Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

bukiniści

poniedziałek, 30 listopada 2009 11:00
Sam środek promocji książki. Różne miłe obowiązki. Wieczorem, w Teatrze Na Woli, spotkanie promujące "Hotel Europa". To trochę jak premiera, bo teraz książka wędruje do Czytelników i trzeba się z nią rozstać, przejść do innego tematu, innej sprawy. Ale to miły moment.
A sam czekam na chwilę, kiedy będę mógł wpaść w nową powieść Olgi Tokarczuk, którą kupiłem w sobotę, biegnąc na zajęcia ze studentami. Jestem czytelnikiem Tokarczuk od pierwszej jej książki. Jestem fanem jej prozy. Zawsze zostaje we mnie na długo. Tym razem napisała kryminał ekologiczny, jak czytam, bardzo jestem tej formy, tego gatunku ciekawy. Na razie tak wiele się dzieje, że mogłem tylko tę książkę pogłaskać, ale już niedługo poczytam, nadrobię, opowiem.
Właśnie, kiedy biegłem na zajęcia pięknym, poszerzonym Krakowskim Przedmieściem, zauważyłem na jednym ze stoisk bukinistów książki Mieczysława Rakowskiego, który mnie ostatnio bardzo interesuje, i tak chodziłem ze stoiska na stoisko, bo bukiniści mówili: "A jeszcze pan czegoś szuka? Mam jego 'Amerykę', bardzo trudno ją dostać, no musi pan kupić". No i kupiłem jeszcze jedną, i jeszcze jedną. W końcu również książkę, już nie Rakowskiego, którą kiedyś czytałem, ale nie mam własnej "Komedianci" - o aktorach i bojkocie aktorskim w stanie wojenny. Naprawdę skarby się na tych stoiskach trafiają.
Nie umiem nie mieć książek na własność, swoich, które ze mną zamieszkają. Rozumiem pana Ryszarda Kapuścińskiego, który musiał mieć te wszystkie arcyciekawe tomy w swojej pracowni. W takiej pracowni pełnej książek można poczuć się jak w cieniu drzew. To jest niezaprzeczalna wartość książki drukowanej nad jakąkolwiek jej elektroniczną formą.
Obejrzałem "Funny games" Michaela Hanekego. Właściwie obejrzałem pięćdziesiąt minut i nie byłem w stanie oglądać więcej. Czułem się jak w środku najokrutniejszych doświadczeń Zimbardo. Nie rozumiem, po co nakręcono ten film, co miał Haneke na celu, a przecież nakręcił aż dwie wersje tego filmu, niemiecką i amerykańską, chociaż są identyczne, także w realizacji.
Wszystko się we mnie gotowało, miałem wewnętrzny protest na to, co widzę. Myślałem, że rzucę w ekran, tak reżyser próbował mną, widzem, manipulować. W ogóle nie rozumiem, co ten film ma wspólnego z kinem. Nie wybaczę tego filmu. O, nie!

Podziel się
oceń
0
0

Lato

czwartek, 26 listopada 2009 22:05
Miałem napisać: "dzisiaj jest strajk. Nie mam siły nic napisać", ale szybko się z tego wycofałem, bo najważniejsze to umieć się zmobilizować, prawda?
Na biurku coraz mniej miejsca, bo góry książek rosną, ale ekran wciąż widzę, nie ma strachu. Coraz to nowe tytuły wprowadzają się do mojego życia, tylko już coraz mniej czasu na czytanie. Dzisiaj wycinałem z gazet z tygodnia różne teksty, które warto zachować. I tak natrafiłem na wiersz, który mnie zatrzymał, który na chwilę we mnie zamieszkał.

Adam Zagajewski


Lato '95


To było lato nad Morzem Śródziemnym, pamiętasz,
w pobliżu Tulonu, suche lato, zachwycone sobą,
mówiące w trudnym do uchwycenia dialekcie,
tak że rozumieliśmy tylko strzępy słonych słów,
to było lato w ukośnym świetle wieczoru, w bladych
plamach gwiazd nocą, kiedy milkł gwar
niezliczonych nieważnych rozmów i tylko
milczenie czekało, aż odezwie się senny ptak,
lato w codziennej eksplozji południa, kiedy nawet
cykady mdlały, to lato, kiedy błękitna woda
otwierała się gościnnie, tak gościnnie,
że zupełnie zapominaliśmy o amforach leżących
od paru tysięcy lat na dnie morza, w ciemności,
w samotności; to było lato, pamiętasz,
kiedy wiecznie zielone liście ligustru śmiały się,
to był lipiec, kiedy zaprzyjaźniliśmy się
z tym młodziutkim czarnym kotem,
który wydawał nam się tak inteligentny,
to było to samo lato, kiedy w Srebrenicy
zabijano mężczyzn i chłopców;
a tam niezliczone suche wystrzały
i zapewne także upał i kurz,
i cykady, śmiertelnie przerażone.

Podziel się
oceń
0
0

w ramiona pamięci

środa, 25 listopada 2009 20:51
Przed paroma dniami wspominałem tutaj Wierę Gran. Polskie Radio emitowało właśnie dużą audycję Jej poświęconą, w której również wziąłem udział. Fragmenty nagrań i wypowiedzi można znaleźć tutaj:

http://www.polskieradio.pl/kultura/tags/artykul123289_tajemnice_wiery_gran.html

Również nagrania piosenek Artystki.
Sam słucham pięknej płyty "Teresa Żylis-Gara. Arie operowe" wydanej przez Polskie Nagrania, którą dzisiaj otrzymałem od impresario pani prof. Żylis-Gara, w rewanżu za przesłane egzemplarze "Hotelu Europa".
Na płycie arie z oper Moniuszki, Czajkowskiego, Smetany, Dvoraka, Verdiego, Pucciniego, Mozarta i Gounoda. W sumie prawie 80 minut fenomenalnej wokalistyki. Nie miałem tej płyty. Tak się cieszę z tego prezentu.
W rozmowie, którą zamieściłem w "Hotelu Europa", a która wcześniej nie była nigdy publikowana, pani prof. Żylis-Gara mówiła m.in.
"Obcowanie z muzyką tworzyło dla mnie teren pozbawiony min czy innych niebezpiecznych pułapek. Byłam młoda i bardzo szczęśliwa, nie bałam się niczego(...) Z wiekiem inaczej postrzega się świat. W młodości wszystko wydaje się piękne, najlepsze. Później przychodzi czas na przewartościowanie. Coraz częściej wątpię. Uważam jednak, że doskonale daję sobie z tym radę. Tu dochodzi do głosu mądrość wpojona mi przez rodziców: że należy zadowalać się małym kąskiem, że nie trzeba sięgać za wysoko. Los był dla mnie łaskawy, dostałam bardzo wiele... ponad wszelką miarę... Sztuka zawsze będzie dla mnie najważniejsza. Przekazywanie wiedzy, własnych doświadczeń młodym śpiewakom jest kontynuacją mojej kariery, mojego życia, moich życiowych pragnień, kontynuacją mojej misji".
Sam teraz wracam do tych wywiadów, bo znów mam kontakt z ich bohaterami. Wysyłam, przekazuję egzemplarze, i znów rozmawiamy, przypominamy sobie, pytamy.
Myślałem dzisiaj o historiach ludzi, które do mnie przychodzą. Od jakiegoś czasu mam w głowie historię pani, która sprząta teatr, a jest na piosenkarskiej emeryturze. Powiedziała wczoraj: "Jestem taka szczęśliwa, że tu pracuję"... Ela mówi, że te opowieści mnie same wybierają, bo wiedzą, że potrafię z nich zrobić użytek. Wierzę w to. Wierzę w jakąś energię, która wędruje, często niezależnie od nas.
A może najważniejsze to wcale nie pytać, tylko słuchać, chcieć posłuchać, chcieć wejrzeć w sam środek opowieści, pozwolić jej się snuć, zawijać, zbaczać z drogi, motać, stać na rozdrożu? Poddać się tym historiom? Służyć im?
Nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania.
Wczoraj cytowałem wiersze Ireny Conti. Długo jeszcze mieszkałem w jej poezji i trafiłem nagle na wiersz dedykowany Ewelinie Michalskiej. Znałem Ewelinę. Zresztą Irenę Conti poznałem tam, gdzie i Ewelinę, u Marii Szyszkowskiej w Strzelcach, pod Nałęczowem. Ewelina była maleńką panią i wspaniałą rzeźbiarką, która rzeźbiła wielkie metalowe kolosy. Jej rzeźby stoją niekonserwowane, skorodowane, zniszczone, zardzewiałe na Woli, między dwoma pasami ruchu na tej ulicy, która jest przedłużeniem Kasprzaka w stronę Woli. Być może przejeżdżacie tamtędy autem, czy autobusem i patrzycie na awangardowe metalowe rzeźby między dwoma pasami ruchu. Ich autorka, Ewelina Michalska była kobietą niezwykłą. Miała talent i potężną siłę. Była charyzmatyczna. Pomyślcie, patrząc na nie, że Ewelina była wzrostu Edith Piaf, była małym, ale silnym wróblem.
Nie żyje od kilku lat. I nagle, czytając wiersze Ireny, znajduję znów Ewelinę, widzę ją, jakby to było wczoraj.

Irena Conti
Pamięci Eweliny Michalskiej

Rzeźbione pędzlem obrazy
malowane dłutem rzeźby
te w muzeach galeriach domach
i te nieodmalowane niedorzeźbione
w zamyśle Twojego serca
w niecierpliwych dłoniach
artysty niepokoju i miłości
Bierzemy Cię teraz kruchą
w ramiona naszej pamięci
i przytulamy ostrożnie ale mocno
by niepamięć nam Ciebie nie odebrała
tak zupełnie


Czy istniałby świat bez opowieści? I czym by był?
Mam takie pytania, bo ciągle mieszkam w cudzych historiach. Są mi potrzebne. Są ważne.

Ktoś mnie zapytał, dlaczego zawsze pytam o dzieciństwo. Wczoraj obejrzałem wstrząsający film "Biała wstążka" Michaela Hanekego, tego od "Pianistki" i "Fanny games". Zrozumiałem, dlaczego pytam i dlaczego to ważne.

Więc "Hotel Europa".

A już w najbliższy poniedziałek promocja tej książki w Teatrze Na Woli:


 


Zapraszam też do obejrzenia trailera mojej sztuki "Oczy Brigitte Bardot" z Barbarą Krafftówną i Marianem Kociniakiem w reżyserii Macieja Kowalewskiego. Najbliższe spektakle w Teatrze Na Woli już w grudniu. Trailer tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=P5_Sh4zKKyA

"Ja pana w podróż wziąć pragnę" - śpiewa pani Barbara za Kaliną Jędrusik w naszym kolorywm i bajkowym spektaklu dla dorosłych.


Podziel się
oceń
0
0

zamieszkać

wtorek, 24 listopada 2009 19:07
"Hotel Europa" trafia do Czytelników. Pierwsze opinie, recenzje, słowa. Ktoś napisał, że sam mieszkam w jednym z pokoi tego hotelu. Ktoś inny, że w nim zamieszkał.
Wczoraj wieczorem, w drugim programie Polskiego Radia słuchałem audycji poświęconej Irenie Conti. Pięknie mówiła o niej pani Irena Rybczyńska. Opowiadała o tym, jak Irena budowała dom w Konstancinie i jak jej spłonął. I z jakim mozołem i wysiłkiem go odbudowywała. Ile domów Ireny spłonęło? Ile mieszkań, skrytek, piwnic i strychów, ile szaf i schowków spłonęło na terenie Utajonego miasta? A mnie wciąż siedzi w głowie scena, w której Irena, ukrywając się przez sześć tygodni w piwnicy na Jasnej wykopuje pilniczkiem studnię.
Wczoraj, w tej audycji udostępniono fragment archiwalnych nagrań Ireny. W jednym z nich mówiła o tym, że zamieszkać to najważniejsze, co można. Że nie ma nic ważniejszego, niż zamieszkać.
I teraz znów wracam do wierszy Ireny, tym razem sięgam po tom "Miłość-pokora-pojednanie".

Drzewo moje
ty coś mi domem
źródłem
oddechem
siewcą wiecznej nadziei
zielonym ukojeniem
i szumiącym niepokojem
jestem dopóki jesteś

Pisała Irena Conti. Pisała też:

Moje kartki złej pamięci
pozostają białe i nie pragnę
ich zapisywać przypominaniem zła
byłby to zaczyn dla nienarodzonej
chęci odwetu który konsekwentnie niszczy
wszystko i wszystkich

To dla mnie dziwne, ciekawe, że do wierszy Ireny wracam i czytam je zupełnie na nowo. Czy książka przeczytana po dziesięciu latach wciąż jest tą samą książką?

Wczoraj dostałem prezenty książkowe z Paryża. To tegoroczna lauratka Goncourta Marie Ndiaye "Trois femmes puissantes" i Anne Wiazemsky "Mon enfant de Berlin". Już nie mogę się doczekać, kiedy w nie wpadę, kiedy w nich zamieszkam. Ale wciąż tyle się dzieje, wciąż tyle tekstów czytanych i pisanych. Tyle słów i znaków. Pamiętam, jak jechaliśmy kiedyś z Ireną Conti pociągiem. Czytałem jej swoje wiersze, do których Irena napisała mi później posłowie. Lubiła taki mały cykl, który nazwałem "Tryptykiem na poduszce". Przełożyła kilka z nich na włoski. Kiedy czytałem jej jeden z nich, nie wiedziałem, co może w nim znaleźć, dzisiaj wiem, że w nim była jej historia.

Tryptyk na poduszce 1

oczy Twoje
przychodzą ze zmierzchem

przed snem
przychodzi strach
że nie usłyszę
jak wołasz

zrodzona przez dzień
rodzisz noc
by powstać
na nowo

Podziel się
oceń
0
0

spełnienie

niedziela, 22 listopada 2009 16:55
Ciągle siedzę w pisaniu, inne sprawy odsuwam na plan dalszy, a że od siebie wymagam, to i coraz mniej śpię ze stresu, że nie zdążę przed terminami. Na ogół to mnie jednak motywuje i wysyłam teksty przed czasem.
A wywiad wcale nie jest mniej wymagającą formą. Dopiero wyszedł "Hotel Europa", a już od jakiegoś czasu siedzę w książce, która jest wywiadem-rzeką, w książce, którą na razie jeszcze trzymam w tajemnicy, ale nad którą pracuję solidnie. Martwi mnie tylko, że zarzuciłem znów pisanie powieści. Wrócę do niej. Tłumaczę sobie, że czas działa na jej korzyść, że jej pisanie musi potrwać. A że jestem uparty osioł, to skończę na pewno.
W weekend zrobiłem sobie tylko dwie przerwy. Pierwszą wczoraj, na obejrzenie filmu "Pusty dom" Kim Ki-duka, który obejrzałem w kinie kilka lat temu, i który tak mi zapadł w pamięć, że kiedy wyszedł na dvd, musiałem go kupić, żeby mieć, żeby móc do niego wracać. Pisałem o nim na tym, lub poprzednim blogu. Niezwykła opowieść o miłości skazanej na niepowodzenie (ale przecież nie do końca) i parze kochanków, którzy ograniczyli się jedynie do swojego świata. On chce być niewidoczny, przezroczysty i właściwie osiąga swój cel. Ona, żyje dla niego, będąc z innym. A są w miłości pełnej, takiej, która sobie wystarcza. Oczywiście pozostaje pytanie, dlaczego nie wyzwolą się całkowicie i będę nie tylko ze sobą, ale i ze światem, w którym ich miłość nie będzie zakazana. Nie chcę opowiadać tego filmu, ale jest nieoczywisty, a to w kinie i literaturze kocham najbardziej. Taki świat wywrócony na drugą stronę podszewki, którego może nie rozumiemy, ale który jest rozwiązaniem, alternatywą, który uruchamia wyobraźnię i który nie wychodzi z pamięci.
Druga przerwa w pracy nastąpiła dzisiaj. Postanowiłem w końcu obejrzeć film "Upał" Kazimierza Kutza wg scenariusza Jeremiego Przybory i Jadwigi Berens. Również na płycie dvd. "Upał" znałem z różnych fragmentów, ale dopiero dzisiaj obejrzałem w całości. To jest cudo. Jak to możliwe, że w szarym, siermiężnym, okrutnym czasie PRL-u, w roku 1964 powstał tak abstrakcyjny, surrealistyczny i właściwie uderzający kolorem (mimo że taśma czarno-biała) film? Oglądając go zastanawiałem się, czym był w tamtym czasie dla publiczności? To przecież film, który właściwie dzieje się w głowie, w wyobraźni, który nie ma granic ani barier, który jest nieokiełznany. Przypomina może wczesne filmy Felliniego. Oto, z polecenia premiera, który udaje się na odpoczynek dwaj Starsi Panowie (oczywiście Przybora i Wasowski) otrzymują polecenie pilnowania miasta omal wyludnionego z powodu upału. Na pomoc przychodzi im żeńska Brygada Przeciwudarowa, którą kieruje Zuzanna (Kalina Jędrusik). Jedna z pielęgniarek z tej brygady mówi: "Jestem urodzona z ojca spawacza na gorąco i z matki drobnej inteligentki. Ojciec bijał, ale w matkę nie trafiał, bo była tak drobna". Takich zdań, dialogów w tym filmie jest mnóstwo. Nieoczekiwanie do miasta przyjeżdża koleją ciemnoskóry ambasador egzotycznego państwa (Wiesław Michnikowski). Okazuje się, że nikt go nie wita, nawet mała dziewczyna z kwiatami, choćby była z nieprawego łoża. Wściekły postanawia złożyć notę dyplomatyczną. Ale... jego samochód zatrzymuje się przez Barem Barbarki (re-we-la-cyj-na! Barbara Krafftówna), w którym chce kupić dyplomatyczny pieróg, bo swój ze złości rzucił pod koła pociągu. Barbarka może i zainteresowałaby się egzotycznym ambasadorem, gdyby nie Anatol (Wiesław Gołas), który od dawna usiłuje naprawić dziurę w ulicy... Jest też Kornel (Krzysztof Litwin) z Romea i Julii, czyli Domu Mody, ale biedny nie może się Barbarce oświadczyć, bo zasypia w trakcie oświadczyn. No i jest pani Grzanka, która wygląda jak Anita Ekberg z "La Dolce Vita". Jak zapobiec międzynarodowemu konfliktowi spowodowanemu złożoną dyplomatyczną notą? Dalej już nie opowiem. Dla mnie ten film jest jak bombonierka. Oglądając go, właśnie z powodu absolutnej abstrakcji odjechałem od całego świata, jakby się kręcił w mojej głowie. Cudo!

A za chwilę na scenę w Tychach wychodzi Ela Czerwińska, która pojechała tam zagrać monolog Joan, z "Opowieści o raku", jaki przygotowaliśmy kiedyś. Dzisiaj gra go na rzecz hospicjum, dla rodzin Tych, którzy odeszli. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak dzisiaj będzie mówiła ten monolog, widząc ludzi, których świat w części odszedł. Kiedy do niej dzwoniłem, była bardzo zestresowana. Właśnie tą okolicznością.

I tak się mieni życie i śmierć, tak się wciąż wszystko przeplata. Dzisiaj, na blogu Krystyny Jandy, przeczytałem smutną wiadomość o śmierci aktorki Marii Klejdysz, którą warszawscy widzowie znają choćby z Teatru Polonia, gdzie grała - znakomicie - Anfisę w "Trzech siostrach", czy choćby ze spektaklu "Starość na placu Konstytucji". Marię Klejdysz poznałem przed laty, w Skolimowie, gdzie mieszkała do śmierci, była najbliższą sąsiadką Stachy Zawiszanki (mieszkały drzwi w drzwi). Słuchałem z zainteresowaniem ich wspólnych krakowskich opowieści i przygód. Kiedy spotykałem Marią Klejdysz, zawsze odnosiłem wrażenie, że jest osobą, artystką, która nie chce od świata nic więcej ponad to, co od niego dostaje, że nie ma wymagań, oczekiwań, że uśmiecha się i cieszy na każdą, nawet najmniejszą propozycję. Była szczęśliwa, że może pracować, wchodzić na scenę, stanąć przed kamerą, chociaż zazwyczaj były to niewielkie role, epizody. Była jedną z najszczęśliwszych, spełnionych aktorek, jakie poznałem. Muszę odnaleźć piękne zdjęcie z młodości, jakie mi kiedyś podarowała, na razie wklejam znalezione w internecie.




Podziel się
oceń
0
0

wiatr pustynny

piątek, 20 listopada 2009 21:51
Słucham przejmującej płyty Renate Jett i wiem, że tak wiele jest tam za słowami. Cieszę się, że przeszliśmy granicę, że odsłoniła przede mną trochę ze swojej biografii i ze swojej duszy, zarówno w tej rozmowie, którą publikuję w "Hotelu Europa", jak i w tej, która niedawno ukazała się w "Wysokich Obcasach". Te dwie rozmowy ze sobą dialogują, współgrają. Coś odkrywają, coś przykrywają, bo dzieli je kilka lat.
Tak chcę się wyciszyć. Te dni to kalejdoskop, w którym barwy zmieniają się, jaśnieją, ciemnieją, weselą się i wyciszają. Chciałbym się wyciszyć. Emocje związane z publikacją książki i praca nad nową powodują, że budzę się w nocy, zdenerwowany, że wszystkiego nie zdążę, że za mało czasu, że za dużo wziąłem sobie na głowę. Ale z drugiej strony, co wybrać, kiedy wszystko mnie interesuje? Mam poczucie, że życie w kalejdoskopie jest pełniejsze od życia zatrzymanego w fotoplastikonie.
Renate śpiewa akurat: and the revolutions starts.
Zaczyna się rewolucja. Zaczyna się każdego dnia.
Kiedy tak dużo się dzieje, szukam poezji. Potrzebuję jej organicznie. Potrzebuję, aby wejść w ten świat między słowami, który nie jest wypowiedziany, więc który jest w ciszy.
O czym myślała Irena Conti pisząc to:

Osuwali się na ziemię poranieni
ścieżki w zieloność zasypywało piaskiem
oczom wymykały się oaza za oazą
jak utracone lata urodzaju
nie spełniona obietnica
pierwszej kropli wzmagała pragnienie
a wiatr pustynny zacierał starannie
drogi powrotu


Tak bardzo nie rozumiałem poezji Ireny, nie wiedząc, kim była naprawdę. Teraz do niej wracam, teraz w niej szukam, opowiadam sobie na nowo jej los, którego nigdy nikomu nie chciała opowiadać, kiedy jak wiatr pustynny zatarła starannie drogi powrotu z Utajonego miasta.


Podziel się
oceń
0
0

Wiera Gran

czwartek, 19 listopada 2009 20:34
Daty premier wydania moich książek zapisują się w pamięć na trwałe. Powieść "Bądź moim Bogiem" pojawiła się w księgarniach 2 sierpnia 2007 roku. Tego dnia zmarła moja Babcia. Dzisiaj w księgarniach pojawia się "Hotel Europa". Dzisiaj jest druga rocznica śmierci Wiery Gran, której dedykowana była właśnie moja powieść. Tak się losy plączą. Jestem szczęśliwy, że zdążyłem zawieźć "Bądź moim Bogiem" Wierze Gran, we wrześniu 2007 roku, że zdążyłem przeczytać poświęcone Jej fragmenty przy łóżku w Domu Świętego Kazimierza w Paryżu, który był Jej ostatnim adresem. To spotkanie opisałem kiedyś w tekście towarzyszącym płycie "Legendarna Wiera Gran", wydanej przez Polskie Nagrania.
Więc tak się losy plączą.
Posłuchajcie Wiery Gran, bo co możemy zrobić innego, żeby pamiętać?

http://www.youtube.com/watch?v=M502s2tNyJI

Dobrze, że zostają teksty, że zostają piosenki i pewnie jakaś energia po nas zostaje.
Przed chwilą kurier przyniósł nową porcję książek.
Przedstawiam:
Włodzimierz Nowak "Serce narodu koło przystanku"
Jan Ordyński i Henryk Szlajfer "Nie bądźcie moimi sędziami. Rozmowy z Mieczysławem F. Rakowskim"
"20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła".
Już nie mogę się doczekać, kiedy w nie wpadnę. Na razie mam jeszcze dużo, bardzo dużo pracy z książką, nad którą pracuję aktualnie, a którą na razie trzymam w tajemnicy.
I jeszcze na koniec zapis zdarzenia z weekendu. Szedłem do teatru, na zaproszenie znajomej aktorki, wszedłem do kwiaciarni, żeby kupić kwiaty.
Pani, która stała przed mną próbowała skomponować sobie bukiet: "O, i jeszcze ten poproszę" - mówiła wskazując różowy goździk.
"Ten?" - pyta kwiaciarka.
"Ten".
"Jest pani pewna?"
"Tak. A co?"
"A nic... Tylko ja bym tak nie wybrała. To się kupy nie trzyma, ale jak pani chce..."
"Tak, poproszę".
"Niech się pani zastanowi, dodać ten kolor to jest szczyt bezguścia".
"No wie pani, nie znam się na komponowaniu bukietów..."
"To widać, proszę pani... I w ogóle..."
"Co w ogóle?"
"To chce pani ten różowy goździk czy nie?"
"To może tamten, poproszę..."
"Tamten? Cu-dow-nie! To dopiero szczyt kiczu... To jest proszę pani koszmar, a nie gust. Oczywiście, ja go pani mogę dołożyć, klient nasz pan, że nie ma gustu, trudno, nie będę z tym dyskutować, ale jak pani chce..."
"A co pani proponuje?"
"Teraz mam proponować? Trzeba było wcześniej. Pytałam, za ile ten bukiet. Mnie się podaje cenę, a ja robię jak umiem. A gust, z przeproszeniem, mam. Teraz to ja już nie wiem, co tu można dołożyć, jak pani ten wiecheć sobie skomponowała. Nie daj Boże, chce go pani jeszcze komuś dać..."
"No, tak..."
"O, Boże"
"Słucham?"
"Do Boga wzdycham, niech się pani przyzwyczai, bo ten, kto ten wiecheć dostanie, zrobi to samo..."
"To co ja mam zrobić?"
"Teraz to się nad tymi kwiatami można tylko rozpłakać".


(Wiera Gran 1916-2007)

Podziel się
oceń
0
0

Hotel Europa już jest!

środa, 18 listopada 2009 17:43
"Hotel Europa" (wyd. Prószyński i S-ka) już jest. Nie jest to moja pierwsza książka, ale za każdym razem ciekawość egzemplarza jest wielka, a radość dziecięca. Kiedy przyjechały do domu paczki i zacząłem je rozpakowywać, poczułem się znów odświętnie. Marta pyta: "Pogłaskałeś książkę? I jaka jest, kiedy głaszczesz?"
Pogłaskałem.
Od jutra książka powinna być w księgarniach w całej Polsce. Teraz już nie jest moja, nic ode mnie nie zależy. Zrobiłem, co mogłem i co umiałem. Napisałem najlepiej, jak umiałem. Teraz wędruje do czytelników. Oby znaleźli w niej tyle samo radości.
Myślę o tych wszystkich światach, które spotkały się w pokojach Hotelu Europa. O opowieściach, które są bolesne i radosne, które walczą i się wyciszają. Tyle w nich sprzeczności, tyle w nich wszystkiego, co składa się na biografie.
Cieszę się, że Wydawca pozwolił mi nadać tej książce kształt, jaki sobie wymyśliłem, że pozwolił mi po rozmowie z Niką Strzemińską opublikować tekst o jej rodzicach, Katarzynie Kobro i Władysławie Strzemińskim, że czasem pozwolił mi zamieścić kilka rozmów z tą samą postacią, np. Anna Bolecka, Andrzej Seweryn, Ingmar Villqist.
Mnie samemu zależało, żeby ta książka miała dwie płaszczyzny - opowiadała o jej bohaterach i traktowała o dziennikarstwie, o zawodzie dziennikarza. Do każdej z rozmów napisałem komentarz traktujący o zawodzie i warsztacie dziennikarza.
Teraz książka wędruje do księgarń, a potem na biurka, parapety, do bibliotek i biblioteczek.
Już nie mam na nią wpływu.
Przed chwilą kurier zabrał egzemplarz dla Rodziców, chciałem, żeby dotarł do nich jak najszybciej.
Książkę zadedykowałem pani Zofii Janikowskiej, która w Starogardzie Gdańskim prowadziła księgarnię Atena i salon pisarzy. Dzisiaj ta księgarnia, ten dom książek i pisarzy już nie istnieje. Dlatego chciałem, żeby pozostał nadal, chciałem utrwalić piękną działalność Soni, i podziękować za nią. Księgarnia Atena w Starogardzie Gdańskim była pierwszym miejscem, w którym prowadziłem rozmowy z pisarzami - spotkania autorskie. Tak naprawdę to właśnie tam uczyłem się pytać. A przyjeżdżali wtedy do nas Stefan Chwin, Paweł Hulle, Aleksander Jurewicz, Anna Bolecka, Agata Tuszyńska, Stanisława Zawiszanka, Antoni Libera, prof. Maria Szyszkowska. Długo by można o tym pięknym, bogatym literacko i duchowo miejscu opowiadać.
Dzisiaj w miejscu Ateny jest sklep odzieżowy. Nie miałem odwagi wejść do środka, kiedy ostatnim razem odwiedziłem Starogard.
"Hotel Europa" dedykowany jest Zofii Janikowskiej. Chciałem, żeby Sonia zamieszkała w tej książce.


Podziel się
oceń
0
0

Rewers

poniedziałek, 16 listopada 2009 23:50
Przede wszystkim urodziny mojej specjalnej agentki, Scully, Agaty, której dzisiaj śpiewam nie tylko "That's What Friends Are For" ale również "Teach Me Tiger". Wszystkiego pięknego, zielonego (bo agencja GreenLight) i niech się spełnia, nawet, kiedy pełnia!

Prowadziłem dzisiaj w "Gazeta Cafe" spotkanie z Borysem Lankoszem, reżyserem i Andrzejem Bartem, scenarzystą filmu "Rewers". To było istne oblężenie. Wiele osób w ogóle nie dostało się na to spotkanie. Nie tylko sala, w której się odbywało był dosłownie wypełniona po brzegi, wiele osób siedziało na podłodze, ale i sala obok, w której publiczność słuchała z głośnika była wypełniona tak, że nie sposób przejść. Dla wielu osób była to nie tylko okazja do spotkania z twórcami obsypanego nagrodami filmu ale i obejrzenia go, bo "Gazeta" pokazywała kopię "Rewersu" tuż po spotkaniu.
Podjeżdżając do "Gazety" zauważyłem dosłownie tłumy na ulicy Czerskiej, która nie jest specjalnie uczęszczaną ulicą Warszawy. Mówię do taksówkarza: "O, Boże, a co tu się stało?" Do głowy mi nie przyszło, że ci wszyscy ludzie idą na projekcję filmu Lankosza. Kiedy wchodziłem do "Gazety" była 18.20, spotkanie zaczynało się o 19.00, a już właściwie nie było można wejść do środka. Spotkałem znajomych, którzy zrezygnowali z próby dostania się i postanowili od razu pojechać do kina.

"Rewers" obejrzałem wczoraj, w kinie Atlantic, na pokazie o 12.30, było trzy czwarte sali. Publiczność i młodsza i starsza, pamiętająca czasy stalinowskie. Reakcje widzów znakomite. Mnie film zachwycił. Dawno już nie widziałem polskiego filmu, który by mnie tak zauroczył, dosłownie od pierwszej do ostatniej sceny. Wybitny scenariusz Andrzeja Barta, autora głośnej powieści "Fabryka muchołapek", nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia i NIKE, więcej niż znakomite role Agaty Buzek (w końcu rola na miarę jej niezwykłego talentu), Krystyny Jandy (znowu zupełnie innej), Anny Polony (oby więcej propozycji filmowych dla tej wybitnej aktorki), Marcina Dorocińskiego (gra samego, wcielonego diabła), Adama Woronowicza (jedna z najkomiczniejszych scen w filmie, aktor wybitnie wszechstronny). Poetyckie stylizowane czarno-białe zdjęcia Marcina Koszałki. Ale przecież i wspaniała ścieżka dźwiękowa Włodka Pawlika. Film Borysa Lankosza precyzyjny, dopracowany, dopieszczony. Lata stalinowskie opowiedziane z dystansem, z poczuciem humoru. Film, który jest hołdem dla kina i dla jego twórców. To trzeba zobaczyć.
Niezdecydowani mogą posłuchać naszego dzisiejszego spotkania w "Gazecie" tutaj:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7260567.html



Jest nadzieja w polskim kinie.
W ostatnich latach choćby "Boisko bezdomnych" Kasi Adamik, "0_1_0" Piotra Łazarkiewicza (już na dvd), "Zero" Pawła Borowskiego. Nowoczesne filmy, otwarte głowy bez kompleksów.
Jest nadzieja.

PS A Borys Lankosz przymierza się do sfilmowania powieści Andrzeja Barta "Fabryka muchołapek", o której tu wielokrotnie pisałem, powieści, która opowiada o tragicznej postaci Chaima Rumkowskiego, "władcy" łódzkiego getta, który jak opowiada legenda pojechał do Auschwitz salonką.  Wydawnictwo WAB, które wydało tę powieść opublikowało ostatnio również "Rewers" w formie noweli filmowej.



Podziel się
oceń
0
0

Pracownia

sobota, 14 listopada 2009 9:29
Za chwilę biegnę na zajęcia ze studentami. Dzisiaj o panu Ryszardzie Kapuścińskim, więc z przyjemnością czytałem wczoraj po raz kolejny mojego ulubionego "Cesarza". Za każdym razem zachwyt dla warsztatu reportera, dla słownika, jaki wykreował do tej książki sięgając do słownictwa staropolskiego, do dawnej poezji. Jak wiele książek trzeba w sobie nosić, żeby napisać taką jedną? Tajemnica tytanicznej pracy i pokory człowieka, który pracuje w słowie, który szuka klucza, który całkowicie oddaje się pisaniu.
I choć byłem na pogrzebie pana Ryszarda, chociaż odwiedzam jego grób zostawiając na nim jednorazowe długopisy, to przechodząc obok jego domu zawsze patrzę, czy jest zapalone światło w pracowni. Pani Alicja Kapuścińska mówiła mi kiedyś, że jeden z sąsiadów poprosił ją, aby czasem zapalała tam światło. Bo wszyscy przyzwyczailiśmy się patrzeć, czy to światło jest. To znaczy, że pan Ryszard pracuje. Latem siadywał na tarasie, zaczytany. Kochał swój taras i patrzył z niego na dach niżej, na którym wylegiwały się trzy koty, które chętnie fotografował. Ostatnio przychodzą tylko dwa. Jeden gdzieś zaginął.
W pracowni pana Kapuścińskiego wszystko tak, jakby wstał od biurka. Ostatnio, podczas wizyty Alaina Mabanckou w Warszawie, którego zaprowadziłem do tego atelier, szukaliśmy z panią Alicją fotografii dłoni podpisujących książkę, która oparta była o maszynę do pisania.
Przedmioty są, żyją, przemieszczają się. Przecież jest coś w tym, że raz odsłania się wzrokowi zapisana odręcznie notatka przypięta pinezką do biblioteczki, innym razem zdjęcie przy stole z Salmanem Rushdim w środkowym jej miejscu, a jeszcze innym telegram od Wisławy Szymborskiej.
Lubię zajrzeć do swojej szuflady, w której ukryte są różne skarby, choćby tabliczka z nazwiskiem dziadka, zdjęta z drzwi domu, który spłonął.
Świat, w którym jesteśmy, energia, którą zostawiamy, żyje dłużej niż my. I to też jest optymistyczne.
Dobrego dnia. Może uda mi się tu jeszcze zajrzeć.
 

Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 813  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl