Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Człowieku, ucz się!

środa, 29 listopada 2006 20:19
Zmarł Leon Niemczyk. Aktor o ogromnej charyzmie. Grał, nawet będąc bardzo chorym. Niedawno rozmawiałem z pewną starą aktorką, która witalnością i młodością mogłaby obdarować wielu młodych. Powiedziała: "Pytają mnie, skąd pani ma siłę? Że też jeszcze się pani chce. Odpowiedziałam: żeby żyć, trzeba żyć." To zdanie utkwiło mi. Przypomniało mi też osoby, których już nie ma, a które mimo wieku były zawsze młode i energetyczne, jak Stacha Zawiszanka.
 Życie i śmierć przeplatają się w moich myślach od paru dni. Wczoraj w Warszawie inauguracja Międzynarodowej Konferencji AIDS. Maciej Kowalewski przygotował z panią Ewą Szykulską i Tomkiem Tyndykiem czytanie wyznań osób zakażonych HIV (fragmenty zamieszczam poniżej). Pani Ewa Szykulska przyjechała ze szpitala. Zaraz po czytaniu wróciła tam, by trzymać za rękę ciężko chorą mamę. Grażyna Mucha, która pracuje w hospicjum i która zebrała wyznania osób zakażonych, nie mogła być wczoraj, trzymała za rękę kogoś, kto odchodził, kto odszedł nad ranem.

Pani Ewa Błaszczyk zaśpiewała piękny recital, z mocnymi tekstami, ze słowami, które walczą o życie, które próbują każdego sposobu, który mógłby zbudzić. Wyśpiewała słowa, które szeptały, mruczały, uśmiechały się, krzyczały, darły. Słowa piosenek Agnieszki Osieckiej, Jacka Kleyffa i innych.

Spotkałem wczoraj znajomego, który walczy z rakiem. Kiedy się żegnaliśmy i powiedziałem: "Do zobaczenia", odpowiedział: "Dla mnie te słowa nabrały specjalnego znaczenia." Uderzyły. Zapadły. Zostały.
Pani Halina Bortnowska, którą spotkałem wczoraj na konferencji, po wielu latach, pani Halina uczyła mnie kiedyś zawodu, mówiła bardzo pięknie o cierpieniu, o odchodzeniu, o byciu z tymi, którzy cierpią, o żalu, że kiedy umierał Jan Paweł II, człowiek jej bliski, bliski znajomy, żałowała, że nie mogła z Nim być jako wolontariusz z hospicjum. Pani Bortnowska cudowna. Przypomniała mi wczoraj mój zabawny tekst, próbkę dziennikarską, jaką napisałem na jej zajęcia. Zdumiało mnie, że pamięta. W pewnej chwili rozmawialiśmy o reportażu "Druga strona gobelinu" Magdy Grochowskiej. Tekstu o starości intelektualistów. Pani Halina była jedną z boheterek tego reportażu. Zapytała mnie: "A czytałeś książkę Magdy?" "Nie." "Jak to nie? Czytaj! Ucz się, człowieku! Podglądaj, jak koledzy piszą." To było cudowne, bo poczułem się znowu tak, jakby poszedł na jej zajęcia.
Autorytety. Na szczęście są. To dodaje otuchy. Świadomość ich obecności daje poczucie bezpieczeństwa.

A teraz obiecany tekst z wczorajszej konferencji:

GRAŻYNA MUCHA

 

LIST DO MOJEGO DZIECKA

 

 

 

KRZYSZTOF:

 

Nazywam się Krzysztof. Mam dwadzieścia lat. Ostatnich sześć lat spędziłem w hospicjum. Przywieziono mnie ze Szpitala Dziecięcego. Byłem w stanie krytycznym. Szpital nie mógł mi pomóc. Byłem odrapany, miałem opalone włosy, siniaki, ślady po nakłuciach. Nastąpiło zatrzymanie pracy serca. Tak to się chyba fachowo nazywa. Musiałem przedawkować.
W wyniku reanimacji wróciła akcja serca. Założono mi rurkę tracheotomijną. Miałem czternaście lat. Moje ciało było jedną wielką raną. Bolał mnie każdy dotyk. Bałem się bólu. Zamykałem się w sobie jak ślimak. Z czasem poczułem się bezpiecznie. Odróżniałem każdy dotyk, rozpoznawałem głosy. Chciałem pokazać, że widzę. Dlatego gdy włączano
mi telewizję, wpatrywałem się w ekran. Próbowałem wodzić oczami za tymi, którzy do mnie mówili. Mrugałem powiekami. To był mój sposób na nawiązanie kontaktu.  Lubiłem,
gdy włączano mi muzykę i gdy Ania siadała przy moim łóżku i czytała książki, których wcześniej nie zdążyłem przeczytać.

W moje osiemnaste urodziny do Sali wjechał tort. Paliły się na nim świeczki. Był naprawdę dla mnie. Mój pierwszy w życiu. Nie, nie było nikogo z rodziny. Ani wtedy, ani później.

Wychowałem się na Pradze. Tam życie rządzi się swoimi prawami. Miałem pięcioro rodzeństwa. Mama nie pracowała. Wolałbym o tym nie mówić.

Mama? Pojawiła się kilka razy, ale nie była zainteresowana synem w stanie śpiączki. Chciałem pokazać pielęgniarkom, że nie chcę jej widzieć. Kiedy wchodziła do sali, kuliłem się w sobie, zamykałem oczy, odwracałem głowę. Musiała to zrozumieć.

To dziwne, ale w hospicjum wszyscy traktowali mnie jak syna. Dla mnie też byli rodziną.
A potem, kiedy mój stan się pogorszył, trafiłem do szpitala. Kiedy odwiedzały mnie pielęgniarki z hospicjum promieniałem. Nie wstydziłem się płakać. Po prostu znów czułem się bezpiecznie.

A potem… Odprowadzały mnie cztery osoby. Patrzyły za siebie, z nadzieją, że w bramie cmentarza pojawi się moja matka. Czekały. Próbowały przedłużyć, ale… A potem… Usłyszałem, jak panowie z zakładu zapytali: „Czy już nikogo nie będzie?”. Przyjaciele
z hospicjum podarowali mi różowe tulipany. A moja matka? Spóźniła się. Nie zdążyłem się
z nią pożegnać.

Byłem za młody, by umierać. Czy chciałem tak żyć? Czy dowiedziałem się, czym jest dobro? Miłość? Nie, to nie były moje pytania. Nie mogłem o nic zapytać.

 

ANKA:

 

Mam na imię Anka. Mam 24 lata. Pochodzę z małej miejscowości. Jestem szczęśliwa. Niedługo urodzę synka. Jestem w ósmym miesiącu ciąży. Jestem kochana i wiem, że moje dziecko też będzie kochane. Mój mąż jest zdrowy. Kiedy go poznałam, od razu powiedziałam mu, że jestem zakażona. Nie przeraził się. Pomógł mi zmienić moje życie. To chyba znaczy, że znalazłam prawdziwą miłość. Nigdy nie zapytał mnie, jak to się stało. Nigdy mu też nie opowiedziałam. To jest mój sekret. Historia, do której nie chcę wracać. Dzisiaj mogę żyć pełnią życia. Dać życie. I sprawić, by było inne niż moje.

Byłam pewna, że nigdy nie będę miała dzieci. Ojciec przebił mi jajnik, kiedy rzucił się
na mnie z nożem. Później, kiedy zrobiłam badania… Powiedziałam ojcu. Wtedy przestał wykorzystywać mnie seksualnie. Mama o tym wiedziała, ale nic nie zrobiła. Modlę się,
aby moje dziecko było zdrowe. Teraz mam szansę na prawdziwy dom.

 

 

MARTYNA:

 

Martyna. Mam 25 lat. Dzisiaj nikt ze starych znajomych mnie nie poznaje, tak świetnie wyglądam. Czuję się dobrze sama z sobą, jestem zadowolona. Nauczyłam się cieszyć każdym drobiazgiem. Nie jestem sama. Wspiera mnie mąż. Pomagają nam jego rodzice.
Kiedy trafiłam do hospicjum ważyłam 26 kilogramów. Usłyszałam, jak ktoś mówi: „skóra
i kości, no po prostu Treblinka.” Siostry powiedziały mi później, że czaszka powleczona była cienką warstwą skóry, przez którą prześwitywały nawet te najcieńsze naczynia krwionośne. Tylko oczy. One zawsze były pogodne.

Miałam tylko sześć komórek odpornościowych i bardzo wysoki poziom wiremii. Miałam trudności z połykaniem. A przecież musiałam brać leki. Ale nigdy nie przestawałam walczyć o życie. Tej chęci nikt nie byłby w stanie we mnie zabić. Widziałam, że lekarze o mnie walczą, pomagałam im z całych sił. Z czasem zaczęłam jeść i przybierać na wadze.

Nie wiem dokładnie, kiedy i jak to się stało. To musiał być „trafiony” towar, wspólny sprzęt. Wiedziałam, że HIV istnieje, ale był taki daleki… nierzeczywisty. Kiedy byłam na głodzie, najważniejsza była „działka”. Pewnego dnia zasłabłam na ulicy. Przewieziono mnie
do szpitala. Tam zrobiono mi test na HIV.

Może wyszłabym z tego szybciej, gdyby była ze mną moja mama. Ale ona nawet
nie zadzwoniła z życzeniami urodzinowymi. Kiedyś zaprosiłam ją na obiad, chciałam
jej pokazać, jak wyglądam, w jakim dobrym jestem stanie. Nie usłyszałam od niej żadnego dobrego słowa. Nie umie? A może to wciąż dla niej za trudne?

Teraz martwię się, że jestem za gruba. Ważę ponad 50 kilogramów! Wyleczyłam wszystkie zęby, chodzę do fryzjera, kupuję nowe ciuchy, robię delikatny makijaż… Chcę się czuć dobrze sama z sobą.

 

KONRAD:

 

Mam na imię Konrad. Jestem trzydziestolatkiem. Z zawodu piekarzem. Przywieziono mnie tu w mroźny zimowy dzień. Kawał ze mnie mężczyzny. Nie mieściłem się na noszach. Ale byłem tak zaniedbany i wyniszczony, że nazwano mnie „dzieckiem buszu”. Prawda jest taka, że kiedy tu trafiłem, byłem bezwładny, w pampersie, z licznymi odleżynami.
Nie reagowałem.

Powiedziano mi, że w nocy zakradałem się do kuchni i grzebałem w szufladach
w poszukiwaniu jedzenia. Wyjadałem wszystko, co nadawało się do zjedzenia. Tak jakbym chciał najeść się na zapas. Nie pamiętam tego. Wstydzę się, kiedy o tym słyszę. Niektórzy tłumaczą mi, że zachowywałem się tak, jakbym miał w sobie lęk, że będę głodny. Mam to już za sobą.

Nigdy nie znałem swojego ojca. Zginął w wypadku, kiedy miałem osiem miesięcy. Znam go tylko ze zdjęć i rodzinnych opowiadań. Często patrzyłem na zdjęcie ślubne rodziców.
Nie mam żadnego zdjęcia z moim ojcem. Wychowywała mnie mama. Mieszkaliśmy
u dziadków. To były fajne lata. Mieliśmy tylko siebie. Mama pracowała, ale poświęcała mi czas. Kiedy miałem jedenaście lat w życiu mamy pojawił się Marek. Był OK. Pamiętam nasz wspólny wyjazd do Warszawy. Lecieliśmy samolotem. To było przeżycie! Było nam dobrze, tylko mama coraz częściej zaglądała do kieliszka. Starała się to ukrywać, ale wiedzieliśmy.

Miałem pieniądze i nie potrafiłem odmawiać. Najpierw był alkohol, później coś mocniejszego. Miałem tylko spróbować. Nie skończyło się na jednym razie. A potem wszystko potoczyło się szybko. Już było za późno, by przestać.

Nigdy nie powiedziałem o HIV ani rodzinie, ani znajomym. Myślę jednak, że mama
się domyśliła.

Chciałem, aby do mnie przyjechała. Nie miałem z nią kontaktu przez cztery lata. Bywało między nami różnie. Nie byłem aniołem, ale ją kochałem. Nie miałem odwagi zadzwonić, napisać. To mnie przerastało. Poprosiłem siostrę o telefon do matki. Podobno krzyczała.
A jednak zadzwoniła dwa dni później. Przed Świętami powiedziano mi, że będę miał niespodziankę. Kiedy zobaczyłem w drzwiach mamę i młodszego brata… Byłem zaskoczony, mimo że przygotowywałem się na to spotkanie. Byłem szczęśliwy, ale bałem się. Ona też się bała. Jak ma ze mną rozmawiać? Jak dotknąć? Jak przytulić? A potem płakaliśmy. Ten stan nazwałbym euforią. Oczyszczeniem. Pogodziłem się… Teraz piszę list do swojego dziecka. Opowiadam mu o sobie. Nie, nie mam dziecka. Ale chcę podzielić się z kimś tym, co czuję
i tym, co czułem. I chciałbym napisać: „A potem żyłem długo i szczęśliwie.” I podpisać się: „Twój Tato”.

 





Podziel się
oceń
0
0

Polska jest kobietą

środa, 29 listopada 2006 10:32
Wieczorem, lub jutro znajdę chwilę aby napisać więcej. Na razie wklejam manifest Manueli Gretkowskiej, który mnie zachwycił, który uważam za ważny i potrzebny.

 

Partia Kobiet.

 

Od dzisiaj dziala nasza tymczasowa strona zrobiona przez Kamę i
Kondrada   www.polskajestkobieta.org   to tyle informacji, a
propaganda ?- Kayah bedzie na koncertach w MTV zakladac sukienkę z
napisem Polska jest kobietą. Dziekuję za listy. do zobaczenia Manuela
Gretkowska

 

  Apelujemy o pomoc do wszystkich, ale w tej chwili przede wszystkim szukamy prawniczek, prawników i ekonomistów, chcemy partię zarejestrować, ale najpierw oczywiście stworzymy jej program, na pewno europejski, otwarty, nie skrajnie feministyczny, na pewno otwarty na mężczyzn!!!

  Zgłaszajcie się do nas polskajestkobieta@gmail.com

 

 

Manuela Gretkowska

POLSKA  JEST KOBIETĄ
Kochać można tylko z nieprzymuszonej woli. Nikt nie ma więc prawa
podejmować za dorosłych ludzi decyzji czy chcą kochać, czy mogą i
pragną mieć dziecko. Moja pięcioletnia córeczka jest nieplanowaną
wpadką. Nie usunęłam ciąży, nie tylko dlatego, że mogłam wychować
dziecko i  jestem katoliczką. Życie jest dla mnie czymś tak
niesmowitym, że prawdopodobnie nie odważyłabym się na aborcję, jestem
na to za słaba psychicznie. Ale każda kobieta ma prawo decydować o tym
czy ją stać emocjonalnie, materialnie zachować nieplanowaną ciążę. Nie
jesteśmy państwem wyznaniowym, więc co może obchodzić niewierzącą
Kowalską fanatyzm Wiśniewskiej według której Duch Święty pracuje w
prokuraturze i szpera w wyskrobanych macicach? Obowiązująca ustawa
antyaborcyjna jest według Kościoła kompromisowa. LPR-owscy Ojcowie
założyciele nowej Rzeczpospolitej postanowili ją zaostrzyć i zostać
Ojcami wszystkich poczętych i jakkolwiek poczynających sobie Polaków.
Nieważne czy ich Matka Polka to przeżyje, czy ma ochotę być matką.
Wszechwładza nad kobietami dla Wszechpolaków. Podobnie jest w
pierwotnych wspólnotach, gdzie kobiety i dzieci są odsuwane na bok, a
decyzje podejmuje rada plemienna obradująca pośrodku wioski, u nas w
samym środku Europy. Nie powinno to dziwić, tak samo jest od
kilkunastu lat obojętnie czy rządzi lewica czy prawica. Gdy wojownicy
w zbroi garnituru już się dorwą do władzy, kłócą się o podział
postkomunistycznego i unijnego łupu: który więcej zagarnie, który ma
do niego większe prawo moralne i większe zasługi. Dopełnieniem byłaby
podziwiająca ich kobieta. Ideał o którym na trzeźwo opowiada poseł
Piłka : "Zawsze zadowolona i uśmiechnięta chociaż się poswiecająca".
Nie wiem z jakim rodzajem kobiet obcują w nawale zajęć posłowie, ale
jest to raczej opis gumowej lali niż kobiety z krwi i kości. Nikt
dzisiaj od kobiet na Zachodzie nie wymaga heroizmu. Życie rodzinne to
nie gehenna, a już na pewno nie poświęcanie się męskiemu despocie
wbrew temu co wyobraża sobie Liga Patriarchalnych Rodzin. Ale
problemem nie są rojenia prawicy i Giertycha wyglądającego jak
piorunochron naszej nienawisci. Gorsze jest to, że Polacy potrzebują
takiego rządu skoro go wybrali.
Walcząc o niepodległość skladaliśmy daninę krwi, teraz płacimy
rozumem za wywalczoną wolność. Dlatego budzac się rano nie wiem co
usłyszę w radio, jaką obłąkańczą próbę zamachu na moje prawa. Nie mam
złudzeń, następny rząd może będzie bardziej cywilizowany, ale nie
okaże sie łaskawszy dla kobiet. Niby dlaczego miałby zająć się kimś
kto trzyma butelki z mlekiem a nie z benzyną, przecież polityka to
sztuka wywierania nacisku. My zamiast górniczych petard możemy rzucić
pogardliwe spojrzenia. W  następnych wyborach podsunie się nam Tomasza
Lisa, żebyśmy miały wytchnienie patrząc na uroczego kandydata. Nikt
sie z nami nie liczy, a będzie jeszcze gorzej jeśli same nic nie
zmienimy. Gwałconej Ani przyglądały się obojętnie lub bezradnie jej
koleżanki. W Szwecji, w tej strasznie wyzwolonej obyczajowo Szwecji,
dziewczynki rozszarpałyby chłopców znęcających sie nad jedną z nich.
Różnica mentalności i kultury.  Tam kobieta jest kimś, u nas
przedmiotem do manipulowania między nogami, między przepisami. Niemal
w tym samym czasie co śmierć Ani dyskutowano w sejmie o
antyaborycjnych poprawkach. A my jak te dziewczynki z gdańskiego
gimnazjum biernie się temu przyglądamy, gwałceniu naszych praw. Nie
musimy się buntować, bunt jest bronią niewolników. My, kilkanaście
milionów dorosłych Polek żyjemy w europejskiej demokracji i jesteśmy
pełnoprawnymi obywatelami. Mamy wszelkie możliwości siegnąć po władzę
i przestać się gapić na to co  z nami wyrabiają. Tak jak w Szwecji,
gdzie kobiety zagroziły zorganizowaniem swojej partii. Szantażując
rząd stworzyły sobie ciagle udoskonalany przedsmak kobiecego raju. My
spróbujmy wyjść z polskiego, kobiecego piekła. Nie wystarczy po to
pójść na manifestacje przeciw prawu antyaborcyjnemu. Źeby załatwić
wszystkie nasze sprawy musiałybyśmy chodzić codziennie pod sejm.
Skuteczniej będzie do niego wejść na stałe, nie kilkuosobową
reprezentacją, ale silną partią. Bo Polska to my, gwałcone w naszych
prawach, spychane na ostatnie miejsce i nieludzko traktowane.  Byle
manipulant w stylu perelowskiego , prowincjonalnego kacyka lekką ręką
wydaje z państwowych pieniędzy miliony złotych fundując sobie
przystanek kolejowy. Dzieje się to w tym samym kraju gdzie samotnym
matkom bez żadnych dochodów rzuca sie jednorazowo jałmużnę
czterdziestu złotych na kredki dla dziecka ( przypadek mojej siostry,
służę kwitami). Porzucane przez mężczyzn jak psy w lesie jesteśmy
przywiązane nie do drzew, ale do naszych dzieci i wyjemy z rozpaczy
nie mając za co ich wyżywić. Albo z obawy o to gdzie mieszkać i z
czego żyć tkwimy w upokarzających związkach z pijakiem, brutalem
chroniąc dzieci przed nędzą. Wykorzystywanie tej naszej wrażliwości i
sumienia państwowi sadyści na etatach nazywają z lubością  "
poświecaniem się rodzinie".
Kilkadziesiąt lat temu pierwszego lekarza stosującego znieczulenie
przy porodzie ścigała policja za występowanie przeciw boskiemu prawu -
cierpienia za grzech pierworodny. Gdy w latach siedemdziesiątych
dyskutowano we Francji o aborcji, argumentem jej przeciwników byłó
przekonanie, że "...idiotki masowo się wyskrobią przed sezonem
narciarskim". Nie obchodzi mnie co na temat porodów i aborcji mają do
powiedzenia kolejne rządy w Polsce. Polska jest kobietą i musi mieć
zagwarantowaną lepszą ochronę prawna kobiet, opiekę socjalną dla
matek, komfortowe porody z darmowym znieczuleniem, refundowane środki
antykoncepcyjne i oświatę seksualną w szkołach. Kiedyś marksiści
wciskali nam, że wolność to nieuświadomiona konieczność. Teraz wmawia
się nam, że prawdziwa wolność to konieczność nieuświadamiania naszych
dzieci. Kobiety, dziewczyny, matki nie możecie tego znosić. Skarżyć
się mogą kobiety w islamie, bo mężczyźni prawnie za nie decydują. My
nie mamy jak one zasłoniętych szmatami oczu, my je mamy dobrowolnie
zamknięte. W dodatku władza dawno straciła prestiż. Widzimy jej
mechanizmy; prostacy gangsterskimi metodami dopychają się o swoje.
Kosciół, za komuny ostoja wolności, ma tyle własnych problemów, że nie
jest w stanie zatroszczyć się nawet sam o siebie. Nikt inny oprócz nas
nam nie pomoże. Nie wierzcie żadnym obietnicom polityków, wierzcie
tylko sobie.
`Mam w domu małą Polkę, jak wy chcę dla niej dobrego życia. Dając jej
tak na imię marzyłam dla niej o wspaniałej Polsce. Dlatego nie mogę
usiedzieć w domu zastanawiając się co dalej? Zdesperowana poszłam do
pięciu sąsiadek w mojej wsi. Okazało sie, że myślą podobnie. One
następnego dnia dogadały sie z innymi. Wypróbowana i skuteczna metoda
wzorowana na zorganizowanej w piątki Armii Krajowej. W dwa dni jest
już nas dwadzieścia pięć. To nie jest szaleństwo, ale metoda by w
postępie (geometrycznym) zebrać się i wywalczyć swoje. Możemy w
kilkadziesiąt tysięcy pójść pod sejm i zademonstrować naszą siłę, ale
najważniejsze jest stworzyć do następnych wyborów partię i wejść z nią
do sejmu. Nie być na lewo, ani na prawo, być sobą bez względu na
sympatie polityczne. Jesteśmy najbardziej przedsiębiorcze w Europie, a
zarazem najbardziej upokarzane. Możemy wszystko i nie mamy nic oprócz
wewnętrznego sprzeciwu. Zróbmy chociaż tyle - zorganizujmy się.
Zawalczmy o siebie bo Polska to nie oni, POLSKA JEST KOBIETĄ !!!

Wyślijcie wiadomośc na adres polskajestkobieta@gmail.com
 Ci którzy zamierzają pisać  obelgi albo bzdury mają do tego każde
inne forum i trybunę sejmową. Zarezerwowałam domenę
www.polskajestkobieta.org - trzeba ją uruchomić. Proszę zglaszajcie
się informatyczki, garficzki, gospodynie, bezrobotne, ekonomistki, ,
światli mężczyźni,prawniczki, kobiety znane i nieznane, proszę Was o
to dla naszych małych Polek, dla nas, bo Polska jest kobietą!!!

Manuela Gretkowska




  Apelujemy o pomoc do wszystkich, ale w tej chwili przedew wszystkim szukamy prawniczek, prawników i ekonomistów, chcemy partię zarejestrować, ale najpierw oczywiście stworzymy jej program, na pewno europejski, otwarty, nie skrajnie feministyczny, na pewno otwarty na mężczyzn!!!

  Zgłaszajcie się do nas polskajestkobieta@gmail.com


Podziel się
oceń
0
0

Mojry

wtorek, 28 listopada 2006 11:56

Pisałem ostatnio adaptację powieści Marka Sobola, "Mojry". Ta książka chodziła za mną przez wiele miesięcy, od chwili, kiedy ją przeczytałem. Pisałem o niej więcej na PARNAS.PL, tam w dziale recenzje, można odnaleźć mój tekst o niej. Powieść składa się z trzech monologów - staruszki, która jest właścicielką paryskiej kawiarni, pielęgniarki na oddziale onkologii dziecięcej i prostytutki. Powieść napisana z dużą wrażliwością, momentami bardzo poruszająca i mocna. Pisząc adaptację nie chciałem jej zaszkodzić. Chciałem wyciągnąć z niej esencję, bez dopisywania czegokolwiek, bez przeinaczania intencji autora. Kiedy przesiewałem tekst, okazał się jeszcze bardziej ostry, a chwilami nawet okrutny.  Założyłem też od początku, że zachowam formę monologów. Chciałem napisać dramat, będący równocześnie opowieścią. Siegający prapoczątków słowa. Dramat, w którym na plan pierwszy wysunie się narracja. Posłałem tekst autorowi. Ciekawy jestem jego odbioru.

Dzisiaj TVP Kultura powtarza mój spektakl "Naznaczeni" z Tomirą Kowalik i Urszulą Dudziak, godz. 23.25 zapraszam.

 


Podziel się
oceń
0
0

Jan Pietrzak o Jubileuszu Barbary Krafftówny

poniedziałek, 27 listopada 2006 10:02

Jan Pietrzak: Jak w kabarecie

 

Basia jubilatka

 

Sześćdziesiąt lat w zawodzie to piękny wynik. Zwłaszcza jeżeli jest to profesja artystyczna, w której trudno o jednoznaczne kryteria. Zmieniały się mody, mijały ustroje, style, konwencje, a Barbara Krafftówna jak była świetną aktorką, tak jest. W teatrze, w kinie, w kabarecie... Na jubileusz przygotowała monodram "Błękitny diabeł" Remigiusza Grzeli, opowiadający o ostatnich latach Marleny Dietrich. Zagrała przejmująco starą, sławną kobietę, stworzoną po to, by grać. I gra do końca...

Przedstawienie jubileuszowe odbyło się w Teatrze Narodowym w Warszawie 20 listopada, dokładnie w dniu, w którym zadebiutowała w teatrze w Gdyni, w 1946 r., grając w "Homerze i orchidei" Tadeusza Gajcego. Po przedstawieniu nastąpiły ordery, kwiaty, przemówienia, wystąpienia... Kazimierz Kutz nawiązując do obecnego na widowni ministra kultury i dziedzictwa narodowego, przytomnie zauważył, że Basia to jednocześnie i kultura, i dziedzictwo narodowe. Stanisław Tym odśpiewał przedwojenny refren "Barbara, dziewczyna ma...". Może najbardziej poruszająca była niepozorna starsza pani, która nieśmiało, niepewnie wręczyła jubilatce skromne kwiatki. Była to pani Kaczyńska, matka prezydenta i premiera. Takie sceny nie mają precedensu nawet w sztuce...

Dlaczego ja Wam, Szanowni Czytelnicy, to wszystko opisuję jak jakiś recenzent? Otóż z powodów osobistych, ze wzruszenia.

Basia występowała przez kilka lat w "Kabarecie Pod Egidą" na przełomie lat 60./70. Byliśmy z Jonaszem Koftą, Adasiem Kreczmarem, Jankiem Stanisławskim bardzo niepewni, czy po wyrzuceniu nas ze studenckich Hybryd damy sobie radę na profesjonalnym gruncie. Popularna, lubiana aktorka podjęła ryzyko uczestnictwa w kabarecie underground. Okazała się osobą odważną. Dodawała nam splendoru i otuchy. To już w sferze pozaartystycznej. Jako kumpelka, koleżanka jest nadzwyczajną osobą. Troskliwa, życzliwa, przejęta kłopotami innych, choć sama miewała ich w życiu mnóstwo, jak na przykład w latach 80. na emigracji.

Najtrudniej jest pogodzić się z tym, że z powodu ówczesnej głupiej władzy nie zostały nigdy zarejestrowane wieczory kabaretowe z jej udziałem. Jedynie kilka piosenek przebiło się do szerszej publiczności. "Słowa, jak sztuczny miód, ersatz, cholera nie życie. Miał być raj, miał być cud i szklanka na popicie... A to wszystko nie tak, nie to...". "Gdzie ta bohema? Szaleństwa nocy, rozpacze dnia, płomień geniuszu, wieczności trema i epater le bourgeois...". "A poza tym nic na działkach się nie dzieje...".

Oj, teraz to dzieje się, dzieje... Przede wszystkim jubileusz Barbary Krafftówny, o którym piszę do Krakowa, ponieważ tu właśnie po powstaniu warszawskim przeniosła się z matką i siostrą i rozpoczęła studia u Iwona Galla. Krucha, piegowata, wielka Basia...

Dziennik Polski, 24 listopada 2006


Podziel się
oceń
0
0

Warszawa

niedziela, 26 listopada 2006 10:53
Weekend znów wyjątkowo pracowity. Wczoraj pisałem do późna, pewnie do północy. Nie lubię pisać. A zwłaszcza nie lubię się odrywać od pisania, kiedy już mnie wciągnie. Kiedy chodzę i myślę i kombinuję jak koń pod górę. Nie lubię też, że nie lubię pisać. Przez to cholerne pisanie obudziłem się dzisiaj o siódmej, bo łeb mam pełen wątpliwości i znaków zapytania. Żeby odreagować zabrałem się za czytanie. Ostatnio wpadłem po uszy w Iwaszkiewicza, którego zawsze lubiłem. Rano czytałem jego szkice "Aleja przyjaciół". Świetna książka, w której zobaczyć można pisarzy jakimi byli, ludzi z ich manierami, zwyczajami, przeczytać, z jakich powodów się obrażali, jak gestykulowali. Lilka to Pawlikowska. Podobno chodziła z lemurem, którego dostała od wielbiciela. A Leszek to Lechoń, niezwykle ciekawy człowiek, choć snob. Podobno stale pożyczał pieniądze. Pożyczał na urządzane przez siebie przyjęcia, na które jednak nie zapraszał tych, którzy te pieniądze mu pożyczali. Pisał kiedyś do Iwaszkiewicza:

Drogi Jarosławie!
... proszę Cię więc po raz x-owy, znów na tym samym papierze i znów o to samo. Jeżeli tylko możesz, to zrób mi tą prawdziwą przysługę, o którą b. b. mocno proszę i do dnia 1 czerwca pożycz w gotowiźnie mrk 100, a będę regularny jak kobieta, wdzięczny jak uczeń - proszę Cię b. b. mocno.
Bądź tak dobry i przed godz. 9 wieczór zostaw to, o co proszę, u swego stróża. Liczę na Ciebie bardzo, bardzo.
Całuję Cię mocno i jeszcze raz proszę Leszek
Jeżeli nie masz sam, może Ci nie zrobi różnicy pożyczenia dla mnie na ten krótki termin. L. (...)

Takie to były czasy. W szkicu o Szyfmanie, założycielu Teatru Polskiego, czytam o domu, w którym teraz mieszkam:
"Parter tej willi zajmowała Ewa Bandrowska-Turska. Dwa wyższe piętra przypadły Szyfmanowi. Było to urocze mieszkanie. Mógł tu urządzać przyjęcia na większą ilość osób. Najmilsze były tu jednak obiady w małym gronie. Brał w nim udział doktór Guttry, niektórzy aktorzy, pewne osoby oficjalne. Z zasady były to jednak sympozjony w ścisłym gronie związanych z teatrem osób i mających wspólne zainteresowania.  W tym to mieszkaniu zjawiła się u boku Arnolda jego nowa żona, urocza osoba, młodsza od niego o czterdzieści lat Marysia Broniewska. Córka bardzo zamożnych i gospodarnych ziemian spod Lublina, właścicieli prześlicznego Garbowa, znakomicie prowadzonych latyfundiów, była osobą bardzo nieprzeciętną. Bardzo ładna i bardzo wykształcona, mówiąca znakomicie po francusku, a jeszcze lepiej po angielsku, była bardzo ponętną atrakcją towarzyską. Szyfman ożenił się z nią całkiem niespodziewanie i zupełnie nieoczekiwanie dla przyjaciół(...) Cały teatr i wszyscy - cała Warszawa mocno wówczas przetrzebiona - interesowała się tym małżeństwem(...) W jakiś czas potem zaprosił mnie na obiad. Pracował wtedy nad swoimi pamiętnikami, ale już się gubił w obszernym, bardzo obfitym materiale, czynił liczne notatki, ale notatki te stawały się gęstą puszczą, gdzie trudno było wyznaczyć ścieżki."

Takie to były czasy...


Podziel się
oceń
0
0

Świat trwa

piątek, 24 listopada 2006 18:33
Nie pisałem wczoraj, bo jakoś głupio było pisać w obliczu tragedii w Rudzie Śląskiej. Każdy przeżywał na swój sposób. Tragedia wręcz niewyobrażalna.

Świat trwa.

Czekałem do dzisiaj, żeby Wam powiedzieć, że kilka dni temu Małgosia Rożniatowska na festiwalu teatralnym WROSTJA we Wrocławiu, za rolę Anity Szaniawskiej w "Uwaga - złe psy!" dostała Nagrodę Wojewody Dolnośląskiego i Nagrodę Polskiego Radia Wrocław. Wróciła ze skróconej żałobą trasy do Warszawy. W niedzielę zagra w Krakowie, w Teatrze Łaźnia.

A we środę w "Rzeczpospolitej" ukazała się recenzja z premiery "Błękitnego diabła". Zamieszczam poniżej:

Prawdziwy wizerunek kapryśnej gwiazdy

"Błękitny diabeł" w reż. Józefa Opalskiego i Barbary Krafftówny wyprodukowany przez Agencję Artystyczną Agart gościnnie w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Janusz R. Kowalczyk w Rzeczpospolitej.

«Rewelacyjna forma aktorska Barbary Krafftówny pozwoliła jej uczcić jubileusz 60-lecia pracy na scenie występem w monodramie "Błękitny diabeł" Remigiusza Grzeli.

Autor napisał go na podstawie rozmów, które przed laty odbył w Paryżu z sekretarką Marleny Dietrich. Przedstawienie reżyserował Józef Opalski, a nad jego stroną muzyczną czuwał Janusz Sent.

Pomysł mógłby się wydać ryzykowny, zważywszy, że to debiut Barbary Krafftówny w monodramie. Ponadto wchodzenie w skórę znanej z kapryśnego charakteru gwiazdy światowego kina i estrady prowokuje do porównań. Trzeba mieć nie lada klasę i charyzmę, by z takiej konfrontacji wyjść zwycięsko. Udało się. Przede wszystkim dlatego, że aktorka nie naśladuje słynnej diwy ekranu, lecz daje obraz osamotnionej kobiety u schyłku życia, która lata powodzenia ma dawno za sobą. Marlena Krafftówny to nie sławna, ubóstwiana przez tłumy artystka, lecz stara, zgorzkniała entuzjastka płynów wyskokowych, które sekretarka skrycie rozcieńcza wodą. To także matka bezwzględnie dojona z pieniędzy przez mieszkającą w Nowym Jorku córkę aktorkę oraz babka, którą wnuk będzie usiłował ubezwłasnowolnić. Cóż jej pozostaje? Wspomnienia pięknych chwil z lat młodości i dojrzałości, znaczonych triumfalnym pochodem przez ekrany i sceny.

Rola Marleny Dietrich okazała się dla Barbary Krafftówny doskonałą okazją do ukazania pełni aktorskich i wokalnych możliwości.Wspaniałym, radośnie rozedrganym głosem przypomniała "Małego żigolo" i największy bodaj przebój legendarnej niemieckiej artystki -"Ja jestem przecież po to, żeby kochać mnie".

Olśniewające przedstawienie. Znakomity popis warsztatu. Wielki triumf rzetelnego aktorstwa, który był tak dobrze widoczny we wcześniejszych dokonaniach jubilatki, zwłaszcza w Kabarecie Starszych Panów czy w kinie Hasa i Kutza.

Przedstawienie będzie pokazywane w miastach, które w życiu artystycznym Barbary Krafftówny odegrały znaczącą rolę. Po Gdyni i Warszawie trafi wkrótce do Krakowa. Nie wolno go przeoczyć.»


Podziel się
oceń
0
0

Ruda Śląska

środa, 22 listopada 2006 22:51
Minęło trzydzieści godzin od wybuchu metanu w kopalni w Rudzie Śląskiej. Piętnastu osób wciąż nie odnaleziono. Poetka ze Śląska, Roma Jegor napisała w swoim blogu w dziale "bez cenzury" na PARNAS.PL:

A jeżeli nieszczęście jest tak ciężkie jak To dzisiaj, modlimy się do Ciebie Święta Barbaro. Spraw, żeby nasza wiara przeniosła choć parę kamieni... gdzie indziej. By ONI mogli doczekać pomocy!
Podziel się
oceń
0
0

po premierze

wtorek, 21 listopada 2006 15:43

Wczorajszy Jubileusz Barbary Krafftówny był wydarzeniem wyjątkowym, i będzie zawsze w mojej pracy zawodowej. Pani Barbara po raz kolejny pokazała, że jest aktorką fascynującą i nieprzewidywalną, że ma charyzmę, która trzyma widza od początku do końca. A kiedy wybrzmiały słowa: „Ja też jestem tylko po to aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”, wbiła mnie w fotel.  Przyznam jednak, że najbardziej poruszyła mnie scena, w której stara i chora Marlena Dietrich, zamknięta we własnym mieszkaniu, zapowiada swój koncert, tak, jakby stała przed publicznością. Mówi: „Światło!” Na scenę pada snop światła. Przechodzi w kąt, przygasa światło, aktorka przebiera się. Zdejmuje bluzkę, spodnie, buty, w których była. Spokojnie, nieporadnie zakłada swoją sceniczną sukienkę. Wszystko trwa i staje się absolutnie prywatne, intymne. Zakłada buty na obcasie. Wraca w snop światła i śpiewa swój największy szlagier „Lili Marlene”. Ale w tej niemej, wydłużającej się scence zawarta jest cała istota zawodu aktorskiego, czasem przerażające przesłanie sztuki. Marlena reanimuje się i staje na scenie. Po prostu jest.

 


Podziel się
oceń
0
0

Premiera

poniedziałek, 20 listopada 2006 9:44
Trzymajcie kciuki. Dzisiaj premiera "Błękitnego diabła" w Teatrze Narodowym. Już jestem stremowany, mimo że to nie ja wyjdę i zagram.

Podziel się
oceń
0
0

Książki

sobota, 18 listopada 2006 21:47
Przeziębienie rozłożyło mnie. Na razie nie jestem w stanie się na niczym skupić. Muszę się reanimować do poniedziałku. Przyjechała moja Mama, siedzimy przy kominku. Grzeję swoje zziębnięte kości. Kot Tutka śpi skulony w kłębek. Ale mam mnóstwo książek, w tym opasłe tomisko spółki Bikont/Szczęsna "Lawina i kamienie" o pisarzach wobec komunizmu. W poniedziałek muszę kupić dzienniki Krystyny Kofty, które wyszły całkiem niedawno, zdaje się we wtorek, a już podobno znikają z księgarń. Czy ktoś już przeczytał?
A ja przeczytałem książkę Ewy Beynar-Czeczott "Mój ojciec Paweł Jasienica", jednak subiektywny portret pisarza, ale pozwalający go zobaczyć jako człowieka. Zapadła mi w pamięć scena, w której Paweł Jasienica froteruje podłogi. Wracam do rozmów. Może jutro wpadnę tutaj, w lepszym stanie.

Podziel się
oceń
0
0

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  802 760  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl