Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

zabliźnić choćby obrzeża

sobota, 31 października 2009 17:34
Zbieram siły. W nocy wysoka gorączka, ale już jest lepiej. Dzisiaj leżę i czytam. Przysypiam i budzę się.
Dzisiaj dowiedziałem się o śmierci Ireny Conti di Mauro, poetki, którą dobrze znałem, ceniłem, lubiłem. Irena napisała posłowie do mojego drugiego tomiku wierszy "Drzewa wierzą naprawdę" i przełożyła kilka moich wierszy na włoski. Zawsze rozemocjonowana, pełna energii, gdzieś biegnąca, coś załatawiająca, działająca, zbierająca pieniądze na kolejny cel charytatywny. Pamiętam wizyty w jej pięknym ale dziwnym domu bez ścian w Konstancinie. Pamiętam jakieś wspólne wyjazdy, do Nałęczowa czy Białegostoku. Pamiętam jej opowieści o podróżach z Lechem Wałęsą, kiedy pisała o nim książkę na początku lat. 80, którą opublikowała we Włoszech i za którą dostała nagrodę Amnesty International. Miałem poczucie, że znam Irenę, wiele osób myślało, że zna Irenę. Ale tak naprawdę nikt z nas nie wiedział nic o jej życiu. To jest oddzielna opowieść, oddzielny rozdział. To, jak ukryła swoje życie nawet przed samą sobą. Jak nauczyła się życia na nowo i jak w nie uwierzyła. Bo przecież musiała uwierzyć w swoje życie bez ścian, kryjówek i piwnic. Trochę wiedzieliśmy, a trochę nie wiedzieliśmy, ale nikt nie pytał, a Irena nie mówiła.
Dzisiaj o tym myślę. Właściwie myślę o tym od wielu miesięcy. I myślę, że jest coś symbolicznego w tym, że Irena odeszła w tym samym miesiącu, co Ostatni Dowódca.
Irena, która uosabiała dla nas wszystkich, jej znajomych, słoneczną Sycylię nigdy nie ujawniła nic z tamtego mroku.
Tak, od miesięcy o tym myślę.
Wczoraj wizyta na Powązkach. Stewardessy z pilotem paliły świeczki koleżankom i kolegom z załóg samolotów, które się rozbiły. Zawsze mnie przerażały te długie alejki nagrobków z jednakową rocznicą śmierci i podpisami: stewardessa, kapitan, inżynier...
"Tak, Małgosia, tego roku, kiedy była katastrofa spotkaliśmy się w górach, na nartach" - słyszałem wczoraj strzęp rozmowy nad grobami jednej z załóg lotniczych.
Świeczki na grobach Piotra Łazarkiewicza, Ryszarda Kapuścińskiego (zostawiłem też jednorazowy długopis, bo Pan Ryszard namiętnie je zbierał), a także dyrektorów Teatru Na Woli, Tadeusza Łomnickiego i Bogdana Augustyniaka.
I kiedy wracałem nagle stanąłem przed grobem rodziców przyjaciółki. Nawet nie wiedziałem, że na tym cmentarzu są pochowani. Po prostu nagle, wśród tysięcy grobów, zatrzymałem się właśnie przed tym.
Jak drogi dziwnie prowadzą.

Irena Conti di Mauro

Pewnego dnia wracasz do domu
myjesz ręce stajesz przed lustrem
i nie widzisz własnej twarzy
tylko patrzy na ciebie
niewyraźny kształt pamięci

Moja pamięć jest bosa
spaceruje niepewna
po ścieżkach przeszłości
potyka się o przerwy w życiorysie
rani sobie stopy kuleje

Od pewnego czasu
nie skacze po drzewach
nie wspina się po górach
ani śladu po niej na jeziorach

Zmęczona jakoś po nowemu
tłucze się na umilkłych
kamieniach własnej historii
od siebie... do siebie
i z powrotem

Myśli ma jakże niewesołe
ograniczone długością
przemierzonych szlaków więc i marzenia
proporcjonalnie skromniutkie

Tylko zabezpieczyć sobie miejsce
na pustej jeszcze niemodnej plaży
może fala obmywająca brzegi
zabliźni choćby obrzeża jej ran
ciągle otwartych pod wyblakłym
sklepieniem odpływających
w szarość obłoków

(z tomu "Cztery pory pieśni nieustającej. Wiersze włoskie", Czytelnik 1998)

Podziel się
oceń
0
0

wszystko na świecie...

czwartek, 29 października 2009 22:46
Historie ludzi, filmów i książek. "Czy książka czytana po   dziesięciu latach wciąż jest tą samą książką?" - pyta bohater filmu "Elegia" Isabel Coixet, nakręconego według powieści Philipa Rotha "Konające zwierzę". Pisałem już tutaj o Isabel Coixet, bo jej filmy zapadają w pamięć, coś otwierają, dają do myślenia, są nieoczywiste. Tym razem sięgnęła po powieść Rotha, jednego z moich ulubionych amerykańskich pisarzy. Znany profesor (Ben Kingsley), chętnie zapraszany do programów telewizyjnych zakochuje się w swojej studentce (Penelope Cruz). Ale jak to w życiu bywa po burzliwym romansie ich drogi rozchodzą się, na lata, aż do momentu, w którym... Nie, nie opowiem treści. Powiem, że to piękny film o pragnieniach, miłości, odrzuceniu, samotności i sztuce, odpowiedzialności, starzeniu się, chorobie, o zapachu śmierci, wypełniony muzyką Arvo Parta. "Czy książka czytana po dziesięciu latach wciąż jest tą samą książką?" A nasza własna historia, schowana często głęboko, czy z upływem czasu wciąż jest tą samą? Wczoraj obejrzałem "Solistę" Joe Wrighta, według autentycznej historii genialnego młodego muzyka chorego na schizofrenię, opisanej przez dziennikarza "Los Angeles Timesa" Steve'a Lopeza. Gdzie kończy się sztuka a zaczyna szaleństwo? Jaki los noszą w sobie ludzie, których spotykamy na ulicy? I czy w ogóle można odmienić czyjeś życie? Czy można je odczarować, ulepszyć, naprawić, uzdrowić? Oto pewnego dnia Steve Lopez (znakomity Robert Downey Jr) słyszy grającego na dwustrunowych skrzypcach młodego człowieka, Nathaniela Ayersa (genialny Jamie Foxx). Zaczyna z nim rozmawiać. Wyrzucający z siebie potoki słów i opowieści Nathaniel wspomina coś o studiach w słynnej Juliard School of Music. Lopez usiłuje to sprawdzić. Dzwoni do szkoły i słyszy, że takiego studenta nie było. Skreśla więc temat ze swojej listy. Aż odbiera telefon z Juliard, że ktoś pomylił się udzielając tej informacji, że sprawdził tylko listę absolwentów, a nie studentów i że rzeczywiście był Ayers, tylko zrezygnował na drugim roku. Lopez podąża za tą historią aż próbuje odmienić życie chłopaka. Na początku jeszcze nie wie, że taką odmianą jest sama przyjaźń. I że niczego więcej dać nie może. Wczoraj powiedziałem do Eli: "ile lat trzeba czekać, żeby poznać kogoś, kogo się znało całe życie". I wierzę, że tak jest.
Dzisiaj ktoś mi powiedział, że film szmirowaty, dla mnie nie był. Nawet wzruszyłem się. Wierzę w takie opowieści. Idę za nimi.
To dziwne, że właśnie wczoraj, zanim obejrzałem ten film jedna z pań sprzątających teatr przyniosła mi prezent. Swoją płytę cd, z piosenkami, które śpiewa po polsku, angielsku i arabsku. Ta pani była kiedyś piosenkarką i dużo koncertowała. Podarowała mi też tomik własnych opowiadań. Teraz słucham tej płyty i jeszcze bardziej wierzę w historię książek, filmów i ludzi. W to, że wszystko zależy od tego, jak patrzymy a w gruncie rzeczy chciałoby zależeć od tego, czego nie widzimy.
Właśnie wczoraj przyszła pocztą z wydawnictwa Karakter przepięknie wydana książka Susan Sontag "O fotografii", która pisze tam m.in. "Robić ludziom zdjęcia to gwałcić ich - oglądać takimi, jakimi sami nigdy siebie nie widują, zyskać o nich wiedzę, jakiej sami nigdy nie będą mieli, i w ten sposób uczynić z nich przedmioty, którymi można symbolicznie zawładnąć. Podobnie jak aparat fotograficzny jest sublimacją broni, robienie komuś zdjęcia stanowi sublimację morderstwa - cichego morderstwa, pasującego do naszych smutnych, pełnych strachu czasów", i w innym miejscu: "Poznanie bowiem zaczyna się od nieprzyjmowania świata takim, na jaki wygląda".
I cytat z Mallarmego: wszystko na świecie istnieje po to, by znaleźć się w książce.


Podziel się
oceń
0
0

Emisariusz

wtorek, 27 października 2009 21:33
Yannick Haenel, autor powieści "Jan Karski" przyjechał do Polski i wczoraj spotkał się z publicznością w Warszawie, w redakcji "Gazety". W spotkaniu, które prowadziłem brał również udział pan Jean-Yves Potel, autor książki "Koniec niewinności. Polska wobec swojej przeszłości żydowskiej". Lubię te niespodziewane, nadzwyczajne zdarzenia na spotkaniach. Kilka dni temu zamieszczałem tutaj link do mojej rozmowy z Haenelem, w której mówił o swoich studiach na Uniwersytecie w Rennes, gdzie pani prof. Łabędzka nie tylko uczyła francuską młodzież polskiej literatury, ale i wyświetlała polskie filmy, w tym "Sanatorium pod klepsydrą". Mówił wtedy, że ta miłość do Polski z pewnością zaczęła się na studiach w Rennes. I oto pani profesor Łabędzka pojawiła się wczoraj w "Gazecie", spotkała się ze swoim studentem po raz pierwszy od dwudziestu lat. Nie mogłem nie włączyć jej do rozmowy. A te filmy, jak powiedziała wczoraj, najpierw musiała z Polski przemycać, kopia filmu z metalowym pudłem ważyła wtedy dwadzieścia pięć kilogramów! Powiedziałem: "Mamy takich pisarzy i takie książki, właśnie dzięki takim nauczycielom" i to wszystko prawda.
Głos zabrała również pani Ewa Wierzyńska, która znała Karskiego przez trzydzieści lat. Mówiła o pamięci o nim i słusznie zwróciła uwagę "Gazecie", że w ubiegłym roku, w rocznicę śmierci emisariusza nie pojawiła się nawet mała wzmianka.
Ciekawe były wypowiedzi pana Potela, który powiedział, że powieść Haenela nie tylko wywołała we Francji debatę dotyczącą Polski, ale też pokazała postać Karskiego, który był tam nieznany. "Często zaprasza się mnie do różnych debat, udzielam wywiadów o mojej książce, ale odkąd wyszła powieść Haenela nie ma wywiadu, w którym by mnie nie zapytano o Karskiego".
Dyskusja wokół postaci Karskiego i samej książki Haenela, która w Polsce wyjdzie dopiero w przyszłym roku, była emocjonująca.
Długo przygotowywałem się do tego spotkania. Poza książkami Haenela i Potela przeczytałem też biografię Jana Karskiego, która wyszła w Polsce niedawno, a której autorem jest Stanisław M. Jankowski. "Karski. Raporty tajnego emisariusza" to jedna z najlepszych polskich biografii, jakie w ogóle czytałem. Czyta się ją dosłownie jak książkę sensacyjną, ale przecież biografia Karskiego to jest materiał sensacyjny, wzbogacona o bogaty materiał dokumentalny - są na przykład fotografie raportów Karskiego z 1940 roku, pisanych we Francji, które istniały w dwóch wersjach. Karski przez lata nie wiedział, że raporty, które pisał były zmieniane, a ich sens był wypaczany.
Naprawdę emocjonująca książka. A czytanie jej razem z powieścią "Jan Karski" nie tylko odsłania historię, ale i pomaga wejść w głowę jednego z największych bohaterów naszych czasów, współczesnego Ulissesa, którego nikt nie chce słuchać. Człowieka, który chciał powiedzieć światu, co dzieje się z europejskimi Żydami w Polsce. Człowieka, którego nie chciano usłyszeć.
Kiedy chodziłem do liceum, napisałem do Jana Karskiego, do Ameryki, pamiętam, że dostałem miłą odpowiedź. Gdzieś ten list wciąż jest w Starogardzie. I fotografia Karskiego z papierosem, podpisana na odwrocie.
Czytając biografię Jankowskiego z wypiekami na twarzy odkrywałem też udział Zofii Rysiówny, wielkiej aktorki, z którą miałem kiedyś przyjemność przeprowadzić wywiad w jej mieszaniu w Alejach Jerozolimskich. - Jej udział w uratowaniu Karskiego z rąk Niemców był więcej niż znaczący. Pomagała mu wydostać się ze szpitala w Nowym Sączu i przetransportować do Krakowa.
Pisał o Karskim Stanisław M. Jankowski: "Nigdy nie uważał się za bohatera. Niosą go wydarzenia, a prowadzą ludzie, od pierwszej jego misji w listopadzie 39 r. przekazujący z miejsca na miejsce kogoś, kto - nie bardzo wiedząc dlaczego - zdecydował się zostać emisariuszem. Nigdy nie miał skłonności do hazardu i ryzyka ani potrzeby dowodzenia innym, że jest odważny".
Oczywiście emocje wzbudzała też postać Claude'a Lanzmanna, autora filmu "Shoah", który utwierdził na świecie wizerunek Polaka-antysemity. Lanzmann wykorzystał Karskiego. Umieścił w filmie tylko niektóre jego wypowiedzi. Yannick Haenel powiedział wczoraj, że posłał Lanzmannowi swoją książkę. Usłyszał potem od kogoś, kto zna Lanzmanna, że ten nie życzy sobie jakiegokolwiek kontaktu z Haenelem. Sam Haenel mówił wczoraj, że chociaż jego stosunek do Lanzmanna nie jest jednoznaczny to go podziwia, bo wysłuchał Karskiego. Dzięki temu przerwany przekaz znów działał. I gdyby nie ten film, on sam nigdy nie dowiedziałby się o Karskim. I nie napisałby swojej powieści.


Podziel się
oceń
0
0

Yannick Haenel w poniedziałek w Warszawie

sobota, 24 października 2009 10:21
Zaraz biegnę na zajęcia ze studentami, potem się odezwę pewnie.
Na razie tylko zaproszenie. W poniedziałek będę prowadził w warszawskiej redakcji "Gazety" spotkanie z francuskim pisarzem, Yannickiem Haenelem, nominowanym do Goncourta za powieść "Jan Karski", którą tutaj wspominałem. Początek godz. 19.00. W spotkaniu weźmie też udział pan Jean-Yves Potel, autor książki "La fin de l'innocence. La Pologne face a son passe juif". Spotkanie będzie tłumaczone oczywiście.
Niedawno przeprowadziłem wywiad z Yannickiem Haenelem, którego fragmenty ukazały się w "Gazecie". Całą rozmowę o Haenelu i o książce można przeczytać tutaj:

http://www.parnas.pl/index.php?co=blog&id=12&idb=877



Podziel się
oceń
0
0

dźwigozaurów rząd

piątek, 23 października 2009 22:20
Wróciłem z Gazety, gdzie prowadziłem spotkanie z Pawłem Boro Borowskim, reżyserem filmu "Zero", a także z aktorami grającymi w tym filmie Marią Maj, Robertem Więckiewiczem i Michałem Żurawskim. Film obejrzałem kilka dni temu, na pokazie prasowym i muszę przyznać, że to jeden z najlepszych polskich filmów, jakie widziałem w ostatnich latach. W każdym razie mnie bardzo poruszył.
Na poprzednie spotkanie w Gazecie, z panem Januszem Morgensternem, jechałem taksówką i kierowca mówi do mnie: "Trzydzieści dziewięć lat jeżdżę za kółkiem, to, co widziałem, to by pan nie uwierzył. Tyle lat, tylu ludzi, tyle historii. Ja proszę pana na przykład woziłem Kalinę Jędrusik z ulicy Kossaka, proszę pana, na Żoliborzu to jest i co ja tu widziałem, w tym swoim lusterku, to by pan nie uwierzył. A zresztą kogo ja nie woziłem... I lekarzy, co się spieszyli do szpitala, i prostytutki, co jechały do klienta i mafię, co robiła jakieś interesy na cepeenach i polityków woziłem, proszę pana, a jakże, woziłem..."
"To powinien pan obejrzeć film Zero, właśnie wchodzi do kin... To właśnie opowieść o mieście i ludziach widziana z perspektywy kierowcy taksówki".
"A dziękuję, zobaczę, z internetu sobie ściągnę jak już będzie, bo do kina to ja, proszę pana, nie mam czasu".
Mnie film Pawła Boro Borowskiego, ten bardzo dojrzały, precyzyjny i mistrzowski debiut poruszył. Nie może nie poruszyć kogoś, kto ma grupę krwi reportera, kto zastanawia się, jakie historie noszą ludzie, których przypadkowo spotykamy na ulicy, w kiosku, sklepie. Jaka jest opowieść mężczyzny, który przy ruchliwej ulicy sprzedaje gazety? Jaka jest opowieść o człowieku, który kupuje w markecie nożyczki? I jaką historię kryje w sobie facet, który czeka na swoją kolej przy kasie w dużym sklepie i postanawia zapłacić za kogoś, kto jest przed nim a ma podarty banknot, jedyny jaki w ogóle ma, którego to banknotu opryskliwa kasjerka nie chce przyjąć?
Właśnie takie historie odsłania wielowątkowy, precyzyjnie skonstruowany film Pawła Boro Borowskiego, z wykształcenia malarza i grafika, autora cotygodniowych rysunków w cyklu "Druga strona ekranu" w dodatku Gazety "Co jest grane", byłego dyrektora kreatywnego agencji reklamowych, performera, człowieka-orkiestry.
Nie chcę opowiadać filmu, zachęcam do jego obejrzenia. Jego klimat bliski jest takim filmom jak "Hawaje-Oslo", "Ty i ja i wszyscy, których znamy", czy w Polsce "0_1_0" Piotra Łazarkiewicza.

Dzisiejszego spotkania można posłuchać tutaj:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95158,7181196,_Zero__to_niezly_odlot.html

Zajrzałem tutaj, żeby trochę odpocząć przed dalszą robotą. Żałuję, że nie mogłem być dzisiaj na koncercie Renate Jett, ale praca ważniejsza. Spotkanie było inspirujące.
Teraz muszę jeszcze przygotować jutrzejsze zajęcia ze studentami. Słucham nowej płyty Hey "
Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", której premiera jest dzisiaj i już płyta okryła się platyną. Muzyka fenomenalna, a niektóre teksty to już w ogóle mistrzostwo świata i ostra jazda bez trzymanki.
Choćby ten

Kasia Nosowska
"Umieraj stąd"

Umieraj stąd!
Bierz co twoje i won!
W zaświaty, gdzie zmory
gdzie strzygi, upiory
gdzie zimno i wieje
gdzie głodno i mrok!
Umieraj stąd!
Wysyczano mi wprost
w amoku słowiki
golone trawniki
płakałam do wewnątrz dyskretna po kość

Miałam dom
Gdzie to było?
Tam gdzie Odra, port
dźwigozaurów rząd
było wręcz niemożliwie nam
nasączałeś mnie pewnością
jak
likierem biszkopt

Umieraj stąd...

Drobnych spraw korzonkami
wrastaliśmy w grunt
czas przygarbiał nas
Odra, port, dźwigozaurów rząd
nasączyłeś mnie jak gąbkę
dziś
goryczy octem

Umieraj stąd!

Podziel się
oceń
0
0

welon mgły

czwartek, 22 października 2009 17:21
Dzisiaj mija szósta rocznica śmierci Stanisławy Zawiszanki, Dżonki, aktorki, poetki, autorki dramatów, której pomagałem uciekać przed śmiercią. Dzwoniła do mnie, prosiła, żebym przyjechał, pomagałem jej pakować dobytek, a ona przeprowadzała się z miejsca na miejsce oszukując śmierć. Wczoraj przypomniała mi o swojej rocznicy śmierci. Akurat wczoraj zostałem w domu, snułem się i nagle miałem myśl: "Chyba dzisiaj jest rocznica śmierci Stachy". Sprawdziłem. Nie wczoraj, a dzisiaj. Przypomniała mi dzień wcześniej, żebym pamiętał. Wierzę w takie znaki. Obok, link na stronę poświęconą Stanisławie Zawiszance. Myślę, że to ważne, żeby właśnie dzisiaj poczytać, przypomnieć sobie jej wiersze.

Stanisława Zawiszanka

Teresie Biedulskiej

 

gdy umiera poeta

wiatr ogłasza minutę ciszy –

 

noworodkom

rozszerzają się źrenice –

cichną serca ptaków –

powolnieją górskie siklawy –

różom czernieją płatki –

słońce opuszcza na twarz

welon mgły –

ośmiornice żałują za grzechy –

 

litery zbite w kłęby

oczekują wyroku –

śpiewa pustka –

poeci nie umierajcie!

to do was należy świat

nie

do

generałów!

 

Skolimów, zima 2000


Podziel się
oceń
0
0

zakalec

środa, 21 października 2009 21:34
Wieczorem przyszła paczka książek, wśród nich Jerzego Illga "Mój Znak". Otworzyłem na stronie 243 i niespodzianka, reprodukcja powalającego listu, którego autorem jest... sami zobaczcie:

"Warszawa, 9.03.2000

Szanowny Panie!

Stanowczo proszę usunąć anegdotę podaną do "Niecodziennika":

"Jeżeli jest zakalec - trzeba babom wsadzić palec".

Zabroniono mi tego drukować.
Jeżeli podał Pan już do druku - natychmiast proszę to usunąć, gdyż grożą mi wielkie przykrości.

ks. Jan Twardowski"

Podziel się
oceń
0
0

Szok

środa, 21 października 2009 20:15
Jestem szczęśliwy. Jestem w szoku. Przed chwilą miałem telefon ze Stanów: "Pan Grzela? Macie państwo pełne prawa. Proszę robić ten spektakl. Może go pan robić nawet dzisiaj"... Jestem w szoku, bo od miesięcy marzymy z Elą Czerwińską o zaadaptowaniu na scenę jednej z najbardziej hitowych, najbardziej wesołych i wzruszających amerykańskich powieści, której filmową adaptację widzieli wszyscy. Parę lat temu na Broadwayu grano pierwszą adaptację sceniczną. W Polsce dotąd nie robił nikt. A my z Elą zamarzyliśmy, bo to materiał dla niej i po prostu jedna z moich ulubionych historii, jeden z moich ulubionych filmów. Staraliśmy się długo, udało nam się dotrzeć bezpośrednio do autora. I oto dzisiaj zadzwoniła polska przyjaciółka autora. "Proszę dać znać o premierze. Chętnie przyjedziemy". Po prostu zaniemówiłem. Rozdziawiłem gębę jak nigdy dotąd. Chyba tylko zdobycie praw do "Patty Diphusa" Almodovara zrobiło na mnie podobne wrażenie. Bo to jest wow!
Że przekonaliśmy naszym pomysłem, energią, historią Eli, której historia jest właściwie bliźniacza z losem bohaterki tej powieści i jej odmianą.
Więc jest szansa na premierę, na obecność autora i są prawa!
Nie ma miejsca jeszcze, ale skoro już mamy prawa to wierzę, że i miejsce się znajdzie.
Szok. Na razie tyle.

Podziel się
oceń
0
0

mój diabeł stróż

wtorek, 20 października 2009 22:05
Pana Janusza Morgensterna spotykałem na różnych premierach i przy okazji wydarzeń filmowych, ale dzisiaj, po raz pierwszy miałem okazję porozmawiać, przemknąć się po jego artystycznej biografii na spotkaniu w "Gazeta Cafe". Spotkaliśmy się pół godziny przed spotkaniem i zaczęliśmy rozmawiać tak, jakbyśmy się znali. Ale nie o tym chciałem. Staliśmy jeszcze przed salą, w której za chwilę miało rozpocząć się spotkanie i zobaczyłem przed sobą młodzieńca. Zobaczyłem radość w oczach i w uśmiechu. Pan Morgenstern żywo opowiadał i mówił: "Tylko żebym się nie wypstrykał przed spotkaniem" i zaczął się śmiać, jak chłopak, młody mężczyzna. I nagle powiedziałem: "Mam wrażenie, że te wszystkie chłopaki z pana filmów to pan", bo nagle zobaczyłem w gestach z jego filmów, w gestach Zbigniewa Cybulskiego, Jana Englerta, nagle zobaczyłem Janusza Morgensterna. "Myśli pan? Nie, chyba nie... Chociaż czy ja wiem... Może..." i znów zaczął się śmiać. Rozmawialiśmy a ja wciąż się przyglądałem. W lekkim zgarbieniu w ogóle nie widziałem postawy człowieka prawie dziewięćdziesięcioletniego, a widziałem po prostu chłopięce zgarbienie. Ten obraz mnie wzruszył. Został pod powiekami. I jeszcze teraz go widzę. Na rozmowę mieliśmy godzinę. Zdążyliśmy się tylko przespacerować po fragmentach artystycznej biografii człowieka i artysty, który jest legendą polskiego kina i bez którego to kino nie miałoby ani takiego smaku ani takiego koloru. Nabrałem ochoty na większą rozmowę z panem Januszem Morgensternem. Może jeszcze się uda.

Dźwięku ze spotkania można posłuchać tutaj, więc jakby się tam było:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34861,7167451,Historia_kina_wedlug_Janusza_Morgensterna.html

Dzisiejsze spotkanie w Gazecie wiąże się z jeszcze jednym poznaniem, dla mnie niespodzianką. W maju pisałem tutaj, na blogu, o książce "Mój diabeł stróż" - czyli o listach Anity Janowskiej i Andrzeja Czajkowskiego. Listach, które są pełne namiętności, miłości, nienawiści, okrucieństwa. Kiedyś Anna Bojarska napisała o nich: "Przeczytałam jednym tchem, z najwyższym zachwytem i chciałabym błagać: ludzie, na miłość boską, zróbcie to samo!" A tekst Anny zatytułowany był: "Małe preludium do Sądu Ostatecznego". I ten tytuł recenzji mówi właściwie wszystko. Nigdy nie czytałem czegoś takiego jak "Mój diabeł stróż", czytałem z zachwytem, irytacją, wpadałem w te listy, złościłem się i je odrzucałem, aby znów w nie wejść. Cytowałem tutaj też wiersz Andrzeja Czajkowskiego do matki, jaki w swoim spektaklu "(A)Pollonia" umieścił Krzysztof Warlikowski.
Więc czekam na spotkanie i podchodzi do mnie pani, która pyta: "Pan Grzela?" "Tak". "Jestem Anita Janowska, czyli Halina Sander, bo napisałam tę książkę jako Halina Sander. Mam dla pana prezent". I rzeczywiście wręczyła mi pani Anita dwie swoje książki z dedykacjami, słuchowisko radiowe z listów, które opublikowała w książce, a także osobisty list. Dla mnie to jest wciąż niesamowite, bo to nie tylko spotkanie z autorką książki, ale przecież z bohaterką książki, która pożarła kilka moich dni i nocy, bohaterką literatury, która poruszyła bardzo wielu czytelników. Wiem też, że po moim blogu sporo osób sięgnęło po tę książkę i miało podobne, co ja odczucia. Czytałem później o "Moim diable stróżu" i u Eli Czerwińskiej, i u Indii, autorce mojego ulubionego bloga. I nagle patrzę na bohaterkę tej jednej z moich ulubionych książek. Dziwne, fascynujące doświadczenie. W dodatku jakby Czajkowski chciał mi dzisiaj zapowiedzieć tę wizytę, bo energia dzisiejszego dnia była bardzo dziwna, było bardzo mrocznie i momentami ostro.
I to właśnie chciałem opowiedzieć.
Jutro może o filmie "Zero", który widziałem dzisiaj na pokazie prasowym. W piątek będę prowadził w "Gazeta Cafe" spotkanie z reżyserem tego filmu, Pawłem Borowskim.
A teraz może wrócę znów do listów Haliny Sander i Andrzeja Czajkowskiego.

Podziel się
oceń
0
0

na tarasie w Mozambiku

poniedziałek, 19 października 2009 21:34
Dlaczego żadna muzyka mi dzisiaj nie pasuje? Zmieniam płytę za płytą i nic. Próbuję wszystkiego od klasyki po ambient i kompletnie nic. Nie ma we mnie muzyki? Ostatnie dwa tygodnie to piekielnie trudny czas, codziennie toczę małe i większe wojny, żeby w ogóle cokolwiek miało powodzenie.
Może stąd ten brak muzyki.
Przygotowuję się do spotkania z panem Januszem Morgensternem, legendą polskiego kina, które będę miał zaszczyt prowadzić jutro w warszawskiej redakcji Gazety Wyborczej. Pan Morgenstern kończy w tym roku 87 lat, a wciąż jest pełen sił twórczych, dzisiaj jest premiera jego najnowszego filmu "Mniejsze zło" według powieści Janusza Andermana "Cały czas", choć różnice pomiędzy powieścią i filmem są zasadnicze, ale obaj panowie są autorami scenariusza.
Pan Janusz Morgenstern jest nie tylko reżyserem ale i producentem wielu ważnych filmów. Poza tym bez niego polskie kino nie byłoby tym, czym jest. To właśnie on namówił Andrzeja Wajdę na obsadzenie w "Popiele i diamencie" Zbigniewa Cybulskiego, choć Wajda wcale nie był taki zdecydowany. To właśnie pan Morgenstern wymyślił tę scenę z płonącymi szklankami spirytusu, która tak bardzo kojarzy się z polskim filmem. Pan Morgenstern odkrył też dla filmu Jadwigę Jankowską-Cieślak. I można by jeszcze długo, długo wymieniać jego zasługi i wkład w polskie kino.
Więc teraz czytam, przygotowuję się. Ale skręcam też w stronę afrykańskiego kryminału "Taras z uroczynem" Mia Couto, o którym pisałem wczoraj. To niewielka, ale fenomenalna książka o Afryce, jej duchu, tożsamości, ludziach. Ktoś popełnił zbrodnię, ale każdy się do niej przyznaje. Fascynuje mnie, jak każdy składając zeznanie zaczyna właściwie od rodzinnej i losowej genezy. Od samego początku. Od korzeni. Jeden z bohaterów tej książki, Portugalczyk, sięga aż do życia Vasca da Gamy: "Podobno był wtedy pewien stary Murzyn, który chodził po plażach, szukając szczątków statków. Zbierał resztki wraków i zakopywał je. Kiedyś jedna z desek, którą przysypał ziemią, puściła korzenie i ożyła jako drzewo. Otóż, panie inspektorze, to ja jestem tym drzewem. Jestem z deski pochodzącej z innego świata, ale tu jest moja ziemia, tu zapuściłem korzenie. Tutejsi czarni codziennie mnie sieją w tej ziemi".
Czy to nie piękne mieć poczucie, że jest się z deski, która należała do statku Vasca da Gamy?
Pełen odlot.
Od dzisiaj tylko afrykańska proza.


Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 770  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości