Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Włos anielski

środa, 31 grudnia 2008 16:55
Pisałem wczoraj o pajęczynie. Rok kończy się pracowicie dla dwóch pająków, które jak zauważyłem dzisiaj, zamieszkały na choince. Na najwyższym punkcie choinki przysiadł anioł o białych skrzydłach, zauważyłem, że pająki uparcie tkają mu skrzydła jeszcze większe, jeszcze gęstsze i od tych skrzydeł, nitkami w dół oplatają gałęzie choinki włosem anielskim. Bawi mnie przyglądanie się ich upartej i wytrwałej pracy.











Pięknego, zdrowego, twórczego roku 2009!

A  mnie może uda się dzisiaj napisać chociaż stronę powieści, która leży od ponad pół roku w szufladzie. Napisać jako talizman, bo może wtedy uda się ją skończyć w nowym roku.

Wasze zdrowie!

Podziel się
oceń
0
0

Nieład, który stał się pajęczyną

poniedziałek, 29 grudnia 2008 18:22
Leżę i leczę zaziębienie książkami. Teraz jestem w środku powieści Andreia Makine'a "Francuski testament", która w 1995 roku została nagrodzona Goncourtem. Dopiero co pisałem tutaj o mitologizowaniu miasta. Powieść Makine'a, choć jej akcja dzieje się w Rosji/Związku Radzieckim, pełna jest Paryża. Bohater-narrator opowiada historię swojej francuskiej babki, Charlotty, którą losy rzuciły na daleki step w niczym nie przypominający jej francuskiego życia. Jak pisze Makine: "Młoda Francuzka miała tę przewagę, że jej życie przypadło na krzyżowe momenty w dziejach kraju. Czasy carskie, lata czystek stalinowskich, wojna. Widziała upadek tylu idoli! Życie Charlotte w najkrwawszym stuleciu imperium zyskiwało w oczach tych ludzi wymiar epicki". "Tymi ludźmi" byli Rosjanie, którzy nie mogli zrozumieć, dlaczego Charlotte trwa w Rosji, dlaczego nie myśli uciekać.
Babka narratora każdego wieczoru snuła opowieści o świecie, który sama sobie odebrała. Pod łóżkiem trzymała wielki kufer wypełniony starymi papierami, często starymi francuskimi gazetami, które przeglądane wciąż na nowo czyniły aktualnymi wydarzenia zamknięte w historii. Kiedy opowiadała o wizycie carskiej rodziny w Paryżu, o ich wizycie w Komedii Francuskiej, kiedy opowiadała o Marcelu Prouście, który za każdym razem zamawiał w kawiarni kiście winogron i wodę, kiedy opowiadała o romansie Prezydenta Republiki z metressą albo kiedy wyciągała ze starych gazet pikantne szczegóły dotyczące nieistotnych już postaci, znów była we Francji. Ratowała się tymi wspomnieniami. Uciekała w nie. Raz po raz przeżywała wydarzenia, w których nie uczestniczyła. Stawała się bezpośrednim świadkiem wielkiej historii. A snuła te swoje francuskie bajki jak mało kto.

Fiodor, mąż Charlotty zostanie aresztowany za pochodzenie żony, oskarżony o szpiegostwo, ale co paradoksalne: to właśnie pochodzenie Charlotty go uratuje. Bo wszystko od początku było jasne. Jej paszport, jej kontakty, to, że uczyła dzieci francuskiego. Agentura nie miała nic do roboty, Fiodor nigdy niczego nie ukrywał. Agentura nie działała. Został zwolniony. Nie jedyny paradoks historii.

Dla wnuków z tych opowieści było coś jeszcze. Język, którym mówiła Charlotta. Zwroty, których używała. Egzotycznie brzmiące nazwy wykwintnych dań obiadu u prezydenta, zwroty z Prousta, czy wracające jak mantra "jabłuszko". Bo kiedy robiono zdjęcia babka prosiła, aby uśmiechając się mówić: "pe-tite-pomme". Mnie zafascynowało w tej książce dziedzictwo, jakie główny bohater-narrator otrzymał w języku. To, jak przymierzając do siebie rozrzucone francuskie słowa próbuje zrekonstruować świat, którego nie zna. Do tych słów przymierza babcine opowieści i próbuje sobie wyobrazić jej mityczny świat. Dzięki "francuskiemu testamentowi" może nie tyle czuje się kimś lepszym, co kimś innym, bardziej otwartym, bardziej chłonnym. W tych słowach szuka dziedzictwa. On, człowiek Wschodu, wychowany na dalekim stepie szuka swojej europejskiej tożsamości - z jej mitem, mistycyzmem, pięknem i okrucieństwem, z jej chorobą psychiczną.  Narrator do rodzinnej historii, ale przecież i do epickiej historii świata dochodzi poprzez język, trzyma się go jak ratunku, szuka w nim. Pomiędzy słowami zapamiętanymi w dzieciństwie, słowami z opowiadań francuskiej babki rozpięta jest współczesna historia tej części świata. Prosta, rodzinna historia otrzymuje wymiar uniwersalny. Czytam dalej, powieść Makine'a jest naprawdę wciągająca.

Z powieścią Makine'a łączy się też wiersz Michała Kędzierskiego z tomu wierszy "Kot w hipermarkecie", któremu staranną oprawę nadało Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2008.

Michał Kędzierski

MOJEMU OJCU

"Ty ożyłeś i śniło mi się, żeś wyjechał" J. Brodski

1.
Jakby się nic nie zmieniło. Tak jak zostawiłeś:
Niedopitą herbatę, niezłożony sweter
Zwisający z oparcia, wczorajszą gazetę -
Nieład, który z Twoim odejściem stał się pajęczyną,

Nieobecnością, rozpiętą lepkimi nićmi w całym domu.
Wszędzie napięcie, drżenie, jakby delikatny opór.
Pewnie myślałeś: nie, dziś nie jest zimno
(Krzesło,
              gazeta,
                         szklanka) i wychodzisz. Dokąd?

2.
Im bardziej się powiększa między nami przestrzeń,
Bieg życia, spraw, wszystko w pośpiesznej ucieczce
Jak w perspektywie
Zbiega się w jeden punkt, w datę
    Coraz mniejsze i mniejsze
Aż do rozmiarów zdjęcia: dwie figurki
- Świat nie zmieścił się w kadrze -
Trzymasz mnie na rękach,
Za nami początek - koniec:
    Brzeg, morze. Pamiętam
Jego kolor, rozmowę przez szumy i trzaski
(Telefon był zepsuty). Teraz to brzmi jakby
Nagranie z jakiejś starej płyty, która się zacięła
I powtarza te same słowa.
Kogo, czego...

3.
(Sen o czyimś niemożliwym powrocie)

Takie sny nic nie znaczą: Ty stałeś za drzwiami
Z przepraszającym uśmiechem, ja w dawnym mieszkaniu
Byłem zajęty remontem - nowe nowe nowe
Kolory ścian, gładź, panele. A za Tobą strome
Schody opadały bezgłośną kaskadą
Poza to, co jeszcze widoczne w wąskim korytarzu.

Nie wypadało przecież, żebyś stał na korytarzu,
Nie wypadało, żebyś był poza kaskadą,
Którą dzień po dniu Ja odpływa w stronę
Nikt. Kalejdoskop, sen-mara rysuje wciąż nowe
Scenerie niemożliwego spotkania: my razem w mieszkaniu,
Nieustępliwe cienie jak psy kładą się za drzwiami.

Luty-grudzień 2007
(z tomu "Kot w hipermarkecie", Łódź 2008)


Podziel się
oceń
0
0

Sufler

sobota, 27 grudnia 2008 22:00
Przyleciałem do Warszawy. Położyłem się. Leczę zaziębienie, a może po prostu osłabienie organizmu po roku naprawdę intensywnej i wielowątkowej pracy. Przysypiam, budzę się. Pomiędzy.
Rodzice odwozili mnie do Gdańska. Słuchaliśmy w samochodzie Radia TOK FM, a w nim rozmowy z Anną Seniuk. Miałem wrażenie, że chce mówić na inne tematy, ale nie było okazji. Rozmowa reklamowała wywiad z aktorką w dzisiejszych "Wysokich Obcasach". Miałem nadzieję na duży portret, dostałem niewielki wywiad, w którym dziennikarz nie wyrusza ze swoim rozmówcą w żadną podróż, no, poza podróżą po starych wywiadach. Wiem, że pani Seniuk nie jest łatwym rozmówcą i nie pomaga dziennikarzom. Sam musiałem się sporo napracować nad wspólną rozmową, a nawet rozmowami, z których powstał tekst do mojej książki "Rozum spokorniał". Ale pamiętam, że chociaż nie było łatwo wyruszyliśmy w podróż, na przykład po wstydzie aktora. Jakoś nie mogę zaakceptować pytań w stylu: "Co pani teraz robi?". Nie zdziwiła mnie więc irytacja w kilku miejscach tej rozmowy.
W ogóle jest we mnie protest przeciwko tak "puszczonej" rozmowie. Trudno.
Jest w niej jednak coś, co mnie zaintrygowało. Pani Anna Seniuk powiedziała: "Aktorstwo to usługi dla ludności. Rzemiosło wykonywane lepiej lub gorzej. Czasem - tajemnica. Ale rzadko". W rozmowie w Radiu TOK FM pani Anna powiedziała też, że pomiędzy planem zdjęciowym a teatrem, czy też pomiędzy zdjęciami myśli o tym, co ugotować na obiad albo jakie zakupy trzeba zrobić i kiedy. Tak się złożyło, że w dzisiejszym dodatku Kultura do "Dziennika" Krystyna Janda mówi, że "Teatr to przedsiębiorstwo a życie to... życie". Niedawno słuchałem dużej rozmowy radiowej z Janem Fryczem. Mówił, że jest aktorem dla pieniędzy. Zauważyłem odkłamywanie zawodu aktora. Nie mówię, czy to dobrze, czy to źle, ale podobało mi się to, co mówiła pani Seniuk, że tajemnica jest czasem, ale rzadko. Pamiętam, że kiedy wydałem swoją książkę "Rozum spokorniał", w której zapytałem kilku aktorów o pokorę, pewna zaprzyjaźniona aktorka po lekturze powiedziała: "I przestań już pytać aktorów o pokorę. Jedyna 'Pokora' znana w Teatrze ma na imię Wojciech".
Teatr przyzwyczaił nas do tajemnicy, do myślenia o misji i powołaniu aktora, do przekonania, że aktor jest tym, który wie więcej, lepiej, który pokazuje jak żyć, który jest czarodziejem, magiem i szamanem. I pewnie tak też jest - dla mnie aktor zawsze będzie tajemnicą. Wchodząc na scenę przenosi do innego świata. Aktor przynosi ucieczkę. Ale potrafię zrozumieć, że ucieka przed nałożeniem na siebie misji, za którą będzie odpowiedzialny.
To w ogóle wymaga głębszego zbadania, analizy, opisania - rola i misja aktora. Mnie w każdym razie intryguje.

Obiecałem tutaj powrót do powieści Andrzeja Barta "Fabryka muchołapek". Wracam dzisiaj, bo dotyka tematu: odczarowanie. Trochę się tutaj piekliłem, że Bart napisał powieść o Rumkowskim, "władcy" łódzkiego getta, ale nie wyszedł poza to, co wiemy, nie dał Rumkowskiemu głosu, a wydaje mi się, że powinien. Bo jak bronić Rumkowskiego, jeśli w powieści Barta to obrońca nie umie go bronić i tłumaczy, że proces odbywa się po to, aby zapamiętać Rumkowskiego takim, jakim był. Ale jaki był naprawdę?
Dzisiaj, po lekturze tej powieści myślę trochę inaczej. Przede wszystkim to nie Rumkowski wydaje się tematem tej powieści a Łódź, już nie tylko getto łódzkie, ale i Łódź współczesna ze śladami i duchami przeszłości, zamieszkana przez żyjących i nieżyjących. Mam wrażenie, że Bart napisał tę powieść dla odczarowania miasta. Bo pokazał je jako żywy organizm. I wszystko w nim żywe - i przeszłość i teraźniejszość. Napisał o Łodzi z miłością. Może często z niezrozumieniem działania ludzi, ale jednak z miłością. Czuje się to właściwie w każdym zdaniu. Oniryczna podróż z Dorą, oglądanie Łodzi jak z lotu ptaka, dowodzi, że Bart sam czyniąc siebie narratorem, opowiadaczem, czy też bohaterem powieści próbuje Łódź nie tylko zobaczyć, ale poznać ją, zrozumieć, rozgrzeszyć. Bo Łódź jest jak miasto snu z filmu Felliniego. Hollyłódź. Pojawiają się bohaterowie jak z amerykańskich filmów. - Czarnoskóry aktor z Ameryki, który grając Otella umiera w trakcie tournee, właśnie w Łodzi.
Pojawia się fascynujący paryski artysta Marek Rudnicki zaangażowany w
akcję o kryptonimie "Kino Odeon". Pojawiają się siostry Kafki, które nie pamiętają, czy ojciec płakał na pogrzebie Franza. Pojawiają się postaci z Szekspira. Łódź dla Barta jest miastem mitycznym.
Nie fabryczynym, ale właśnie mitycznym - i na tym polega to odczarowanie. Mnie zatrzymał pewien teatralny fragment powieści. Na rozprawie pojawia się sufler, najlepszy z najlepszych, bez którego Irena Solska nie wyobrażała sobie wejścia na scenę. Ma opowiedzieć swoją wstrząsającą historię. Jednak sędzia widząc go decyduje nie dopuścić do głosu. Sufler, który marzył o karierze tragika, ale był zbyt dobry w swoim fachu, więc zamiast grać podrzucał tekst, również teraz, na Sądzie Ostatecznym nie zostaje dopuszczony do głosu. Jakby i na tym Sądzie nie było sprawiedliwości. Jakby przejście granicy nic nie zmieniało. Sufler obrażony odwołaniem sędziego robi minę, która skupia na sobie uwagę wszystkich, która wywołuje wstyd. Jakby ta mina była najlepszą rolą, jaką zagrał...


Podziel się
oceń
0
0

Zapach wiśni

środa, 24 grudnia 2008 11:05
Piszę już ze swojego starego, licealnego pokoju w domu Rodziców. Tutaj wszystko inaczej. Za godzinę przyjeżdża moja Siostra. Już jest gwarnie.
Wczoraj pisałem życzenia Świąteczne. Każdego roku staram się pisać specjalne życzenia, które wysyłam do Przyjaciół, do osób mi bliskich, do osób dla mnie ważnych.
Spałem w sypialni Rodziców i przy lampce nocnej znalazłem "Proces" Kafki. Muszę zapytać Tatę, czy zostawił dla mnie, czy akurat czytał... Też przywiozłem "Proces", tyle że w nowym tłumaczeniu. Lubię takie znaki, mam wrażenie, że takie znaki prowadzą.
Wśród życzeń, jakie dostałem, znalazłem takie słowa: "Trzymajmy się każdego dnia, wiatru, bo nie bardzo wiem czego". Przypomniałem sobie płytę Ewy Błaszczyk, którą tak tu reklamuję, bo ubrana jest w piękne i mądre teksty. Przypomniałem sobie te słowa, że "nawet, gdy wichura". Tego życzę, trzymajmy się nawet, gdy wichura. A jeśli trzeba uciekajmy w siebie, chowajmy się w sobie, jak mówi w mojej sztuce "Oczy Brigitte Bardot" 108-letnia Anastazja R.: "Między czekaniem, krzykiem, przerażeniem, między suchymi ustami, suchym gardłem... wystarczy zamknąć oczy... Można się na nich wspinać, wysoko, po drzewie, aż na samą górę, po rozłożystych gałęziach na górę, tak sama tu weszłam, ten zapach... Zobacz, ile zerwałam, całą garść, a jak ścisnę to sok poleci... Nie szkodzi, że mam brudne dłonie, powąchaj jak pachną. Też tak lubisz wiśnie?"
Zapachu wiśni więc życzę. I spacerów po rozłożystych gałęziach.

Podziel się
oceń
0
0

Kochany Franz

poniedziałek, 22 grudnia 2008 22:23
Wróciłem do domu i znalazłem w poczcie prezent Świąteczny od Marty. Takie prezenty jak ten sprawiają więcej niż przyjemność. Po prostu są specjalne! Marta przysłała mi bibliofilskie wydanie "Refleksji" Franza Kafki w wyborze Mieczysława Kozłowskiego, opublikowane w Wydawnictwie Miniatura z Krakowa. W dodatku egzemplarze są numerowane. Mój jest dziewiętnasty, z uwaga!, trzydziestu trzech egzemplarzy, jakie w ogóle wydano. Książka edytorsko piękna. Majstersztyk.



Otworzyła mi się na stronie 94.
Przeczytałem: "Zważywszy, że nie jestem niczym innym, jak tylko literaturą, że niczym innym być nie mogę i nie chcę, moja posada nie zdoła stać się dla mnie porywająco atrakcyjna, za to potrafi z pewnością zrujnować mnie do ostatka".
Zabieram tę niezwykłą książkę ze sobą na Święta, z innymi, wiozę więc znów bibliotekę. A wśród tych książek nowe tłumaczenie "Procesu" Franza Kafki, którego autorem jest Jakub Ekier. Bardzo jestem ciekawy tego wydania.
Janusz Olejniczak gra polonezy Chopina. Słucham, a właściwie widzę, jak uderza palcami w klawisze, jak uderza omal do krwi, by po chwili znów delikatnie je muskać aż w końcu palce płyną po klawiszach a nawet ponad nimi... Mam w pamięci niezwykły wspólny koncert Janusza Olejniczaka, Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka. Jeden z najbardziej niezwykłych, jakie słyszałem. Chciałbym znów tego koncertu posłuchać, ale zdaje się nie został zarejestrowany.
Jeśli jeszcze nie wiecie, jakie prezenty świąteczne kupić to płyta Janusza Olejniczaka z polonezami Chopina jest wydarzeniem!

Podziel się
oceń
0
0

Kapusta

poniedziałek, 22 grudnia 2008 13:41
Słucham Janusza Olejniczaka, który gra Chopina i chowam się w sobie. Dokoła napięcie świąteczne. Starsza pani sfilmowana wczoraj w centrum handlowym powiedziała: "Ledwo chodzę, ale jestem szczęśliwa. Cały dzień już tak chodzę i kupuję i nic mnie nie zatrzyma". Moja przyjaciółka planowała spędzić Święta z najbliższą rodziną, ale usłyszała, że ma zapłacić 400 złotych wpisowego za kolację wigilijną. Opowiadała mi potem: "Nie wiem, co miało tyle kosztować przecież kapusta jest tania". I nagle uświadomiliśmy sobie, co mówi w kontekście Świąt i teraz za każdym razem, kiedy rozmawiamy, wraca hasło: "Kapusta jest tania". Tylko Kot Tutka nie przejmuje się Świętami. Ma Grecję i przewraca się z boku na bok, jakby małpa jedna leżała na leżaku, na plaży z opaską All inclusive na łapie i piła jednego drinka z parasolką za drugim. Jedyna droga, jaką ostatnio zna to droga z łóżka do miski i od miski do łóżka. Kładę jej do głowy: "Ty już z nudów jesz! Poczytaj coś! Zabierz się za lekturę!" Nie działa. Czasem chyba próbuje zabrać się za lekturę ale widzę, że natychmiast zasypia na książce. Niby czyta, a jednak kilka razy przyłapałem ją śpiącą na otwartej książce na biurku. Nagle uświadomiłem sobie, że mam kota, który nie czyta. Teraz już wiem, dlaczego nie możemy się dogadać. Nie mamy o czym. No, jeśli ostatnia lektura jaką przeczytała Tutka był "Pan Tadeusz" w szkole, a i to pewnie nie w całości...

Podziel się
oceń
0
0

Pokolenie Beverly Hills

sobota, 20 grudnia 2008 11:03
"O, matko, to już?!" - słyszę co chwila w kontekście Świąt. Mieszkam w mieście, w którym się głównie pracuje - pytanie nie dziwi. Budzimy się więc w kontekście Świąt i mam swoją teorię na ten temat. Ponieważ nie leży śnieg, ponieważ drzewa kwitną (np. wiśnia w ogrodzie) Święta leżały na antypodach wyobraźni. W Warszawie niewyobrażalne korki, brak miejsc do parkowania, centra handlowe oblężone. Pojechaliśmy wczoraj z Olgą do Złotych Tarasów. W każdym sklepie bramka sygnalizowała, że coś ukradliśmy. Po prostu bramki nie wytrzymały naporu zakupów. Nie mówię o nas, ale w ogóle. Co chwila podchodziła ochrona i kogoś "rozkodowywała". Obsługa nie zmęczona, ale wymordowana. Usłyszałem, jak jedna pani w kasie skarży się, że dyrektor pozwolił pracownikom na przerwę dopiero po godzinie 22. Widziałem, jak menadżerka roznosiła obsłudze butelki z wodą, żeby, broń Boże, nikt nie wstał ze swojego stanowiska i nie szedł na zaplecze.
Ludzie wyglądali na oszalałych. W większości sklepów trafialiśmy na kłótnie i skargi kierowane do różnych menadżerów i kierowników.
Parafrazując słynne zdanie Brigitte Bardot, że prędzej, czy później i tak spotkamy się wszyscy w łóżku, można powiedzieć, że prędzej, czy później i tak spotkamy się wszyscy w Złotych Tarasach. I tak spotkamy się wszyscy w niedzielę, na zakupach. I tak wymienimy się dobrami kupionymi w Tarasach. A w niedzielę, wiadomo, będziemy kupować już cokolwiek, i to w sklepach, w których będą najmniejsze kolejki.
Aż chce mi się zaśpiewać słynną kiczowatą kolędę Belafonte "Mary's Boy Child": "Long time ago in Beverly Hills, So the Holy Biblie say, Mary's Boy Child Jesus Christ, was born on Christmas day" ("Dawno temu w Beverly Hills, o czym mówi Pismo Święte, syn Maryi, Jezus Chrystus urodził się w dniu Bożego Narodzenia").

A dzisiaj, w Domu Kultury Śródmieście na Smolnej 9 (wejście od Al. Jerozolimskich 2) o godz. 19.00 Ela Czerwińska gra "Kochanego syna". 50 minut trudnej, intymnej historii. Zastanawiamy się, kto przyjdzie w tym przedświątecznym szale. Opowieść Eli wymaga skupienia, uwagi, ale też wycisza, powoduje refleksję. Zapraszam.

Podziel się
oceń
0
0

Z Gazety Wyborczej.

czwartek, 18 grudnia 2008 21:01

Jak Grzegorz Jarzyna nie został górnikiem

 Aleksandra Klich 2008-12-18, ostatnia aktualizacja 2008-12-17 16:42:39.0

Co znaczy "My som stond"? - zapytała mnie przyjaciółka, Ślązaczka z dziada pradziada. Nic dziwnego: gwara na Śląsku zanika i tytuł audiobooka


Audiobook to sześć godzin gadania o Śląsku na sześciu płytach. Wydało go Polskie Radio Katowice i wydawnictwo Fabryczna 23, dorzucając książeczkę zawierającą kilka tekstów o regionie, w tym dwa znakomite: erudycyjne Henryka Wańka i błyskotliwe Michała Ogórka.

Na jednej z płyt kryje się fascynująca, zaskakująco szczera rozmowa z Grzegorzem Jarzyną. Wybitny reżyser, twórca warszawskiego Teatru Rozmaitości, z delikatnym, ale rozpoznawalnym śląskim akcentem opowiada Remigiuszowi Grzeli o swojej rodzinie, pochodzeniu, kraju dzieciństwa, młodości i granicach, które zdeterminowały jego życie. To zaskakujące powtórzenie losów starszego o 40 lat Kazimierza Kutza, opowieść klucz do zrozumienia fenomenu Śląska.

Jarzyna, urodzony w 1968 roku, syn górnika, wychował się w familoku, najpierw w Chorzowie, potem w Świętochłowicach. - Byliśmy jak chłopcy z ferajny, wiedzieliśmy, gdzie przebiegają granice między familokami, osiedlami, miastami i uczyliśmy się, jak je przekraczać, jednocześnie wiedząc, że najważniejsze to zabezpieczyć swój teren - wspomina dzieciństwo. Wyraźna granica przebiegała między domem i podwórkiem a szkołą. Szkoła uczyła, że być Ślązakiem to wstyd. Nauczyciele tłumaczyli dzieciom, że śląskiej kultury nie ma. - Dziwiliśmy się: jak to nie ma? Przecież my jesteśmy, mamy swój język - wspomina Jarzyna. Nauczyciele odpowiadali: to nie gwara, tylko niemieckie brudy na czystym języku polskim. Ślązacy - niby Polacy, ale gorsi, "przybrudzeni".

Jego ojciec marzył, by syn awansował w hierarchii społecznej: został doktorem albo przynajmniej inżynierem. Jarzyna wspomina, że zawsze, gdy przejeżdżali "maluchem" przez Kraków, wskazywał mu potężne figury zdobiące siedzibę Akademii Górniczo-Hutniczej i mówił: "Tutaj będziesz studiował".

Ale nie protestował, gdy syn poszedł na filozofię, a potem zajął się teatrem. Za to nie zgodził się, żeby mieszkająca w Niemczech babcia załatwiła Grzegorzowi niemieckie obywatelstwo. Mogła to zrobić, bo przepisy obowiązujące wówczas w Niemczech pozwalały na szybkie uznanie Ślązaków za obywateli RFN. Grzela pyta: - Ojciec jako Niemiec był przeciwny? Jarzyna oponuje: - Nie, mój ojciec był Ślązakiem, on nawet nie chciał słyszeć, że jego rodzice byli Niemcami.

Granice przekraczał wyjeżdżając poza Śląsk, a to jadąc do rodziny w Zakopanem, a to do babci do Niemiec, na saksy. Potem jadąc na studia do Krakowa, a wiele lat później przenosząc swój teatr do Warszawy. Wszędzie czuł się obcy, w Niemczech nawet - gorszy. Z biegiem czasu to poczucie obcości stało się błogosławieństwem: - Nauczyłem się, że być obcym to nie skaza ani wstyd. Zacząłem kombinować, jak wchodzić w relacje, jak uzyskiwać swoje, nabrałem pewności siebie. Rozbijałem granice. Teraz wiem, że im mam większą świadomość swojej inności, poczucie godności, tym ludzie mają do mnie większy szacunek - mówi.

Kim jest synek ze śląskiego domu? - pyta Grzela. Jarzyna odpowiada: - To taki pieron śląski, który zawsze sobie poradzi, jest mocny, nic go nie zmiecie.

Trochę szkoda, że rozmowa z Jarzyną to jeden z niewielu smacznych rodzynków w audiobooku. Bo "My som stond" to solidne kompendium wiedzy o Śląsku, ale niczym nie zaskakujące. A mogło powstać coś niezwykłego. Obiecywały to świetne nazwiska autorów, w tym Anny Sekudewicz, reporterki radiowej, laureatki m.in. Prix Italia, oraz Andrzeja Stefańskiego, dziennikarza, byłego szefa katowickiej i warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" - i kilkudziesięciu rozmówców.

Szkoda, że zdecydowano, iż audiobook ma być reklamówką Śląska (rozmowy rozbijają zresztą promocje samorządów), która sprawi, że region nabierze kolorów. Ten "promocyjny" cel przytłoczył koncepcję, która mogła prowadzić do śmiałego przedsięwzięcia: pogadania o tym, czym jest Śląsk, jak się zmienia i dokąd zmierza. Czy w ogóle jeszcze istnieje? Czy stać go na stawienie czoła nowym czasom?

Zastosowano starą recepturę na sprzedanie Śląska Polsce. Zagrać na harmonijce kawałek bluesa i zagadać po śląsku. Potem pokazać nasze sławy - Kutza, Durczoka, Buzka, Miodka - i tych, którzy myślą o nas dobrze - Michnika, Pieronka, Balcerowicza. Pogadać o śląskiej pracowitości, przywiązaniu do rodziny, religijności. Dziennikarze przeprowadzający rozmowy pilnowali, by nie wyjść z ram starego "etosu" i, nie daj Boże, go rozbić albo przełamać. Efekt tej nadmiernej ostrożności jest taki, że zamknęli siebie i swoich rozmówców w zaczarowanym kole tych samych szablonowych tematów - są one zresztą tytułami płyt - Praca, Kultura, Sport, Edukacja, Religijność, Rodzina. Ślązacy są tutaj czyści, uporządkowani, wierni małżonkom, chętnie chodzą do kościoła, kochają swoją pracę. W "My som stond" nie ma miejsca na współczesne spory, jest za to przypominanie sukcesów i przekonywanie siebie oraz innych, że my, Ślązacy, jesteśmy naprawdę fajnymi ludźmi.

Na szczęście czasem komuś się wyrwie szczere wyznanie, jak Wojciechowi Kuczokowi (Ślązak, mieszka w Chorzowie): - Jak po raz kolejny słyszę, że Ślązacy są pracowici i religijni, to widzę wokół siebie samych leni i bezbożników.

Aleksandra Klich

Podziel się
oceń
0
0

Otwieram oczy...

czwartek, 18 grudnia 2008 14:07
Wciąż nie rozstaję się z płytą Ewy Błaszczyk "Nawet gdy wichura", która wywołuje refleksje, daje dużo do myślenia.

Otwieram oczy, a rano w zimie, to rzecz niełatwa,
dźwigam się z nocy, stąpam po linie, byle do światła,
podnoszę rękę, odgarniam chmury jak przywidzenia,
zakładam sweter, przenoszę góry, bieg zdarzeń zmieniam.

Zmieniam bieg zdarzeń, kiedy śnieg strącam z gałęzi świerku,
gdy konfitury wieczorem smażę, kocham bez lęku,
wiele się zdarzy, bo będą świty do obudzenia,
bo ciągle czytać chcę w Twojej twarzy, pełna zdziwienia.

Otwieram okno i nagle Ziemia rusza do Słońca,
więc się przedzieram z nią przez gąszcz cienia, deszcz śnieg roztrącam,
zrzucam pancerze dziwnego kroju, świt już nie rani,
teraz w to wierzę, bo w mym pokoju pachnie jabłkami.

Pachnie jabłkami, wstaję i idę w piękne nieznane,
rzeźbię, maluję świat spojrzeniami, wierzę w przemianę,
z kropli jest rzeka, z okruchów ciepła drzewo i owoc,
a z moich pragnień droga daleka, więc idę, idę,
idź, masz moje słowo.

- śpiewa Ewa Błaszczyk  "Otwieram okno" - słowa Doroty Czupkiewicz z muzyką Jerzego Satanowskiego.
Ale taki czas, przedświąteczny. Nie do zmarnowania. Jak mówił mąż Eli, Krzyś: "czas wysprzątać nasze stajenki".

Odpoczywam w domu. Dlatego słucham i czytam. Jestem w środku powieści "Fabryka muchołapek" Andrzeja Barta. Dziwnej książki o czymś w rodzaju sądu ostatecznego nad Chaimem Rumkowskim, przywódcą getta w Łodzi, który, jak głosi legenda, wiechał do Oświęcimia salonką a potem został wrzucony, żywy, do pieca krematoryjnego. Dziwna, skomplikowana postać. Książka Barta budzi niepokój. Nie istnieje w niej czas, choć gdyby nie czas... Na procesie Rumkowskiego pojawiają się Janusz Korczak, Hanah Arendt, są siostry Franza Kafki... Dziwna książka. Rumkowski jest postacią niejednoznaczną, dużo o nim czytałem, dużo słyszałem i w tym sensie powieść nie przynosi nic nowego. Sytuacja samego procesu odsłania w Rumkowskim to, co było białe i to, co było mroczne. Ale chciałbym, żeby Bart wgryzł się bardziej w psychikę Rumkowskiego, żeby rzeczywiście dotknął tego, co w Rumkowskim było skomplikowane, żeby znalazł w nim bolące miejsca. Nie wiem, nie umiem tego inaczej określić, ale tak to czuję. Jednak najważniejszym walorem tej powieści jest niepokój. Może ten niepokój jest bolący? Oczywiście mówię to czytając dalej. Mówię to z "podróży".
Podczytuję książkę Katarzyny Miller i Tatiany Cichockiej "Bajki rozebrane". Kasia przysłała mi ją, ale pewnie przeczytam w Święta. To odczytanie na nowo bajek doskonale znanych.  Znam Kasię i wiem, że te odczytania są niebanalne, zaskakujące, inspirujące.
Na biurku leży stos książek zapalnych, zapalnych do myślenia. Tylko czy Świąt na nie wystarczy?
A wcześniej jeszcze monodram Eli Czerwińskiej na Smolnej 9, 20 grudnia o 19.00. Zapraszam.
Japońska wiśnia w ogrodzie obsypana kwiatami.
Otwieram oczy, choć obolałe.

Podziel się
oceń
0
0

Okiem Belmonda

wtorek, 16 grudnia 2008 17:19
Piszę w zasadzie na pół ślepo, bo miałem dzisiaj w klinice okulistycznej dosyć przykry zabieg na prawej powiece, w tej chwili mam założonych sześć szwów i wielki opatrunek, więc ograniczone pole widzenia. Ale poza tym jestem w formie. Zabieg nie przeszkodził mi w zredagowaniu tekstu, który był pilny. Agata dziwiła się, że prosiłem chirurga, żeby mówił mi na bieżąco, co robi, co kroi, przycina, czyści, szyje. Miałem więc w jakimś sensie wszystko pod kontrolą. Ale to raczej dlatego, że zawsze lubię wiedzieć. Miałem pietra, nie ukrywam. Dlatego od razu, kiedy położyłem się na stole zapowiedziałem: "Będę gadał, dobra? Inaczej nie wytrzymam". Chirurg powiedział: "Niech pan mówi, co chce". Więc mówiłem, co chciałem. W ogóle chirurg świetny i wyrozumiały, zresztą podobnie jak jego współpracownicy. Opowiadałem o teatrze i o premierze i podzieliłem się swoimi przemyśleniami odnośnie empatii lekarzy, monologowałem sobie słysząc co jakiś czas: "o, wycinam kolejny fragment" albo "skóra na powiece się całkiem porwała, będziemy musieli ją panu ładnie zszyć". Ponieważ wcześniej dostałem podwójne znieczulenie, poprosiłem, żeby nie podawać trzeciego ze względu na szycie, więc liczyłem szwy dokładnie, czując przebijającą igłę ostro, zaraz zagadywałem te igły, żeby myśleć o czymś innym. Agata, której to opowiedziałem tuż po wyjściu z sali, zbladła. Nie chciała znać szczegółów. A potem wróciliśmy, zrobiłem spagetti z pomidorami, redagowałem tekst, teraz zaglądam na bloga. Tylko tak umiem walczyć. Znajdując sobie robotę. Wiem, że teraz przez kilka dni będę wyglądał jak Nosferatu, w poniedziałek zdjęcie szwów, pewnie w Święta będę wyglądał jeszcze jak śliwka, ale od czego mam okulary.
Małgosia Rożniatowska gra dzisiaj i jutro Na Woli "Uwaga - złe psy!". Denerwuję się za nią, jak zawsze, kiedy gra. Ten spektakl czuję fizycznie. Nie ryzykuję jednak wyjścia z domu. Słucham pięknych płyt "Jazz and The City" - nie może być dla mnie nic odpowiedniejszego niż Jazz i Miasto. Obie sztuki, bo miasto też traktuję jako sztukę, są dla mnie ważne.
Przepraszam, że dzisiaj tak fizycznie, a mało intelektualnie. Ale tak też jest.
Kot Tutka śpi i nie zwraca na mnie uwagi.
A, i jeszcze wiadomość dla francuskojęzycznych. Tutaj:

http://www.cap24.com/emission.php?id_video=1423&type=emission


można obejrzeć wywiad z Anną Prucnal i jej syniem Piotrem Michaud o ich wspólnym filmie. Wywiad jest z programu telewizji francuskiej. Jest też Ania śpiewająca Chopina. Tylko trzeba wybrać filmik z 12 grudnia (12 decembre).

Pozdrawiam okiem Belmonda (czyli też Oczy BB).


Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 795  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl