Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Lata fantazji

środa, 28 lutego 2007 18:39
Przez cały dzień miałem zawodowe spotkania i rozmowy i dosłownie nie tylko nic nie napisałem, ale i nie wróciłem do kartonów z pawlacza. Może i dobrze... Właśnie zrobiłem kawę, z gęstą pianką, wygląda pysznie, ale nie wypiję, trochę już późno dla mnie. Czasem tylko patrzę i lubię czuć aromat kawy, ale nie muszę jej wypijać. No, dobra, skusiłem się na łyka. Ale to wszystko. Ponieważ nie porządkowałem, wrócę do wczorajszych znalezisk. Tym razem moje własne notatki, a właściwie wypisy z książek, z tekstów, jakie zawsze robię, a potem znajduję... Amos Oz w "Gazecie Wyborczej" w październiku 2001: "Pisarz - zwłaszcza prozaik - ma powody, by być człowiekiem pokoju. Empatia to jego zawód. Prozaik to osoba, która rano wypija filiżankę kawy, a potem próbuje myśleć tak, jak ktoś inny. Tak zarabiamy na chleb - wcielając się w innych ludzi."
Znalazłem też wypisy z "Pieska przydrożnego" Czesława Miłosza: "Przeszłość jest niedokładna. Kto żyje długo, wie, jak bardzo to, co widział na własne oczy, obrosło plotką, legendą, powiększającą albo pomniejszającą wieścią." Albo: "Poeta jako dziecko wśród dorosłych. Wie, że jest dziecinny, i musi bez ustanku udawać swój udział w działaniach i obyczajach dorosłych." Albo: "Poezja i wszelka sztuka jest skazą i przypomina ludzkim społeczeństwom, że nie jesteśmy zdrowi, choćby trudno nam było do tego się przyznać." I wyznanie: "Poezja jest sprawą wstydliwą, ponieważ poczyna się za blisko czynności, które noszą nazwę intymnych. Poezja nie da się oddzielić od świadomości własnego ciała. Szybuje ponad nim, niematerialna, a zarazem uwiązana, i jest powodem do zawstydzenia, ponieważ udaje przynależność do oddzielnej strefy ducha." I jeszcze wiersz:

Dzień stworzenia
Ależ to wcale takie trudne nie jest.
Pan Bóg stworzył świat. A jak dawno temu?
Niedawno. Dzisiaj rano. Chyba przed godziną.
Bo kwiaty otwierają się, ledwo co dokończone.
(Czesław Miłosz)

Dlaczego zbieramy takie drobiazgi? Dlaczego nie chcemy się od nich uwolnić? Czy wierzymy, że jeszcze będziemy wracać, szukać wskazówek? Teraz robiłem wypisy z powieści Rotha "Cień pisarza". Jest tam takie zdanie: "Jeśli pańskie życie będzie się składało z czytania, pisania i patrzenia na śnieg, skończy pan tak jak ja. Trzydzieści lat fantazji."


Podziel się
oceń
0
0

odzyskiwanie pamięci

wtorek, 27 lutego 2007 18:44
Najłatwiej wyrzuca mi się własne rękopisy. Najłatwiej drą się na drobne fragmenty. Najłatwiej jest je zapomnieć. To też jakieś odkrycie dla mnie, przy przeglądaniu trzeciego kartonu. Podarłem prawie cały nowy tomik wierszy. Został tylko tytuł "Nadziemie" i tytułowy wiersz. To wszystko. W kartonie nr 3 znalazłem ręką Ani Boleckiej odniesienia do "Listów do Felicji". Sugerowała mi tom II s. 360, tom I s. 202, ponownie tom II s. 46, przypisy 43, 44, 193. A także "Monographie" Klausa Wagenbacha s. 71. Z ciekawości zajrzę do tych tekstów jeszcze raz. Telegram od pani Marysi Klejdysz: "Stasia prosi żebyście państwo na chwilę wpadli do niej do szpitala" . Kolejne listy Stachy, w tym: "(...) Ślę trzy wiersze Ostatnie tango to absolutnie wiersz bez żadnej techn. pomocy. Skończył się mój stres - wierzę, że jeszcze będę pisać." Legitymacja pracownicza z Polskiego Radia, nr 1949 ważna do końca roku 2002. Zaproszenie od Anny Walentynowicz na sympozjum "W trosce o Dom Ojczysty. Lista obecności z zajęć na francuskim. Czy ją ukradłem? Kolejne kartki od Krystyny Feldman, w tym ta: "W Warszawie nie bywałam - raczej we Wrocławiu - kręcąc tych strasznych (niech mi Bóg wybaczy) Kiepskich. Życzę Ci radosnych Świąt pogody ducha - bądź nośnikiem dobra i pokoju - Też chciałabym z Tobą pogadać o sprawach wielkich i małych (niejednokrotnie ważniejszych). Co robisz? Co tworzysz? Szczęścia w Nowym Roku - i na wszelki wypadek - Do widzenia". Kartka, którą Nina Andrycz zostawiła w drzwiach, jak byliśmy umówieni: "Zaraz wracam! Proszę poczekać! N.A." Dlaczego ją zabrałem? Może ja mam obsesję? Krótkie listy od sekretarki Marleny Dietrich. A nawet... Biznesplan do spektaklu "Patty Diphusa", jaki sporządziliśmy z Ewą Kasprzyk odręcznie na... serwetce. To jest dopiero rarytas. Czy ja zbieram obsesyjnie?

Podziel się
oceń
0
0

Teatr Śląski zaprasza

poniedziałek, 26 lutego 2007 15:11

Podziel się
oceń
0
0

Znaki

poniedziałek, 26 lutego 2007 13:30
Wyjąłem kolejny karton z pawlacza. Dzisiaj zacząłem już poznawać autorów listów po charakterze pisma na kopercie. Powinienem jeszcze kiedyś posegregować, nadać temu sens, ale na razie próbuję redukować, wyrzucać niepotrzebne papiery. Po co odkładałem tyle wycinków, do których nigdy nie zajrzałem? Ale znalazłem kolejne skarby. Kieszonkowe wydanie paryskiej "Kultury" z 1981 (lipiec/sierpień), łatwe do przemycenia. W nim wspomnienie kardynała Wyszyńskiego, tekst Herlinga "Gruzy", Anki Kowalskiej "Początki" o Solidarności, wiersze Ryszarda Krynickiego... Teksty drukowane na pergaminie, dzisiaj pożółkłym, zbrązowiałym. Stachy Zawiszanki długi list niebieskim pisakiem, na papierze w grube linie, napisany najpewniej po moich zakupach, czyli jej faksie, bo pisze: "wszystko jest jak zawsze perfekcjonalne(...) Nie pisz do mnie dużego listu, bo ja Cię nie przeczytam, a nie chcę aby mi ktoś Twoje słowa dukał(...) Przyjaźń to o wiele więcej niż miłość - miłość wybucha - czerpie - zachwyca - rośnie, gaśnie - różnie to bywa. U mnie przyjaźń to płytka do płytki złożona z życzliwości - myślenia o kimś - troska i lęk - trzeba aby uwierzyć w drugiego człowieka - chcieć mu pomóc - rozładować. W moim nieszczęściu największym, po śmierci Bolka, gdy opuszczają mnie przyjaciele (tak mi się zdawało) poczułam nie złość, nie ból, nie beznadzieję, tylko gigantyczne zdziwienie(...) rosło - rosło - rozsadzało mi głowę(...) Piszę wiersze, ale jeszcze bez poprawek. Może G. jak się opamięta znów dojedzie - to wygładzi(...)" Kartka świąteczna: "Całuję Bożonarodzeniowo i noworocznie czyli nowowiecznie - Dużo szczęścia i radości na ul. Klaudyny dla Remka od Feldman Krystyny. PS Czy to może Klaudyna Potocka?"
Wiersz napisany piórem na korze brzozy - prezent ("kiedy byłam mała/ żałowałam brzóz/ myślałam że są chore") i na odwrocie słowa: "bandaże, pergamin, skóra łuszczy się, list, ZNAKI, las".

Przekaz - honorarium z Instytutu Literackiego, za tekst w paryskiej "Kulturze", różowy przekaz z 10 sierpnia 2000, 800 franków w przeliczeniu na 479,79 złotych.
Listy od mojej Babci, kiedy zaczęła tracić pamięć, chaotyczne i przez to jeszcze bardziej poruszające: "Tu jest bardzo głucho(...) Będę się starać o Tobie pamiętać(...) Jestem najbardziej opuszczona. Zawsze u mnie byłeś a teraz. Nie mogę myśleć ale ja nie zapomnę(...) Z okularami więcej napiszę." I kolejny: "Kochany Remku, jak się czujesz. ja nie za bardzo. Dużo się mylę i zapominam. Tęsknię za Tobą bardzo teraz Agnieszka odjedzie ja zostanę sama płakać mi się chce więc napisz do mnie czekam(...) Twoja babcia." Pamiętam ten okres, kiedy Babcia miała świadomość, że zapomina, kiedy usilnie chciała sobie przypomnieć i nic. Tylko pustka.
Nie wiem, rozbiło mnie to wszystko... Chciałem codziennie przejrzeć jeden karton. Wyrzucić co niepotrzebne. Bo spakowane pospiesznie, bez sensu, przy kolejnych przeprowadzkach. Dzięki tym dwóm dniom dwa kartony zamieniłem w jeden. Dlatego chciałbym uporządkować pozostałe. Ale poczułem, jakby mnie to przerastało. Coś dotknęło.

Podziel się
oceń
0
0

bez słów, które wyblakły

niedziela, 25 lutego 2007 18:30
Spokojna, dobra, bo wolna od pracy niedziela, jakiej dawno nie miałem. Postanowiłem czytać, czytać i czytać. Ale wybrałem czytanie o pisaniu. Powieść Philipa Rotha "Cień pisarza". Do mistrza przychodzi debiutujący autor. Mistrz mówi, m.in.: "Obracam zdania. To jest moje życie. Piszę zdanie, a potem je obracam. Następnie przyglądam mu się i znów je obracam. Potem jem podwieczorek i obracam nowe zdanie. Następnie czytam oba zdania jedno po drugim i obydwa obracam. Z kolei kładę się na sofie i myślę. Potem wstaję, wyrzucam oba zdania i zaczynam od nowa. A jeśli, choćby na jeden dzień, ta rutyna ulegnie zakłóceniu, wariuję z nudy i poczucia straty czasu. W niedzielę jem późno śniadanie i czytam gazety z Hope. Potem idziemy na wzgórze na spacer, a mnie nie daje spokoju świadomość, że marnuję tyle dobrego czasu. Budzę się w niedzielę rano i do szaleństwa doprowadza mnie perspektywa tych wszystkich bezpożytecznych godzin(...) A tutaj, czym niedziela różni się od czwartku? Siadam przy mojej przenośnej olivetti, przyglądam się zdaniom, zaczynam je obracać. I zadaję sobie pytanie, czemu tylko w ten sposób umiem wypełniać czas?"
Ale nosiło mnie jednak. W kuchni, w pawlaczach nie rozpakowane kartony, z kolejnych mieszkań, papiery, które nie zmieściły się w szufladach, książki, które nie mają regałów... Zabrałem się za jeden z kartonów. A tam skarby. Korespondencja. Tyle spraw, których nie pamiętałem. Tyle osób, z którymi już nie mam kontaktu. Parę razy się wzruszyłem. Znalazłem wierszowane kartki od Cioci Krysi - Krystyny Feldman. Pyta mnie w jednej, czy mam do niej żal. Ani nie pamiętam jaki ani o co, ani czy w ogóle. Listy od Tove Jansson, autorki Muminków, która na starość schowała się przed światem. Kartka z Neapolu, wypisana ręką Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. List od Julii Hartwig odnoszący się do wiersza Stachy Zawiszanki o Fellinim... Listy, kartki od Stachy. Pisane drobnymi literkami, a później, kiedy straciła wzrok, zachodzącymi na siebie. Jest też faks od niej (dlaczego faks?), jego treść już prawie całkiem wyblakła. Z dwóch stron udaje się przeczytać zaledwie kilka zdań. Zachowuję je przed utratą: "(...) a zwłaszcza między nami poetami(...) Widocznie M. wywarła swój wpływ i niech tak zostanie. Ja wierzę w Agnieszkę, która jest teraz dla mnie jak busola. Znoszę moją ślepotę pogodnie - tylko boli mnie to, że niczego co piszę - wierszy rónież - nie mogę sprawdzić(...) No, cóż Remi przez te 3 tygodnie sądziłam, że piszesz nową nowelkę(...) kogo dziś obchodzi(...) Wyślij mi adres Pasikowskiego, reżysera, w Łodzi, trzeba coś wysłać z rzeczy moich i Bolka(...) Jakbyś był łaskaw kupić mi kilka kolorowych długopisów, pisaków, muszą być ostre, żebym widziała: 1 długopis czerwony, 1 zielony, 1 niebieski. Jakiś blok o cienkim papierze z grubymi liniami, 20 kopert, w których mieści się normalna książka. To by były moje prośby. Dziękuję. (...) To choroba emocji, która powoduje wylewy w oku i uniemożliwia czytanie i pisanie. Piszę, bo się pytasz. Nikt inny o to nie pyta. Żegnająca - Dżonka" I na marginesach: "Życzę, aby tacy przyjaciele jak ja jawili się zawsze w Twoim życiu." "(...) we mnie przyjaciela na dobre i złe - Stacha."
Na faksie jest data 28 grudnia 2000. Stacha zmarła trzy lata później, zdążyliśmy więc jeszcze przegadać wiele godzin (jeśli data na faksie była ustawiona poprawnie).

Podziel się
oceń
0
0

Z cytryną...

piątek, 23 lutego 2007 15:55
Piję trzecią kawę, tym razem z cytryną i miodem, żeby nie zaszkodziła. Nie wiem, czy tak mi się obniżyło ciśnienie czy ten mróz działa zbyt uspokajająco, ale miałem taki moment, momencik właściwie, że zrobiło mi się sennie, lekko i już... stąd ta kawa, bo nigdy nie śpię w ciągu dnia. Szkoda mi czasu na spanie. Noc od tego. A że rok zaczął się bardzo intensywnie i twórczo i na brak pracy nie narzekam, ani na pracę nie narzekam, przeciwnie: upajam się nią... Ostatnia część tego zdania to właściwie cytat z pani Barbary Krafftówny, którą zapytałem kiedyś po próbie, czy nie jest zmęczona. "Czym? Pracą? Ja się nią upajam." Zapamiętałem. Tak jak piękne zdanie pani Marii Iwaszkiewicz, która kiedyś pokazując mieszkanie na Stawisku powiedziała: "starość jest wolnością". Zbieram takie zdanka i wrzucam je do specjalnego pudełka skrzydlatych słów. Czytałem wczoraj "Namiot" Artura Międzyrzeckiego, jakie to kunsztowne, jak pięknie napisane opowiadanie...  Właściwie opowieść żołnierska, wojenna ale  opowiedziana słowami, które czarują, zachłystują, czasem upajają. Słowa i sama forma tego opowiadania są przeciwwagą dla traumatycznej opowieści. "Namiot" wyszedł przed laty w serii opowiadań, które drukował UMCS. Nie wiem, dlaczego ta ważna seria przestała się ukazywać. Obejrzałem - też wczoraj - "Plac Waszyngtona", film reżyserki, którą kocham, Agnieszki Holland. W jej kinie każda scena uwodzi, zatrzymuje, wciąga. Napięcia wewnątrz scen powodują, że w jej filmach nigdy nie ma tego, co nazywamy dłużyznami. W "Placu Waszyngtona" dwie role zwracają na siebie szczególną uwagę. To Catherine Sloper w wykonaniu Jenifer Jason Leigh, której udało się stworzyć rozwibrowaną i pełną tajemnicy postać uległej wobec ojca ale równocześnie całkiem niezależnej i współczesnej kobiety. Drugą jest ciotka Lavinia, grana przez wybitną brytyjską aktorkę Maggie Smith, od której wprost oczu nie można oderwać. Stara ciotka, która pod pozorem pomocy prowadzi intrygi, a w końcu też próbuje odebrać Catherine, pewnie w myśl dobrych intencji, jej ukochanego. Sama tzw. stara panna zatrudniona jako przyzwoitka Catherine. Maggie Smith jest jedną z tych aktorek, dla których chciałbym pisać. Ma się wrażenie, że zawsze jej za mało, że jej możliwości, jej charyzma, osobowość są wciąż i wciąż nie wykorzystane.
A poza tym zajmowałem się podglądactwem, to znaczy czytałem tom listów Liliany Śnieg - Czaplewskiej i Zdzisława Beksińskiego. To korespondencja mailowa, jaką prowadzili. Dużo w niej również na temat tej rodziny, która u Beksińskiego pracowała i która... ach... słów szkoda.
Książka pokazuje Beksińskiego jako człowieka i wykłada też jego credo artystyczne. Jest tym, co sam chciał o sobie powiedzieć, więc nie jest wolna od autokreacji, ale wydaje się, że szczerszy był w korespondencji niż w rozmowie. Pisze w kilku miejscach o swoim panicznym lęku przed spotkaniami. Nie znosił być zapraszany. Nie znosił obiadów u przyjaciół a jeszcze bardziej nie znosił zaproszeń do restauracji. Jakby to odbierało mu autonomię. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, a może napisał, że nie znosi chodzić do teatru ani na koncerty, bo ma tremę za artystów, którzy w tym biorą udział. Nie poszedłby nawet na striptiz, bo bałby się, że tancerka złamie wysoki obcas, albo że urwie jej się ramiączko od stanika. Jeden z fragmentów zakreśliłem sobie podwójną linią. Mówił Beksiński o swoim rodzinnym Sanoku, któremu przekazał testamentem wszystko, co posiadał: "Czy Pani wie - pisał do Śnieg - Czaplewskiej - że najpiękniej i zupełnie nieświadomie, został opisany Sanok i moje dzieciństwo w filmie Amarcord Felliniego. Prawie każdy szczegół się zgadza. Każda z postaci ma swój sanocki odpowiednik. Porusza mnie ten film zawsze do łez."
Przestałem się bać sentymentalizmu. A Fellini... cóż wielka moja miłość filmowa. Uważam zresztą, że był ojcem Almodovara. Myślę, że nie byłoby Almodovara bez Felliniego. To to samo universum. I continuum.



Podziel się
oceń
0
0

Rozmowy (nie)kontrolowane

środa, 21 lutego 2007 21:09
Może by się przydały rozmowy kontrolowane, bo tak:
- Kalima? Jak to było z tym totolotkiem, bo mam Martę Fox na linii i nie chcę spalić?
- Z jakim totolotkiem?
- No, co mi rano mówiłaś?
- Totolotek cię nie buja/ wyślij kupon/ wygrasz milion - A po co ci to?
- Bo my z Martą rozmawiamy o urzędniczkach postpeerelowskich, wiesz, takich, co to z nimi nic nie załatwisz, i właśnie je podzieliliśmy na Lonie i Dziunie.
- A co ma do tego Totolotek?
- Jest jak piernik do wiatraka, więc pasuje jak ulał.
- Hmm... - zwątpiła Kalima
- OK, nie mogę dłużej, muszę z tym totolotkiem na Śląsk.

- Marta? Totolotek cię nie buja/ wyślij kupon/ wygrasz milion...
- A!
- Tylko Kalima mówi, że to nie pasuje do naszej rozmowy o Dziuniach.
- Nie gadaj... Do mnie dzwoniła Zula z Pogorzelec. Opowiada mi piętnaście minut o psich kupach na ulicy. To ją pytam: Zula, a ty się jeszcze spotykasz z tym Sławkiem? A Zula na to: on się już nie chce spotykać, bo mówi, że jestem nudna i nie ma ze mną o czym rozmawiać, a zobacz, piętnaście minut już rozmawiamy. - To ja jej mówię: Zula, ale my o gównach piętnaście minut...
- I co ona na to?
- Że z nim to nawet o tym nie mogła... Kończę, muszę o totolotku powiedzieć Januszowi.
- Już mu nie mów, i tak ma o nas jak najgorsze zdanie.
- Czy to nasza wina?
- Gdzie tam, peerelu.




Podziel się
oceń
0
0

Tango...

środa, 21 lutego 2007 10:13
Nigdy nie jeżdżę na gapę. Przestrzegam tego wręcz maniakalnie, więc jako osoba obsesyjna trafiłem wczoraj w tramwaju na kontrolę - i... okazało się, że od dwóch dni mój bilet jest nieważny. Zawsze sprawdzam, ten jeden raz nie sprawdziłem, z absolutną pewnością siebie podałem pani kontrolerce bilet, więcej: podałem z uśmiechem, ona pewnie później uznała to za blef, a intencje miałem czyste... Wypisując mandat, a trochę tramwajem trzęsło, zapytała, czy może się o mnie oprzeć. Odpowiedziałem: "będzie mi bardzo miło", to chyba ją wyprowadziło z równowagi, stała nabzdyczona, wypisała, a kiedy życzyłem jej "miłego dnia" wściekła się na amen i miała to wymalowane na twarzy. Kiedy naprawdę życzyłem jej miłego dnia, bo ma ciężką pracę i sam chwalę Boga, że mam inną, że nie muszę się dogadywać, wysłuchiwać pokrętnych tłumaczeń... Karnie, jako człowiek wyznający zasadę, że popełniłem wykroczenie, więc muszę zadośćuczynić, wieczorem zrobiłem przelew na konto Zarządu Transportu Miejskiego. Opowiadam to dzisiaj rano przyjaciółce: "To chyba pierwszy płacisz... Nikt nie płaci... O, Boże, dałeś się spisać kobiecie?" - usłyszałem z ust kobiety i dalej perlisty śmiech. Poczułem, że rzeczywiście wyszedłem na lalusia, i chyba powinienem jakoś w tym tramwaju poszaleć, powołać się na Konstytucję, na wolność obywatelską, zagrać hipisa. Ale ani nie miałem przy sobie maszynki, którą mógłbym zgolić głowę, zostawiając tylko irokeza, ani nie miałem kolczyków w uchu i w nosie, po prostu ich przy sobie nie noszę, ani nie rozwinąłem żadnego transparentu. No skończony laluś, uśmiechnąłem się, zapłaciłem, nawet było mi głupio za ten brak biletu. Mamusia widać źle mnie wychowała, a mogłem być zupełnie inny, skoro moja i siostry opiekunka, pani Krysia, nauczyła nas kraść, nauczyła nas, jak iść do warzywniaka, jak stać na czatach, jak odwrócić uwagę i jak ładować do kieszeni donaldówy z komiksami w środku. - Ostatnio czytałem wywiad z Marysią Seweryn, gdzie te komiksy z donaldów wspomina, ale rozumiem, że zdobywała je legalnie, bez tego pięknego dreszczyku emocji, który... - I naprawdę umiałem coraz więcej tych donaldówek ukraść, że do dziś jest mi przykro, jak jestem w Starogardzie i przechodzę koło tego warzywniaka. W myśl starej zasady zawsze wracam na miejsce przestępstwa.
Nasze zachowanie coś tam zaczęło rodziców dziwić, jakieś nasze złodziejskie minki, jakieś mruganie oczkami, porozumiewanie się pozawerbalne, a że ojciec przez całe życie miał do czynienia z przestępcami, pani Krysia została wezwana na rozmowę, najpierw okazało się niewiele, bo pani Krysia była w swoim fachu dobra i z potrzeby serca chciała nam go przekazać, ale przeliczyła się z czasem i jak zaczęły z domu ginąć różne przedmioty i mama pani Krysi zapytała naszą mamę, czy nie zauważyła u nas niczego dziwnego, wszystko wyszło na jaw, pani Krysia została zwolniona, rodzice uporządkowali nam system wartości, tak że poza donaldówy nigdy nie wyszedłem. A zapowiadałem się naprawdę świetnie, i mogło się zdarzyć, żebym dzisiaj tego bloga pisał z błędami i z zupełnie innego miejsca: morze bym pisał, co w tym fachu najpienkniejsze, i bym morze mug ódzielać wskazuwkuw przyszłym adeptom sztuki przestępczej.
Moja własna głupota w niesprawdzeniu daty ważności biletu sprawiła, że postanowiłam sobie poprawić humor, a mogłem to zrobić jedynie kupując masę książek. I w ten sposób przyniosłem do domu:
Zofii Nałkowskiej "Niecierpliwych"
Michała Głowińskiego "Czarne sezony"
Tadeusza Drewnowskiego "Wyprowadzkkę z czyśćca. Burzliwe życie pośmiertne Marii Dąbrowskiej"
Philipa Rotha "Cień pisarza"
Kazimierza Brandysa "Wywiad z Ballmeyerem"
Artura Międzyrzeckiego "Namiot"
Mariana Pankowskiego "Lidę"
Marka Nowakowskiego "Empire"
Liliany Śnieg-Czaplewskiej "Bex@ Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim"
a także filmy "La Strada" Felliniego i "Plac Waszyngtona" Agnieszki Holland.
Jak widać zadośćuczyniłem również polskiej kulturze.
Nie kupiłem: "Dwustu potrawa z kapusty" i "Pyzy na polskich drogach".
Poczułem się jak nowo narodzony.
Pisząc to, skończyłem pić cappucino z kubka kawiarni Green Coffee (nie ukradłem go, tylko legalnie nabyłem), zapach waniliowej jeszcze unosi się nad biurkiem. Kot Tutka przysnął na parapecie, korzystając ze słońca, które niespodziewanie pojawiło się nad Warszawą. Czas żyć, to znaczy czas pracować. Miłego dnia.


Podziel się
oceń
0
0

Błękitny diabeł

poniedziałek, 19 lutego 2007 20:37
"Błękitny diabeł" czyli jubileuszowy monodram Barbary Krafftówny, a mój tekst w marcu w kilku miejscach:

4 marca Teatr Dramatyczny, Warszawa
25 marca Teatr im. Słowackiego, Kraków
30 marca Teatr im. Solskiego, Tarnów

Polecam.


Podziel się
oceń
0
0

Świat według Ellinga

poniedziałek, 19 lutego 2007 11:11
Czekałem z niecierpliwością na nową premierę Michała Siegoczyńskiego, reżysera, który mistrzowsko poprowadził moją sztukę "Uwaga - złe psy!". Czekałem, bo Michał jest jednym z najciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Jego spektakle były wielokrotnie nagradzane, wszystkie, bez wyjątku precyzyjne w najdrobniejszym detalu. Tak było z "Jak zjadłem psa" Griszkowca ze znakomitą rolą Marka Sitarskiego, który gra w tym spektaklu, będąc zawodowym aktorem, jak Himilsbach. Tak było ze świetną "Taśmą" w Teatrze ProchOffnia z Magdą Popławską i Adamem Sajnukiem. Nie mówiąc o "Złych psach" - monodramie Małgorzaty Rożniatowskiej. Tym razem Siegoczyński wziął na warsztat "Ellinga", dobrze znany tekst, z filmu o tym samym tytule. Oparł Michał swoją "adaptację" na dramacie Axela Hellsteniusa, opowiadającym o parze przyjaciół, którzy wyszli właśnie z zakładu zamkniętego i państwo umieszcza ich w specjalnie wynajętym dla nich mieszkaniu, w którym mają się "zainstalować" do życia. Państwo nazywa to akcją "Powrót". Elling (znakomity tu Jarosław Boberek) i Kjell (Tomasz Karolak, grający tak, jakby nie miał w sobie nic poza naiwnością i bezgraniczną radością) nie znają życia, poza tym za kratami. Mają inne widzenie świata, inną wyobraźnię i inne pojęcie normalności. Na początku, kiedy trafiają do swojego mieszkania i planują, jak będzie wyglądało, gdzie będą stały sprzęty, kiedy snują opowieści o dvd z nagrywarką dvd a także kiedy planują wypalić ostatniego papierosa i zerwać z przeszłością, wydają się być sztuczni. Ich dialog nie współgra z naszym wyobrażeniem o dialogu na scenie. Jest trochę jak z literatury, trochę jak z filmów Koterskiego, trochę jak z zabawy w słowotwórstwo. Ale właśnie w języku, w sposobie mówienia ukrywają swój lęk przed życiem. Elling nie ma nawet butów, żeby nie mieć potrzeby wyjścia z domu. Kjell może nie jest odważniejszy, ale ma marzenie - chce poznać dziewczynę, a właściwie chce ją kochać i kochać się z nią. Całymi latami marzył o seksie i teraz nie chce zmarnować swojej szansy. Nawet dzwoni na sex telefon, szczęśliwy, że kobieta z maszyny codziennie mówi to samo i zadaje te same pytania, bo wtedy on może sformułować swoje odpowiedzi i swoje dla niej pytania. Chce poprosić ją o rękę, bo w pewnym momencie, na taśmie Vanessa trzy razy mówi "tak". Elling chce uchodzić we wszystkim za weterana, nawet w sferze erotycznej, opowiada o swoich doświadczeniach w wieku lat 7 i staje się dla Kjella idolem. Ale tak naprawdę Elling jest wystraszonym dzieckiem, które zawsze stało za szybą i którego matka nigdy nie potrafiła oswoić ze światem zza szyby. W ich mieszkaniu pojawia się Frank (Tomasz Kot), pracownik społeczny, który ma zadbać o ich readaptację. I Frank, który przychodzi z tzw. "normalnego" świata, w świecie Ellinga i Kjella przestaje być normalny. Nie rozumie ich. A my przestajemy rozumieć Franka. Widać tu świetną rękę Siegoczyńskiego, który prowadzi swoich bohaterów tak, że ich sztuczność staje się dla nas, widzów, czymś normalnym i oczywistym, i nagle obserwujemy świat z ich perspektywy, ale bez zdziwienia. Siegoczyński wpuszcza nas do tego świata i kiedy się w nim znajdujemy, w samym jego centrum, jesteśmy jak Elling i Kjell. Dojrzewamy do życia razem z nimi. Wizyty Franka, niezapowiedziane, burzące nowe życie Ellinga i Kjella, drażnią nas. Tak jakby normalność już nie miała być nam przypisana. Aż Elling znajduje pod drzwiami pijaną dziewczynę, Reidun (Monika Pikuła) tyle że to Elling wypycha Kjella, żeby zaniósł Reidun do mieszkania. I tu właściwie zaczyna się bombonierka. Bo ten spektakl jest jak pudełko czekoladek. Wspominam o tym, bo znając wcześniejsze prace Siegoczyńskiego, nawet nie przypuszczałem, że zrobi tak baśniowy spektakl, który zamiast dyskusji o normalności stanie się hymnem o młodości. Kjell, jak sam mówi, jest szczęśliwy, bo znajduje dziewczynę z bonusem. Reidun jest w ciąży, więc Kjell, który przecież nie jest ojcem tego dziecka, ale chce być, bo w jego ojcu najbardziej podobało mu się to właśnie, że mógł być ojcem, kocha ją i to dziecko już od pierwszego spotkania. I wydaje nam się, że Reidun nie może spotkać nikogo lepszego od Kjella. W tym momencie Siegoczyński staje się właściwie czarodziejem, na oczach widzów kreuje świat jak z bajki. Kjell prosi Reidun do tańca i nagle stroboskop wiruje, scena staje się pustym parkietem, na którym tańczą do piosenki "For Ever Young" i właściwie cała sala wydaje z siebie westchnienie radości, jakiejś tęsknoty za szkolną dyskoteką. Nagle tańcowi Reidun i Kjella zaczyna towarzyszyć takie publiczne: "ach..." Scena kończy się ogromnymi brawami. Ale to jeszcze nie koniec. Jak iluzjonista będzie Siegoczyński wyciągał kolejne króliki z kapelusza. Nagle kanapę zaczaruje w samochód, wysunie się dach kabrioletu, podświetli go na czerwono (scena jak z "Pana Samochodzika"), a to przy pocałunku pofruną w górę dziesiątki kolorowych balonów. Przy Kjellu również Elling zaczyna mieć marzenia. Pisze wiersz i czyta go publicznie, ale z tej sceny robi Boberek majstersztyk. Mówi i śpiewa jak protest song. Nagle ten zahukany Elling, stojąc przed publicznością, staje się rockmanem, czegoś chce, o coś walczy. Szklana szyba, znajdująca się na scenie od początku, jak rewolwer, nagle się obniża. To ładna, poetycka scena.
Z wejściem Reidun spektakl zamienia się w film. Oglądamy jak dobre kino. Trochę w stylu "Good Bye Lenin", trochę w stylu "Edukatorów", nie boi się Siegoczyński zmieniać stylistyki, nie boi się kiczu, używa go świadomie. - Jak w scenie, w której Reidun i Kjell śpiewają do siebie "I love you". Ilustruje sytuacje między bohaterami muzyką znaną i bardzo znaną: "Born To Be Wild", "You're Beautifull". Publiczność ogląda ten spektakl z westchnieniem i uśmiechem. Nie chcemy przestać być młodzi, tak się czujemy, z takim poczuciem wychodzimy, zwłaszcza po fantastycznej ostatniej scenie, której nie opowiem, choćby mnie kołem łamano. Tu też należy się owacja dla scenografa, Wojciecha Stefaniaka. Bez takiej scenografii byłaby to zupełnie inna bajka.
Spektakl Siegoczyńskiego doskonale wpisuje się w dzisiejszą stylistykę filmową. Ale raczej kina rosyjskiego, czeskiego, niemieckiego niż skandynawskiego. Zamiast snuć mroczną opowieść jak w filmach von Triera, nadaje jej lekkości, kolorowych piór... Co ciekawe, kiedy rozmawiałem z kimś o tym spektaklu, tuż po nim, usłyszałem kilka razy przejęzyczenie "film". Mnie film Siegoczyńskiego ujął, bo sprawił wielką przyjemność. Ale przecież nie tylko ona pozostała, również szlachetne przesłanie. Po raz kolejny przesunął granicę "normalności", granicę "normy". Uciekł od niej jak najdalej. A przy tym nie ukrył się, chowając głowę pod poduszką, jak jeszcze na początku spektaklu robił to Elling. Zdaje się, że jako pierwszy recenzuję, i jestem do bólu subiektywny, ale polecam z czystym sumieniem. Bo warto zobaczyć "film", który uszlachetnia. Więcej o spektaklu na http://elling-i-kjell.blogspot.com
Spektakl Teatru Nowego Praga, grany w Fabryce Trzciny przy Otwockiej 14 w Warszawie.

Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 764  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości