Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 161 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Spray

niedziela, 30 listopada 2008 13:29
Coraz mniej czasu do premiery, mnie jest coraz trudniej. Nie mogę zasnąć, budzę się, w nocy czytam, zasypiam nad ranem, ale śpię krótko, budzę się wcześnie. Coraz więcej różnych wątpliwości. Pierwszy raz przygotowania do premiery przeżywam tak fizycznie, dosłownie z bólem głowy, brakiem snu, omotany stresem. Pierwszy raz dzieje się ze mną coś takiego. Pewnie dlatego, że jestem w podwójnej roli - mój tekst i teatr, w którym pracuję. Wyczulony jestem na każde, najdrobniejsze napięcie. Na scenie próby, ale przecież w teatrze różne przygotowania, organizacja gali, dziennikarze... Poprzez to, że chodzi o moją sztukę celowo wyizolowuję się z różnych sytuacji. Zostaję więc sam z przemyśleniami. Nic jeszcze nigdy nie kosztowało mnie aż tyle. Pamiętam różne swoje stresy przedpremierowe, również wtedy, kiedy próbowałem reżyserować, co wywołuje przecież większe poczucie odpowiedzialności, niż to, które spoczywa na autorze tekstu, ale myślę, że teraz przeżywam swoje apogeum. A może to czas taki?
W nocy, kiedy nie mogłem zasnąć, zacząłem szukać książki, która by mnie skutecznie zamknęła na kilka godzin w innym temacie. Sięgnąłem po "Pana Śmiertelnego" Andrzeja Żuławskiego - książkę o Piłsudskim i Hemingwayu. Sięgnąłem po Żuławskiego, bo jest pisarzem obsesyjnym, a było mi trzeba schować się w innej, niż moja obsesji. Temat książki wybrałem jako wyjątkowo daleki w tej sytucji, więc odpowiedni, w sam raz dla mnie, no i zmuszający do jakiegoś wysiłku, do pracy intelektualnej. I chyba wybrałem słusznie, bo nie mogłem się oderwać. Prawie świtało, kiedy powieki zaczęły ciążyć.
Pisze Żuławski: "Ich obsesyjność, moja obsesyjność. Obsesyjne pisanie tego samego, tej samej książki, tej samej Afryki, tego samego zabijania, i tego samego pisania". Cytuje też Hemingwaya, do którego wraca: "Niektórzy pisarze urodzili się tylko po to, by pomóc innemu pisarzowi w napisaniu jednego zdania".
Dłużej zatrzymał mnie inny fragment książki: "Myślałem o słowach, z których robi się literaturę, bo żyjąc w tak wielkiej, prawie całkowitej samotności, że aż staram się jak najrzadziej wychodzić z domu, tylko do sklepów na zakupy i już nawet nie na spacer z psem, czyli zamykając się i dryfując poza prądami codziennego gęstszego życia; świat mój zredukował się jak chciałem, jak wiedziałem, że ma się zredukować, jak od początku doprowadzałem siebie i swój świat do tej redukcji". I potem zdanie z Pascala Quignarda, że język jest domem dla wszystkiego tego, czego już nie ma.
Czytałem jeszcze nad ranem, już w półmroku, bo nie lubię za dużego światła do czytania. Dzisiaj wrócę do tej książki, bo Żuławski pisząc, skłania do kierowania myśli na inne, nieutarte, tory, więc pozwala się oderwać, wyizolować, być może nawet zredukować, ale ta redukcja jest mi w tej chwili potrzebna.
Wczoraj, kiedy wracałem z Merlina, gdzie odbierałem zamówioną nową płytę Maleńczuka "Psychodancing", płytę, której słuchałem cały wieczór i która też pozwala okryć się inną atmosferą, ironią, przewrotnym tekstem, minąłem dwoje dzieci wyprowadzających na spacer czarnego, jeszcze głupiutkiego szczeniaka. Pies zachwycał się wszystkim, co widział, wchodził na drzewa, na stopy przechodniów, zatrzymywał się uparty jak osioł co pół metra i raz po raz wpadał w inny, ciekawy, nieznany świat. Pomyślałem, że chciałbym być teraz w takim momencie, że chciałbym być takim głupiutkim szczeniakiem bez rozumu, tylko wpadać i zachwycać się. Rozbawiło mnie, jak dzieci błagały go, by się ruszył, by szedł dalej. Powtarzały: "Chodź, Spray... No, podnieś łapkę". A Spray ani drgnął. I pomyślałem, że mógłbym się nazywać Spray, bo jest w tym imieniu coś szybkiego, przewrotnego, jest jakieś graffiti i murale i malowanie ścian pod osłoną nocy i jakaś ucieczka w przekonaniu, że się buntuję, że walczę, jest w tym coś z poczucia słusznośći, kierunku, z przekonania, że zmieniam świat.
Uciekam w takie abstrakcyjne myśli, byle nie skupiać się już na nadchodzącej premierze. Byle dać odpocząć organizmowi. Jutro muszę pomyśleć o próbie wznowieniowej "Kochanego Syna", bo Ela Czerwińska gra go już 2 grudnia, w dodatku jest to dzień, w którym 30 lat temu zadebiutowała na scenie! Zapraszam na Scenę na Smolnej.
Jeszcze kilka dni obsesyjnej ucieczki. Zaraz wyjdę na spacer. Będę szedł długo, tak jak lubię.


Podziel się
oceń
0
0

Coraz bliżej... z dzisiejszej Gazety

sobota, 29 listopada 2008 12:33

Peruki, guziki z pestek i energia

 Rozmawiał Remigiusz Grzela 2008-11-28, ostatnia aktualizacja 2008-11-28 18:23:57.0

Decyzje podejmuję natychmiast jak coś zaiskrzy. W teatrze i w życiu. To pewnie moja cecha wrodzona - mówiła Barbara Krafftówna w naszej klubokawiarni podczas spotkania z cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe"

Remigiusz Grzela: Dobry wieczór państwu. Jestem dziś nieco stremowany, bo występuję w podwójnej roli: jako moderator, ale też autor sztuki "Oczy Brigitte Bardot". Nie będę udawał, że nie wiem, o czym jest sztuka. Bardzo jest mi miło przywitać panią Barbarę Krafftównę, która w Teatrze na Woli obchodzi 5 grudnia swój jubileusz 08. urodzin - robimy zamierzoną literówkę. Jest pan Marian Kociniak, który partneruje pani Barbarze na scenie. Jest z nami Maciej Kowalewski, dyrektor Teatru na Woli i reżyser spektaklu.

Barbara Krafftówna: Usiądę na poręczy. Bo poza tytułem "Jak być kochaną", zastanawiam się jeszcze "Jak być widzianą"!

Z panią Barbarą spotykam się już przy drugim jubileuszu. Wcześniej, na 60-lecie pracy artystycznej, napisałem dla pani Barbary monodram o Marlenie Dietrich - "Błękitny diabeł". Po nim w jednym z wywiadów, pani Barbara powiedziała, że Grzela grozi, że napisze kolejną sztukę... Tym razem pisałem tekst, który zawiera w sobie filozofię życiową Barbary Krafftówny, ale i - przynajmniej minimalnie - oddaje jej charakter. Wiem jednak, że pani Barbara stara się nie grać siebie. Więc jak będzie w tym spektaklu?

B.K.: Zobaczymy, po prostu nie wiem. Rzeczywiście staram się nie grać siebie, ale jednak moje cechy wychodzą organicznie. Zawód aktorski zobowiązuje, żeby nie grać siebie i nie grać roli przez wiele lat, bo zdarza się, że zostają nam skazy po długo granych rolach.

Czy Barbara Krafftówna i Marian Kociniak tworzą idealną parę?

Marian Kociniak: Otóż czuję się szczególnie wyróżniony i zaszczycony, bo Basia zrobiła casting i z tysiąca aktorów dorosłych, czyli w moim wieku, wybrała mnie!

Dwa słowa o castingu, pani Barbaro.

Marian Kociniak: Opowiedz, jak mnie trenowałaś.

B.K.: Decyzje podejmuję natychmiast, jak coś zaiskrzy. W teatrze i w życiu. To pewnie moja cecha wrodzona. Mimo że znałam kolegę Marysia lata całe i spotykaliśmy się przelotnie w kabaretach i w filmach, miałam potrzebę zagrania z Marysiem czegoś intymniejszego. Decyzję podjęłam w sekundę.

Maciej Kowalewski: W spektaklu "Oczy Brigitte Bardot" Anastazja i szofer pan Zbynio jadą w podróży na zachód ciepłej Europy. Rzeczywistości sztuki i życia splatają się, ponieważ Marian i pani Barbara wspólnie podróżują z prób na próby. Marian jest kierowcą. Pani Barbara pasażerką. Widzę obydwoje państwa w tym procesie na scenie i w życiu. Obydwoje przejęliście tony postaci, przekomarzacie się, macie do siebie taki stosunek jak Anastazja i pan Zbynio. Cieszę się, że mogę to obserwować i w tym współuczestniczyć.

Czy łatwo jest młodemu reżyserowi pracować z Barbarą Krafftówną i Marianem Kociniakiem?

B.K.: Odpowiem za reżysera. Na pewno jest łatwiej reżyserowi, kiedy ma sprawnych aktorów. Ale przecież dobry reżyser może sięgnąć po każdy materiał i modelować go zgodnie z własną myślą, ideą.

Ale te niuansiki niuansików, pani Barbaro, które przekazuje pani na próbach. To pani określenie. Próba próbą, a niuansiki niuansików swoją drogą.

B.K.: Niuansiki niuansików. To jest w ogóle bardzo dobry system na codzienność. Niuansiki niuansików trzeba zastosować w szarej, mozolnej zawodowej codzienności, często wariackiej, no ale taka jest nasza funkcja.

Marian Kociniak: Powiem tak, otóż mimo dużego doświadczenia aktorskiego Maćka słucham jak Boga.

Maciej Kowalewski: Czy jest mi trudno? Nawiążę do słów pani Barbary - jeśli ma się sprawne instrumenty do reżyserowania, to jest bardzo łatwo. Dobrzy artyści są niezwykle inspirujący i wtedy można dużo więcej i ciekawiej. Więc pod tym względem jest łatwo. Z drugiej strony pracuję z legendarnymi artystami. Czuję się zaszczycony tym faktem, ale staram się nie upaść na kolana, bo myślę, że to byłoby z niekorzyścią dla spektaklu.

Powiedzmy trochę o postaciach, żeby wprowadzić państwa w klimat sztuki.

Marian Kociniak: Gram prostego człowieka, kierowcę warszawskiego, bystrzaka, ale i łobuza. Łobuza o gołębim sercu, którego pani Anastazja w czasie ich podróży wychowuje. Po prostu na ludzi mnie wyprowadza. Jestem ulepiony przez Basię jak z wosku. Miękki i zakochany w niej bez pamięci. Więcej państwu nie powiem, bo wszystkie miny mam zarezerwowane na spektakl.

A kim jest Anastazja?

B.K.: Kobieta zawsze jest zagadką. Ma 108 lat, tajemnicę i spełnia marzenie swojego życia. Nie chcę państwu zdradzać za wiele. Powiem co innego: ze zdumieniem zapisuję w swoim życiorysie fakt, że mam autora jubileuszowego! Jestem z siebie dumna, że miałam - mówiąc gwarą uliczną - dobrego czuja i węch na postać autora. Usłyszałam kilka lat temu wywiad radiowy z panem Remigiuszem Grzelą na temat jego sztuk. Bardzo mnie zaintrygował wypowiedziami i zaproponowałam mu współpracę.

Ale nie było tak łatwo. Wtrącę może trzy zdania, które scharakteryzują panią Barbarę. Umówiliśmy się na spotkanie w pani kwaterze głównej, czyli u Wedla na ul. Szpitalnej. Nie znaliśmy się, ja nie miałem tekstu, nie miałem nawet tematu tego tekstu i pani Barbara poprosiła mnie o wyjęcie kalendarza. "Chcę panu podyktować daty spektakli. Gramy - 24 października w Teatrze Muzycznym w Gdyni, 20 listopada w Teatrze Narodowym w Warszawie". Ja na to: "Ale przepraszam, co gramy?". "No, nasz spektakl". "Ale który spektakl?". "No, następnym razem chyba pan mi zaproponuje jakieś tematy?". I oczywiście, wracając do domu, byłem przekonany, że to się po prostu nie może udać. Jeszcze zapytałem panią Barbarę przezornie, czy te teatry są poinformowane? "Jeszcze nie". Oba spektakle odbyły się w terminach, które zapisałem w kalendarzu.

B.K.: Te terminy były zapisane w gwiazdach, w przeznaczeniu.

Ma pani sporo przyzwyczajeń i obsesji aktorskich. Jedną z nich jest granie w perukach. Dlaczego?

B.K.: Nauczono mnie, że jednak rola to nie ja prywatnie, tylko postać. Moda wystarczająco upodabnia wszystkich do siebie. Sztuka powinna istnieć poza modą. Kiedy zaczynałam, bazą teatrów były sztuki klasyczne. Trudno było w klasycznych sztukach grać we współczesnej głowie. Stąd też peruki - wspaniałe dzieła sztuki perukarskiej. Z przyjemnością oglądam sztuki kostiumowe i wszystkie detale, które były w poprzednich epokach. Oko i dusza potrzebują zmiany. Peruka, która będzie zrobiona dla 108-letniej Anastazji, to jest praca syzyfowa, włosek po włosek wszywane w bardzo delikatną siateczkę, formowane. Zmierzenie głowy to są minuty i godziny spędzane wspólnie na przymierzaniu, na odmierzaniu tych milimetrów, gdzie jest skroń, kość, ucho.

Teraz coś państwu zdradzę. Pod drzwiami charakteryzatorni podsłuchałem, jak Ewa Kowalewska błaga panią Barbarę: "Tylko proszę się już nie uśmiechać, bo cały czas przebija młodość. Nie mogę zobaczyć efektu". Pani Barbara spochmurniała i zapytała: "Ale czy chociaż szlachetność przebija przez tę twarz?". Ewa odpowiedziała: "Pani Barbaro, żaden charakteryzator nie jest w stanie pozbawić tej twarzy szlachetności".

Słyszałem, że pani też jest charakteryzatorką z wykształcenia Czy to prawda, że przechodziła pani kursy charakteryzacji?

B.K.: Iwo Gall - nasz mistrz - był malarzem, więc dodatkowo nas uwrażliwił, uczulił i nauczył sztuki światła. Światło, kolor, no i oczywiście forma. Forma, czyli inaczej mówiąc: fason.

Na jedną z prób „Oczu Brigitte Bardot” przyszła pani w sweterku z guzikami zrobionymi z pestek.

B.K.: Żeby przypomnieć, jak takie guziczki obrobione szydełkiem wyglądają. Mowa o guziczkach, na które Anastazja jest uwrażliwiona. Maryś w naszej sztuce je wiśnie i wypluwa pestki, za co zostaje zrugany, bo z pestek można zrobić przepiękne guziczki. Można było. Inna rzecz, że robiłam takie guziczki też po wojnie - był kamień na kamieniu, nie było fabryk, to i nie było guziczków I to jest fragment mojego życiorysu, który opowiedziałam autorowi, więc znalazł się w sztuce. To są wszystko drobiażdżki, które budują w sztuce coś, co nazywamy specjalną atmosferą czy dodatkową energią.

Skoro obnażamy różne pani obsesje, to chciałbym zapytać o pani zbieractwo. Czy jest coś, czego pani nie zbiera?

B.K.: To nie jest zbieranie. To jest po prostu zostawianie. Zbieranie jest zupełnie czymś innym, bo zbieranie to jest wyszukiwanie... a ja zostawiam wiele rzeczy, które nie są pospolite. Pospolite przedmioty mnie nie interesują. No, na przykład papier toaletowy.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że zachowała do demakijażu fragment rolki z UNRRA.

B.K.: O, tak! Więc okazuje się, że nie ma nic pospolitego! Po wojnie, w 1946 roku, UNRRA dostarczała do Gdyni różne pomoce, a więc np. parafinę płynną, którą wykorzystywaliśmy do demakijażu charakteryzacji. Bardzo cenna. Dostawaliśmy w przydziale właśnie papier toaletowy, który był tak cudowny i delikatny. Rzeczywiście zachowała mi się niechcący taka rolka.

Wiem, że zachowała pani flakon z kroplą perfum Soir de Paris, szpilki z Paryża rocznik 59.

B.K.: Ale to wszystko jest potrzebne do sceny i się przydaje.

A drewniaki, w których zagrała pani pierwszą rolę u Galla?

B.K.: Są. To drewniaki zrobione na wsi pod Łowiczem. My, warszawiacy wypędzeni po Powstaniu, byliśmy przydzielani do rodzin po wsiach. Pomagałam w gospodarstwie. Był tam chłopak, który całej rodzinie strugał drewniaki, wystrugał i dla mnie. Przechowały się jako pamiątka. Po latach zagrały w spektaklu, ustawiły mi rolę, ustawiły mi ruch. Mało tego - dźwięk. Bo w momencie, kiedy weszłam w drewniakach na scenę, to był cudowny dźwięk drzewa o drzewo. Drzewo o podłogę stukało. Puk, puk, puk, puk, puk. Czyli też to nadawało charakter roli. Inaczej chodziłam w tych drewniakach.

Kiedy w teatrze zaglądam na państwa próby, pani śpiewa panu Marianowi

B.K.: [śpiewa] Maniuś, to moje słonko, powietrze i jedzonko, wczasy nad Amazonką. Mój walczyk "Fascination" [oklaski].

[do Macieja Kowalewskiego] Panie dyrektorze czy ma pan tremę? Bo my tak. Ale apeluję, żeby pan naprawdę był spokojny, spał spokojnie i nie denerwował się.

Maciej Kowalewski: Oczywiście, mam tremę, ale proszę się nie martwić. Zawsze przed premierą jest taki moment kryzysowy, kiedy nic się nie zgadza, wszyscy się denerwują. Tworzymy świat, który w gruncie rzeczy jest sztuczny. Ale świat realny, mimo że bardzo dobrze sam się zaplata, ludzie się mijają na ulicy, że coś się dzieje, bo dba o to Wielki Scenarzysta, też generuje kryzysy, też nam się często nic nie zgadza.

Napisałeś do programu tekst o starości. Miałeś potrzebę wypowiedzenia się na temat swojej obserwacji starości. Co z niej wynika?

Maciej Kowalewski: Najpierw powiem państwu, że tekst Remigiusza Grzeli mnie zadziwił. Kiedy przeczytałem go po raz pierwszy, spodobał mi się. Potem, kiedy zaczęliśmy próby, miałem moment kryzysowy, wydawało mi się, że mało się w nim wydarza, że pozornie jest niepozorny. Kiedy artyści zaczęli wgryzać się w tekst, nagle okazał się dla mnie zaskoczeniem. Napisałem parę sztuk i aż mnie zazdrość zżerała. Myślę, że to jest pozytywna zazdrość. Jestem pełen podziwu dla Remigiusza, bo to jest wspaniale napisany dramat. Po prostu okazuje się że poprzez niepozorne, bardzo delikatne dotknięcia, zaczepianie tematów, doprowadza do sensów, które są straszne, emocjonalne. Uważam, że

Tak, ale o czym robisz spektakl?

Maciej Kowalewski: Przerywasz mi, kiedy ciebie chwalę.

Bo czuję się nieswojo, będąc prowadzącym spotkanie.

Maciej Kowalewski: Życie bohaterów cały czas przeplata się z filmem. Pewnie dlatego tak się w siebie wczepili, bo mają wspólną wrażliwość. To jest spektakl podróży, drogi. Teatr drogi. Połączenie teatru, filmu i drogi to dosyć trudne zadanie. To przeplatanie się rzeczywistości z filmem, gdzie rzeczywistość naszych bohaterów jest być może też wymyślana, tak samo sztuczna jak film. A może jest wręcz odwrotnie? Może prawdziwsza niż realne życie.

Ta sztuka ma warstwę poetycką, zwłaszcza w pewnych odpryskach z traumatycznego dzieciństwa bohaterki. Ale ma też charakter społeczny, bo traktuje o starości i umieraniu. Jest też próbą spełnienia marzenia życia w ostatnim momencie, kiedy pozornie nie ma już na to czasu, kiedy nie ma już czasu na miłość, na podróż i kiedy nie ma się pieniędzy na tę podróż. Ta sztuka bardzo istotnie, w sposób przewrotny i ironiczny dotyka polskiej rzeczywistości. Czy rzeczywiście przeciętny polski emeryt, polski staruszek jest w stanie zrealizować swoje marzenie i pojechać taksówką na Lazurowe Wybrzeże? Czy go będzie na to stać? Polskie warunki są takie, że panuje bieda i w związku z tym ludzie tracą marzenia, zapominają o nich. Zresztą Anastazja pyta Zbynia, czy w ogóle miał jakieś marzenia. "Człowiek na taksówce jeździ, to jakie może mieć marzenia?". Ale później, kiedy mu nie odpuszcza, okazuje się, że jednak miał. Tylko zrezygnował, więc Anastazja ratuje duszę Zbynia. Przypomina mu, że jest przede wszystkim człowiekiem czującym.

Proszę państwa, teraz jest czas na pytania od państwa.

B.K.: Pewnie będzie pytanie, ile naprawdę mam lat?

Głos z sali: Chciałem pani podziękować za ten wieczór. Przyszedłem tutaj, żeby przypomnieć sobie młodość, ale właściwie dzięki pani ona do mnie wraca.

Głos z sali: Chcę powiedzieć, że pani wypowiedź, każde zdanie jest jak perełka, za którą kryje się ogrom wiedzy, i chciałem zapytać, czy swoją wiedzą dzieli się pani z młodszymi kolegami? I również drugie pytanie, czy to, że autor sztuki tak umiejętnie poznał niektóre niuanse z pani życia, pomaga w tym spektaklu, czy może trochę przeszkadza i powoduje, że postać nie ma dystansu aktorskiego?

B.K. Biorąc tekst autorski do ręki, nie odnoszę go do siebie, tylko traktuję jako materiał roboczy. Na jakiejś płaszczyźnie wszyscy jesteśmy do siebie podobni, jednakowo wrażliwi, jednakowo niewrażliwi. Po prostu to są tylko okoliczności, w których tak, a nie inaczej się zachowujemy. Każdy z nas jest aktorem, bez szkół aktorskich, bez dyplomów, ale jest aktorem.

A czy przekazuje pani młodszym swoje doświadczenie?

Marian Kociniak: Mnie Basia przekazuje.

Pani Barbaro, a teraz niespodzianka! Proszę przyjąć najserdeczniejsze życzenia od "Gazety Wyborczej". [Wjeżdża ogromny tor] Osiem świeczek z okazji 08. urodzin Barbary Krafftówny. Wszystkiego najlepszego.



Rozmawiał Remigiusz Grzela



Podziel się
oceń
0
0

Pytania

czwartek, 27 listopada 2008 23:50
Coraz mniej śpię z nerwów przed premierą, choć pani Barbara obezwładnia i niweluje stresy. Dzisiaj mieliśmy w Teatrze konferencję prasową przed premierą "Oczu BB" i próbę dla mediów. Przyszło bardzo wielu dziennikarzy. Przed sceną ściana aparatów fotograficznych. Pani Barbara chętnie opowiadała o spektaklu i o sobie. Pan Marian nigdy nie udziela wywiadów, więc dzisiaj też się nie złamał. Wyjątek zrobił jedynie wczoraj, w Gazecie. Dzisiaj żartował, że w przyszłym roku świętując swoje 50-lecie pracy artystycznej, poprosi panią Barbarę, żeby wypowiadała się za niego. Kilka osób pytało mnie o to, jak się pisze dla Barbary Krafftówny i jak wygląda nasza współpraca. Odpowiadając na te pytania uświadomiłem sobie, że pod wpływem pani Barbary wszyscy w teatrze jakoś się zmieniamy. Jestem pewny, że ta współpraca nas zmienia. Że normalne, przed premierą, napięcia właściwie nie występują. Że pani Barbara nas rozbraja. Że łagodniejemy. To wyjątkowa osoba i wyjątkowa współpraca.
Każdego dnia mógłbym zapisać jakąś sytuację, anegdotę, która warta jest powtórzenia. Wczoraj, po spotkaniu w Gazecie zostaliśmy jeszcze z rodziną pani Barbary w redakcyjnej kawiarni. Było już pusto. Technicy zdemontowali scenkę i banery, a my słuchaliśmy pani Barbary, która opowiadała nam koleje swojej historii. Mówiła, że odparowuje. Więc słuchaliśmy, czas mijał, zrobiło się późno. I nagle zauważyłem, że pani Barbarze zaświeciły się oczy. "Ja bym jeszcze trochę popracowała"... "Proszę, bardzo - mówię - pójdziemy na górę, do redakcji, Dorota Wyżyńska pewnie kończy tekst, pójdziemy pomóc, a potem możemy sobie zredagować jakiś tekścik". "O tak!" - usłyszałem i zobaczyłem jeszcze bardziej roziskrzone oczy.


Podziel się
oceń
0
0

Barbara Krafftówna w Gazeta Cafe

czwartek, 27 listopada 2008 0:11

Barbara Krafftówna w "Gazeta Cafe"

 Dorota Wyżyńska 2008-11-26, ostatnia aktualizacja 2008-11-26 22:50:47.0

Ogromny tort wjechał w środę na spotkanie w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe" - obchodziliśmy 80 urodziny naszego gościa Barbary Krafftówny.



Jubilatka była w świetnym nastroju i uraczyła nas pysznymi anegdotami. Opowiadała o perukach, które zawsze zakłada w teatrze, czasem kilka naraz i o tym jak śpiewa na próbach i nie może przestać. Przyznała się, że różne dziwne przedmioty przechowuje od lat, wyjaśniając, że nie jest zbieraczem, tylko po prostu nie lubi niczego wyrzucać. Opowiadała też o swojej nowej bohaterce - Anastazji ze sztuki "Oczy Brigitte Bardot" - która mimo swojego wieku (ma 108 lat) nie przestaje marzyć i udaje się w daleką podróż taksówką.

Taksówkarza Anastazji w przedstawieniu w Teatrze Na Woli zagra Marian Kociniak. - Wygrałem casting. Pani Barbrara ze wszystkich dojrzałych aktorów wybrała właśnie mnie - oznajmił wczoraj.



A kiedy ktoś z sali zapytał, czy pani Barbara próbuje swoje doświadczenia aktorskie przekazywać młodszym, pan Marian natychmiast wyręczył ją w odpowiedzi: "Tak, mnie przekazuje".

Maciej Kowalewski, dyrektor Teatru Na Woli i reżyser przedstawienia "Oczy Brigitte Bardot" (premiera 5 grudnia) wyjaśnił, że ta sztuka może wydawać się niepozorna, ale to fantastyczny materiał i "teatr drogi".

W najtrudniejszej sytuacji był wczoraj Remigiusz Grzela. Prowadzący nasze spotkania w Gazeta Cafe wystąpił w podwójnej roli: jako moderator i autor sztuki. Kiedy więc Maciej Kowalewski chwalił finezję jego dramatu, dyskretnie mu przerwał.



Przed spotkaniem ktoś z publicznosci zastanawiał się, czy pani Barbara coś zaśpiewa: "Ona robi to tak zjawiskowo. Jedna piosenkę" - prosił po cichu. Pani Barbara nie mogła tego słyszeć, ale jakby na zawołanie z jednej ze swoich opowieści płynnie przeszła do śpiewania. A potem publiczność jej śpiewała "Sto lat". Kolejka po urodzinowy tort i po autografy nie miała końca.

Zapis spotkania w sobotę w "Gazecie Stołecznej". 3 grudnia w "Gazecie" dodatek poswięcony premierze "Oczu Brigitte Bardot" w Teatrze Na Woli





Dorota Wyżyńska

Podziel się
oceń
0
0

Krasnoludki

wtorek, 25 listopada 2008 18:40
Kilka razy wchodziłem na widownię, podglądałem konstrukcję i montaż scenografii do "Oczu BB", która zapowiada się imponująco. Jej autorem jest Piotr Rybkowski. Pani Barbara Krafftówna rozbawiła mnie dzisiaj mówiąc, że czuje się u nas w Teatrze jak wśród krasnoludków. Nie mówiła o wzroście tylko o tym, że wszędzie naokoło praca, że wszyscy skupieni jesteśmy na zbliżającej się premierze i że ta praca, jak krasnoludkom, sprawia nam radość. Pani Barbara zawsze rozbraja mnie swoimi niebanalnymi komentarzami. Donoszę więc z krainy krasnoludków, czyli z Teatru Na Woli, że zawijamy te sreberka.
I już z panią Barbarą rozmowa na temat etuzjazmu do pracy, chęci poznawania wszystkich aspektów teatru, i już rozmowa o nauczycielu pani Barbary, Iwonie Gallu, którego często i chętnie wspomina. Gall z jej opowieści wyłania się jako pedagog i twórca nowoczesny i wszechstronny.
Lubię te rozmowy łapane w przerwach prób.
W ogóle w Teatrze mnóstwo ludzi, bo trwają też próby do kolejnej naszej premiery, która już 10 stycznia, do "Sióstr przytulanek" Marka Modzelewskiego w reżyserii Giovanny'ego Castellanosa, sztuki napisanej dla Teatru Na Woli.
Więc wszyscy zawijamy te sreberka.

W dzisiejszej "Gazecie" ukazała się rozmowa ze mną o pani Barbarze i "Oczach BB":

Oczy Barbary Krafftówny

 s 2008-11-24, ostatnia aktualizacja 2008-11-25 11:50:07.0

Sztukę "Oczy Brigitte Bardot" Remigiusz Grzela napisał specjalnie dla Barbary Krafftówny na jej 80. urodziny. Zanim odbędzie się premiera w Teatrze Na Woli, już 26 listopada spotkanie z aktorką w Gazeta Café.

Anastazja, którą zagra Barbara Krafftówna - jak czytamy w didaskaliach - "może mieć 108 lat, ale w głębi duszy jest dzieckiem". Marzy o dalekiej podróży, ale do tego potrzebny jest jej odpowiedni taksówkarz - w tej roli zobaczymy Mariana Kociniaka. Spektakl reżyseruje Maciej Kowalewski, a premiera "Oczu Brigitte Bardot" odbędzie się 5 grudnia, dokładnie w dniu urodzin aktorki.

Rozmowa z Remigiuszem Grzelą, autorem sztuki

Dorota Wyżyńska: Jakie oczy ma Barbara Krafftówna?

Remigiusz Grzela: Czasem oczy gwiazdy filmowej, która nie zejdzie z ekranu, oczy dostępne tylko na celuloidzie, a najczęściej oczy rozweselonego dziecka, które coś spsociło albo które za chwilę coś spsoci. Ale uwielbiam też te, które spoglądają znad filiżanki gorącej czekolady z miętą, u Wedla na Szpitalnej. Teraz z kolei, przed premierą spektaklu oczywiście ma oczy Brigitte Bardot.

Przeczytaj także Film, muzyka, teatr w Gazeta Café



Nie tak dawno napisałeś sztukę "Błękitny diabeł" o ostatnich latach Marleny Dietrich. Z tą sztuką Barbara Krafftówna wystąpiła na swój jubileusz 60-lecia pracy artystycznej. A tu już nowy tekst, tym razem na Jej 80. urodziny. To pani Barbara zamówiła?

- Rzeczywiście, zdaje się, że staję się autorem Barbary Krafftówny. "Błękitnego diabła" pani Barbara zamówiła u mnie, kiedy się nie znaliśmy. Cieszę się, że jeszcze jeździ z tym monodramem, pierwszym w jej karierze aktorskiej. Kiedy pani Barbara wyjawiła mi, że niebawem kolejny jubileusz, wiedziałem już, że się znów spotkamy. W jednym z wywiadów z panią Barbarą przeczytałem, że Grzela grozi, że znów coś napisze. Rozbawiło mnie to. Tym razem jednak pisałem swój tekst, lepiej znając panią Barbarę. Byłem więc do tego pisania lepiej przygotowany. Oczywiście, że pani Barbara wiedziała, że piszę, bo wcześniej precyzyjnie opowiedziałem swój pomysł. Pani Barbara miała jedną sugestię: "to musi być coś optymistycznego o młodości, która się nie starzeje".

Czy to, że pisałeś tę sztukę dla konkretnej aktorki, było ułatwieniem, czy wręcz przeciwnie - jeszcze większym wyzwaniem?

- Wciąż nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Chyba jednak nie ułatwieniem, skoro jest to sztuka, którą pisałem najdłużej. Pisząc ten tekst, starałem się pamiętać o barwach, jakie pani Barbara ma w sobie. Chciałem też, aby sztuka dawała możliwość pokazania wszechstronnych możliwości. By było dotkliwie, dramatycznie, i by było naprawdę wesoło. Myślę, że moja bohaterka Anastazja R. ma wiele z pani Barbary: na pewno upór, nawet pewną niezłomność, smak i elegancję, gust, dyskrecję, klasę, poczucie humoru, umiejętność zaskakiwania innych, ale przede wszystkim potrzebę rozwoju, poznawania świata. W sztuce napisałem scenkę o pestkach, którymi nie wolno pluć, bo mogą z nich być guziczki, kiedy się je obszyje albo obrobi szydełkiem. Tak mi właśnie pani Barbara kiedyś mówiła o pestkach.

Na swoim blogu wyznałeś, że Anastazji przypisałeś jedno zdanie, które słyszałeś wielokrotnie od swojej babci: "Nawet nie wiesz, jakbym chciała teraz pójść do mamy". Anastazja przypomina twoją babcię?

- Pamiętam, jaki byłem przejęty, kiedy od swojej babci, osoby prawie osiemdziesięcioletniej, słyszałem to zdanie powracające jak mantra. Mimo własnej starości, mimo różnych problemów, mimo wielu, wielu lat od śmierci jej matki, a mojej prababki, wciąż za nią tęskniła. Tę tęsknotę wpisałem w tekst sztuki. Ale nie tylko to. Jest w spektaklu scena, w której Anastazja zaprasza szofera, pana Zbynia, do francuskiej restauracji. Mówi, że ta kolacja to będzie ich "Uczta Babette" - bo oni mówią do siebie tytułami filmów. Moja babcia ciągle zapraszała na takie uczty. I tak jak Anastazja podawała miseczki bulionu, na którym pływały łabędzie z ptysiowego ciasta.

"Anastazja - widoczny garb, łysiejąca. Może mieć 108 lat, ale w głębi duszy jest dzieckiem..." - tak opisujesz swoją postać w didaskaliach. Jakie inne jej cechy ujawniły się podczas prób?

- Anastazję ożywiła pani Barbara, więc Anastazja pozbyła się garbu. Mimo swojego nieokreślonego wieku nie przestaje być młoda. Jest w spektaklu kilka scen, w których Anastazja jest rzeczywiście łysiejącą staruszką na końcu drogi. Ewa Kowalewska, która charakteryzowała panią Barbarę, miała z tym naprawdę kłopot. Kiedyś podsłuchałem pod drzwiami charakteryzatorni Ewę mówiącą: "Pani Barbaro, proszę się nie uśmiechać, błagam, jak się pani uśmiecha, to wciąż pani jest młoda. Nigdy nie zobaczymy efektu". Pani Barbara spochmurniała i zapytała Ewę smutno: "Ale czy chociaż szlachetność pozostanie w tej twarzy?". Anastazja w tym spektaklu się nie zatrzyma. Po raz pierwszy od wielu dziesiątek lat staje się królową życia.

Barbara Krafftówna w Gazeta Cafe

Barbara Krafftówna będzie naszym gościem podczas spotkania "Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe" w naszej redakcyjnej klubokawiarni . Aktorce towarzyszyć będą: Marian Kociniak, który razem z nią gra w spektaklu, oraz Maciej Kowalewski, reżyser przedstawienia "Oczy Brigitte Bardot" i dyrektor Teatru Na Woli. Prowadzący nasze spotkania Remigiusz Grzela wystąpi tym razem w podwójnej roli: jako moderator, ale też autor dramatu. Zapraszamy. Gazeta Café, Czerska 8/10, 26 listopada, godz. 19




Podziel się
oceń
0
0

Zwąchać

poniedziałek, 24 listopada 2008 23:03
Od paru dni nie umiem się rozstać z płytą Ewy Błaszczyk "Nawet gdy wichura". I nic na to nie poradzę, że wciąż mam w pamięci jej rolę w spektaklu "Rok magicznego myślenia". Już dawno teatr nie podziałał na mnie tak, jak ten ascetyczny monodram. Widocznie coś dotknął, poruszył jakąś zakurzoną i nieużywaną strunę. Podobało mi się, co napisał w recenzji spektaklu Jacek Wakar, że to teatr krystalicznie czysty. Coś w tym jest, skoro nie przestaję myśleć.
W Teatrze wir przedpremierowy. Z drukarni przyjechały plakaty, ale nie umiem tu przelepić. Jutro stanie scenografia. Dzisiaj obudziłem się po piątej nad ranem, już dopadł mnie stres przed premierą. Muszę jakoś przetrwać ten czas.
We środę o 19.00 w redakcji Gazety Wyborczej w ramach cyklu "Teatr, Muzyka, Kino w Gazeta Cafe" spotkanie z panią Barbarą Krafftówną, panem Marianem Kociniakiem i Maciejem Kowalewskim. A ja w podwójnej roli moderatora i autora.
We czwartek o 13.00 w Teatrze Na Woli konferencja prasowa poświęcona zarówno premierze "Oczu Brigitte Bardot" jak i Jubileuszowi 80-lecia pani Barbary Krafftówny.




Już dzisiaj zapraszam też na kolejne spektakle monodramu Ani Mentlewicz "Kochany synu" w wykonaniu Elżbiety Czerwińskiej w mojej reżyserii. Najbliższe spektale 2 grudnia o 20.00 i 20 grudnia o 19.00 na Scenie na Smolnej, Dom Kultury Śródmieście, ul. Smolna 9. Pierwsza z tych dat jest wyjątkowa, bo dokładnie 30 lat od debiutu Eli na scenie.




Tyle się dzieje. Pisanie leży. Ale przecież tyle się dzieje. Kiedy mogę uciekam w samotność. Potrzebuję zamknąć się w domu, włączyć płytę, słuchać i zbierać w sobie myśli i energię potrzebne do pisania. Po premierze otworzę plik z porzuconą powieścią i będę przedzierał się przez ten tekst, który wydaje mi się już obcy. Tłumaczę sobie, że długie przerwy są potrzebne. Że po nich inaczej patrzy się na tekst, cudzymi oczami, że wącha się go cudzym nosem.
Spojrzę, powącham.

Podziel się
oceń
0
0

Ursulka

niedziela, 23 listopada 2008 14:50
Ubrana w dziecięcą sukienkę z lat trzydziestych, trzymając w rękach szmacianą lalkę stanęła przed nami i mówiła do nas, przeciwko nam, przeraźliwie, rozbijając poczucie bezpieczeństwa, wyglądając jak postać z zaświatów, jak z horroru, po którym nie możesz spać. Mówiła:

Iwany to diabły, mówiły wszystkie kobiety we wsi. Było straszliwe zamieszanie, mama pakowała nasze rzeczy do skrzyń. Kazała mnie i Hansowi wkładać je na wóz. Zapakowałam wszystkie kostiumy, których używałyśmy do naszej zabawy z Elzą, i schowałam je w dole za budą. Bałam się, że spadną z wozu w czasie naszej ucieczki. Mama mówiła, że już tu nie wrócimy, ale ja nie wierzyłam. Chciała wyrzucić klucz. Zabrałam go i zawiesiłam na szyi. Wiedziałam, że wrócimy: ja, mamusia, mała Liza, tatuś i Hans. Hans założył na siebie mundur Hitlerjugend, powiedział, że będzie nas bronił. Mamusia kazała mu się natychmiast rozebrać i wtedy z Hansem zrozumieliśmy, że dzieje się coś naprawdę złego, bo zazwyczaj mama uwielbiała, jak Hans chodził w swoim mundurze. Jak wóz był już pełny, to wjechaliśmy nim do naszej stodoły. Ucieszyłam się, bo była już tam Elza i inne dziewczynki, i wszystkie kobiety ze wsi. Mama się denerwowała, że musimy czekać na rozkaz ewakuacji, kazała nam się owinąć kocami i zasnąć. Cieszyłam się, że śpimy z Elzą razem, mocno do siebie przytulone, nie było nam zimno i mogłyśmy gadać ze sobą całą noc. Obudziły nas krzyki kobiet. Die Russen kommmen! Die Russen kommen! Cała wioska szalała. Kobiety biegały obok zapakowanych wozów, gotowych do odjazdu. Nasza sąsiadka Renate pobiegła w stronę rzeki. Razem ze swoimi córkami Almą i Erną. Żeby się utopić… Mama jakoś dziwnie mamrocze… ciągnie mnie, Hansa i małą Lizę na strych stodoły. Hans ucieka, a mała Liza strasznie wrzeszczy. Na strychu są już inne kobiety. W pośpiechu szukają sznurka, zdejmują pończochy i paski. Będziemy się wieszać. Mówi mama. Na zewnątrz słychać tupanie ciężkich butów. Wyglądam przez okno i słyszę strzał. Głupi Hans… (animuje lalkę, zakłada jej sznurek na szyję) Mama zakłada sznurek na szyję małej Lizy, nie pozwala jej płakać. Bije ją po twarzy. Bardzo się śpieszy z tym wieszaniem. Inne kobiety strasznie charczą, nie mogą umrzeć. Uciekłam. Chciałam wrócić do domu… Przed drzwiami była kolejka żołnierzy. W środku leżała Elza… Śpiąca Królewna. Nie ruszała się. Podchodzili do niej kolejno i… chcieli ją obudzić. Tak jak Hans… Przy piecu śpiewają inni żołnierze. Jeden z nich bierze mnie na kolana i głaszcze po głowie. Pachnie podobnie jak mój tata. Na rękach ma chyba ze sto zegarków. Przypiętych jeden przy drugim. Uśmiecha się. Twarz ma jak troll. Skąd oni się tu wzięli? Pewnie wlecieli przez komin… Przypominam sobie, że mama została na strychu i wracam do stodoły. Pozwalają mi odejść. Maleńka, maleńka, powtarzają. Na strychu jest strasznie cicho. Stara Friede ma pianę na ustach, ale ciągle żyje. Za krótko wisiała. Mała Liza już nie płacze. Jak w kołysce się buja. Wchodzę na worek z owsem, mama zakłada mi sznurek na szyję. Musisz skoczyć, mówi. Skacz! Skaczę…


I już na pewno zawsze będę pamiętał ten fragment, jej oczy, ściśniętą twarz, to, jak mówiąc swój monolog wykręca sobie rękę. Ursulka z dramatu Magdy Fertacz "Trash Story". Ursulka w genialnym wykonaniu Jadwigi Jankowskiej-Cieślak. Patrząc na panią Jankowską starałem się podejrzeć jej warsztat aktorski, to, jak prowadzi rolę, jak rozkłada akcenty, jak się zmienia... I pewnie pójdę jeszcze raz na ten spektakl, żeby czegoś z jej roli nie przegapić. Właściwie "Trash Story" w Teatrze Ateneum w reż. Eweliny Pietrowiak to koncert dwóch wspaniałych aktorek. Przejmująca jest też rola Marii Pakulnis, stonowana, powściągnięta, z ukrytą rozpaczą. Gra matkę, której syn nie wraca do domu. Nie chce przyjąć do wiadomości jego śmierci. Chce być silna i twarda. Co chwila pyta: "po co te nadmierne emocje". Boi się ich, ucieka przed nimi, bo mogą ją dopaść i rozbić. A wtedy być może uświadomi sobie, że dalsze czekanie nie ma sensu. Piękna rola zagrana przez aktorkę, która przecież została osamotniona przed chwilą. "Trash Story" to historia poniemieckiego domu, dziejąca się dzisiaj, opowieść o rodzinie, która nie zazna spokoju, dopóki Ursulka nie wypowie do końca swojej przejmującej historii.

Rano, kiedy otworzyłem okiennice, zobaczyłem, że śnieg już zasypał ogród, okrył śniegiem jak wełnianym szalem.
Jako fotografoman nie mogłem się oprzeć, więc kolejne zdjęcia - zimowy ogród, zimowy pokój...





















Podziel się
oceń
0
0

Secret Garden

sobota, 22 listopada 2008 16:29
Japońska wiśnia w ogrodzie zakwitła w listopadzie, teraz jest ośnieżona, a wieczorem kwitnące pąki wyglądają zupełnie jak lampki na choince. Dołączam kilka zdjęć wieczornego ogrodu.








Podziel się
oceń
0
0

Pierwszy dzień

sobota, 22 listopada 2008 13:55
Wyszedłem po "Gazetę", bo tęskniłem za śniegiem, a spadł w nocy. I nie ma chyba w polskim pejzażu nic piękniejszego niż pierwszy dzień śniegu. Wyszedłem też, bo od wczoraj można w kioskach całego kraju kupić koncert Ewy Błaszczyk "Nawet gdy wichura"  - to pakiet: książka, płyta cd i płyta dvd. To jeden z najpiękniejszych koncertów, jakie widziałem. Po prostu rozwala mnie i nic na to nie poradzę. Wśród piosenek, które lubię jest i ta, o której tu kilka razy pisałem "Ja nie odchodzę". O samym recitalu też tu kiedyś pisałem, jest w repertuarze Teatru Studio. Był emitowany przez telewizję. W dodatku pakiet, o którym mówię zawiera film "Akogo". Całość kosztuje 34,99, więc mniej niż bilet do teatru i po prostu uważam, że to najlepiej i najmądrzej wydane pieniądze na sztukę. Na pewno kupię kilka pakietów na prezenty świąteczne. Mnie ten recital dotyka i odkąd go zobaczyłem, czekałem, że kiedyś zostanie wydany. Ewa Błaszczyk jest artystką, która mnie urzeka, elektryzuje, z którą chciałbym kiedyś pracować.
Słucham "Nawet gdy wichura", a w ogrodzie pierwszy dzień śniegu. Poszliśmy z Kotem Tutką na fotograficzny spacer.





















Podziel się
oceń
0
0

Ostrość

piątek, 21 listopada 2008 22:52
W Teatrze próby do "Oczu BB" i okazuje się, że po raz kolejny odczuwam swój tekst fizycznie, jakbym był zrośnięty. Bo tam próby, a ja mam chore oczy. I tak to się kręci. Teatr i życie. Albo odwrotnie.
Dzisiaj myślałem o swoim fotografowaniu. I myślę, że wykreowałem teorię, która mi odpowiada. Fotografuję, bo próbuję zobaczyć. A nie wystarczy patrzeć, żeby zobaczyć ostro. Kilka dni temu zrobiłem zdjęcie Beatce, naszej inspicjentce i Matce Joannie od Aniołów. Siedziała na widowni. Ja niedaleko. Lubię to zdjęcie, mimo że nie jest dobre technicznie. Ale coś w nim widzę. Nieostro, może to z powodu moich oczu, ale widzę.



A teraz inne zdjęcie z próby, które lubię:



Być może w fotografowaniu jestem kompletnym grafomanem, ale nie przeszkadza mi to.

Przez chwilę była u mnie siostra. To zdjęcie z teatralnego bufetu, po stronie "pracowniczej", tuż przy wejściu na scenę:



Lubię patrzeć przez obiektyw. Dlatego sobie nie odmawiam. Wiadomo, jeszcze nigdy brak kompetencji mnie nie powstrzymał i tak dalej...

Wspomniałem tutaj któregoś dnia, że czytam książkę Jarosława Mikołajewskiego o Ryszardzie Kapuścińskim "Sentymentalny portret..." W książce jest bardzo wiele zdjęć pracowni pana Ryszarda, których autorem jest mój kolega z roku, Bartek Bobkowski. Zdjęć pięknych, wzruszających nieobecnością, a może właśnie obecnością, której nie rozumiemy i której nie umiemy zobaczyć? Otwarty notes moleskine z ołówkiem, który leży po środku. "Ryszard Kapuściński 2006" - słowa napisane odręcznie. Słynna kolekcja jednorazowych długopisów. Stosy książek. Znaczek "Solidarność". Zegarki na rękę. Pusty fotel.
We wstępie do książki pani Alicja Kapuścińska pisze: "mam wspominać Ryśka?! Tak jakby Go już nie było wśród nas?! Ale wiesz przecież, że świadomość Jego odejścia ciągle jeszcze do mnie nie dociera! Po wielu latach wspólnego życia, które częściej było życiem osobno niż życiem razem, fakt nieobecności fizycznej wydaje się czymś naturalnym, bo zawsze istniała obecność duchowa. A czy teraz nie istnieje?(...) Wprawdzie nie mówił o tym w wywiadach, ale wiem, że świadomość, iż czekamy na Niego obie z Zojką (później ja sama), pomagała Mu przetrwać różne trudne chwile. Dowodem na to może być jedno: zawsze zabierał ze sobą klucze do naszego mieszkania, aby mieć pewność, że ma dokąd wrócić. Nie zdarzyło mu się ani razu o nich zapomnieć. Pakowanie kluczy to był rytuał przed każdą podróżą(...) Siedzę na balkonie, gdzie w ciągu ostatnich kilkunastu lat spędzał wiele godzin pogrążony w lekturze. Patrzę na brzozę, którą posadził w ogródku - urosła już do wysokości drugiego piętra i zagląda w okna Jego pracowni(...) Wszystko jest tak, jak było. No, prawie wszystko..."
I wiersz Ryszarda Kapuścińskiego, który zamieszczony jest w tej książce.

Ryszard Kapuściński
"Rozmowa z J."

Spytałem
czy A. popełnił samobójstwo

tego nie można tak określić
odparł
to było odejście

A. oddalał się powoli
trwało to jakiś czas
najpierw pojawiał się coraz rzadziej
znikał
tracił kontakt

z początku
nie zwraca się na to uwagi

kiedyś spotkałem go na ulicy
tu
powiedział dotykając głowy
tu nie mam nic

odszedł
skulony
jakby zaszyty w worku

komuś mówił
że to co widzi
jest coraz mniejsze
kurczy się
potem rozpada
z tego powodu
tracił oparcie

w końcu
zostały tylko
rozproszone punkty w przestrzeni

jakiś czas
wirowały w powietrzu
jak płatki śniegu
aż znikły

świat zaczął staczać się
w niebyt

podążył za nim

*

Zostały rozproszone punkty w przestrzeni. Myślę o nich. Myślę, że to słowa. Myślę, że to uchwycone momenty. Migawki. Obrazy. Fotografie. Coraz bardziej nieostre. Coraz bliższe prawdy. Nawet, kiedy widzimy ostro, widzimy tylko fragment. Piękna książka Jarosława Mikołajwskiego, książka o Przyjacielu i zapewne dla Przyjaciela odsłania fragment, którego nie znałem. Pokazuje Ryszarda Kapuścińskiego, który jadąc samochodem płacze ze śmiechu, aż prawie spada z siedzenia. Odsłania fragment o człowieku, który jest rozdarty, który nagle potrafi się rozpłakać, który pijąc kawę przy włoskim placu nagle przypomina sobie obraz Afryki, który potrafi się zachwycić wierszem i nauczyć się go na pamięć, który umie się zdenerwować, kiedy słyszy kogoś zabierającego głos na temat, na którym się nie zna, człowieka, który się boi, który na szpitalnym łóżku pod datą 6 stycznia 2007 zapisuje: "Chwile zwątpienia. Odsuwaj je na ile można". Inny fragment.



Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 806  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl