Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Heban

czwartek, 28 lutego 2008 22:10
Rano zadzwoniła Kasia, moja koleżanka z liceum i powiedziała: "mam straszną wiadomość. Remi zginął wczoraj w wypadku". Remi to nasz kolega z klasy. I choć Remigiusz to nie jest popularne imię, w naszej klasie było nas dwóch. Ta wiadomość podwójnie mnie uderzyła. Zginął kolega, również sąsiad z osiedla, mieszkaliśmy niedaleko, ale słysząc jego imię, jakbym usłyszał o sobie. Nie umiem tego określić. Siedzi mi w głowie od rana. I nie napiszę nic więcej, bo cokolwiek bym napisał w obliczu takiej tragedii brzmi jak banał. Mam przed oczami rodziców Remka, jego siostrę.

Cały dzień próbowałem wypełnić różnymi sprawami. Spotkaniami, telefonami, projektami. Pod koniec dnia zadałem sobię robotę głupiego. Zacząłem przepisywać do komputera różne adresy z wizytówek i kalendarza.

Wieczorem, była prawie ósma, usiadłem do biurka. Chciałem coś napisać i nagle wydało mi się, że jest strasznie ciemno. Dwa, może trzy miesiące temu przepaliła się taka jednorazowa lampka, która stała obok komputera i jakoś nie miałem siły chodzić i szukać nowej. Słowa nie mogłem napisać. Zrozumiałem, że to z braku światła. Dość! - Pomyślałem. Ubrałem się i poszedłem do sklepu z afrykańskimi meblami, który jest niedaleko, pamiętając, że jest otwarty do 21.00. Jedyna nadająca się lampka, z hebanową rzeźbioną nogą (słabość do hebanu z powodu książki Ryszarda Kapuścińskiego) stała na biurku sprzedającej. Uparłem się, że muszę ją kupić. Na nic tłumaczenie, że pani wieczorem wypisuje jakieś faktury i że potrzebuje światła. W końcu pani odpuściła i mi ją sprzedała. Zrozumiała, że dzisiaj ta lampa to jest mój Nowy Jork, moje Saint Tropez i moje buraczki. Słowem, że jeszcze gotów jestem się jej na wycieraczce przed wejście położyć. I nawet dała mi upust od nieistniejącej przesadzonej ceny. Przyniosłem ją do domu, postawiłem na biurku. No, jest. Czy daje światło? Pytanie problematyczne. Prawdę mówiąc: tak sobie. Ale wkomponowała się. Mnie się podoba. Co innego mogę powiedzieć? Może jeszcze, że o tej porze innej nie było.

Wczoraj w redakcji "Gazety Wyborczej" prowadziłem spotkanie z Przemysławem Wojcieszkiem. Pretekstem był spektakl "Miłość ci wszystko wybaczy", którego premiera już 8 marca w Teatrze Polonia. W teatrze, o którym Wojcieszek powiedział, że ma dobrą energię i jest miejscem, do którego chce wracać i w którym chce robić swoje spektakle.
Zapis obszernych fragmentów tej rozmowy w sobotę w stołecznej "Gazecie Wyborczej".





Podziel się
oceń
0
0

Fortepian

środa, 27 lutego 2008 9:58
Mam już w głowie nową sztukę, a nawet dwie... Zupełnie różne, o innej stylistyce. Mam już dobrze skonstruowane postaci. Teraz przychodzą dialogi, szwendają się, podsłuchuję, wybieram.
To dobrze, że wciąż nie mam czasu na pisanie. Lubię zaczynać dokładnie w tym momencie, w którym już wiem. Pisanie wydaje mi się zawsze czynnością odświętną. Mimo tego, że codziennie coś piszę. Rodzajem rytuału. Złapałem się dzisiaj na tym, że otworzyłem laptopa i przetarłem klawiaturę tak, jak pianista przeciera klawiaturę fortepianu. Rozbawiło mnie to. Wyprostowałem się. Rozchyliłem poły fraka. Rozwichrzyłem włos.
Fortepian. Wstrząsająca scena w filmie "Billy Elliot", w której ojciec rąbie na szczapy fortepian, bo są Święta, a nie ma czym palić. Krzyk przecinanych siekierą strun.
"Mama by się nie zgodziła!" - mówi Billy Elliot, chłopiec, który wyrósł w tym domu inny, w którym odzywa się potrzeba tworzenia niezrozumiała dla reszty, no, poza babcią powtarzającą, że mogła zostać tancerką... Billy marzy o karierze tancerza. Od domowych problemów ucieka na potajemne lekcje tańca. W domu lubi grać, wspominając matkę, po której pozostał fortepian.
"Matka nie żyje!" - krzyczy ojciec.
Cisza.
Ale też ojciec okaże się tym, który chłopaka zrozumie. Zapomni o własnych przekonaniach i zasadach, zrobi wszystko, by zdobyć pieniądze na szkołę baletową. A potem ta wielka, przejmująca scena, w której ojciec siedzi na widowni, a chłopak słyszy za kulisami: "Jest twoja rodzina"...
 
Nigdy nie publikuję fragmentów tekstów, które nie są gotowe. Ale... dla fortepianu zrobię dzisiaj wyjątek. Taką oto scenę napisałem w powieści, nad którą pracuję od ubiegłego roku:

Wsiadasz do samolotu. Siadasz przy oknie i marzysz, żeby samolot wyleciał w powietrze. Nic już nie czuć. Już nic.

Jak tu usiedzieć tyle godzin? Jak sobie poradzić? Mam ze sobą tabletki nasenne, ale nie chcę się ogłuszać.

Za tym oknem to mi się film wyświetla z mojego życia. Jestem tak wysoko, jakbym był bliżej. To dlaczego czuję, jak mnie rozrywa w środku? Dlaczego nie mogę powstrzymać łez, których się wstydzę przed wyperfumowaną młodą Amerykanką, która siedzi obok. Przygląda mi się. Odwracam wzrok. Chciałbym się zamknąć w sobie. Gdybym tylko to umiał.

Dziewięć lat temu Łonda zrobiła się spokojniejsza. Wycofywała się. Zaczynała patrzeć na mnie jak na obcego człowieka. Którejś nocy obudziła mnie Rosa.

„Proszę pana… pani Łonda… Proszę szybko…”

Poszedłem za nią. Zeszliśmy na dół.

W salonie stoi otwarty fortepian.

Łonda chodziła na lekcje fortepianu w szkole muzycznej. Kochała muzykę. Ale w domu… Dopiero jak uciekła, jak zamieszkała w Nowym Jorku poznała pewnego pianistę… Pozwalał jej grać u siebie, bo widział, że ma talent. Ale ona wtedy… To było jeszcze wcześniej…

Jak wprowadziła się do mnie zapytałem, o czym marzy.

„Zawsze chciałam mieć fortepian. Pieniędzy nie było…”

Wiedziała, że mnie stać i wiedziała, że zrealizuję każde jej marzenie.

Pamiętam dzień, w którym tragarze przynieśli fortepian. Stary austriacki fortepian Bösendorfer, który kupiłem od wiekowej Niemki, nauczycielki muzyki, pani Ruth. Ciekawe, jaką przeszłość miała Frau Ruth…

Łonda dotykała go jak kochanka.

„Na takim Bösendorferze grał Liszt… Wiesz, może właśnie na tym…”

Kiwałem głową. Co miałem odpowiedzieć? Muzyka nie była nigdy moją domeną. Więc Łonda mnie uczyła. Miała płyty Liszta. Zmuszała mnie do ich słuchania, ale prawdę mówiąc to już wolałem Patsy Cline albo Dolly Parton. Łonda miała takie szerokie zainteresowania.

„To fortepian, którego Liszt nie umiał zabić” – powiedziała jeszcze, a ja zupełnie nie zrozumiałem jej słów. Zresztą do dzisiaj nie rozumiem.

To wszystko się dla mnie nie liczyło. Chciałem tylko uszczęśliwić Łondę.

Usiadła wtedy do fortepianu i zaczęła grać, ale okazało się, że instrument wydaje z siebie fałszywe dźwięki. Powiedziała, że potrzebny jest stroiciel, a ja nawet nie wiedziałem, że jest taka funkcja. Zadzwoniłem do głuchej Frau Ruth i naprawdę głośno musiałem krzyczeć do słuchawki, żeby zrozumiała.

„Chcesz go oddać?” – zapytała Frau Ruth – „Nie bądź idiotą, Stas, sprzedałam ci go za jedną piątą ceny. Ten fortepian to inwestycja”.”

„Nie chcę go oddać”.

Ale Frau Ruth już tego nie słyszała. Odłożyła słuchawkę obrażona.

Poprosiłem Łondę, żeby do niej pojechała. Po dwóch godzinach Łonda wróciła z panem Gambellini, stuletnim włoskim stroicielem, przyjacielem Frau Ruth.

Gambellini zaglądał do fortepianu i powtarzał: „Takie cacko… Takie cacko…” Mruczał pod nosem: „Capolavoro… Capolavoro…” aż go potem zapytałem, co to znaczy, a Gambellini powiedział, że to znaczy arcydzieło. Natychmiast zrozumiałem, że ten instrument to naprawdę inwestycja i że może rzeczywiście grał na nim Liszt, skoro stuletni włoski stroiciel, a przecież Włosi znają się na muzyce jak nikt, stęka z zazdrością.

„Pesca… Pesca…” – mamrotał dotykając fortepianu jakby rzeczywiście miał brzoskwiniową skórę.

Łonda stała jak oniemiała.

Nic z tego nie rozumiałem. Dla mnie to był zwykły instrument. Nawet za bardzo zawadzający w salonie, który się nagle zmniejszył.

„Tesoro… Tesoro…” – mówił starzec, kiedy Łonda zapytała go, co sądzi o Bösendorferze.
Wydało mi się to tym dziwniejsze, że jako przyjaciel Frau Ruth musiał przecież go widzieć wielokrotnie i pewnie nawet stroić. Chyba że on tak za każdym razem się podniecał. Myślę, że wielbiciele muzyki są jak sekta. Nigdy nie miałem takich zamiłowań.

„Proszę pana… pani Łonda” – ciężko dyszała Rosa, a ja szurając kapciami zbiegałem za nią po schodach.

Najpierw nie zrozumiałem, co się stało. Zapaliliśmy światło w salonie. Nie zauważyłem niczego niepokojącego. Łondy tam nie było. Wtedy Rosa pokazała palcem i wyszeptała: „Tam”.

Wyraźnie pokazała fortepian, co mnie zdziwiło, bo Łonda nie siedziała przy nim. Podszedłem bliżej.

„Capolavoro… Capolavoro…”

„Czy pan się źle czuje?” – zapytała mnie Amerykanka.

Nie odpowiedziałem.

„Proszę pana… Proszę pana… Czy pan się źle czuje? Czy mam zawołać stewardessę?”

Nie. Kiwnąłem głową.

„I’m OK. My wife died three days ago” – usłyszałem siebie mówiącego po angielsku. Usłyszałem siebie mówiącego po raz pierwszy, że Łonda zmarła. Jakbym sobie nagle uświadomił.

„I’m so sorry” – powiedziała Amerykanka i ścisnęła mnie za rękę. Wyswobodziłem się, a ona zrozumiała, że chcę być sam… ze sobą. Odwróciła się w drugą stronę i widziałem, że próbowała zasnąć.

„Capolavoro…”

Łonda spała w fortepianie. Zwinęła się omal w kłębek i w pozycji embrionalnej spała w fortepianie.

Rosa była przerażona. Mnie uderzył jej spokój. Leżała tak, zwinięta w brzoskwinię, i nawet miałem wrażenie, że się przez sen uśmiecha.

Podszedłem bliżej. Wyjąłem Łondę z instrumentu. Pomogła mi. Była lekka. Niosłem ją na rękach jak śpiącego kota.

Podziel się
oceń
0
0

Rozdarcie

wtorek, 26 lutego 2008 10:37
Wczoraj w Teatrze Na Woli czytanie nowej, napisanej dla naszego teatru, sztuki Marka Modzelewskiego "Siostry przytulanki" poruszającej trudne problemy religijności, seksualności, hierarchii kościelnej. Czytanie przygotował Giovanny Castellanos. Świetna obsada. Takie czytania będą się odbywały w Teatrze raz w miesiącu. Chcemy się przyglądać niepublikowanych tekstom polskich autorów, rozmawiać o nich z publicznością, pytać o gusta, zainteresowania, o problemy, jakie powinien podejmować teatr. Publiczność znakomicie reagowała. Potraktowała to czytanie jako głos w dyskusji. Rozmowa po czytaniu trwała chyba tyle, co samo czytanie. Jedna z pań powiedziała, że ma problem z tym tekstem, że czuje się rozdarta. Pan Marian Kociniak, który czytał jedną z ról odpowiedział, że jeśli widzowie będą czuli się rozdarci po obejrzeniu spektaklu, to on będzie szczęśliwy, bo nie ma nic piękniejszego dla artysty, niż wychodzić z teatru wiedząc, że zasiał w widzach coś, co ich sprowokuje do myślenia, może sprzeciwu, ale zawsze do podjęcia dyskusji.
Najbliższe spotkanie w Teatrze Na Woli 3 marca o godz. 19.00
Rozmowa z Krzysztofem Miklaszewskim, aktorem Tadeusza Kantora. Pokażemy też film "Szatnia Tadeusza Kantora".
A jutro o 19.00 w Teatr w Gazeta Cafe w Gazecie Wyborczej spotkanie z Przemysławem Wojcieszkiem na temat spektaklu "Miłość ci wszystko wybaczy", który reżyseruje w Teatrze Polonia.


Podziel się
oceń
0
0

Zapach druku...

niedziela, 24 lutego 2008 19:17
Złodziejka książek najpierw ukradła książkę, a potem dopiero, co bynajmniej nie przyszło jej łatwo, nauczyła się czytać. Książka, którą ukradła miała tytuł "Podręcznik grabarza. Dwanaście kroków do sukcesu w kopaniu grobów". Książka wypadła z rąk 14-letniego grabarza chowającego brata Liesel, bo tak złodziejka miała na imię. Jej historię opowiada śmierć. Opowieść o złodziejce książek to opowieść o Holokauście. Jej autorem jest Markus Zusak.
"Złodziejka książek" została uznana za powieść zjawiskową. Czytam ze zdumieniem. To jedna z dziwniejszych powieści, jakie czytałem. Czytam. To proza prosta, ale nasycona, poetycka. Bardzo sugestywna. Momentami prosta jak dziecięca wyliczanka. Być może dlatego tak okrutna.

"Ludzie twierdzą, że nazistowskie Niemcy były produktem antysemityzmu, nadgorliwego przywódcy, zakompleksionych bigotów, ale do niczego by to nie doprowadziło, gdyby Niemców nie łączyła jedna, wszechogarniająca namiętność: palenie. Niemcy uwielbiali palić rzeczy. Sklepy, synagogi, Reichstagi, domy, dokumenty, zwłoki, no i oczywiście książki. Uwielbiali patrzeć na płonące stosy książek, co z kolei dawało niektórym okazję, żeby podkraść jakieś zakazane druki. Jedną z osób o takich właśnie skłonnościach była Liesel Meminger".

"Teraz będzie znak czerni, żeby wam pokazać całą skalę moich możliwości. Najciemniejsza chwila przed świtem. Tym razem przyszedłem po młodego, dwudziestoczteroletniego mężczyznę. Na swój sposób była to piękna sprawa. Samolot się krztusił. Dym buchał z obu jego płuc. Kiedy się rozbił, w ziemi powstały trzy głębokie bruzdy. Jego skrzydła były teraz jak ucięte ramiona. Mały, metalowy ptak już nie polata".
(tłum. Hanna Baltyn)

Taki nastrój. Muszę obejrzeć jakiś film, żeby ogrzać się choć przez chwilę światłem.

Zapraszam jutro (poniedziałek) o godz. 19.00 do Teatru Na Woli na czytanie nowej sztuki Marka Modzelewskiego "Siostry przytulanki" w reż. Giovanny'ego Castellanosa. Wstęp wolny.


Podziel się
oceń
0
0

TO WRÓCI

czwartek, 21 lutego 2008 21:24
Są poeci, którzy otwierają ranę na piersi, żeby pokazać to, co niewidoczne, ale zaraz zabliźniają, laserem tę bliznę likwidują. Gorąco. Lekko. Tylko ptak, który wdarł się do środka chce ruszyć w lot. Wyrywa się. Uderza dziobem.

Wróciłem do domu ze sprawami w głowie, z poczuciem, że znowu nie zdążyłem wszystkiego zrobić, że zaległości coraz więcej, z planem, że do późnej nocy będę siedział przy komputerze i pracował. Czekał na mnie nowy tomik wierszy Julii Hartwig "To wróci" (Sic! 2007). Nie umiem z niego wyjść. Nie umiem uczepić się życia. Czytam, wracam. I tak silnie czuję, że jestem.

Julia Hartwig

BLUES

Zanim jeszcze
Przeczytaj jednak tę przypowieść
O tak
Przeczytaj

I nie zapomnij wrócić tam gdzie
O tak
nie zapomnij tam wrócić

Spróbuj zrozumieć to czego wówczas
o tak
spróbuj zrozumieć

I nie zaniedbaj zniszczyć tego
co wiesz
O tak
nie zaniedbaj

I posłuchaj tego kwartetu
co wtedy
O tak
posłuchaj
bo to przychodzi tak niespodziewanie
to przychodzi
o tak
tak niespodziewanie

*

WYBÓR

Rzucić się głową w dół
z wysokości wiersza
osiągnąć tę jedynie bezpieczną
śmiertelną równowagę

*

TA CHWILA
kiedy się wszystko ucisza
i takie światło obezwładniające
spoza wszystkiego
stamtąd gdzie jesteście

Najdrożsi
Niewidzialni
nie warto było umierać

*

TAK BĘDZIE

To wróci
Nie będzie zgliszczy ani ruin
wszystko zachowane tak jak przed zagładą
w świetle i rozkwicie

Przyjaźnie nieskłócone
studnie niezatrute
bitwy jeszcze pełne nadziei zwycięstwa

Gwiazdy nieprzeliczone
Księżyc nierozpoznany
My jeszcze nieświadomi
co spełnić się może
a co na zawsze
będzie odebrane

***

Julia Hartwig urzeka mnie z każdym nowym wierszem, z każdym nowym tomikiem coraz bardziej. Uderza. A potem głaska po głowie i mówi: "O tam, popatrz!" Mrużę oczy. Jest ciepło i jasno. Czytając jej wiersze czuję się jak dziecko.

Julia Hartwig

VINCENT

Jeżeli szaleństwo ma w sztuce taką siłę
że poraża tego co obraz ogląda
otocz opieką szaleństwo
a nam pozwól wołać żeśmy nie szaleni
lecz pełni boskiej zazdrości która jest zachwytem

Dlaczego jemu właśnie kazałeś płacić za to
że podpalił drapieżnym słońcem
pola pszeniczne i łąki wokół Arles
i zagasił je o zachodzie

*

Z wiersza "WIELKOŚĆ" o Norwidzie:

(...) Tomy po tobie listów wierszy
i te ostatnie w przytułku paryskim
słowa: Przykryjcie mnie lepiej


Podziel się
oceń
0
0

Reflektor

wtorek, 19 lutego 2008 22:07
Zszedłem dzisiaj obejrzeć drugą część musicallu "Czerwony kapturek. Ostateczne starcie". Czasem schodzę w czasie spektakli, żeby popatrzeć na reakcje dzieciaków. To jest niesamowite jak reagują. Dziecka nie oszukasz. Zachowują się spontanicznie. Zawsze mówią, co myślą. Nie mają jeszcze żadnych kompleksów. Dzisiaj Gajowy stoi przed domem Babci i pyta, kto też może być w środku. Wymienia. A dzieciaki krzyczą: "Wilk!!!". "A może tam jest..." "Wilk! Wilk!" Chłopiec przede mną denerwuje się: "No, Jezu, tam jest Wilk. Co on? Nie słyszy?" Gajowy oczywiście gra z dziećmi, więc przedłuża scenę, a one ostrzegają: "Wilk!!!"
A potem śpiewają, tańczą między rzędami, machają do aktorów, pełen spontan. I absolutna szczerość.

W teatrze próby do "Ostatniego Żyda w Europie". Aktorzy raz po raz mówią o piekle trudności. A potem mają satysfakcję, bo udało im się rozwiązać kolejny problem nie do rozwiązania. Fantastyczna atmosfera pracy, dochodzenia do prawdy, chęć przekroczenia własnych możliwości i granic. Teatr jest pięknym miejscem. Trudnym, ale pięknym. Daje dużo satysfakcji.

Wieczorem opustoszał. I nagle okazało się, że tylko my z Olą i portier. Wyszedł do nas i mówi: "Pracujemy razem, trzeba by się poznać lepiej. Teatr to jest miejsce dla mnie. W szkole pracowałem, ale to nie to samo. Tutaj... No... ciągle się coś dzieje. Jak mam wolne to przychodzę oglądać spektakle. Tutaj to jest inny świat" - opowiada - "Coś musi być w genach... Moim stryjem był Emil Zegadłowicz, poeta, widocznie coś tam jest we krwi, że i ja chcę coś więcej wiedzieć, zrozumieć, przeżyć. Taką potrzebę mam... Tak się czuję, jakbym był w centrum sztuki. No po prostu lubię tu być" - tłumaczył nam portier, którego stryj tłumaczył "Fausta", a to już poważny kaliber.

Czytałem wczoraj w "Dużym Formacie" rozmowę z dramaturgiem i reżyserem Iwanem Wyrypajewem. Jakiś czas temu pisałem tu entuzjastycznie o jego epickim filmie "Euforia". Właśnie skończył zdjęcia do nowego filmu, w którym główną rolę zagrała Karolina Gruszka. Ciekawe jest, co mówił o potrzebie teatru i o tworzeniu teatru, nawet w alternatywie, w piwnicy, dla niewielkiej grupy odbiorców. O swojej głośnej sztuce "Tlen" powiedział: "Nie pisałem manifestu, pisałem o ludziach, którzy urodzili się w jednym państwie, szkoły i uniwersytety kończyli w drugim, a żyją jeszcze w trzecim. Należę do ostatniego pokolenia pokaleczonych przez Związek Radziecki pionierów i komsomolców. Brak wolności zostawia swoje piętno. W dzieciństwie wmawiano nam, że komunizm zwycięży. W młodości przeżyliśmy szok rozpadu imperium. Teraz musimy sobie poradzić w drapieżnym kapitalizmie".

W ogóle podoba mi się to, co i jak mówił w wywiadzie Anny Żebrowskiej. Urodzony w 1974 roku w Irkucku artysta, który zdobył światowy rozgłos przygotowuje się do filmu o Marilyn Monroe, która zakochała się w kagebiście, pracującym w USA. Marilny odwiedzała go potem w Moskwie, kochali się i byli podglądani przez KGB. Hmmm...

Dziwnie, ciekawie drogi prowadzą... Scena. Punktowe światło. Cały świat.



Podziel się
oceń
0
0

Kamera

poniedziałek, 18 lutego 2008 23:14
Zapisywanie. - Rytuł. Konieczność. Poczucie, że zapisywanie zastąpi pamięć.  Zawsze mam pod ręką notatnik albo zeszyt. Ale i tak najchętniej zapisuję na zużytych kopertach, skrawkach wydartych z gazety, na pocztówkach reklamujących teatralne spektakle, wystawy... Wrzucam do szuflady albo do torby, a potem, kiedy odnajduję przez przypadek nie umiem odczytać, to znaczy nie rozumiem, czemu, co mnie zatrzymało... A jednak nie przestaję. Nie kończę tej swojej kolekcjonerskiej pasji. Wiadomo - nie ma większego świra nad kolekcjonera. A ja zbieram słowa.  Pomyślałem o tym dzisiaj rano, kiedy czytałem książkę o Kieślowskim. Stanisław Zawiśliński w paru miejscach przywołuje zeszyty, w których zapisywał Kieślowski wszystko, co wydawało mu się w danym momencie ważne. I czytając to odczułem smutek. Bo wolałbym, chyba o wiele bardziej przeczytać opublikowane notatki Kieślowskiego. Właśnie takie porwane, bez kontekstu, ale przecież będące partyturą, może jego życia, może twórczości. Nagle wydało mi się to ciekawsze od uogólnień. Coś chyba dzieje się ze mną, skoro z zawodu dziennikarz, i sam jakoś tam autor pomyślałem, że ważniejszy, a może i najciekawszy surowiec. Nie forma. Nie metafora. Nie budowanie uogólnienia, ale surówka, zarodek.

I tak cytuje Zawiśliński, naprawdę ostrożnie:
"2.08 - asystowałem przy montażu Polskiej Kroniki Filmowej i filmu Lata walki.
8.08 - byłem na płycie stadionu w czasie meczu Polska - USA; oglądałem prace operatorów PKF; asystowałem przy montażu materiałów z meczu Polska - USA, których nakręcanie widziałem.
10.08 - rozmawiałem z reżyserem Janem Łomnickim i przeczytałem scenariusz jego filmu Warszawa w kolorze, przy którym mam asystować; szukałem chłopca do tego filmu.
12.08 - załatwiałem pokaz mody; szukałem zdjęć archiwalnych do Warszawy; kleiłem materiał z kanałów Warszawy w montażowni Wacława Kaźmierczaka.

Surowiec.
Na początku swojej kariery przekonywał, że film musi odsłaniać. Pod koniec życia mówił, że teraz trzeba zacząć zakrywać. I jeszcze, że "nieważny jest cel, ważna jest droga. Ważne jest, żeby iść..."

Mam szacunek dla tego, co zapisane. Nie umiem wyrzucić tego, co zapisane odręcznie. Nie mówię o swoich tekstach, ale o różnych drobiazgach rodzinnych, liścikach zostawianych na stole, na lodówce. Nie umiem wyrzucić kopert. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Starogardu mama prosi mnie, żeby wyrzucił z piwnicy karton starych papierów, kopert ze znaczkami. Nie umiem.
Kiedy udaje mi się w antykwariacie trafić np. książkę Herberta z jego dedykacją, czy liścik napisany ręką Mieczysławy Ćwiklińskiej kupuję po to, żeby nie kupił ktoś, u kogo przepadnie. Pieczołowicie to wszystko zbieram. Jak świr.

Jakiś czas temu czytałem książkę wspomnieniową Wiesława Kępińskiego, wychowanka Iwaszkiewiczów. Były w niej fotokopie jego dziennika. Odkąd wprowadził się, jako chłopiec, do domu na Stawisku, zapisywał, co się działo. Jednym, dwoma zdaniami. Nie więcej, ale regularnie, systematycznie, przez lata. To mnie wzruszyło.

Okrutna "Ostatnia taśma Krappa" Becketta. Wstrząsające wykonanie Tadeusza Łomnickiego. Opowieść starego człowieka, który zgubił pamięć i który odsłuchuje taśmy nagrywane przez całe życie. Jego grymas, kiedy nie rozumie, o czym mówił. Jego starczy rechot. Jego przerażające spojrzenie. Prymityw.



Podziel się
oceń
0
0

Ważne, żeby iść...

niedziela, 17 lutego 2008 18:09
Krysia podarowała mi w Starogardzie książkę Stanisława Zawiślińskiego "Kieślowski. Ważne, żeby iść". Podczytuję. Najciekawsze wydają mi się wypowiedzi reżysera i jego bliskich.
"Robię filmy, żeby porozmawiać z ludźmi".
"Gdy jedni artyści pokazywali dramat polskiej nadziei, gdy inni strzegli pamięci o polskich cierpieniach, jeszcze inni niepokoili się o władzę i o chleb, on szedł dalej i pokazywał pęknięcia w głębi człowieka" - ks.  Józef Tischner
"- Czy pan wierzy w kino?
- Nie.
- A więc po co robi pan filmy?
- Bo nie mam dostatecznego talentu, aby być pisarzem... Mógłbym żyć bez kina, ale nie mógłbym żyć bez książek".
(z wywiadu dla "Le Nouvelle Observateur")

"Twarz Kieślowskiego miała coś absolutnego; skupiała w sobie wszystko, co było Krzysztofem. Zdawała się nawet ujawniać intencję tego, kto nas zaprojektował: była wąska jak ostrze noża. Noża do przecinania tajemnic. Oto do czego powinna służyć twarz ludzka, chyba że rozjaśnia ją i łagodzi uśmiech, jak się to często zdarzało z twarzą Krzysztofa(...) Ta twarz była widomym znakiem uczciwości artysty i człowieka".
(Adam Zagajewski)

Twarz wąska jak ostrze noże. Tak mógł powiedzieć jedynie poeta.
Czytając tę książkę przypomniałem sobie konferencję poświęconą Krzysztofowi Kieślowskiemu zorganizowaną w pierwszą rocznicę jego śmierci. Wspominali go współpracownicy, znajomi, przyjaciele. Rana się jeszcze nie zabliźniła. Wspomnienia pokazywały wybitnego artystę i wspaniałego człowieka. Nagle wstał wielki jak żubr Andrzej Szczypiorski i powiedział: "A dla mnie Kieślowski przestał być reżyserem, kiedy przestał robić dokumenty". Pamiętam, że publiczność zamarła. A potem zaczęła szeptać, bo jak to, tutaj, wśród przyjaciół, w pierwszą rocznicę śmierci artysty... Jak tak można...
Nie zgadzam się ze Szczypiorskim. Jestem fanem filmów Krzysztofa Kieślowskiego. Kocham "Amatora", "Dekalog", a zwłaszcza "Trzy kolory. Niebieski". A jednak z tamtej konferencji pamiętam tylko to jedno zdanie. Szczypiorski wsadził kij w mrowisko. Zresztą zawsze tak robił. Był wyrazisty. Mówił ostro. Dziennikarze go uwielbiali, bo mówił w sposób kontrowersyjny i zawsze miał dla nich czas. Sam w różnych sprawach zawodowych dzwoniłem do pisarza. Kilka razy byłem w jego domu przy Idzikowskiego.
Szczypiorski ciął jak nóż. Był do końca bezkompromisowi.
A potem teczkowi awanturnicy pocięli pamięć po nim i jego biografię. Jak brzytwą. Właściwie nie wznawia się jego książek.
Andrzej Szczypiorski bez wątpienia mógłby się stać bohaterem filmów Kieślowskiego. Takim ludziom się Kieślowski przyglądał. Umiałby go obronić.
"Co jest ważne - to, żeby stać po stronie tych, którym jest smutno, bo oni coś stracili" - pisał reżyser w liście do Hanny Krall.
"Ja generalnie wierzę, że ludzie są dobrzy(...) Myślę, że nikt nie rodzi się świnią" - Kieślowski w 1980 roku.
"Dla mnie Kieślowski pozostał znakomitym obserwatorem absurdu i rozpaczliwej codzienności z czasów, kiedy jako dokumentalista zrobił PERSONEL, DWORZEC, GADAJĄCE GŁOWY. Wtedy był trochę Mrożkiem a może i Gombrowiczem naszej kinematografii. A chyba chciał się stać kimś innym..."
(Andrzej Szczypiorski)

Podziel się
oceń
0
0

Nie chcą Żyda na autobusie

piątek, 15 lutego 2008 10:44

GAZETA WYBORCZA - GAZETA STOŁECZNA

Nie chcą Żyda na autobusie
Dorota Wyżyńska 2008-02-15,
ostatnia aktualizacja 2008-02-14 20:01:03.0
Gwiazda Dawida i napis "Żyd" mogą urazić uczucia pasażerów - uznał Zarząd Transportu Miejskiego. I nie zezwolił reklamować na autobusach planowanej przez Teatr na Woli sztuki "Ostatni Żyd w Europie" Tuvii Tenenboma.. Dlaczego gwiazda Dawida ma urazić uczucia pasażerów? A słowo "Żyd"? O co chodzi? - zastanawia się Maciej Kowalewski, dyrektor Teatru na Woli. Cztery miesiące temu miał podobny problem ze inną swoją sztuką "Wyścig spermy". Wtedy na umieszczenie reklamy zapowiadającej premierę w Teatrze na Woli nie zgodziły się Miejskie Zakłady Autobusowe, tłumacząc się, że w ten sposób "chronią moralność wielu pasażerów". - O ile w przypadku "Wyścigu spermy" mogłem zrozumieć, czy raczej starałem się zrozumieć, że co wstydliwszych pasażerów określenie "sperma" może jakoś tam, nie wiem, obrażać. Ale teraz decyzja ZTM wydaje mi się jakąś piramidalną głupotą - mówi Kowalewski. - Przecież Teatr na Woli chce tylko zareklamować swoją najbliższą premierę "Ostatni Żyd w Europie" plakatem tego spektaklu. Dlaczego ZTM stara się opiniować coś, o czym nie ma zielonego pojęcia? W środę Maciej Kowalewski wysłał w tej sprawie oficjalne pismo do działu marketingu Zarządu Transportu Miejskiego. Przypomniał, że kampania reklamowa spektaklu miała wystartować już 9 lutego na 20 autobusach komunikacji miejskiej Scania OmniCity. - Powołałem się na słowa Aleksandry Stankiewicz z firmy CAM Transit Advertising (CAMMedia), która przygotowywała kampanię oraz zarezerwowała dla nas miejsce na autobusach. Powiedziała mi - cytuję: "( ) Niestety dział marketingu ZTM nie zaakceptował projektu spektaklu "Ostatni Żyd w Europie", argumentując, że zarówno gwiazda Dawida i napis "Żyd" mogą urazić uczucia pasażerów, a co za tym idzie - cały projekt staje się kontrowersyjny - dodaje dyrektor Teatru na Woli. Wczoraj otrzymał odpowiedź podpisaną przez Leszka Rutę, p.o dyrektora Zarządu Transportu Miejskiego: „Pomimo że rozumiem ideę propagowania sztuki, nie mogę wyrazić zgody na ekspozycję tej treści reklamy w komunikacji miejskiej m. st. Warszawy. Wyjaśniam, iż tytuł reklamy może być odczytany wyłącznie jako hasło i wzbudzić kontrowersje oraz wywołać negatywne emocje wśród odbiorców. Ponadto »sprayowanie « gwiazdy Dawida przez osobę umieszczoną na plakacie może być odebrane jako akt wandalizmu, z którym Zarząd Transportu Miejskiego podejmuje nieustanną walkę”. Decyzję swojego szefa tłumaczył "Gazecie" wczoraj rzecznik prasowy ZTM Igor Krajnow: - Oczywiście nie wszystkich to zgorszy, nie wszystkich to obrazi. Z reklamami na autobusach jest tak, że pasażer czyta je wybiórczo, autobus może przejechać szybko, pasażer zobaczy to, co "złapie" jego oko, np. gwiazdę Dawida czy napis "Żyd" namalowane sprayem na murze. Sztuka jest przeciwko antysemityzmowi i ksenofobii, ale, niestety, z plakatu to nie wynika. Nie znając kontekstu, pasażer może ten plakat odebrać negatywnie. - Jak można powiedzieć, że nie ma kontekstu? Przecież jest szyld Teatru na Woli, adres. Nie sposób tego nie zauważyć. Widać, że to reklama spektaklu! - utrzymuje Maciej Kowalewski. - Jak w takim razie ma promować spektakle, skoro w naszym kraju wszystko obraża pasażerów? Sztuka "Ostatni Żyd w Europie" Tuvii Tenenboma to współczesna historia o nietolerancji i nienawiści. Akcja rozgrywa się w Łodzi, w której mieszkali dziadkowie autora sztuki, założyciela Teatru Żydowskiego w Nowym Jorku. Zachodnia prasa entuzjastycznie pisała o autorze i sztuce. - Teatr na Woli wystawia sztukę "Ostatni Żyd w Europie", zabierając głos w dyskusji o antysemityzmie i ksenofobii w związku z 40. rocznicą Marca '68 - dodaje Kowalewski. Przedstawienie będzie debiutem teatralnym młodej reżyserki Olgi Chajdas. Opieka artystyczna Maciej Prus. Na premierę 15 marca ma przyjechać autor. Dorota Wyżyńska

Komentarze do artykułu

Nie chcą Żyda na autobusie

Gwiazda Dawida i napis "Żyd" mogą urazić uczucia pasażerów - uznał Zarząd Transportu Miejskiego. I nie zezwolił reklamować na autobusach planowanej przez Teatr na Woli sztuki "Ostatni Żyd w Europie" Tuvii Tenenboma..

 
Sortuj według:
drzewko
od najstarszego
od najnowszego
drzewko odwrotne
  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne

Nie chcą Żyda na autobusie

   robert_wwa 15.02.08, 00:30 Odpowiedz

Z czego to się bierze że niektórzy mają problem nawet z hasłem sztuki. Mamy w
Polsce ogromny problem z przeciwnikami Żydów i naprawdę ZTM nie musi stawać w
obronie moralności tych z problemami i utwierdzać ich jeszcze w przekonaniu że
nawet urzędnicy mają takie same problemy.

Reklama pojeździła by kilka tygodni i mało kto by ją widział, a teraz mamy
problem że urzędnicy to goście z problemem.
--
Varsovia - Semper invicta, semper heroica.

Nie chcą Żyda na autobusie

   wolnapolka1 15.02.08, 00:56 Odpowiedz

Moim zdaniem umieszczanie tego typu reklamy w miejscach
publicznych, w dodatku tuż po awanturze jaką spowodowała
książka "Strach", zakrawa na prowokację.
Jest bardzo prawdopodobne, że znajdą sie wśród nas ludzie, którzy w
nawiązaniu do sytuacji wytworzonej przez Grossa, zareagują
niechętnie na takie plakaty. Prowokacyjny jest sam tytuł Sztuki,
wszyscy wiedzą, że jest przekłamaniem rzeczywistości.
Czy więc, jeśli chuligan rzuci czymś w szybę autobusu oklejonego tą
reklamą, czy też ją zdewastuje, to będzie to już ten tak poszukiwany
dowód na antysemityzm w Polsce ?

Re: Nie chcą Żyda na autobusieIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

   Gość: Nocco 15.02.08, 01:03 Odpowiedz

To obrzydliwa prowokacja, ten tytuł!
Przecież wiadomo, że Żydów już zlikwidował Hitler.

A tu został jeszcze jeden, "ostatni"!!! To obraża nasze uczucia,
wiadomo, jakie!!!

Zamieszki jak w banku!

Typowe podejście urzędnika:IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

   Gość: wuł 15.02.08, 05:20 Odpowiedz

1. Jeżeli jest ryzykowne,
2. Jeżeli można dostać od kogokolwiek po głowie
3. Jeżeli nie ma poparcia z góry...

... to lepiej nawet palcem nie ruszyć.
Może się petent zmęczy i sobie pójdzie...

A ja się nie dziwię tłumokom z ZTM

   sumienie.lk 15.02.08, 08:20 Odpowiedz

Zjechało toto do stolycy nie wiedzieć skąd, a teraz kombinują jak
przetrzymać kolejny miesiąc, kwartał, rok...
Kiedyś zapytałem tych gamoni, gdzie w Waszawie jest Rondo Radosława,
bo tak nazwali kilka przystanków autobusowych i tramwajowych. Ja
wiem, że jest Rondo Zgrupowania "Radosław", ale pani niedorzecznik
(to ona ze mną na ten temat dyskutowała) uważała swoje. Dla niej
nazwa taka czy inna to wszystko jedno, a zatem i obecnej sytuacji
trudno się dziwić. Chyba musimy pogodzić się z tym, że miejską
komunikacją zarządzają gamonie i tłuki.
--
----
forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=50222

Re: Nie chcą Żyda na autobusieIP: 83.136.224.*

   Gość: peter 15.02.08, 09:56 Odpowiedz

Coś w tym jest.

TO spróbuj nakleic wielki Krzyż na izraelskim auto

   krulik34 15.02.08, 01:13 Odpowiedz

autobusie,+ jakis napis a przekonasz się czym jest rasizm religijny!
Polskie zakonnice z Tel-awivu doswiadczają tego na codzien.
Radykalni żydzi spalą ten autobus a ci bardziej wstydliwi opini
swiata będą prubowali coś przykleic autorowi np. antysemityzm.
To nie jest zart tylko fakty.
byłem dwa razy w Izraelu jako turysta, rozczarowałem się zimnym
przyjęciem :(
spodziewałem się ładnych wakacji.

Re: TO spróbuj nakleic wielki Krzyż na izraelskimIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

   Gość: ytst 15.02.08, 01:36 Odpowiedz

Słowo Żyd nie jest obraźliwe dla nikogo, natomiast gwiazda Dawida, może być o
tyle problemem, że zdaje się żydowska religia nakłada jakieś ograniczenia na
stosowanie tego symbolu. Tylko gdyby takie było tłumaczenie Ruty, to bym
zrozumiał, ale to co on mówi jest jakieś pokrętne mocno.

Re: TO spróbuj nakleic wielki Krzyż na izraelskimIP: *.crowley.pl

   Gość: Kottblum Hanna 15.02.08, 09:30 Odpowiedz

Skoro wykorzystanie krzyża przez polską artystkę mogło powodować obrazę uczuć
religijnych, to moje są obrażone przez gwiazdę Dawida.
Jestem u siebie i nikomu się nie muszę tłumaczyć.

Ja bym to wykorzystałIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

   Gość: marketoid 15.02.08, 02:01 Odpowiedz

na szybko zmienił projekt plakatu, zasłaniając wyraźnie i celowo (np białymi
prostokątami z napisem CENZURA) słowo żyd i gwiazdę dawida.
w ten sposób MZA straci argument, reklama zyska na na rozgłosie, a i tak wszyscy
będą wiedzieli o co chodzi. dodatkowo podkreśli to przesłanie spektaklu,
pokazując, że jeśli chodzi o antysemityzm i nietolerancję, wciąż jest wiele do
zrobienia w naszym społeczeństwie.

:)

Do szefa ZTM w sprawie III linii metra

   pananatol2 15.02.08, 06:54 Odpowiedz

Trasa Wola-Ochota-Włochy-Mokotów-Praga Południe
Proponuję poprowadzenie z Górczewskiej przez dw. Zachodni, Lotnisko
Okęcie, Stegny na Gocław. Pierwsza i ostatnia stacja byłyby wspólne
ze stacjami II linii. Na Mokotowie byłaby wspólna stacja z I linią
np. Wilanowska. Na Sobieskiego byłaby stacja wspólna z linią nowego
tramwaju do Wilanowa.


Polaczkowo wiecznie żywe. IP: *.chello.pl

   Gość: Enon 15.02.08, 08:16 Odpowiedz

Brudne,głupie, zapite, antysemickie. Z gębami Rydzyka, Chodakiewicza, Bubla,
Michalkiewicza...
Daremnie oczekujące szacunku za swój prowincjonalizm, ksenofobię, bezinteresowną
zawiść, narodową megalomanię.

Re: Nie chcą Żyda na autobusieIP: 212.160.172.*

   Gość: Marian z Wawy 15.02.08, 08:36 Odpowiedz

A może to jest poprawność polityczna, żeby nie urazić społeczności
żydowskiej, która może to odebrać jako antysemicki gest, a
szczególnie tytuł sztuki. Kto tak naprawdę czyta szczegółowo
reklamy, a te na autobusach i tramwajach, to nawet nie ma szans gdy
taka reklama jest w ruchu. Symbol gwiazdy dawida malowanej sprayem
zostanie w pamięci jako dający w domyśle negatywne skojarzenia z
malowanymi czasem gwiazdami dawida na murach o wydżwięku
antysemickim, a każdemu indywidualnie nie wytłumaczy się, że jest
odwrotnie. Co by nie zrobić, to i tak rozpąta sie burza. Należy
zmienić reklamę na nie prowokującą do negatywnych skojarzeń i tyle.

Nie chcą Żyda na autobusie

   gajane4 15.02.08, 08:38 Odpowiedz

Szlak człowieka trafia. Codziennie drażni się ludzi jakimiś
problemami mniejszości która podobno w Polsce prawie nie istnieje.
Podobno jest na tyle mała, że wymaga szczególnej ochrony jako
relikt. Nawet nie jest np. oficjalnie reprezentowana w Sejmie, ale
za to większość Ministrów Spraw Zagranicznych miała korzenie
Żydowskie. Nie się w końcu to towarzystwo zdecyduje czy sa Polakami
czy "narodem wybranym".

Bardzo dobra decyzja...

   sharn1 15.02.08, 08:46 Odpowiedz

już dawno w pewnych miejscach nie powinno się promować różnych idei
uważanych za elementy teamtów drażliwych, a za takie uważa się
politykę, rasizm, seks i religię. W wielu firmach (zwłaszcza dużych
zachodnich korporacjach) już dawno zakazano poruszać tych spraw w
czasie pracy a już zwłaszcza w kontaktach z osobami spoza firmy (ale
także współpracownikami).
Ja osobiście nic nie tracę jeśli nie zostanę poddany promocji ludu
wybranego w autobusie tak jak nic nie stracę jak nie zobaczę w
Poznaniu plakatów nt. prześladowania chrześcijan.

Po co mi to?

Re: Bardzo dobra decyzja...IP: *.acn.waw.pl

   Gość: colentina dunka 15.02.08, 09:31 Odpowiedz

czy plakat reklamujacy spektakl jest promocja narodu wybranego? czy sa nia tez
ksiazki singera,a moze skrzypek na dachu? nie wydaje mi sie, zeby wytwory
artystyczne byly promocja jakiegolwiek narodu..

a jak zobaczysz taki plakat, to ci zaszkodzi? a plakaty oglaszajace koncert
rumunskich kolend w cerkwi szkodza, bo promuja prawoslawie? czy to naprawde jest
klopot?

mamy rok 2008,a Warszawiacy wstydza sie slowa sperma i spluwaja przez lewe ramie
jak uslysza slow Zyd...

zgroza!

Re: Bardzo dobra decyzja...

   sharn1 15.02.08, 10:39 Odpowiedz

To nie o to chodzi, żeby tego nie było. Są odpowiednie agencje które
mogą zapewnić promocję takich czy innych rzeczy na plakatach czy
innych prywatnych powierzchniach reklamowych. Tu jednak chodzi o
autobusy PUBLICZNE. Skoro zaproszenie na msze solidarności za
prześladowanych chrześcijan (plakaty w Poznańskich tramwajach)
wywołały protesty pewnych środowisk (a co złego jest w potępianiu
zabijania księży czy zakazu wyznawania religii?) to czy powinny być
propagowane przedsięwzięcia nt. klutury żydowskiej zwłaszcza z
kontekstem martyrologicznym?
Niestety nadeszły czasy kiedy niepolitycznie jest zrobić Muzeum
Historii Polski a bardzo niepolitycznie jest zakazać organizacji
parady równości natomiast nikt nie zastanawia się że te działania
mogą obrazić uczucia innych. Skoro taką mamy sytuację to bardzo
dobrze, że państwowe przedsiębiorstwa unikają jakichkolwiek tematów
drażliwych.

Nie chcą Żyda na autobusieIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

   Gość: szymor 15.02.08, 08:48 Odpowiedz

Czy poza GW i TOKfm jest w Polsce jakieś medium gdzie tematyka
zydowska jest tak rozbudowana???? A może by tak o francuzach,
ruskich, anglikach, dlaczego nie??? Czy Anglik,Żyd itd by kupował
gazetę w której tak obszernie piszą o Polsce i Polakach??? Jasne że
nie !!! To dla czego Polacy kupują???? Czekam na komentarze - te
merytoryczne a nie te z inwektywami.

Re: Nie chcą Żyda na autobusieIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl

   Gość: pita 15.02.08, 09:42 Odpowiedz

Możesz spojrzeć na to tak: GW uzupełnia luke na rynku. Sam
stwierdziłeś, że to jedyne medium, gdzie się o Żydach pisze. O
Francuzach, Anglikach (zważ, piszemy wielką literą) możesz
przeczytać gdzie indziej. Jeśli szukasz informacji o żydowskiej
kulturze, historii, społeczności czy wpływach politycznych -
znajdziesz je w GW. OK?
Mnie to nie przeszkadza. To jest ciekawa tematyka. Żydzi są ważnym
elementem naszej historii, wnieśli duży wkład w naszą kulturę. To,
że wielu o tym nie wie, nie znaczy, że tak nie było. Przecież gdyby
nie Holocaust - mielibyśmy żydowskich kolegów w szkole i pracy, na
ulicach slyszelibyśmy jidisz. Naprawdę nie boli mnie to, że GW jest
jakby "protezą" po tej obciętej konczynie. A gdyby nawet mi to
przeszkadzało, i tak kupowałabym GW, bo cenię ją za wiele innych
rzeczy. A porównanie GW do skierowanej do Anglików gazety o Polsce i
Polakach się nie broni. Czy Polacy przez kilka wieków współtworzyli
angielskie kulturę i społeczeństwo w tak ważnym stopniu? Chyba
nie... Pozdrawiam

współtworzenie kultury i wspólne ławki ?IP: 83.136.224.*

   Gość: peter 15.02.08, 10:20 Odpowiedz
Nie do końca się z tobą zgodzę z tym współtworzeniem przez wieki. To prawda, że
to bogata i ciekawa kultura. Natomiast fakt, że przez wieki bardzo wyalienowana.
Żydzi po prostu byli zamknięci i nieufni. I to może był ich błąd. Wtedy łatwo o
wszelkie spekulacje i podejrzenia. A do tragedii już tylko o krok.
Hasła dotyczące asymilacji Żydów zaczęto głosić dopiero w okresie pozytywizmu.
Tak naprawdę od tego czasu można mówić o współtworzeniu kultury.
Wspaniali poeci, pisarze, aktorzy, piosenkarze, na stałe zagościli w naszych
„domach”...
Drugą rzeczą, z którą się nie zgadzam to, że teraz wspólnie nie dzielimy miejsc
w ławkach szkolnych i w pracy. Jeżeli mówimy o ortodoksach to faktycznie takich
można jedynie spotkać na Krakowskim Kazimierzu. Natomiast osób tzw.
przechrzczonych jest wśród nas bardzo ale to bardzo wiele. Wystarczy odwiedzić
SGH. Sam mam wielu kolegów o tzw. „jedynym słusznym pochodzeniu” z czego jestem
bardzo zadowolony. Można się wiele nauczyć.
pozdrawiam


Podziel się
oceń
0
0

Obrazy wojny

wtorek, 12 lutego 2008 20:38
Długo trwa moje wracanie do codziennego rytmu. Jeszcze wczoraj miałem zajęcia do późna, ale od jutra lepiej. Mam nadzieję nadrobić różne zaległości, przede wszystkim pisanie. Kilka tygodni temu odłożyłem zupełnie nową powieść i wpadłem w próby, teraz, nawet po niedługiej przerwie trudno mi wrócić. Wypadłem z rytmu. Ale popracuję... Przysiądę. Mam pomysły. Wiem, co chcę napisać.

Wracam do "Buszu po polsku" Ryszarda Kapuścińskiego. Do okrutnego obrazu wojennej tułaczki. Do ucieczki. "Idę z siostrą obok furmanki, jest to prosty, drabiniasty wóz wyłożony sianem, wysoko na sianie, na lnianej płachcie leży mój dziadek. Leży, nie może się poruszyć, jest sparaliżowany. Kiedy zaczyna się nalot, cały cierpliwie wędrujący, a teraz nagle ogarnięty paniką tłum chroni się w rowach, zaszywa w krzakach, zapada w kartofliskach. Na opustoszałej, wymarłej drodze zostaje tylko furmanka, na której leży mój dziadek. Dziadek widzi lecące na niego samoloty, widzi, jak się gwałtownie zniżają, jak biorą na cel porzuconą na drodze furmankę, widzi ogień broni pokładowej, słyszy ryk przelatujących nad jego głową maszyn. Kiedy samoloty znikają, wracamy do furmanki i matka wyciera dziadkowi spoconą twarz(...)
Koń - duże, bezbronne zwierzę - nie umie się ukryć, w czasie bombardowania stoi nieruchomo, czeka na śmierć. Na każdym kroku martwe konie, to wprost na drodze, to obok w rowie, to gdzieś dalej na polu. Leżą z nogami uniesionymi do góry, kopytami wygrażają światu. Nigdzie nie widzę zabitych ludzi, bo tych grzebią szybko, tylko ciągle trupy koni karych, gniadych, srokatych, cisawych, jakby to była wojna nie ludzi, a koni, jakby to one toczyły między sobą bój na śmierć i życie, jakby one były jedynymi ofiarami tych zmagań".
"Ale co to znaczy - myśleć obrazami wojny? To znaczy widzieć, jak wszystko istnieje w maksymalnym napięciu, jak wszystko tchnie okrucieństwem i grozą".

Wracam. Wiem, co chcę napisać. Czytam.
Myślę obrazami. Ćwiczę pamięć. Ćwiczę wyobraźnię.

Odkryłem fantastyczną stronę Ewy Kuryluk:
www.kuryluk.art.pl
Można się tam zagubić. Naprawdę warto!


Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 978  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl