierę.
A już w poniedziałek (23 lutego) o 19.00 monodram Aliny Świdowskiej "Dwa światy" wg pamiętnika jej matki Adiny Blady-Szwajger, lekarki z getta, która spisała swój wstrząsający pamiętnik na prośbę Marka Edelmana. Dzisiaj rozmawiałem z panią Świdowską o tym spektaklu, kiedy przyszła obejrzeć scenę. Powiedziała, że między nią a matką nigdy nie było rozmów o tym, co spotkało ją w getcie. Prawdy dowiedziała się dopiero z pamiętnika. Ale też po nim nigdy nie było między nimi rozmowy. Matka nie powiedziała słowa więcej niż te, które zapisała na kartach pamiętnika. Teraz pani Świdowska gra matkę i gra siebie i prowadzi rozmowę, na którą się nie zdobyły. Uważam, że ten spektakl to lektura konieczna. Wstęp jest wolny, bo chcemy go podarować publiczności, również w kontekście najnowszej książki Marka Edelmana "i była miłość w getcie".
Tak, w Teatrze tyle się dzieje. Ciągle spotykam nowych ludzi, rozmawiam, czytam nowe teksty, podglądam próby, oglądam spektakle. Świat za kulisą pociąga mnie tak samo, jak ten, który wyczarowuje się przed nią. Z tej strony lustra wchłaniają elementy scenografii przygotowane do zmiany na scenie, pulpit inspicjencki, przemykające krawcowe i garderobiane, z tamtej świat, który pozwala zapomnieć. Za chwilę zgaśnie światło. A potem zapali się. Na scenie pojawi się para młodych kochanków z Wisełki, ale czy to, co jest między nimi to miłość? O tym już jutro, na premierze.
  

Podziel się
oceń
0
0

Teatr Na Woli zaprasza...

czwartek, 19 lutego 2009 18:25
Elżbieta Baniewicz w "Twórczości" nr 2/2009 o Barbarze Krafftównie i Oczach Brigitte Bardot

(fragment tekstu)

Przeczytałam gdzieś "wiekopomne" zdanie: "Aktorzy to nie są wieszaki na role", co w kontekście całości wyznania znaczyło, że nie są powołani do odtwarzania cudzego tekstu, tylko powinni mówić własnym. Tak jakby mało było grafomanów-dramaturgów i grafomanów-reżyserów, koniecznie trzeba dodać do tej kolekcji aktorów, którzy będą wypowiadać się o świecie we własnym imieniu, czyli pisać sobie role, dialogi. O losie! Na szczęście ja już takiego teatru nie doczekam.

Wystarczy mi ten, w którym wybitni aktorzy, wypowiadając się wyłącznie słowami ułożonymi przez autorów wielu epok, nie czuli się skrzywdzeni brakiem możliwości wypowiedzi. Przeciwnie, obok cudzego tekstu i widzenia świata znajdowali dość przestrzeni, by pokazać własny talent, wrażliwość, sposób rozumienia pojęć potrzebnych każdemu do bycia człowiekiem. Tylko tyle i aż tyle. Być może dlatego pisano dla nich sztuki, a reżyserzy zapraszali do współpracy.

Barbara Krafftówna w swe osiemdziesiąte urodziny wystąpiła w sztuce Remigiusza Grzeli "Oczy Brigitte Bardot" jako "świrnięta staruszka", emerytowana nauczycielka muzyki, która postanowiła za oszczędności życia pojechać taksówką na Lazurowe Wybrzeże. Pomysł tyleż ekscentryczny, co ryzykowny, bowiem Pan Zbynio, taksówkarz z gatunku cwaniaczków, który siedział w mamrze za próbę zabójstwa antykwariusza, nie jest poetą ani dżentelmenem. A jednak u końca tej podróży - mimo że po drodze próbował ją zastrzelić i uciec z forsą, znacznie pomnożoną w kasynie w Monte Carlo - okazuje się zakochany jak chłopiec. Odbył z Anastazją podróż w krainę marzeń i wolności, zobaczył w Saint Tropez Brigitte Bardot, do której w młodości wzdychał, oglądając po dziesięć razy jej filmy.

Ukazała mu się jako madonna ze świetlistą aureolą, co potraktował jak cud, choć jego towarzyszka używa określenia iluminacja. Toteż na końcu przedstawienia pani Anastazja zafunduje mu niespodziankę, na ekranie ukaże się montaż kadrów z najważniejszych ról Barbary Krafftówny, a ona sama wejdzie odziana w szatę madonny z aureolą, co stanie się śmieszo-gorzką pointą całości.

Bardzo to sprytnie napisany scenariusz wieczoru jubileuszowego wspaniałej aktorki. Jest w nim miejsce na żart, ironię, pobłażliwą wyrozumiałość dla ludzkich słabości, ale także na ból i cierpienie.

Anastazja żyje, bo kula hitlerowca musnęła tylko jej skroń, dzięki czemu wydobyła się spod zwłok swoich najbliższych i uciekła ze zbiorowego grobu pod osłoną nocy. Nie waha się też pokazać wielu barw starości - wtedy na telebimie ukazuje się jej twarz bez makijażu, jakby była postacią Becketta: niedołężną, samotną, wracającą do przeszłości, by prowadzić niekończące się rozmowy z umarłymi. Za to na scenie i w podróży, którą oglądamy na ekranie, zgodnie z regułą kontrapunktu pokazuje się jako żwawa starsza pani w chanelowskiej garsonce i różowych bucikach albo w srebrnej sukni, gdy gra w kasynie. Pełna marzeń i optymizmu, fantazji i zapobiegliwości. Nic dziwnego, że owe przymioty "staruszki" ocalają młodość ducha, pokonują oporne ciało i sprawiają, że można ją pokochać.

Wszystko jest tu tylko teatrem, krainą absolutnej wolności, w której wszystko jest możliwe, bo fantazji nie ogranicza ani czas, ani przestrzeń, a prawda przeżyć nie jest mniej głęboka niż w rzeczywistości. Spektakl staje się pochwałą wspaniałej sztuki aktora, który może nas w te szczęśliwe lub tylko szczęśliwsze krainy zaprowadzić. Panu Zbyniowi (świetny Marian Kociniak) nikt nie odbierze przygody, jaką przeżył z szaloną "czarownicą", bez względu na to, czy wydarzyła się naprawdę, czy tylko w teatrze. Dzięki niej stał się innym człowiekiem. (...)

*

A w Teatrze Na Woli przygotowania do sobotniej premiery "2084" Michała Siegoczyńskiego. W obsadzie: Aleksandra Bednarz i Krzysztof Prałat. Zdjęcie ze spektaklu:

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Kamila Skolimowska

środa, 18 lutego 2009 22:41
To jest szok. Właśnie przeczytałem, że na zgrupowaniu kadry w Portugalii zmarła 26-letnia Kamila Skolimowska. Jeszcze niedawno Bogusia Schubert w Teatrze Polonia grała monodram o Kamili "Ciało kobiety, młot". Kamila była na premierze. Podobno zasłabła, straciła przytomność i już jej nie odzyskała. Szok.
Podziel się
oceń
0
0

Podróż

wtorek, 17 lutego 2009 22:14
Zastanawiam się, jak rozmawia się z czasem, żeby zechciał zostać dłużej... Aby starczyło go na pracę, pisanie, czytanie... Oczywiście znów złapałem się na tym, że pisanie oddzieliłem od pracy. Jakbym miał kompleks. Jakbym się wstydził pisania. Wczoraj byłem gościem grupy wsparcia rodziców dzieci z problemami psychicznymi. Zostałem zaproszony, żeby opowiedzieć o sobie, o swoich książkach, sztukach... Ktoś zapytał mnie, jak długo pisze się książkę. Nie umiałem odpowiedzieć. Zacytowałem Martę, że książka pisze się nawet wtedy, kiedy autor śpi. Obsesyjnie wracam do myślenia o pisaniu, żeby przekonać się do wygospodarowania czasu na robienie notatek, myślenie, na choćby próbę pisania. Jest szansa, że w tym roku wyjdzie książka z moimi wywiadami, więc znów odkładam pisanie powieści, żeby wejść w dawno przeprowadzone rozmowy, zredagować je inaczej, nadać im wspólny ton. Potrzebuję na to trzech, może czterech miesięcy.
Wierzę jednak, że przerwa w pisaniu powieści wyjdzie jej na dobre, bo może będę ją pisał inaczej, dojrzalej. Coś tam oczywiście dłubię, ale coś tam dłubię to nie jest poważne pisanie.
To był pojemny dzień. Rano próba z Elą. Później po raz pierwszy Ela grała "Kochanego syna" dla licealistów. Baliśmy się tego spotkania. Zastanawialiśmy się, jak to będzie. W końcu to nie jest widowisko, tylko dosyć traumatyczny monodram. Ela stawia przed sobą kolejne wyzwania i bardzo ją za to podziwiam. Nie przestraszyła się. Zagrała. Początek nie był najłatwiejszy, ale zauważyłem jak z każdym kolejnym zdaniem ma młodzież po swojej stronie. Szuranie nogami, poruszanie krzeseł, chrząknięcia nagle ustały. Zrobiła się cisza. Wiedziałem już, że Ela i ta opowieść trzymają. I tak już było do końca. Kiedy skończyła grać kilka osób wstało. Po spektaklu wzięliśmy udział w dyskusji. O problemie przedstawionym w sztuce mówiła, ale też pytała młodzież o ten problem, autorka, Anna Mentlewicz, przez wiele lat twórca młodzieżowych programów w TVP, w tym kultowego dla mojego pokolenia programu "LUZ". Chłopak siedzący w ostatnim rzędzie powiedział, że ten spektakl uwrażliwia i pokazuje, że powinno się starać zrozumieć rodziców, zrozumieć lepiej. Dziewczyna z pierwszego rzędu mówiła, że jest wstrząśnięta, bo uświadomiła sobie, że zło może być przez przypadek, może być skutkiem jakiejś sytuacji, której nie sposób uniknąć. Była poruszona. Płakała mówiąc, co czuje. Powiedziała, że jeśli chociaż jedna osoba, po tym spektaklu, zrozumie, że świat nie jest taki oczywisty, na jaki wygląda i że mimo bezwarunkowej miłości można czegoś nie uratować, to warto go grać. Wypowiadały się też inne osoby, również nauczyciele. Wciąż jestem zaskoczony tym spotkaniem. Dojrzałością. Empatią. Zrozumieniem. Myślę, że warto grać ten monodram również dla młodzieży. Nie wiem, czy teatr może coś zmienić. Ale na pewno może uwrażliwić. Ela nie przestaje mnie zadziwiać. Cieszę się, że się odnaleźliśmy.
Później własny teatr i różne sprawy, zajęcia, rozmowy i spotkania. Zostałem do spektaklu, dzisiaj po raz ostatni w lutowym cyklu "Oczy Brigitte Bardot". Krótka rozmowa z panią Barbarą w garderobie i z panem Marianem w bufecie. Żarty w oczekiwaniu na spektakl. Później publiczność. Czekałem do ostatniego dzwonka. Drzwi na salę zamknęły się. Z foyer obserwowałem otwartą kulisę. Pan Marian na krzesełku czekał na wejście. Pani Barbara mówiła z ekranu monolog, który mnie zawsze wzrusza, bo dla mnie to tak, jakbym słyszał Babcię.
Później kątem oka widziałem wchodzącą na kolanach, tyłem do publiczności, panią Barbarę. Już jako Anastazja R. mówiła o lęku wysokości i strachu przed lataniem. Poszedłem na górę, do siebie. Jeszcze długo, przez intercom słuchałem spektaklu. Wyszedłem z teatru, kiedy pani Barbara w francuskiej restauracji śpiewała szoferowi Zbyniowi "Ja pana w podróż zabiorę..."
Ja pana w podróż zabiorę.
Nie pożałuje pan.
Nie pożałuje.

Nie żałuję.
Cieszę się.

Podziel się
oceń
0
0

Już, dosyć.

niedziela, 15 lutego 2009 23:33
Trochę choruję.
Właśnie skończyłem czytać "I była miłość w getcie" Marka Edelmana i Pauli Sawickiej, książkę, o której napisaniu Marek Edelman mówił od dawna. Książka składa się ze strzępów pamięci, urwanych opowieści, zapamiętanych obrazów, sytuacji, nazwisk. To nie jest tylko książka o miłości. Słusznie Jacek Bocheński nazywa tę książkę we Wstępie "postrzępionym dopiskiem do Starego Testamentu". Sam Edelman mówi, bo ta książka jest przede wszystkim mówiona, zachowuje Jego oryginalną składnię, wiernie oddaje język: "Za mną jest nicość(..) Wiem, że potrzebna jest pamięć o tych kobietach, dzieciach, ludziach starych i młodych, którzy odeszli w nicość, zostali zamordowani bez sensu i bez powodu. Wiem, że potrzebna jest pamięć o nich". Dlatego przeczytałem tę książkę sumiennie, od pierwszego do ostatniego zdania, czytając również zamykające książkę biogramy Tych, których Edelman znał. To nie są typowe biogramy. Czasem istnieje tylko nazwisko albo nawet fałszywe nazwisko, czasem Edelman mówi w nich, jak ktoś wyglądał, a nie tylko kim był. Albo: "opiekuńcza, ciepła, dobra. Zawsze pilnowała moich papierosów, nawet spała na nich" - to z biogramu Guty Błones.
To książka o ludziach, napisana bez jakiegolwiek patosu. W tych strzępach opowieści przeczytamy o łączniczce, której w dorożce pękły majtki wyładowane bibułą, o lekarce, która zakochała się w chłopcu młodszym od siebie o piętnaście lat, który dał jej szczęście i już do końca życia w dalekiej Australii zakochiwała się w młodszych, a w końcu w zaadoptowanym przez siebie synu, o wielkiej aktorce Klarze Segałowicz, która siedząc na Pawiaku, patrzyła przez okno uśmiechając się i grając swoją kolejną rolę, o chłopaku, który widząc, jak strzelają w brzuch jego ciężarnej ukochanej, zasłonił go ręką. Odstrzelili mu dłoń. Dziewczyna zginęła. Edelman pisze też o sobie, jak stał i przyglądał się dziewczynie gwałconej przez wielu, na oczach setki osób: "A ona w kąciku była gwałcona i wszyscy na to patrzyli, a ja stałem z daleka i też to widziałem".
Edelman oprowadza po getcie, pokazuje ulice, zagląda w okna, otwiera drzwi domów. Opowiada o Powstaniu w getcie i Powstaniu Warszawskim. Opowiada po ludzku, jak pamięta. Nie ocenia, nie potępia, nie broni. Opowiada o ludziach, którzy nie wstydzili się kochać na oczach innych. I że czasem ich to ratowało. Opowiada o kobietach, które nie chciały wyjść z getta, bo akurat spotkały kogoś, kto dał im przez chwilę, miesiąc, czy rok zapomnienie. Te opowieści urywa czasem sam Edelman, powtarzając: "No już. Koniec. Kropka". A jednak obsesyjnie wraca.
"To wszystko, co mi zostało, takie strzępki pamięci. Ludzie, którym to opowiadałem, pytali, czy to wszystko jest prawda. Tak, prawda. Toczka w toczkę. Koniec, kropka. Więcej już nic".
W innym miejscu: "Już, dosyć. No, już. Dosyć".
"Jakoś to przeżyła" - komentuje czasem. Nic więcej.
Kiedy czytam w jednym z rozdziałów: "Holokaust jest klęską cywilizacji" rozumiem lepiej tę ludzką książkę Edelmana. Jestem nią porażony. Tak samo jak Jego wstrząsającym wyznaniem: "Zawsze się zastanawiam, dlaczego doktor naczelna dała mi numerek życia, przecież w szpitalu byłem tylko gońcem".
Strzępki pamięci Edelmana są jak odkopane po latach archiwum. Odpieczętowane zaczyna żyć. Opowiada na nowo zakopany na Muranowie świat i już nie pozwoli zapomnieć.
"Trzeba dziś znowu młodzież nauczyć, iż pierwszą i najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero jest wygoda".

*

W książce pojawia się też Wiera Gran:
"Popołudnie 18 kwietnia (43) było piękne i słoneczne. Posiedzenie Komendy miało się odbywać w mieszkaniu Anielewicza na Nalewkach. W getcie panował tego dnia szalony ruch z powodu święta Pesach. A do tego w południe zaczęły się rozchodzić po getcie wiadomości, jakoby nazajutrz miała się rozpocząć akcja wysiedleńcza. To miała być wiadomość zza muru i miała ją potwierdzić Wiera Gran, która zadzwoniła z aryjskiej strony".

*

W kilku miejsca wspomina też lekarkę z getta Adinę Blady-Szwajger, autorkę wstrząsającego pamiętnika "I nic więcej nie pamiętam", jednego z najokrutniejszych świadectw Holokaustu. Marek Edelman, w swojej autobiografii pisał o lekarce:

8 września, jednego z ostatnich dni akcji, doktor Szwajgier podaje około piętnastu swoim najmłodszym pacjentom śmiertelne dawki morfiny, aby dzieci, które nie mają siły zwlec się z łóżek, nie dostały się żywe w ręce Niemców, nie przechodziły koszmaru transportu do Treblinki i śmierci w komorze gazowej". Cytuje wspomnienia lekarki:
"- My już wszystko wiemy, pani doktor, my już wiemy, że nie mamy ani mamusi, ani tatusia, i że my też nie przeżyjemy. Ale czy pani doktor będzie z nami do końca?
- Tak, Marysiu, zostanę z wami na pewno - powiedziałam(...) I nagle zrozumiałam, co mogę zrobić z dziećmi, żeby dotrzymać słowa(...) Potem poszłyśmy do dzieci starszych i powiedziałam im, że to jest lekarstwo, żeby nic nie bolało. One mi uwierzyły i wypiły z kieliszka tyle, ile należało(...) po kilkunastu minutach, nie pamiętam, po ilu, gdy po raz drugi weszłam do pokoju, to spały. A potem już nic nie wiem, co było dalej.

Już 23 stycznia o godz. 19.00 w Teatrze Na Woli córka Adiny Blady-Szwajger, pani Alina Świdowska, aktorka, zaprezentuje pamiętnik matki w formie monodramu. Czekam na to zdarzenie. Wstrząsający pamiętnik lekarki prezentowany przez córkę-aktorkę daje tej historii jeszcze inny, intymniejszy, boleśniejszy wymiar. Zapraszam już dzisiaj. Wyjątkowo wstęp jest wolny.

Podziel się
oceń
0
0

aż tu nagle...

piątek, 13 lutego 2009 20:22
I znów dopadło mnie zaziębienie. Trzeci raz od Świąt. A niech to. Wczoraj wróciłem wcześniej, ale usiadłem do opracowywania rozmowy z Mariuszem Trelińskim ze spotkania w Gazecie. Kończyłem dzisiaj rano. Zaziębiony pojechałem na Wydział Dziennikarstwa, pierwsze w tym semestrze zajęcia ze studentami podyplomowymi. Pierwszy wykład - zawsze sam siebie pytam: jak mówić, od czego zacząć, jak przekazać to, co często ulotne. Chciałbym, aby te zajęcia były choć trochę praktyczne, więc mówię głównie o swoim doświadczeniu. A zaczynam od zdania Szczygła, że pisać trzeba jak bagno, żeby wciągało, i żeby nie można było z tekstu wyjść. Potem mówię o lekkości i o tym, że Bożena Janicka dała mi jedną z najpiękniejszych rad, że w tekście zawsze musi być takie "ole!". A potem, że Andrzej Wajda radzi pisać tak, aby każda scena kończyła się: "aż tu nagle..." A potem mówię, jak słuchać języka, żeby potem napisać rozmowę językiem rozmówcy. I opowiadam, jak Nałkowska cięła tekst na małe kawałeczki, rozsypywała je i dopasowywała na nowo. Mówię, że Ryszard Kapuściński nigdy nie nagrywał, nie notował, dopiero w hotelu, a Anna Bikont w Jedwabnem, pracując nad swoją książką otwierała przy rozmówcach laptop i notowała w nim, jakby była ankieterką. I jak po rozmowie z braćmi Laudańskimi nie mogła w Jedwabnem nocować, tylko mimo koszmarnej pogody wracała do Warszawy. Mówię o tajemnicach, jakie powierzają rozmówcy i że nie każdą z nich należy publikować. Mówię o empatii, o szukaniu klucza do bohaterów i o tym, żeby umawiać się na rozmowy w domu, bo dom mówi o bohaterze najwięcej. Pamiętam, kiedy wszedłem do Anny Prucnal, zauważyłem, że w mieszkaniu nie ma mebli. Od tego zacząłem i usłyszałem historię z wojennego dzieciństwa, kiedy dom był pełen wielkich, ciężkich gdańskich mebli, które były jak trauma. I o tym, jak szukać wyjątkowego tematu, jak szukałem klucza do Barbary Hendricks. Przeczytałem, że zajmuje się uchodźcami. Dlaczego? I jak to nas zaprowadziło do wychowania w czasie apartheidu i jak chciała się od tego poniżenia odbić i została divą. Mówię, że należy pytać prosto: "Co robiła pani wczoraj przed koncertem?" "Prasowałam mężowi koszule, żeby poszedł na koncert jak człowiek". "Pani prasuje?" "Proszę pana, prasowanie to nic. Mycie okien to dopiero, ale... nikt nie lubi myć okien". Mówię o swojej rozmowie z Hanną Krall, która nigdy wcześniej nie opowiadała o dzieciństwie i mnie też nie chciała, ale zapytałem: "Czy może mi pani pokazać zdjęcie mamy?" Pokazując je opowiedziała po raz pierwszy.
Opowiadam o wywiadzie, reportażu, pisaniu, słuchaniu, konstrukcji, montażu. I opowieść sama się toczy. Tak lubię. Szczerze, bez specjalnego planu. Nie ograniczając się tylko do "wywiadu", który wykładam. Bo przecież jest tylko częścią ciekawości świata.
Nagle uświadomiłem sobie, że wykładam już chyba od siedmiu lat i że to mi sprawia przyjemność. Daje satysfakcję.
Pamiętam, że studiując przygotowałem do druku swoją pierwszą książkę z wywiadami "Rozum spokorniał". A lista rozmówców do dzisiaj jest imponująca. Poszedłem do jednego z profesorów decydujących o finansach i stypendiach i zapytałem, czy wydział dołożyłby do wydania tej książki. Usłyszałem: "No wie pan? A co by było, gdyby każdy student chciał wydać książkę?!" I więcej po nic nie poszedłem.
Dzisiaj na korytarzu zauważyłem wielki plakat ze spektaklu "Gardenia" z Laboratorium Dramatu, na plakacie była przyklejona wielka kartka z napisem "sztuka studentki II roku reportażu, Elżbiety Chowaniec". Myślę, że dużo się na tym Wydziale zmieniło od czasu, kiedy sam studiowałem. Ten plakat autentycznie mnie ucieszył.

Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 784  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości