Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Być jak Woody Allen

poniedziałek, 31 grudnia 2007 14:23

Rafał Blechacz gra preludia. Drzewo trzaska w kominku. Kot Tutka kuli się w kłębek. Rudy, kot sąsiadów, próbuje przez okno dostać się do mieszkania. Cieszę oczy choinką, bo jeszcze kilka dni i dopiero za rok. Powinienem podsumować mijający rok, ale nie mam na to ochoty. Nie lubię patrzeć za siebie, szczegółowo analizować, zastanawiać się nad tym, co było lub czego nie było. Wolę patrzeć w przyszłość. To był dobry rok, zawodowo pełen, ciekawy, twórczy, być może najbardziej twórczy z dotychczasowych. A życie? Radość i smutek przeplatały się. Ale radości było chyba więcej. Entuzjazmu też.

 

Smutek związany ze śmiercią Babci, po której pozostał brak.

 

Dostałem od kogoś życzenia, aby nie zaraziła mnie coraz powszechniejsza choroba - chroniczny brak zadowolenia. Mam nadzieję, że nie grozi. Widzę dokoła. Wczoraj przedpołudniem oglądałem odcinek Telewizji Objazdowej Marii Wiernikowskiej, tym razem w podwarszawskich miasteczkach. Brak radości, brak chęci, ludziom nie chce się chcieć. Ktoś powiedział nawet: a o czym mogę marzyć, mnie już nic nie czeka.

 

Oby chciało się chcieć. Nam wszystkim. Oby zawsze nam się udało zapalać. I oby nigdy brak kompetencji nie powstrzymywał nas przed zaangażowaniem się z entuzjazmem. - To zdanie z rozmowy z Woody Allenem zrobiło na mnie wrażenie. Powtarzam je sobie. I myślę, że może warto być jak Woody Allen, dojrzewać ale pozostać dzieckiem.

 

Wczoraj w TVP Kultura na żywo z TR Warszawa "Krum" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, obejrzałem teraz rozkoszując się detalami, bo nie na wszystkie zwróciłem uwagę oglądając ten spektakl w teatrze. Spokojna, choć okrutna opowieść o relacjach między ludźmi, o zagubieniu, o odrzuceniu, o braku zrealizowania, o próbie wyrwania się z marazmu. Być może jeden z najwybitniejszych spektakli Warlikowskiego, zamknięty w zdaniu "Twoja matka umarła dwie godziny temu". Znakomity Jacek Poniedziałek jako powracający do domu Krum, genialna Stanisława Celińska jako matka-despotka, fantastyczna Anna Radwan jako prezenterka-bulimiczka. Wstrząsająca scena Celińskiej-Radwan, w której matka nie chce zrezygnować z zadowolenia z syna, a Radwan tłumaczy, że jest uparta i nie ma racji. Groteska na programy typu talk-show, ale i wstrząsająca wiwisekcja relacji matka-syn. W ogóle to aktorsko genialny spektakl: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Danuta Stenka, Maja Ostaszewska, Marek Kalita, Redbad Klijnstra, Zygmunt Malanowicz. Właściwie każdy z aktorów stworzył wyrazistą postać będącą na marginesie życia. Miejscem akcji wydaje się być sanatorium odrzuconych na głębokiej prowincji, do którego nigdy nie chciałbym trafić, za dużo melancholii, za dużo zwątpienia, za dużo autoagresji. Wczoraj odczytałem tę opowieść również poprzez lęk, kafkowski profetyczny strach. Poprzestanę na tym.

 

Skończyłem czytać uparcie obsesyjną powieść Aharona Appelfelda "Droga żelazna" o rozliczaniu przeszłości. Odczytuję podobnie jak "Kruma", jako opowieść o ludziach zasznurowanych.

Oto Erwin Siegelbaum, komiwojażer skupujący żydowską pamięć, tropi zabójcę swoich rodziców. Otrzymujemy opis zbrodni sprzed lat, w obozie, do którego trafili rodzice Siegelbauma, zbrodni, która popełniona z zimną krwią, bez refleksji, bez wątpliwości, musi zostać pomszczona. Komiwojażer nie spocznie dopóki nie stanie twarzą w twarz z nazistą. Przemierza Austrię pociągami, rok po roku, odwiedza te same miejsca, odzyskuje okruchy pamięci, uparcie przywołuje ludzi i historię, aż trafia przed dom mordercy, starego człowieka, który ma problemy z chodzeniem, który za wcześnie owdowiał, który idzie do sklepu po mleko... Rozmowa ze zbrodniarzem robi ogromne wrażenie, bo w Nachtigalu nie ma nic nieludzkiego, nic, co byłoby zauważalne. Bardzo Wam tę niewielką powieść polecam, podobnie jak poprzednią tego autora, chyba jego najlepszą "Badenheim 1939".

 

Nowy Rok przywitam u przyjaciół, pod Warszawą. Z nadzieją, że będzie lepszy. Znam marzenia przyjaciół, chciałbym, żeby wszystkie się spełniły, te dotyczące zdrowia i te dotyczące pracy. A na osłodę gofry. Dostałem od Rodziców gofrownicę i zaraz idę do kuchni próbować kolejny przepis.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Truman Show

niedziela, 30 grudnia 2007 0:06

I rzeczywiście zasnąć nie mogłem. Dzisiaj kolejna próba. Jaka to satysfakcja móc wypracować coś nowego. Na każdej próbie udaje nam się pójść odrobinę do przodu. Każde spotkanie nas inspiruje, rozwija. Wzajemnie się nakręcamy. Dobieramy się do sensów, do treści, do znaczeń. Budujemy nastroje. Staramy się je łamać. Szukamy pęknięć. Bardzo jestem ciekawy, gdzie nas ta droga zaprowadzi. Praca nad tekstem, jego interpretacją jest wciągająca, za każdym razem można zobaczyć więcej. Kiedy ułożyłem swoją pierwszą ważną książkę, zbiór wywiadów "Rozum spokorniał" zapisałem w niej motto, które mnie kiedyś uderzyło: "Wszystko zostało powiedziane, ale i wszystko zostało do powiedzenia". Tym mottem kierowałem się robiąc wywiady. I właściwie nigdy nie zrezygnowałem z tej wskazówki. We wszystkim, co robię staram się pamiętać, że można więcej, zawsze można krok dalej, że jeszcze wszystko zostało do powiedzenia.

 

A później długo pracowałem nad sztuką, którą piszę od dawna, a której staram się nadać odpowiedni kształt. Staram się pisać świadomie. Staram się myśleć o formie, nie tylko o treści. Konstrukcja równie ważna. Czasem, kiedy się pisze, konieczne jest napisanie czegoś szybciej, dla siebie, dla popchnięcia akcji do przodu, ale po ponownej i ponownej lekturze okazuje się, że coś pojawia się za szybko, coś się za szybko odsłania, wtedy konieczne jest przesunięcie o krok, dwa dalej. Przestawienie klocków. Wciąż uczę się redagowania, swoistego montażu. To chyba Nałkowska cięła swoje teksty na kawałki, a potem przestawiała je. W ten sposób uczyłem się świadomego pisania. Większość tekstów, jakie pisałem w czasie studiów to efekt takiego montażu. Ciężka praca ale efekt wart tego wysiłku.

 

W TVN "Truman Show" i mój ulubiony aktor Ed Harris jako Demiurg telewizji. To niesamowite, ale wystarczy, że pojawia się przez chwilę i właściwie nie można oderwać od niego uwagi. Chciałbym go kiedyś zobaczyć w teatrze. Przekonać się, że ta charyzma to nie tylko oko kamery. Całkiem niedawno zachwycił mnie filmem "Historia przemocy". Męskim wcieleniem Klary Zachanassian z "Wizyty starszej pani". A jego role w filmach Agnieszki Holland? "Zabić księdza", "Trzeci cud", "Kopia Mistrza". A jego świetne kreacje w "Pięknym umyśle" i "Godzinach"...

"Truman Show" - opowieść o człowieku, który od urodzenia żyje w reality-show, nie wiedząc o tym, to również fantastyczny prezent dla Jima Carreya, aktora kojarzonego głównie z głupawymi komediami, a przecież znakomitego aktora. Jedną z ciekawszych ról stworzył kiedyś w filmie Michela Gondry "Zakochany bez pamięci", autora świetnego filmu "Jak we śnie" z Charlotte Gainsbourg i Gaelem Garcia Bernalem.

 

Wracam do lektury "Drogi żelaznej", powieści, która właściwie nie jest dla mnie, skoro opowiada o przemieszczaniu. A jednak... Wpadłem w jej niepokojący rytm.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Debiuty

piątek, 28 grudnia 2007 22:53

Będę się kładł z poczuciem dobrze spełnionego dnia. Udało mi się twórczo popracować. Robota inspirująca, więc tak naprawdę nie wiem, czy uda mi się zasnąć, bo mam teraz w głowie kilka tematów. Ale to lubię. Rano próba z Elą do monodramu Ani Mentlewicz. Wciąga nas analizowanie tekstu, szukanie tropów, odkrywanie sensów, szukanie odpowiedniego tonu. Wracałem pieszo, bo korciło mnie, żeby pójść na Koszykową, do księgarni taniej książki. I to był świetny pomysł. Kupiłem dwutomowe wydanie dramatów Sławomira Mrożka, "Do latarni morskiej" V. Woolf, Aharona Appelfelda "Drogę żelazną" i "Badenheim 1939" (wprawdzie tę ostatnią czytałem, recenzowałem i mam z dedykacją autora, ale kupiłem egzemplarz dla kogoś, kogo chciałbym namówić na teatralną adaptację). Poza tym powieść Jonathana Franzena "Korekty", ze względu na rekomendację na okładce Michaela Cunninghama, który nazywając tę powieść "ogromnym osiągnięciem", porównał ją do "Buddenbrooków" Manna. Kupiłem też Michała Olszewskiego "Chwalcie łąki umajone". A że przed Świętami kupiłem jeszcze rozmowy Piotra Gruszczyńskiego z Krzysztofem Warlikowskim (w niedzielę w TVP Kultura będzie "dzień z Krzysztofem Warlikowskim", w ramach którego emisja na żywo jego spektaklu "Krum" - nie można przegapić!), a u Rodziców zacząłem czytać "Świece na wietrze" Kanowicza, więc o zimowe wieczory nie muszę się martwić.

Po powrocie zacząłem czytać "Drogę żelazną" Appelfelda, której bohater Erwin Siegelbaum od czterdziestu lat raz w roku przemierza pociągami tę samą trasę w Austrii. Wytrwale tropi mordercę swoich rodziców zabitych w obozie koncentracyjnym. Wcześniejszy "Badenheim 1939" zrobił na mnie ogromne wrażenie, więc postanowiłem zacząć właśnie od Appelfelda.

W Święta przeczytałem Anny Boleckiej "Uwiedzionych". Nie mogę za dużo napisać, bo książka jest jeszcze niewydana, ale powiem, że są momenty, w których zapiera dech. Choć okrutna, choć dotyka rodzenia się zła, choć opowiada o nazistach (również tych z ludzką twarzą, jakkolwiek absurdalnie to brzmi) i chociaż jej głównym tematem jest krew, wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Kończyłem późno w nocy. Są w niej sceny jak z filmu "Indiana Johnes", jest rozległa symbolika, są sny, które mają swoje miejsce i znaczenie. Wreszcie, co dla mnie dodatkowo istotne, są niepokoje i wątpliwości Kafki, i myślę, że nie bez powodu jeden z bohaterów nazywa się Oscar Kafka. Ale naprawdę nie mogę ani zdania więcej, staram się jak najogólniej, żeby niczego nie zdradzać, a zachęcić przyszłych czytelników.

A skoro wspomniałem Anię Bolecką. Wczoraj obejrzałem w TVP Kultura film Agnieszki Smoczyńskiej "Aria Diva", który mnie bardzo interesował, bo powstał na motywach jednego z moich ulubionych opowiadań Olgi Tokarczuk "Ariadna na Naksos". Bohaterką filmu jest trzydziestoletnia Basia (znakomita Gabriela Muskała), matka dwóch synów, żyjąca u boku męża i wychowująca dzieci kobieta, która jest pozornie szczęśliwa, a jednak brakuje w jej życiu czegoś, co wykraczałoby poza ramy normalności, rodzinności, może odpowiedzialności za wychowanie dzieci, czegoś, w co mogłaby uciec. Pewnego dnia do bloku, w którym mieszka wprowadza się Diva (wspaniała Katarzyna Figura), która jest artystką z krwi i kości, bawi się życiem i ludźmi, potrafi zadać ból, żeby sprawdzić reakcje osób, które - jak twierdzi - są jej bliskie, ale która w rzeczywistości jest równie smutna i rozczarowana, co Basia. Diva ćwiczy rolę Ariadny na Naksos, a Basia słuchając jej głosu postanawia odważyć się i zapukać do mieszkania znanej artystki. Co z tego spotkania wyniknie? I dlaczego powiązałem z Anną Bolecką? Olga Tokarczuk napisała opowiadanie na motywach prawdziej sąsiedzkiej historii pomiędzy Anną Bolecką i pewną znaną śpiewaczką operową, która wprowadziła się piętro niżej. Scenariusz filmu odchodzi od opowiadania Tokarczuk, a szkoda, bo wydaje mi się, że w tej prozie więcej jest napięcia i drgań, które choć nieopisane, to jednak budują konflikt. Film jest osobnym organizmem i jako taki też bardzo polecam. Mimo że oddala się od pierwowzoru, to jednak jest świetnym debiutem młodej reżyserki.

W tej samej serii debiutów film "Jak to jest być moją matką" Nory McGettigen. Historia znanej dziennikarki Moniki (Iza Kuna), która w wyniku wypadku straciła nogi. Jej córka Julia (Olga Frycz) kręci o niej film, który zamierza pokazać na festiwalu sztuki niepełnosprawnych. Film porusza dwa trudne tematy: relację matka-córka i niepełnosprawność. Monika wydaje się być osobą pogodzoną z własnym losem, na swój sposób szczęśliwą, radosną, mającą dobry kontakt z otoczeniem. Ale to jest tylko pozorne. Film nakręcony przez córke każe jej spojrzeć na siebie inaczej, dotknie ją brutalnie, na chwilę zepchnie na margines, którego chciała uniknąć. - Genialna scena rozmowy z córką w samochodzie, po pokazie filmowym, rozmowa w półmroku, albo półświetle lamp samochodów mijających ten, w którym dochodzi do oczyszczającej jednak kłótni. To jedna z najlepszych ról Izy Kuny, wspaniałej aktorki, którą warszawska publiczność zna na przykład ze spektaklu "MISS HIV" w Teatrze Polonia i "Bomba" w Teatrze Na Woli (oba Macieja Kowalewskiego). Rola, która powinna zostać dostrzeżona. Iza Kuna świadomie kreuje napięcia, pokazuje więcej, niż zostało napisane. Mocna rola, która zapada w pamięć.

(Olga Frycz, Iza Kuna)

Cały wieczór pracowałem nad sztuką, której temat jest trudny i która męczy mnie przynajmniej od pół roku. Wracam do niej co jakiś czas, coś poprawiam, dopisuję, przenoszę, pracuję nad napięciami. Dzisiaj zrobiłem sobie listę uwag do własnego przecież tekstu i przedstawiają się następująco: wychodzić poza ramy znane z gazet i pobieżnych dyskusji, zapleść losy, trzymać w napięciu i niepewności, dopracować postaci - każda musi dostać szansę, przyjrzeć się motywom, wykreować metafory. W taki sposób prowadzę ze sobą dialog. I wydaje mi się, że jestem wobec siebie wymagający.

 


Podziel się
oceń
0
0

Fotonostalgia

wtorek, 25 grudnia 2007 21:00

Od świątecznego stołu odrywam się jedynie do książek. Czytam Anny Boleckiej "Uwiedzionych", czytam wolno, nie chcę gubić sensów i znaczeń. Książki Ani zawsze pełne są symboliki i trzeba właściwie iść tropami, które zostawia. W nowym mieszkaniu u Siostry i Szwagra znalazłem album "Fotonostalgia" Zofii Nasierowskiej. Zrobił na mnie, choć znam go sprzed kilku lat, niesamowite wrażenie. Ten sposób, w jaki uwieczniła artystów, dając im coś nierealnego, nieopisywalnego, dając im na fotografiach filmową ulotność, a przez to uwieczniając. Wśród sfotografowanych przez nią postaci są również artyści, których już nie ma. Zapamiętałem na przykład fotografię zmarłej przed dwunastu laty Barbary Kwiatkowskiej-Lass, znakomitej aktorki, która w obiektywie Nasierowskiej na zawsze pozostanie młoda, facynująca, pociągająca. Przeglądałem też teksty dotyczące fotografowanych postaci. Pisane tak, jakby ci, którzy odeszli, wciąż byli wśród nas. Bo przecież są w pamięci. Żadne tam notki biograficzne, żadne encyklopedyczne dane. Raczej zapis osobistego spotkania, jakaś anegdota, jakby właśnie wpadli do pracowni Nasierowskiej i czekali aż ustawi do zdjęcia, upozuje. Przejrzałem dzisiaj też książki Taty i znalazłem powieść, której szukałem, którą od dawna chciałem przeczytać, Grigorija Kanowicza "Świece na wietrze". Tylko kilka zdań opisu: "Nasycony poezją i barwą opis nie istniejącego już świata żydowskiej biedoty, w którym twarde prawa życia przeplatały się z mistyką, a rozmowy i targi z Bogiem były chlebem powszednim". Pożyczam więc do Warszawy. Pożyczam też Mariusza Szczygła "Na każdy temat. Talk show do czytania", bo jest w tej książce zapis programu z morderczyniami, a przyda mi się zawodowo - pisałem niedawno, że zacząłem próby do spektaklu Anny Mentlewicz, którego bohaterka... No właśnie, nie chcę opowiadać. W każdym razie akurat ten rozdział przyda mi się bardzo.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

The best of the best!

poniedziałek, 24 grudnia 2007 10:34
Jedni czekają na Święta, inni ich nienawidzą. W ostatnich tygodniach słyszałem wiele na temat przygotowań, prezentów, i że "nie mogę się doczekać", wiele o magii, radość i rodzinnej atmosferze, ale słyszałem też "to najgorszy czas w roku, nienawidzę Świąt". Jedni czekają na spotkania przy wigilijny stole, inni wpadają w depresję. Chyba we wczorajszych "Wysokich Obcasach" był zabawno-gorzki felieton Joanny Szczepkowskiej o wigilijnych rodzinnych spotkaniach (a wiadomo, co to czasem oznacza) i żeby się chciało chcieć.
Oby ten czas był dla wszystkich piękny. Oby był odpoczynkiem i spotkaniem z ludźmi, których kochacie. Dla jednych i dla drugich, magicznych Świąt i wszystkiego, co najpiękniejsze.
A jeśli Wasi krewni szczypią w policzki i dziwią się, jak urosliście, jeśli zastanawiają się, czy oczy po mamie, a nosek po tacie, ti-ti-ti, zawsze można się schować w sobie, w swojej wyobraźni, bo jak napisała kiedyś moja koleżanka-psychoterapeutka Katarzyna Miller warto mieć w sobie stołeczek, na którym można usiąść i tak schować się. I pewnie zawsze obok tego stołeczka można postawić choinkę. Zapach świerku, wdech, wydech. Prawda, że dobrze?

Wszystkiego, co piękne!


Podziel się
oceń
0
0

Przedświątecznie

piątek, 21 grudnia 2007 19:03

Szukanie prezentów dla Rodziny i Przyjaciół jest inspirujące. Jakby droga sama prowadziła, bo przez przypadek trafiam na prezenty, które wiem, że wywołają uśmiech, czy wzruszenie. Lubię szukać prezentów i nie umiem dochować terminów, chciałbym dać natychmiast, od razu, dlatego czasem kupuję kilka dla tej samej osoby i wtedy mogę je "dozować". Święta za moment. Słucham "That's what friends are for". Piosenkę, która wyjątkowo mnie nastraja, bo wierzę w przyjaźń.

Poza tym jestem nakręcony, bo niedawno zacząłem próby (tym razem jako reżyser) do monodramu Anny Mentlewicz "Kochany synu", którego zagranie zaproponowałem Elżbiecie Czerwińskiej, aktorce, która próbuje wrócić do zawodu, która miała dużą przerwę i ma ogromny głód grania. Wierzę, że taka nieobecność, takie doświadczenie zawodowego głodu przekłada się na szczerość, na prawdę. Jednym z decydujących argumentów, żebym podjął się reżyserowania tej sztuki, nie będąc reżyserem, jest właśnie Elżbieta Czerwińska, którą od dawna namawiam na powrót zawodowy i której powtarzam: "Zrób teraz coś dla siebie". A podjąłem się też, bo "jeszcze nigdy brak kompetencji nie powstrzymał mnie przed zaangażowaniem się z entuzjazmem".

Pamiętam, że kiedy w TVP Kultura zaproponowano mi reżyserowanie mojej własnej sztuki "Naznaczeni" (czego się oczywiście podjąłem) zapytano mi, ile dni potrzebuję na próby w TV. Powiedziałem: "Cztery, no może pięć". "Wystarczy?" "Nie jestem reżyserem. Gdybym nim był, pewnie wiedziałbym, co robić przez więcej dni. Pięć dni, nie wiedząc, co robić, to i tak ogrom do zagospodarowania". No i zrobiliśmy mam wrażenie mocny i ciekawy spektakl z Tomirą Kowalik i Urszulą Dudziak, kilka razy powtarzany. 

Nie wiemy, gdzie nas ta droga zaprowadzi, ale siedzimy po uszy w tekście, odnajdując w nim co chwila coś, nad czym się zatrzymujemy, rozmawiamy. To dosyć trudny, traumatyczny tekst o kobiecie, która przeszła więcej niż wydawałoby się, że można unieść. A jednak...

Poza tym piszę powieść (choć najwłaściwiej byłoby powiedzieć, że przygotowuję się do napisania powieści) i mam coraz konkretniejszą jej wizję. Zapisuję dialogi, fragmenty scen.

A kiedy nie mogę spać czytam nową, fascynującą powieść Anny Boleckiej. Jedyna książka (choć jeszcze nie opublikowana), którą zabiorę ze sobą na Święta.

 


Podziel się
oceń
0
0

Czerwony autobus

wtorek, 18 grudnia 2007 23:55
Są obrazy, które nie wychodzą z głowy, które tak poruszają wyobraźnię, że nie przestaje pracować. 5 grudnia, w swoje urodziny, pani Barbara Krafftówna zaprosiła mnie na wystawę malarstwa flamandzkiego do Muzeum Narodowego. Korzystając z okazji obejrzeliśmy też wystawę malarstwa polskiego. Zobaczyłem tam jeden z najdziwniejszych i chyba najbardziej niezwykłych obrazów: "Czerwony autobus" Bronisława Wojciecha Linkego. Pamiętam, że nie mogliśmy od tego obrazu odejść. Oglądaliśmy go znajdując coraz to nowe detale, czytając jego fabułę - bo jest wyjątkowo fabularny. Pani Barbara Krafftówna zinterpretowała go jako opowieść o Holokauście, porównała do tekstów Hanny Krall.
Od tego czasu "Czerwony autobus" wciąż siedzi mi w głowie. Nie umiem go zapomnieć. Mało który obraz działa na mnie aż tak sugestywnie.
Tak się złożyło, że dzisiaj długo rozmawiałem z panią Barbarą i zaczęliśmy mówić o "Czerwonym autobusie". O tym, jak działa na podświadomość i świadomość, o tym, jak koresponduje z reportażami Hanny Krall, o tym, że powinien zainspirować niejednego scenarzystę i filmowca. I że właściwie można by go sfilmować szczegół po szczególe, postać po postaci i z tego właśnie ułożyć film. Ale czy każda inspirowana sztuka nie byłaby jedynie podjętą próbą? Przecież obraz Linkego jest pełen, jest totalny.
Dzisiaj szukałem wiadomości o Linkem. To był dopiero życiorys. Świadek rewolucji lutowej, przyjaciel Witkacego, uciekał przed nazistami, bojąc się reperkusji za karykatury Hitlera, które publikował w prasie, w 1942 roku zesłany na Ural.
"Czerwony autobus", który malował Linke
w ostatnim okresie swojego życia (i to przez kilka lat)  inspirował artystów. Jacek Kaczmarski poświęcił mu swoją piosenkę "Czerwony autobus" a także wiersz "Kanapka z człowiekiem".



Zdjęcie niestety nie oddaje całego kolorytu, barw, nastroju. Warto odnaleźć ten obraz w Muzeum Narodowym. Warto go czytać.

Czerwony autobus
Kaczmarski Jacek


Pędzimy przez polską dzicz

Wertepy, chaszcze, błota

Patrz w tył - tam nie ma nic

Żałoba i sromota

Patrz w przód - tam raz po raz

Cel mgłą niebieską kusi

Tam chce być każdy z nas

Kto nie chce chcieć - ten musi



W czerwonym autobusie

W czerwonym autobusie

W czerwonym autobusie mija czas



Tu stoi młody Żyd

Nos zdradza - Żyd czy nie Żyd

I jakby mu było wstyd

Że mimo wszystko przeżył

A baba z koszem jaj

Już szepce do człowieka

Wie o tym cały kraj

Że Żydzi to bezpieka



Więc na co jeszcze czekasz

Więc na co jeszcze czekasz

Więc na co jeszcze czekasz - w mordę daj



Inteligentna twarz

Co słucha zamiast mówić

Tors otulony w płaszcz

Szyty na miarę spluwy

A kierowniczy układ

Czerwony wiodąc wóz

Bezgłowa dzierży kukła

Generalissimus



Dziełem tych dwóch marszruta

Dziełem tych dwóch marszruta

Dziełem tych dwóch marszruta - luz i mus



Za robotnikiem ksiądz

Za księdzem kosynierzy

I ktoś się modli klnąc

Ktoś bluźni, ale wierzy

A robotniczy herszt

Kapować coś zaczyna

Więc prosty robi gest

I rękę w łokciu zgina



Nie ruszy go lawina

Nie ruszy go lawina

Nie ruszy go lawina - mocny jest



A z tyłu stary dziad

W objęcia wziął prawiczkę

Złośliwy czycha czart

W nadziei na duszyczkę

Upiorów małych rząd

Zwieszony u poręczy

W żyły nam sączy trąd

Zatruje i udręczy



Za oknem Polska w tęczy

Za oknem Polska w tęczy

Za oknem Polska w tęczy - jedźmy stąd

*

Kanapka z człowiekiem (Jacek Kaczmarski)
  Ostry nóż wchodzi w chleb
Deszcz okruszków sypie się
Grzęznę w tłuszcz, z oczu łzy
W ciepłych strużkach płyną mi

To cebuli żółte młyńskie koła
Przygniatają mnie do kromki
Wsmarowali mnie od czoła
Aż po kręgi i korzonki

Przyprawiają według karty
Sól mnie szczypie w nos, pieprz wierci
A ja wcale nie chcę być pożarty
Mnie nie spieszy się do śmierci

Jakim prawem starcy ludojady
Przyżądzają sobie tę kanapkę
Wrzeszczę przygnieciony i bezradny
Wciskam w tłuste masło łapki
Jeszcze sokiem z cytryn mnie spryskują
Żebym przed spożyciem skurczył się
Przecież ktoś się musi za mną ująć
Tak po prostu wszak nie zjedzą mnie!

Drgnął mój chleb, unosi dłoń go wzwyż
Boże!
Czuję dech, zgłodniały widzę pysk!
Może
To jest żart, czy śmiać się mam czy łkać?
Patrzę
W lśnienie warg, co zaczynają drgać!
Nagle
Otchłań ust i zębów biała grań
Woni
Zgniłej chlust! Ruchomą widzę krtań!
Bronię
Się co sił... wtem trzask i mrok mnie skrył!!!

Masło świetne, chleb wspaniały
Człowiek z lekka był zgorzkniały

*

PS
Podobno Linke namalował "Czerwony autobus" interpretując "Wesele" Wyspiańskiego. Znajduję zupełnie inną opowieść.




Podziel się
oceń
0
0

Uwiedziony

poniedziałek, 17 grudnia 2007 23:20
Czytam nową powieść Anny Boleckiej "Uwiedzeni", czytam dodatkowo szczęśliwy, że mam okazję zamieszkać w niej długo przed jej publikacją. Jeden z fragmentów słyszałem w wykonaniu autorki kilka miesięcy temu w ramach "Salonu Pisarzy" Biblioteki Narodowej. Myślę, że to będzie jedna z największych, najpełniejszych powieści Boleckiej, poruszająca jej tematy i pisarskie obsesje, w tym zło i okrucieństwo, wcześniej najwyraźniejsze w powieści "Kochany Franz" o Kafce.
Czytam i czuję się wtajemniczony. Zwłaszcza, że Anna Bolecka jest jedną z moich ulubionych autorek. Jedną z najważniejszych.

A w TVP Kultura Artur Rubinstein wchodzi z Mirą Zimińską do siedziby "Mazowsza". A teraz już Mazowsze śpiewa Rubinsteinowi, że "pewnie mnie czeka mój Filon miły pod ulubionym jaworem".
 I zastanawiam się, jak w ogóle mogłem funkcjonować bez TVP Kultura tyle czasu. Dzisiaj wpadłem jak narkoman. Najpierw oglądając "Personel" Krzysztofa Kieślowskiego z fantastyczną rolą Juliusza Machulskiego (tym razem oglądałem zupełnie inaczej, sam jako pracownik teatru) - i zachwycałem się po raz kolejny, jaki dokument nakręcił Kieślowski kręcąc przecież fabułę.

A teraz Mira Zimińska mówi do Rubinsteina, że ma żal, bo w swoich pamiętnikach napisał, że często się kocha i teraz jej młodzież, jej tancerze, których trzyma krótko, mówią: "pani nam nie pozwala, a mistrz Rubinstein się kochał..." "A ja im mówię - tłumaczy Zimińska - jak będziesz Rubinsteinem, to ci pozwolę!".
To dokument z ostatniej wizyty Rubinsteina w Polsce.

W TVP Kultura obejrzałem też ciekawą rozmowę Jerzego Sosnowskiego z kompozytorem Wojciechem Blecharzem i dziennikarką Ewą Szczecińską o niedawno zmarłym Karlheinzu Stockhausenie, o którym bardzo ciekawie pisała Dorota Szwarcman na swoim blogu na stronie Polityki:

Stockhausen do muzeum - koniec epoki. Przecież był symbolem nowoczesności. Serializm, muzyka elektroniczna, aleatoryzm, muzyka intuitywna - wszystko to wprowadzał jako jeden z pierwszych, a jego talent sprawiał, że czynił to bardzo sugestywnie. Potem mistyczne klimaty, w jakie popadł (zawsze był przekonany o swym posłannictwie i kapłaństwie, ale dopiero z czasem te przekonania dostały się do muzyki jako temat), umiejscowiły go jakoś poza czasem(...) W ostatnich dziesięcioleciach funkcjonował trochę jak prorok, trochę jak enfant terrible(...) Jego słynne słowa po 11 września, że było to największe dzieło sztuki Lucyfera, wywołały powszechne oburzenie; to stwierdzenie mieści się w jego mitologii, gdzie Lucyfer odgrywa istotną rolę.

Dla mnie TVP Kultura to duże odkrycie. Poznaję, douczam się, słucham. A słuchać to już bardzo dużo.

Ponieważ cały weekend pracowałem, właśnie dzisiejszy wieczór spędzam odpoczywając. Oglądam, czytam, trochę piszę. Albo po prostu patrzę na choinkę, która pachnie lasem, bo żywa, w donicy.

Artur Rubinstein zagrał Poloneza As-dur op. 53, po raz ostatni w Polsce. Wstał od fortepianu. Ukłonił się.


Podziel się
oceń
0
0

Nałogowiec

niedziela, 16 grudnia 2007 22:51
Sobota w drodze z Wrocławia (od 2001 roku byłem zaledwie trzy razy!), choć jeszcze wczoraj po śniadaniu spotkanie - w klimatycznej kawiarni "Borówka" (tylko czemu taka nazwa?) przy Rynku - z Jackiem Antczakiem, autorem "Reporterki", czyli rozmów z Hanną Krall. Przede wszystkim więc rozmowa wokół ostatniej książki Reporterki "Król kier znów na wylocie".
Wrocław głównie kulinarny. Ze specjalną agentką Scully zwiedzaliśmy restauracje (w piątkowy wieczór prawie bez wolnych miejsc). Dwa odkrycia to sushi "Kyoto" przy ulicy Wita Stwosza i "Pod Gryfami" w Rynku. Polecam. Nadzwyczajne smaki.

Po powrocie do Warszawy chciałem jeszcze pisać, ale akurat na kanale HBO emitowany był film dokumentalny "Nałogowiec" o amerykańskim dziennikarzu Ricku Kirkhamie. Film, który wciągał jak najlepszy reportaż, to znaczy wciągał jak bagno. Dawno już nie widziałem tak wstrząsającego dokumentu. Rick Kirkham od 14 roku życia nie rozstaje się z kamerą. W pewnym sensie prowadzi wideopamiętnik. W ten sposób nagrał kilka tysięcy godzin filmu o sobie. Dokument HBO to montaż wybranych fragmentów tego pamiętnika. Materiał, od którego nie można się oderwać. Pierwsze sekwencje poświęcone są sukcesowi Kirkhama, który jest królem życia. Prowadzi popularny telewizyjny program "Inside Edition", próbuje ekstremalnych sportów. Ma piękny dom, mieszkania w Nowym Jorku i Los Angeles, oświadcza się ukochanej, bierze z nią ślub, rodzi się ich pierwsze dziecko. A jednak, oglądając ten idealny świat idealnego człowieka wyczuwamy napięcie. Kirkham filmuje siebie i żonę, ale przecież sam jest selekcjonerem, reżyserem ich życia. Przypomina to fabułę "Amatora" Krzysztofa Kieślowskiego. W świat jak z bajki wdzierają się konflikty, początkowo żona konkuruje z kamerą. Poddaje się. Rick wyjeżdża do pracy w Nowym Jorku, żona zostaje z dzieckiem w domu, nagrywa na prośbę Ricka . Ten nagrywa siebie w nowojorskim mieszkaniu-spelunie. I już coś nam zaczyna nie pasować. Rick oznajmia, że teraz nagra ku przestrodze. Nagra, żeby zapamiętać tę chwilę. Być może dzięki temu łatwiej mu będzie zerwać z nałogiem. I dowiadujemy się, że tym nałogiem bynajmniej nie jest filmowanie. Kirkham jest od lat uzależniony od narkotyków. Pali cracka. Opowiada wrażenia. Pali cracka za crackiem. Kamerę włącza ponownie nad ranem. Mówi, że nie może się ruszyć, nie może pójść do pracy, że to już piąty raz w tym tygodniu. Od tej chwili będziemy obserwować Ricka idealnego ojca w domu, z rodziną i Ricka-narkomana przyjeżdżającego do pracy w Nowym Jorku. Aż zaczną się poważne problemy rodzinne, konflikty, agresja. Rodzi się drugi syn. Daje nadzieję i motywację do uwolnienia z nałogu. Jednak narkotyki są silniejsze. Rick raz po raz nagrywa swoje narkotyczne kace. Opowiada o tym, jak się zabija. Idealny człowiek niszczy swoją rodzinę. Żona wzywa na pomoc policję. Interwencje w ich domu są coraz częstsze. Dzieci płaczą, nie rozumieją, co dzieje się z rodzicami. Nie lubię opowiadać filmów, bo to nieprofesjonalne, ale wiem też, że HBO nie jest powszechnym kanałem, więc tym razem robię to z premedytacją. Rick traci pracę. Na sekretarkę nagrywają się koledzy, którym winny jest pieniądze. Musi dotknąć dna. Ale dna wciąż nie widać. Chociaż jest coraz gorzej. Obserwujemy to mając do siebie pretensje. Bo forma wideopamiętnika czyni z nas podglądaczy. Czułem, że chcę w końcu trzasnąć drzwiami i wyjść z domu Kirkhamów. Ale nie umiałem przerwać. Nie mogłem wyłączyć telewizji.
Rick próbuje się leczyć, ale skutek jest marny. Wraca do nałogu. Przez chwilę wydaje się, że znów ma szansę, bo dostał robotę. Tym razem w lokalnej telewizji w Teksasie. To nie to samo, co król życia, prowadzący "Inside Edition", gdzie skakał na bungi albo wchodził na ring bokserski. Ale praca. Szansa. Kirkhamowie przenoszą się ze swojego wielkiego, pięknego domu, do drewnianej chaty w lesie. Wciąż wierzą, że będzie dobrze, tłumaczą sobie, że są szczęśliwi. Do momentu, w którym Rick straci posadę. I znów mam ochotę wyłączyć telewizor, ale jednak nie robię tego. Nie jestem tylko widzem. Czuje się podglądaczem, współuczestniczącym. Rick komentuje swoje stany do kamery. Mówi, że jedzie zabić ojca. I tutaj powinienem poprzestać, żeby nie opowiedzieć wszystkiego, choć jestem już bliski końca.
Wciąż myślę o tym filmie. Profil Ricka Kirkhama znalazłem na myspace. Nie przestał filmować. Nałogowiec. Człowiek, który zniszczył siebie przed kamerami, który pokazał światu, jak upada. Może właśnie to tak bardzo intryguje?


Podziel się
oceń
0
0

Wrzuć monetę...

czwartek, 13 grudnia 2007 10:06
Wczorajszy wieczór u pani Marii Iwaszkiewicz. Oczywiście rozmowa o "Dziennikach" ojca, których dwa tomy czekają na wydanie. Ale każda rozmowa z panią Maria to rozmowa na dziesiątki tematów. Pani Maria jest chodzącą opowieścią. Ma znakomitą pamięć. Przywołuje szczegóły sprzed dziesiątków lat, jakby to wszystko działo się wczoraj. Uświadomiłem sobie, że jej opowieść o współczesnych to właściwie historia Polski w soczewce. Historia narodu i kultury. Bo choć czasy się zmieniają, choć zmienia się tło społeczne i polityczne, to ludzie się nie zmieniają. Ludzie, których pani Maria przywołuje, ci, których nie ma już wśród nas, mają takie same wady, takie same śmiesznostki, przywary i zalety jak my. To jedna piękna i epicka opowieść o Polsce.
"Pani Mario, musi pani nagrywać. Nikt nie zna, nikt już nie pamięta, musi pani to zachować" - prosiłem wczoraj.
"Teraz nagrywam wspomnienia o wydawnictwie Czytelnik. Powiedziałam właśnie, że nie zapiszę, a nagram i nagram wszystko, co mi się przypomina, nie będę selekcjonować. Nagram to, co mam w pamięci. Jestem za stara, żeby cenzurować".
I jeszcze zdanie z opowieści o Ojcu: "Ojciec właściwie o tym nie pisał nigdzie. Ale musiał wiedzieć, co będzie po wojnie. Znał Wschód. Jego brat, Bolek, przeżył tam potworne doświadczenia. Ale wojna była tak straszna, że wszystkim się wydawało, że to może się skończyć. Ja myślę, że ojciec przez całe życie próbował uratować substancję. Zachować to, co najważniejsze. Oszczędzić substancję narodu, polskości. Oszczędzić substancję polskiej kultury, Związku Literatów. I wiedział, że żeby to zrobić, trzeba się na pewne sprawy po prostu godzić".
Fascynującą postacią jest Jarosław Iwaszkiewicz. Czytając jego "Dzienniki" odnosi się wrażenie, że przez całe życie uciekał. Niewiele szczęścia przebija z kart jego wspomnień. Nawet jasne momenty nie wyglądają na szczęśliwe.

Od wczoraj mam TVP Kultura i szerszą ofertę programów telewizyjnych z Telekomunikacji Polskiej. I właściwie od wczoraj mnie to śmieszy. Bo jeśli Telekomunikacja wymyśli pomysł na promocję, wymyśli super ofertę i super produkt, to i tak jak z Barei. Mam teraz możliwość oglądania filmów wideo z oferty Telekomunikacji, wybiera się ikonkę filmu i ogląda za kilka złotych, które doliczane są do rachunku telefonicznego. OK. Ale... No właśnie. Żeby usługę aktywować trzeba zadzwonić na specjalną infolinię. Tyle że mam zastrzeżony numer telefonu i dzwoniąc tam słyszę, że mam zastrzeżony numer (jakbym nie wiedział), więc nie mogę się połączyć (ciekawe). Jest też drugi sposób. Można pójść do Biura Obsługi i kupić specjalną zdrapkę z kodem aktywującym. I właśnie to mnie śmieszy. Że mam telewizję na zdrapkę. To trochę tak, jakbym sobie w domu postawił telefon na żetony.
Uśmiechniętego dnia.


Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 814  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl