Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Albert

piątek, 31 października 2008 9:38
Piszę z kuchni. Zabrakło mleka do kawy, więc piję kawę z miodem. Pamiętam, że kiedy zaczynałem jako dziennikarz, w każdym razie, kiedy próbowałem zaczynać pisać nawiązałem współpracę z dwutygodnikiem "Sycyna", który prowadził pan Wiesław Myśliwski. Mieszkałem wtedy w fantastycznej kamienicy na skrzyżowaniu uliczek Ordynacka i Okólnik, vis a vis Akademii Muzycznej. "Sycyna" miała swoją redakcję rzut beretem na Foksal, mijało się tylko ulicę Szczyglą, słynne kino Skarpa, które już nie istnieje, i już wejście obok kameralnej sceny Teatru Polskiego (też jej już nie ma, jest tam dzisiaj Teatr Sabat) i windą na górę. Tam w kilku pokoikach rezydowała "Sycyna". W stałym zespole była na przykład pani Maria Jentys, która zdecydowała się na druk moich opowiadań. Najwcześniej przychodził pan Wiesław Myśliwski, pisarz, który mnie onieśmielał, i robił dzbanek kawy z prawdziwym miodem. Kilka razy i ja dostąpiłem zaszczytu wypicia porannej kawy z naczelnym.
Niestety dosyć szybko "Sycyna" przestała istnieć. To był w ogóle czas kryzysu pism kulturalnych i literackich w Polsce. Ale wspomnienie zostało.
Słucham teraz siebie zapełniającego miejsca nieistniejące na mapie Warszawy i śmieję się pod nosem, bo brzmi to wszystko, jakbym był starcem. Skarpy nie ma, kameralnej sceny nie ma, Sycyny nie ma... I tak dzień po dniu ginie jakieś miejsce, giną jakieś miejsca. Rozpływają się zdarzenia i ludzie. Zostają osamotnione książki.
Wczoraj podano wiadomość o śmierci Williama Whartona. Pisałem o Whartonie w bloogu kilka razy, bo mam sentyment, bo uważam, że dzięki jego niesłychanej popularności w Polsce przypadającej na czas mojej nauki w liceum, czyli na lata 90., w ogóle czytam. Nie mogłem nie przeczytać "Ptaśka", "Spóźnionych kochanków", "W księżycową jasną noc" czy "Franky'ego Furbo" skoro wszyscy na ten temat rozmawiali, skoro telewizja nagłaśniała kolejne wizyty Whartona w Polsce, w końcu skoro Krysia, która nauczyła mnie czytać była jego wielbicielką, bo poza tym, że umiał znakomicie opowiadać, to jeszcze budował kolejne domy i dziuple własnymi rękami. W końcu zauważyłem, że nad łóżkiem Krysi w jej drewnianym domu w lesie zawisło zdjęcie Alberta, czyli Williama, bo naprawdę nazywał się Albert.
Nie wszystkie jego książki podobały mi się w równym stopniu, przez ostatnie trudno mi było przebrnąć, ale tych tytułów, które wymieniłem, nie dam sobie odebrać, choćby próbowano siłą. Być może nigdy ponownie ich nie przeczytam, być może na zawsze pozostaną nocną lekturą licealisty, w którego maleńkim pokoju drzwi są przeszklone, więc, żeby w nocy nie zbudzić światłem rodziców, zawieszałem na tych drzwiach gruby koc. I czytałem czasem do rana.
Być może dzisiaj książki WW by mnie nie porwały. Tego nie wiem. Ale nie dam sobie odebrać tamtego pierwszego zachwytu.
Pamiętam, że w pewnym momencie wyszła książka pani Joanny Podolskiej, dziennikarki o jej poszukiwaniu Whartona, który żył sobie spokojnie na barce w Paryżu, pisał pod pseudonimem i nikt nie miał z nim kontaktu i nie wiedział, kim jest naprawdę. Pani Podolska zabrała powieści Whartona i pojechała do Paryża, gdzie odszukiwała miejsca, o których pisze - place, kawiarenki, księgarnie. Rozmawiała z ludźmi aż w końcu odnalazła pisarza. Myślę, że jej książka miała ogromny wpływ na popularność Whartona w Polsce, na jego późniejsze wizyty. Czytałem tę książkę jak powieść detektywistyczną. Utwierdzałem się, że dziennikarstwo to słuszny zawód. A w duchu zazdrościłem autorce i tego Paryża i tych poszukiwań, bo dla kogoś, kto się rodzi dziennikarzem ważne jest owszem, by złapać króliczka, ale najważniejsze aby gonić go... Krysia też zrobiła sobie podróż po Paryżu śladem powieści Whartona, sfotografowała opisywane miejsca, a później pożyczyła mi te książki, w których między kartami znajdowały się jej fotografie. A przecież jeszcze nigdy nie byłem w Paryżu. Więc miało to dla mnie znaczenie!
Pamiętam, że nawet napisałem do pani Podolskiej list na adres Wydawnictwa. Odpowiedzi nigdy nie dostałem. Lata minęły. I nagle, w tym roku, po niedawnej promocji mojej książki "Bądź moim Bogiem" w Łodzi, podchodzi do mnie pani, która przedstawia się jako Joanna Podolska. Mówię: "Pani mi nie odpowiedziała na list". "Jaki list?" "Napisałem do pani, kiedy wyszła pani książka o Whartonie". I już rozmowa i już opowieści, jedna w drugiej, zapalamy się, nakręcamy, już jesteśmy w środku powieści Whartona, na kartach jego opowiadań. Bo przecież te powieści to przede wszystkich story-telling, opowieści. To chyba z książki pani Joanny dowiedziałem się, że Wharton zamyka się na swojej barce, w gabineciku gdzieś pod pokładem i nagrywa na wideo fabułę. Po prostu siada i opowiada. Potem to wszystko spisuje, szlifuje i wydaje. Więc był story-tellerem, co czuło się absolutnie. Bo jak już opowiadał, to zmuszał do wysłuchania całości. I umiał szlifować, bo przecież nie raz szlifował drewno budując kolejne domy własnymi rękami. A warstwa literacka tych książek? Dzisiaj nie wiem. Wtedy liczyło się to, że w ogóle czytam.
Kiedyś napisałem do Whartona. To była też moja próba napisania tego, co czuję - po angielsku. Odważyłem się. I owszem. Wharton odpisał długim listem ze swojej barki.
Papier pozostaje. Jest najtrwalszy. I Franky Furbo pozostaje. Nawet, jeśli do niego nigdy nie wrócę.

Podziel się
oceń
0
0

Listopad

środa, 29 października 2008 22:31
Ciągle nie mogę dogonić czasu. Marzę o jednym dniu, w którym będę mógł się porządnie wyspać. Wsunąć się w sen jak w ciepłą czekoladę, jak w Paryż. Dzisiejsza próba do "Oczu Brigitte Bardot" fantastyczna. Dialogi między panią Barbarą Krafftówną i panem Marianem Kociniakiem nie do powtórzenia. Żałuję, że nie rejestrujemy tych prób, bo to byłby dopiero dokument! Pan Kociniak skraca tekst, pani Barbara przyjmuje skróty, ale następnego dnia przywraca. I tak każdego dnia coś wypada i coś powraca. Czasem wraca zdanie, które zostało wykreślone przed tygodniem. Rozmowy o tych zdaniach, wokół tych zdań są cudowne. Chciałbym to wszystko zapamiętać, to jest i jak nowa sztuka i jak książka. Dzisiaj były momenty, że śmiałem się bez opamiętania. Dawno już tak dobrze się nie bawiłem, jak na tych próbach.

Przede mną paczka z Merlina. Film Andrzeja Żuławskiego "Wierność", nowa płyta Rafała Blechacza "Sonaty. Haydn, Beethoven, Mozart", płyta Krystiana Zimermana "Rachmaninov. Piano Concertos", antologia dramatów czeskich "W roli głównej Ferdynand Waniek" i opasła, ponad 1000-stronicowa powieść "Łaskawe", którą bardzo mam ochotę przeczytać. Ale myślę, że jeszcze nie teraz, bo właśnie dzisiaj Jean Mailland, który jutro wraca do Paryża podarował mi maszynopis swojej nowej książki "Dziennik drzew", która ukaże się we Francji na początku przyszłego roku, więc pewnie zacznę od dziennika Jeana, ciesząc się, że będę jednym z pierwszych czytelników, skoro zostałem wtajemniczony.

Październik był pracowity, ale listopad zapowiada się równie ciekawie, jeśli nie ciekawiej. Wśród imprez, na które zapraszam:

8 listopada, godz. 19.00 Teatr Na Woli - czytanie nowej sztuki Zbigniewa Hołdysa "I'm sorry" i sztuki Williama Mastrosimone'a "Pif paf! Jesteś trup!" w tłumaczeniu Zbigniewa Hołdysa - reż. Magdalena Łazarkiewicz
12 listopada, godz. 19.00 Teatr Na Woli - spotkanie z córką Jarosława Iwaszkiewicza, Marią Iwaszkiewicz. Rozmowę o Ojcu poprzedzi pokaz filmu "Dom na Stawisku".
14 listopada, godz. 18.00 Gazeta Wyborcza - spotkanie z panem Vaclavem Havlem, promujące premierę sztuki "Odejścia" w reż. Izabelli Cywińskiej w Teatrze Ateneum
26 listopada, godz. 19.00 Gazeta Wyborcza - spotkanie z panią Barbarą Krafftówna, zapowiadające Jej Jubileusz 80-lecia

W listopadzie zapraszam też na spektakle, w których maczałem palce jako autor, adaptator, czy reżyser. Tak się składa, że to same monodramy:
"UWAGA, ZŁE PSY!" (monodram Małgorzaty Rożniatowskiej, reż. Michał Siegoczyński)
14, 15 listopada godz. 19.00 Teatr Na Woli
25 listopada - Grodzisk Mazowiecki, Centrum Kultury ul. Spółdzielcza 9
28 listopada - Toruń - Teatr Baj Pomorski, ul. Piernikarska 9
"PATTY DIPHUSA" (monodram Ewy Kasprzyk, reż. Marta Ogrodzińska)
8 listopada, godz. 18.00 - Teatr Polonia
9 listopada, godz. 20.00 - Teatr Polonia
28,29,30 listopada - Teatr Kwadrat
"KOCHANY SYNU" (monodram Anny Mentlewicz w wykonaniu Elżbiety Czerwińskiej)
9 listopada, godz. 20 - Dom Kultury Śródmieście, ul. Smolna 9

A to z jutrzejszej "Gazety". Przeklejam z portalu:

Antoni Łazarkiewicz w Gazeta Café

 Rozmawiał Remigiusz Grzela 2008-10-29, ostatnia aktualizacja 2008-10-29 22:00:54.0

- Na studiach nie trzymałem w tajemnicy tego, że piszę muzykę filmową. To była część mnie, byłem z tego dumny - opowiadał Antoni Łazarkiewicz podczas spotkania w Gazeta Café.

Okazją do spotkania we wtorek w naszej redakcyjnej klubokawiarni w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Café" była premiera wydanej przez Agorę SA książki zawierającej płytę z muzyką Antoniego Łazarkiewicza napisaną do ostatniego filmu Piotra Łazarkiewicza "0_ 1_ 0". Film będzie wyświetlany w kinach od 14 listopada. Wydawnictwo z muzyką dostępne jest już od wtorku.

Na nasz wieczór przyszli również aktorzy: Maria Seweryn, Julia Kijowska, Anna Maria Buczek, Redbad Klijnstra, Dariusz Toczek, i współtwórcy filmu - operator Wojciech Todorow oraz producenci Sylwester Banaszkiewicz i Marcin Kurek. Wreszcie Magdalena Łazarkiewicz, żona zmarłego w czerwcu reżysera Piotra Łazarkiewicza, i ich córka Gabriela Łazarkiewicz (drugi głos w kilku utworach z "0_1_0").

Przed rozmową i na zakończenie zaśpiewał na żywo Szymon Pejski, który wykonuje kilka utworów z płyty.



Remigiusz Grzela: Trudno uwierzyć, ale tak młody kompozytor ma na swoim koncie już ponad 50 filmów, spektakli telewizyjnych, teatralnych, słuchowisk. Czy to prawda, że o komponowaniu marzyłeś już w przedszkolu. Nie chciałeś pójść w ślady rodziców - reżyserów?

Antoni Łazarkiewicz: Filmowców w rodzinie jest wielu. Kiedy byłem dzieckiem, bardzo często przyjeżdżał do nas do domu Zbyszek Preisner. Zamykał się w moim małym pokoju, siadał przy moim małym pianinie i napieprzał w klawisze, a ja potem słyszałem tę muzykę w filmach. To było niesamowite, że byłem świadkiem jej powstawania.

Jednak kiedy chciałeś zdawać na kompozycję do Akademii Muzycznej w Krakowie, to właśnie Preisner ci odradzał.

- Zniechęcał mnie, ale mu się nie udało. Tym zniechęcaniem właściwie jeszcze bardziej utwierdził mnie w moich zamiarach.

Nie żałuję tej decyzji. Dużo się nauczyłem. Studia kompozytorskie dały mi poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że nie jestem skazany na pisanie wszystkiego w jednym stylu.

Jak to się stało, że twoja muzyka znalazła się w "Tajemniczym ogrodzie" Agnieszki Holland? Miałeś dopiero 13 lat. Muzykę komponował Zbigniew Preisner.

- Tam był dosłownie fragmencik przy scenie, w której dzieci przy ognisku bawią się w magię. Zbyszek napisał do tej sceny piękny, chóralny, skomplikowany utwór, który Agnieszce Holland nie pasował do tej sceny. Szukała czegoś z wyobraźni dziecka. Pomyślała, że skoro jestem na miejscu, to może wymyślę coś, co będzie dostatecznie proste, związane z tą prymitywną dziecinną zabawą w magię. Tak się stało i ten motyw wszedł do filmu. Dzieci go zaśpiewały i zatańczyły. Sprawdził się właśnie dlatego, że był dziecinny i prosty.

A jak patrzyli na ciebie koledzy ze studiów, wiedząc, że od dziecka piszesz muzykę. Przecież już od 15. roku życia pracowałeś z rodzicami. Miałeś więc dorobek, jakiego twoi koledzy nie mieli.

- Miałem dorobek w dziedzinie, która według akademickich kryteriów nie uchodzi za nobliwą. Na szczęście w Akademii Muzycznej w Krakowie moi profesorowie byli tolerancyjni, bo na przykład kiedy zdawałem do Warszawy i gdy padło określenie "muzyka filmowa", zostałem właściwie wyproszony z egzaminu.

Muzyka filmowa to dla profesorów Akademii Muzycznej coś gorszego?

- Gorszego, ale pamiętam, że jeden z moim profesorów miał przede mną coming out. Przyznał się, że w młodości też... (śmiech) pisał dla filmu. Na studiach nie trzymałem w tajemnicy tego, że piszę muzykę filmową. To była część mnie, byłem z tego dumny. Próbowałem pisać muzykę oderwaną od obrazu, muzykę poważną i w to się też wkręciłem. Ale wiedziałem, że nie chcę porzucić teatru ani filmu, bo to mój świat.

Pracę magisterską pisałeś o Kubricku i o muzyce w jego filmach.

- Oglądałem filmy Kubricka i sposób wykorzystania muzyki w jego filmach mnie zafascynował. Miałem wrażenie, że mogę się wiele nauczyć. Tam nie ma przypadku, pełna kontrola reżyserska i świadomość użycia muzyki. Żadnej mechaniki, za to silny element witalny. Kubrick przeważnie nie używał muzyki komponowanej specjalnie do filmu, tylko korzystał z różnych utworów muzyki współczesnej, klasycznej, popu. Traktował te wszystkie zjawiska muzyczne równorzędnie. Interesowało go, jaki niosą ze sobą komunikat emocjonalny i kulturowy.

Czy dużo rozmawiałeś z ojcem o muzyce, jakiej potrzebował do filmu "0_1_0"?

- Ta muzyka zrodziła się z impulsu.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że zatrzymałeś się na parkingu, bo przyszła ci do głowy muzyka, i natychmiast ją nagrałeś na dyktafon.

- Tak było z piosenkami. Nie piszę dużo piosenek, ale uważam, że muszą rodzić się z takich prostych impulsów. Wtedy mają energię. Piosenki, które są w filmie, rzeczywiście powstały dosyć szybko. To prawda, długo przymierzaliśmy się do tej muzyki, ale potem był jeden skok. Najważniejsze było znaleźć patent, miejsce muzyki w filmie. Ten film nie jest typowy. Ma swoją bardzo nietypową strukturę i w tej strukturze podstawą było podjęcie decyzji, czy z muzyką wchodzimy w poszczególne sekwencje, epizody, czy trzymamy się z nią z dala od nich i próbujemy muzyką malować rzeczywistość, która otacza bohaterów. Muzyka w filmie "0_1_0" jest nośnikiem metafizyki.

Prowadzi do oczyszczenia?

- Myślę, że gdyby ten film zredukować tylko do sytuacji między postaciami, to zrobiłby się strasznie duszny, zagadany. Straciłby swój największy walor, którym jest przestrzeń. W tym filmie natura też gra, też ma swoją rolę, a nawet jest bohaterem. Więc muzyka momentami wkrada się w sceny bardzo dyskretnie, ale raczej trzyma się świata zewnętrznego.

Piotr Łazarkiewicz mówił, że dopiero na plan przysyłałeś niektóre fragmenty MP3. Czy słuchając tej muzyki, prosił cię, żebyś poszedł w inną stronę?

- Pracowaliśmy razem od wielu lat, mieliśmy wspólne doświadczenia muzyczne, ten sam słownik muzyczny, więc komunikacja już po paru pierwszych próbach stała się pozawerbalna. Nie musieliśmy dużo gadać o muzyce. Pewne proste sygnały rozumieliśmy intuicyjnie. Właściwie miałem kompletną swobodę.

Tata zabierał cię na koncerty? Mówiłeś w jednym z wywiadów, że dał ci muzyczny fundament.

- Wiedziałem to od dawna, ale teraz mam namacalny dowód. Odziedziczyłem po tacie jego kolekcję płyt winylowych i tam jest wszystko... cała skarbnica muzyki - kilkaset płyt. Jazz lat 60, 70., rock, też od lat 60. do końca 80. cała kolekcja związana z filmem "Fala". Prawdopodobnie te płyty dostawał tata w prezencie od muzyków, których wtedy poznał. Miles Davis - wszystko, co możliwe, ale też np. stare płyty Steviego Wondera, w których się teraz zakochałem.

Mieszkasz w Berlinie, ostatnio pracujesz głównie przy produkcjach niemieckich, za muzykę do filmu "Winterreise" Hansa Steinbichlera byłeś nominowany do Niemieckiej Nagrody Filmowej. Jaką masz pozycję jako kompozytor w Niemczech? Dlaczego wyjechałeś? Masz tam lepsze warunki pracy czy więcej propozycji, a może to jest bardziej otwarty rynek?

- Rynek jest bardziej otwarty i to dla mnie przyjemne zaskoczenie, bo człowiek z zewnątrz, nawet nikomu nieznany, ma szansę startować w castingu na kompozytora. To norma.

Robią casting na kompozytora?

- Dwukrotnie brałem w czymś takim udział, na razie bezskutecznie, ale zebrałem dobre opinie za to, co tam przysyłałem. Dostaję pół godziny zmontowanego pierwszego montażu filmu i np. jakąś sugestię, gdzie muzyka powinna się znaleźć, ale na ogół dają wolną rękę. Przygotowuję moje propozycje tematów, podkładam je pod sceny. Odsyłam do produkcji i potem producenci, reżyser albo nawet dystrybutor decydują. Tak wygląda casting.

Takich ofert producent dostaje kilka, kilkanaście. A ponieważ nie jestem anonimowy, już mnie kojarzą z filmów, które mają pewnego rodzaju muzykę, więc jestem zapraszany, kiedy poszukiwany jest styl słowiańsko-ponuro-depresyjny. (śmiech)

Chciałbym zapytać Magdę Łazarkiewicz, reżyserkę, która pracowała z kompozytorem Antonim Łazarkiewiczem wiele razy, czy muzyka syna inspirowała cię przy tworzeniu spektakli?

Magdalena Łazarkiewicz: Pracowałam z nim dlatego, że lubię z nim pracować. Nie dlatego, że jest moim synem. Świetnie nam się zawsze gadało o muzyce i w jakimś sensie może czasami stawia to Antka w trudnej sytuacji. Mam wrażenie, że Antek przez sytuację rodzinną jest trochę upupiony. Po prostu pojawiał się jakiś projekt, zastanawialiśmy się - ja osobno, Piotr osobno czy Agnieszka osobno - jaki kompozytor by nam do tego pasował. Nawet próbowałam szukać kogoś innego, ale zawsze odbijałam się od tych osób i wracałam do Antka. Miałam trochę zdrad i były to bardzo ciekawe spotkania. Na początku pracowałam ze Zbyszkiem Preisnerem, który robił muzykę do mojego pierwszego filmu "Przez dotyk", potem współpracowaliśmy przy filmie "Ostatni dzwonek". Do "Białego małżeństwa", filmu według dramatu Różewicza, muzykę pisał Jan A. P. Kaczmarek. Do filmu "Odjazd" - Michał Urbaniak. To nie jest tak, że Antek jest jedynym kompozytorem, z którym pracowałam. Ale rzeczywiście od jakiegoś czasu fajnie nam się wspólnie pracuje. Antek kiedyś zabawnie powiedział, że tak samo jest z hydraulikiem. Szuka się dobrego hydraulika, a nie wybiera go, bo jest wujkiem czy sąsiadem. Nie wiem, jak to będzie z moimi przyszłymi projektami, może też poszukam gdzie indziej. A może poszukam, a potem wrócę do Antka?

W którym momencie poczułaś, że Antek będzie kompozytorem?

- Wiedziałam od zawsze. To było naturalne. Poszedł do szkoły muzycznej. Czuliśmy, że ma wielki talent. Potwierdziło to parę osób. Mój mąż Piotr mógł to sam ocenić, bo miał wykształcenie muzyczne, bardzo dobrze grał na pianinie. Tradycja muzyczna w rodzinie Piotra była bardzo silna. Jego dziadek był organistą w kościele. Był człowiekiem, który żył muzyką, i wszczepił to Piotrowi. To było jego naturalne środowisko. Myślę, że Antek po prostu ma to w genach. A rzeczywiście zostało to odkryte i wzmocnione przez naszą bliską przyjaźń ze Zbyszkiem Preisnerem. Najpierw grał na fortepianie, ale to była męka, bo te wszystkie nauczycielki potwornie się nad nim pastwiły. Potem uczył się gry na klarnecie. To było chyba ciekawsze doświadczenie, prawda, Antek? Potem była perkusja. Na szczęście nie stała u nas w domu.

Antek, czy to, że jesteś z rodziny filmowców, rzeczywiście - jak mówi Magda - cię upupia. Czy tobie to kiedykolwiek przeszkadzało? Miałeś z tym problem?

- Nie, gdyby mi to przeszkadzało, to pewnie bym odmawiał współpracy. Jest bardzo istotna sprawa. Z różnymi reżyserami, z którymi współpracowałem, musiałem nauczyć się wspólnego języka. To jest właściwie najtrudniejszy etap w pracy nad muzyką filmową - znaleźć wspólny kod. Niewielu reżyserów przygotowuje się do współpracy z kompozytorem. Na ogół są dobrze przygotowani w szkole filmowej do pracy z aktorami, operatorem, montażystą. Mam wrażenie, że relacja z kompozytorem jest trochę niedoceniona. Przy czym jest też tak, że nie wymaga się od reżysera muzycznej erudycji. Spotykamy się po raz pierwszy i reżyser zna piosenki, które słucha na swoim iPodzie, a ja chciałbym mu zaproponować coś innego, ale nie umiem mu tego wytłumaczyć i muszę uciekać się do różnych sposobów, walczyć ze sobą, w końcu się dogadać. To jest oczywiście bardzo ciekawy proces. Ale o wiele łatwiej jest, kiedy na naszych iPodach są te same piosenki. A tak właśnie było zawsze w pracy z moimi rodzicami.

Rozmawiał Remigiusz Grzela

Podziel się
oceń
0
0

Antoni Łazarkiewicz

wtorek, 28 października 2008 23:12
Jestem w wirze prób, spektakli, spraw, zadań, spotkań, zobowiązań. Wróciłem z Gazety, gdzie wieczorem prowadziłem spotkanie z Antonim Łazarkiewiczem promujące jego płytę z muzyką z filmu "0_1_0", którą wydała Gazeta. Spotkanie było połączone z mini-koncertem fantastycznego Szymona Pejskiego. Poniżej wklejam materiał z "Gazety". Można obejrzeć fragmenty. Można posłuchać całego spotkania (jest link do zapisu dźwiękowego). Mam nadzieję odezwać się jutro. Na razie padam.

Spotkanie z Antonim Łazarkiewiczem

 asd 2008-10-28, ostatnia aktualizacja 2008-10-28 22:30:51.0

Na kolejnym spotkaniu z cyklu Gazeta Cafe gościliśmy kompozytora Antoniego Łazarkiewicza.

Do ostatniego filmu Piotra Łazarkiewicza muzykę napisał jego syn, Antoni, kompozytor, autor oprawy muzycznej do przeszło 50 produkcji kinowych, telewizyjnych i teatralnych. Od roku mieszka w Berlinie, gdzie rynek filmowy jest większy niż w Polsce. Był nominowany do Niemieckiej Nagrody Filmowej.

We wtorek wieczór wziął udział w spotkaniu z cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Café" połączonym z promocją płyty z muzyką do "0_1_0", którą wydała Agora. Piosenki z filmu śpiewał Szymon Pejski. - Muzyka w tym filmie jest nośnikiem metafizyki - powiedział Antoni Łazarkiewicz zafascynowany Zbigniewem Preisnerem, kinem Stanelya Kubricka i jazzem, którym zaintersował go tata. 14 listopada "0_1_0" wchodzi na ekrany.

Obszerne fragmenty rozmowy z Antonim Łazarkiewiczem w środowej "Gazecie Stołecznej".

Zobacz materiał filmowy ze spotkania z Antonim Łazarkiewiczem





Posłuchaj zapisu przebiegu spotkania z Antonim Łazarkiewiczem


Podziel się
oceń
0
0

Dwa księżyce

niedziela, 26 października 2008 16:59
Zbieram okruchy dnia. Był kiedyś piękny film "Okruchy dnia", pamiętacie? Remains of the day... A dzień pozwolił jeszcze, chociaż już właściwie koniec października, wypić kawę na tarasie.



Teraz słucham znakomitej płyty Antony and The Jonsons, bo być może będę uczestniczył w pewnym projekcie artystycznym związanym z tym artystą... Słucham tej płyty i jego głosu na granicy tożsamości. A jednak wciąż wracam myślą do porannej lektury. Postanowiłem przeczytać w końcu sztukę "Rok magicznego myślenia" Joan Didion, racjonalnego, jakby wyprutego z emocji, ale przecież przez to jeszcze bardziej emocjonalnego monologu o roku, który wywraca życie na drugą stronę, o stracie, o śmierci, o powrocie do życia. Monologu, który choć rwie się jak zacięta taśma, to jednak coś skleja, coś łączy, coś przywraca.  Monologu, który jest jak fala. Albo jak wir, któremu trzeba się poddać. Racjonalność opowieści Joan Didion, układanie tego dnia śmierci męża, a później córki, składanie go na nowo, detektywistyczna precyzja w określeniu czasu dojazdu karetki, a później reanimacji w mieszkaniu, jakby chodziło o matematykę śmierci, pozwala uświadomić sobie. Bo jak przyjąć do wiadomości tak irracjonalny fakt jak śmierć kogoś najbliższego. Składanie świata znaków - musiał wiedzieć, jeśli mówił tak, jak mówił, musiał czuć wcześniej, wybiegać w przyszłość, musiał wiedzieć podświadomie...
Wspomnienia pozwalają oswoić się ze śmiercią. Wir wciąga we wspomnienia, które przecież są żywe. Aż odnajdują się słowa: "Jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieku wieków..." Większe niż pocieszenie. I jeszcze, że przecież trzeba wyczuć zmianę fali. Trzeba z nią pójść.
Przejmujący, nieemocjonalny tekst. To właśnie ten monodram, który w Londynie gra Vanessa Redgrave, a w Polsce, już, już, za chwilę zagra pani Ewa Błaszczyk, w Teatrze Studio.
Miałem ochotę go przeczytać, odkąd przeczytałem recenzję ze spektaklu Vanessy Redgrave, pisałem o tym troszkę, tutaj. Bałem się. Bo tekst, partytura, tekst bez aktora, bez reżysera, bez świateł, bez muzyki to przecież jedynie coś ubogiego, co nie musi podziałać na wyobraźnię. Sam dziwię się, że uważam tekst sztuki jako coś ubogiego, bo przecież sam piszę teksty dla teatru, ale właśnie uświadomiłem sobie, że tak właśnie jest. Teatr jest o wiele bogatszy. Teatr to świątynia. A tekst... Tylko prowadzi po tym nabożeństwie.
Właśnie na łóżko, z którego piszę, wskoczył Kot Tutka. Spojrzała na leżący obok egzemplarz "Roku magicznego myślenia", ziewnęła i położyła się obok, bardzo blisko, jednak nie na egzemplarzu.
Okruchy dnia... Remains of the day.

Dzisiaj obejrzę w TVP Kultura "Dwa księżyce" Andrzeja Barańskiego, bo widziałem dawno i chcę sobie przypomnieć. Dziwny i zapadający w pamięć film według opowiadania Marii Kuncewiczowej.

Jutro (poniedziałek) o 19.00 w Teatrze Na Woli pokazujemy filmową rejestrację "Hamleta jako monologu" legendarnego reżysera Roberta Wilsona, w jego wykonaniu. Jest to spektakl sprzed kilkunastu lat, który zarejestrowała Magdalena Łazarkiewicz. Konieczna lektura dla każdego teatromana. Pan Wilson być może właśnie wypala papierosa (choć nie wiem, czy pali), bo wieczorem w Teatrze Wielkim w Warszawie ma premierę "Fausta".

We wtorek o 19.00 w Gazecie Wyborczej spotkanie z kompozytorem Antonim Łazarkiewiczem, będące promocją płyty z filmu jego Ojca, Piotra "0_1_0". Na spotkaniu zaśpiewa Szymon Pejski:
http://www.myspace.com/szymonpejski



Podziel się
oceń
0
0

Powrócisz tu...

sobota, 25 października 2008 0:48
Aga przysłała mi dzisiaj skan listu mojego Dziadka, jaki pisał tuż przed śmiercią, ze szpitala, do mojej Babci. List odnalazł się niedawno, Babcia nigdy go nie widziała. Odeszła 2 sierpnia, przed rokiem. Pożółkła karta, list napisany ołówkiem, przez lata grafit wytarł się. Nie wszystko jest czytelne.

Moja Kochana Agnieszko

Nie martw się o mnie. Nie jest tak źle. Bo wiesz, miałem pół żołądka odcięte i jednak żyję dla Ciebie (nieczytelne) Doktor mi mówił wczoraj, że moja choroba (nieczytelne) że po trzech dniach umierają, a ja jednak żyję dla Ciebie i dla dzieci. Pozdrawiam Was wszystkich i zarazem naszą kochaną Dankę. Tata.


To, co najważniejsze nie starło się... Próbuję sobie wyobrazić, jak Dziadek ten list pisał. Jak się podpierał na łóżku... Zastanawiam się, czy wiedział. Czy, choć tego nie pisał, czy żegnał się w ten sposób?

Odnalazła się też karta choroby dziadka, patrzę na tę medyczną dokumentację sprzed lat, na łacińskie określenia, na informacje o guzie mózgu, przypominam sobie rodzinne wspomnienia, w których pojawiało się określenie "trepanacja czaszki", którego nie rozumiałem, bo byłem dzieckiem i nie mogłem zrozumieć. Nie mam w domu nic po Dziadku. Nawet Jego fotografii. Mam tabliczkę z drzwi do Jego domu, z Jego nazwiskiem, która uratowała się z pożaru, kiedy dom spłonął. Drzwi spłonęły, tabliczka została, mam ją w szufladzie. Ale przecież nie wszystko ginie, skoro po czterdziestu latach odnalazł się odręczny list...
Tyle zostaje. Jednak zostaje. A potem kroczymy po śladach. Zostaje to, co w pamięci, co przekazane. Wiem na przykład, że Dziadek uwielbiał babkę ziemiaczaną, gorącą, prosto z pieca, którą Babcia nazywała szandarem (dlaczego?) i że mówił, że jeśli ma na coś apetyt, to na pewno mu nie zaszkodzi. Ze względu na Dziadka nauczyłem się ją robić...
Podobno została po Dziadku pieczątka:  Marian Gabig - listonosz. Nie widziałem jej. Z dzieciństwa pamiętam też niemieckie kartki świąteczne - takie czarno-białe fotografie z eleganckimi Niemkami zapalającymi świeczki na  eleganckich choinkach, które Dziadek wysyłał Babci z niewoli. Myślę, że spłonęły. Nie całkiem, skoro je pamiętam. I myślę, że we mnie też coś jest z Dziadka, na pewno, skoro jesteśmy kontynuacją. Tylko nie wiem, co.
Wiem.
Dziadek był listonoszem. Po nim nauczyłem się wchodzić do obcych domów. Zostałem dziennikarzem.

*

Nie mogę przestać fotografować. To we mnie wybuchło. Dzisiaj była u nas w Teatrze pani Irena Santor. Zgodziła się, abym zrobił jej kilka zdjęć w garderobie.  Lubię patrzeć na twarze w zbliżeniu. Lubię patrzeć na twarze. Czytać w nich. Wierzę, że powrócą.
 









Podziel się
oceń
0
0

Światy

środa, 22 października 2008 21:56
Postanowiłem teraz umieścić wpis bez zdjęć, żeby jednak mój bloog nie zamienił się w fotobloga... Ale tak to już ze mną jest, że jak ogarnia mnie jakaś pasja, to oddaję się jej całkowicie. Stąd zdjęcia z prób, bo nie mogę się oprzeć i fotografuję, choć pani Barbara złości się na mnie za to. Dzisiaj jednak zrobiłem pani Barbarze gorącą czekoladę i wkupiłem się na nowo w łaski, więc do końca próby nie zauważała już aparatu. Ale przecież nie opanuję się i jutro znów wezmę ze sobą aparat. Skaranie ze mną...
To dziwne, uczestniczyć w próbach do własnego spektaklu. Dotąd było tak, że przychodziłem na jedną, czy dwie, no, góra trzy próby własnej sztuki i oglądałem całość dopiero na premierze. Teraz mam ochotę uczestniczyć w powstawaniu spektaklu od początku do końca. Nie chodzi o zabieranie głosu, ale o atmosferę... W tej sztuce spotyka się dwoje wspaniałych artystów, wybitnych aktorów i dla mnie jest to jak los wygrany na loterii. Jak wielki kawałek czekolady.
Dzisiaj Maciej zdradził nam swój pomysł na finał. To jest naprawdę coś wyjątkowego. Już nie mogę się doczekać. Wspaniała przygoda, wspaniała podróż i zawijam się w tę podróż jak ciepłym szalem. Zawijam się i jest mi dobrze. Jest fantastycznie.
Pamiętam pisanie "Oczu Brigitte Bardot". Myślałem, że to się nie uda, że nie skończę, że nie poradzę sobie. Pisałem po fragmencie. I nagle okazało się, że te fragmenty są spójne, mimo że pisałem je w sporych odstępach czasu. Jakby ta sztuka była we mnie już wcześniej, jakby sobie siedziała we mnie na małym stołeczku i żarła czekoladę.
Przez uczestnictwo w próbach nie mogę się oderwać od tego tekstu. Wciąż jest we mnie. Widzę jak jego bohaterowie się rodzą, jak powstają, jak zaczynają się uśmiechać, śmiać, a nawet płakać, widzę, jak są ubierani w emocje. Dużo o tym myślę i trudno zasypiam. Wczoraj zacząłem nawet oglądać idiotyczny film "Mrówki" o mrówkach-pociskach, które atakują samolot, jaki w ramach swojej misyjności pokazała telewizja publiczna... Ale film i dialogi były tak do bani, że odpuściłem. Położyłem się, włączyłem mikroskopijną lampkę do czytania, prezent od Marty i zacząłem czytać "Angielskiego pacjenta" Michaela Ondaatje. Potrzebna jest mi teraz taka historia, opowieść, która ponosi, która nie pozwala się oderwać. Zamówiłem w Merlinie kolejny stos książek. Obejrzałem wybitny film Piotra Łazarkiewicza "0_1_0", film, który pozostaje w głowie jak drzazga, który wbija się w mózg i nie pozwala się wyrwać. Film o graniu przed sobą, o potrzebie dotknięcia miejsca, które jest najbardziej bolesne. Każdy z bohaterów chce, czy też potrzebuje poczuć ból. Każdy potrzebuje stanąć nad przepaścią, zdziwić się sobą. Dwie sceny z tego filmu uważam za naprawdę wielkie. Jedną jest ta, w której Maria (Magdalena Popławska) sprowadza do mieszkania męską prostytutkę (Piotr Ligienza). I nie chodzi tu o seks, tylko o przekonanie, że potrafię nie być człowiekiem. Druga w mieszkaniu Julii (Julia Kijowska) i Filipia (Rafał Maćkowiak). Wyjęta jak ze Strinberga. Młode małżeństwo, które dotyka dna swoich emocji. Dobić, zabić, ale przede wszystkim poczuć. Piszę dosyć ogólnikowo, bo nie chcę opowiadać filmu, który jest jednym z najbardziej oryginalnych polskich filmów, jakie widziałem. Zaskoczyło mnie, że Piotr, pięćdziesięcioczterolatek tak doskonale sportretował generację trzydziestolatków. Znałem Piotra. Wiem, że rozumiał. Wiem, że był młody. A jednak jego film mnie zaskoczył. Zabolał. Dotknął. Rozciął. Nawet rozpruł.
Już 28 października o 19.00 w Gazeta Cafe, w redakcji Gazety Wyborczej, będę prowadził spotkanie promujące płytę z muzyką z tego filmu, spotkanie z kompozytorem Antonim Łazarkiewiczem, synem Piotra. Zapraszam.




Podziel się
oceń
0
0

Fotomaniak

środa, 22 października 2008 17:46
Na próbach nadal szaleję z aparatem i naprawdę nie zrażam się niczym. Wciąż walczę z obrazem w ruchu... A może sam jestem wewnętrznie tak rozwibrowany, że nie umiem uspokoić zdjęć? Te najlepsze - w sensie sytuacji, gestów etc. - nie nadają się do publikacji, bo są oczywiście poruszone. Kiedyś się nauczę. Już mi to zaczęło wpływać na ambit. To prezent z dzisiejszej próby.


























(egzemplarz pani Barbary)







Podziel się
oceń
0
0

Oczy BB

wtorek, 21 października 2008 18:19
W Teatrze zaczęły się codzienne próby do "Oczu Brigitte Bardot". Na dzisiejszą wziąłem aparat, pomyślałem, że warto udokumentować, a poza tym gdzieś muszę się uczyć fotografowania, a przecież nie ma lepszego miejsca od teatru. Pani Barbara trochę zdenerwowała się, że tak pstrykam i pstrykam, co uwieczniła jedna z fotografii, ale ja się tym w ogóle nie przejąłem, bo w swojej pasji fotograficznej postanowiłem się nie zniechęcać. Nie ukrywam, że trudno mi się oprzeć i nie robić zdjęć poruszonych, ale pilnuję się na razie i czasem tylko jakąś poruszoną fotkę pstryknę sobie dla przyjemności. Na razie dokumentacja z próby, ale pewnie jeszcze dzisiaj wpadnę tutaj z innymi przemyśleniami.



(Beata Nieśmiałek, czyli Matka Joanna od Aniołów, czyli nasza inspicjentka)



(Trzy razy "M" czyli Marian Kociniak - Zbyniu, Maciej Kowalewski, Maria Skowronek - suflerka)



(Barbara Krafftówna - Anastazja)



(Barbara Krafftówna, Olga Chajdas)



(To właśnie entuzjazm dla mojej pasji fotograficznej, ale zdjęcie piękne!)




(przerwa, miejsce pani Barbary)



(przerwa, miejsce pana Mariana)










Podziel się
oceń
0
0

Wiersze

sobota, 18 października 2008 23:36
Dopiero pisałem o Alicji w wykonaniu pani Barbary Krafftówny, a już przecież zaśpiewała "W czasie deszczu dzieci się nudzą", u nas w Teatrze, na 50-leciu Kabaretu Starszych Panów, zaśpiewała dziecięco, fantastycznie, ubrana w szkolny mundurek, w dużo za dużych okularach... Ale przecież na tym samym koncercie śpiewał wciąż fenomenalnie pan Wiesław Michnikowski, a na widowni siedzieli inni artyście związani z Kabaretem, pani Irena Kwiatkowska, pani Zofia Kucówna... Już skończył się koncert, a pani Barbara zaczęła u nas w teatrze próby do mojej nowej sztuki, napisanej na Jej 80. urodziny. Sztuka ma tytuł "Oczy Brigitte Bardot", jej premiera w urodziny pani Barbary 5 grudnia, reżyseruje Maciej Kowalewski, a w duecie z panią Barbarą gra Marian Kociniak, aktor, którego cenię i podziwiam. Dzisiaj odbyła się trzecia próba stolikowa, więc coraz więcej pytań, przemyśleń, propozycji rozwiązań. Czytanie, ale przecież też oddech, anegdota, żart, wspomnienia, opowieści o filmie i o teatrze. Uwielbiam próby w teatrze, są inspirujące, są pobudzające, są jak gorąca czekolada. To drugi tekst jubileuszowy, jaki napisałem dla pani Barbary i który gra. Czuję się absolutnym szczęściarzem. Nawet wybrańcem. Wspominam też, jak razem czytaliśmy fragmenty mojej ostatniej książki "Bądź moim Bogiem", czytaliśmy z podziałem na role, robiliśmy więc w pewnym sensie słuchowisko na żywo, w Teatrze Polonia.
Za kilka tygodni nowa premiera, więc nowa przygoda. Pomysł inscenizacji Macieja Kowalewskiego zachwycił mnie i bardzo wierzę, że się to wszystko uda. Jestem wzruszony, kiedy pani Barbara i pan Marian Kociniak interpretują napisany przeze mnie tekst o marzeniach, tęsknocie, uczuciach, kiedy pan Marian jako Zbynio przytula panią Barbarę - Anastazję, kiedy patrzą sobie w oczy, kiedy - jako postaci z mojej sztuki - w jakimś sensie ratują sobie życie. Tak, jestem szczęściarzem. Nie mogę za dużo zdradzać, ale mogę to, co Teatr opublikował już na swojej stronie, więc przeklejam, jako zapowiedź:

Remigiusz Grzela
Oczy Brigitte Bardot

Sztuka napisana specjalnie na Jubileusz 80-lecia Barbary Krafftówny.

Obsada: Barbara Krafftówna, Marian Kociniak

Reżyseria: Maciej Kowalewski
Scenografia: Piotr Rybkowski

Anastazja R. może mieć ok. 108 lat, jest emerytowaną nauczycielką muzyki, ma paniczny lęk wysokości i arystokratyczne maniery. Nigdy nie przestała marzyć. Wychowała dzieci, a potem wnuki, aż w końcu przychodzi właściwy czas i Anastazja wyrusza w podróż życia. Kierowca, który ją wiezie ukrywa swoją przeszłość. Czy Anastazja jest w niebezpieczeństwie?
Anastazję i szofera Zbynia dzieli prawie wszystko, ale łączy miłość do kina i starych filmów. Jednak przede wszystkich łączą ich marzenia. Oboje decydują się je zrealizować. Czy dzięki temu staną się innymi ludźmi? Kim naprawdę jest Anastazja R.? 

Komedia napisana na zamówienie Barbary Krafftówny, drugi jubileusz we współpracy z Remigiuszem Grzelą.

Sztuka została pomyślana jako mistrzowski koncert gry aktorskiej Barbary Krafftówny i Mariana Kociniaka. Zamawiając tekst Barbara Krafftówna dała tylko jedną wskazówkę: „ma to być sztuka zabawna, która daje nadzieję, przekonuje, że nie należy przestawać marzyć, a wiek jest tylko metryką bez znaczenia, jeśli walczy się o zachowanie młodości w sobie”.


Kolejna przygoda. Kolejna tabliczka czekolady...
Wieczorem zrobiłem jesienną porcję czekolady na gorąco. A teraz przepis na jesienną czekoladę:

Szklanka mleka i ćwierć szklanki śmietany kremówki lub śmietany rama cremfine do gotowania
Połowa tabliczki czekolady deserowej Wedla (tylko taka lub gorzka Wedla), połamać
Postawić na małym ogniu, mieszać tak długo aż cała czekolada się rozpuści i napój zrobi się gęsty, nie można przestać mieszać ani przez chwilę, bo czekolada się spali
Rozlać do 2-3 filiżanek i wcisnąć do nich sok z pomarańczy

To przepis jesienny. Zimą pomarańczę lepiej zamienić szczyptą chili lub paroma ziarnkami pieprzu. Rozgrzewa niesamowicie. Plus mała szklaneczka brandy.

Teatr. Bajka jakaś. Kawałek czekolady...

Piękna jesień. Jeszcze w ubiegłą niedzielę, ratując się przed tremą przedpremierową pojechałem na spacer do miejscowości Wiersze w Puszczy Kampinoskiej. W poniedziałek Ela zagrała pięknie naszą premierę, do której wciąż wracam, szczęśliwy, że Ela wróciła...










Podziel się
oceń
0
0

Po drugiej stronie czarów...

środa, 15 października 2008 22:48
Zostały we mnie różne obrazy z dzisiejszego spektaklu "Alicja" wg "Alicji w krainie czarów" i "Alicji po drugiej stronie lustra" w reż. Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. I różne przemyślenia. Została dziecięca Barbara Krafftówna jako Alicja dojrzała, jej zamyślenia, jej gesty, jej wejście przez okno metra, to, jak stawiała stopy, jej egzamin przed białą i czerwoną królową, wreszcie kołysanka, którą zaśpiewała. Została kapitalna rola Joanny Szczepkowskiej jako białej królowej, a zwłaszcza scena, w której śpiewa piosenkę o Cindy, nie wiedząc, czemu śpiewa o Cindy. Został kot z Cheshire czyli Krzysztof Dracz, jeden z tych aktorów, których cenię najbardziej, którzy nawet najmniejszej roli potrafią nadać wyrazistość, dramaturgię, charakter. Została wyrazista postać intrygującej aktorki Klary Bielawki, młodej Alicji, która wygląda jak młoda Rossy De Palma, moja ulubiona aktorka Almodovara, więc od razu zakochałem się w niej. Została mi w pamięci brutalna scena jej menstruacji...  Został korowód postaci jak z Felliniego, korowód starych cyrkowców jakby wyjętych z domu seniora dla artystów cyrkowych.
Została piękna scenografia ni to sali balowej ni wagonu metra.



fot. Jan Zamoyski/AG

Ale najważniejsze, co zostało wydarzyło się po spektaklu. Kiedy aktorzy wychodzili do ukłonów nagle wprowadzono na scenę starszego mężczyznę, prawdę mówiąc staruszka idącego o lasce. Szedł długą sceną. Był coraz bliżej widowni. Nie rozumieliśmy, o co chodzi, kim jest. Krzysztof Dracz szedł za nim z butelką szampana, kwiatami, ale też wieloma kolorowymi balonami zamocowanymi do sznurka. Na widowni pojawili się pracownicy Teatru Dramatycznego, którzy zaczęli bić brawo, krzyczeć, nawet płakać. Aktorzy też wydawali się być wzruszeni. Wtedy Paweł Miśkiewicz wyjaśnił, że to najstarszy pracownik Teatru, garderobiany, który przechodzi na drugą stronę lustra, kończy pracę w Teatrze. Ktoś krzyczał: "Sto lat!", publiczność zerwała się, garderobiany stał zgarbiony, trzymając się laski, aktorzy podchodzili do niego ściskali, Barbara Krafftówna podprowadziła go jeszcze bliżej rampy, sam już miałem łzy w oczach, publiczność wciąż klaskała, nagradzając jego pracę owacją na stojąco. Wtedy garderobiany, któremu podano mikrofon zapytał panią Krafftównę: "Pamiętasz Baśka Parady Potockiego, tutaj, w teatrze?" Aktorzy wciąż podchodzili do tego pana i go ściskali. On sam nie wiedział, jak się zachować, był bardzo bardzo poruszony, w końcu skłonił się lekko, skłonił się zawstydzony, publiczność jeszcze bardziej oszalała. Klaskaliśmy jeszcze, kiedy jego sylwetka malała, kiedy znikał w kulisie, kiedy szedł na drugą stronę lustra.


Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  797 938  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl