Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 642 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Benia Krzyk

niedziela, 31 stycznia 2010 16:55
Wczoraj ostatnie w tym semestrze zajęcia ze studentami. Pierwszy raz miałem trochę czasu, żeby pospacerować chwilę Krakowskim Przedmieściem. Za każdym razem przemykałem na wydział, jedynie zatrzymując się na stoisku bukinistów przed ASP. Wczoraj dopiero zauważyłem, że nie ma już słynnego Karalucha. To było potworne miejsce, a jednak sentyment pozostał. Karaluch to studencki bar, właściwie najgorszej jakości bar mleczny, z okropnymi stolikami, ladami pod ścianą, ale za to dwujęzycznym polsko-angielskim menu. Zawsze zaludniony, bo jedzenie kosztowało dosłownie grosze. Tyle że z bytności w Karaluchu można by napisać właściwie książkę. Kiedyś usiadła obok mnie kloszardka, która do rosołu wlała całą butelkę kropli żołądkowych. Możecie sobie wyobrazić ten zapach? Zdarzało mi się widywać bezdomnego, który zamawiał dziewięć talerzy z naleśnikami, ustawiał je na długiej ladzie pod ścianą i przechodził od jednego talerza do następnego.
A jednak jajecznica w Karaluchu, naleśniki, okropna kawa z mlekiem przeszły do wewnętrznej pamięci. Wszyscyśmy studiując żywili się w Karaluchu, więc złego słowa nie dam powiedzieć. Więc wczoraj przechodząc obok zauważyłem, że nie ma już Karalucha, tylko pachnąca, urocza francuska piekarnia Saint Honore, z bagietkami, wytwornymi ciastkami, deserami. Wszedłem do środka, inny świat, to samo miejsce, a kompletnie inna rzeczywistość, jasno, pachnie chlebem, który pieczony jest tu na miejscu, pachnie kawą.
Z piekarni Saint Honore poszedłem do księgarni Liber, tuż przy bramie Uniwersytetu. Dawniej bywałem w niej prawie codziennie, a teraz już dawno, dawno nie byłem. Zapomniałem już jak mają wybrane, wyselekcjonowane książki. Kupiłem "Opowiadania odeskie" Izaaka Babla ze wstępem i w przekładzie Jerzego Pomianowskiego. I już nie mogłem się doczekać, kiedy znajdę się w domu. I jak wczoraj ległem na łóżku z opowieściami o Mendlu i Beni Krzykach, jak się tym światem i filozofią Beni Krzyka zaczarowałem. I nagle uświadomiłem sobie, że to przecież rosyjski "Ojciec chrzestny", ten Benia, odeski król szajek i szemranych środowisk. Toż to właściwie mityczna opowieść. Książka wspaniała z wielu powodów, nie tylko z powodu genialnego stylu Izaaka Babla, ale również ze względu na swoją konstrukcję. Poza opowiadaniami o Krzykach, również krótkie szkice autobiograficzne Babla, a całość kończy jego wielka sztuka "Zmierzch", o której pisze się jako rosyjskim "Królu Learze". No więc, jak w ten świat wpadłem, tak już nie mogłem się z niego wydobyć do nocy.
Jerzy Pomianowski we wstępie cytuje Babla: "Biorę jakąś bagatelkę - anegdotę czy plotkę z rynku - i robię z niej rzecz, od której sam nie mogę się oderwać. Zaczyna błyszczeć. Staje się obła, jak morski kamyk. Jej cząstki są sprzęgnięte zwarcie, jak ogniwa. I siła tego sprzężenia jest taka, że nawet piorun jej nie rozbije. Takie opowiadanie ludzie będą czytać, będą. I nie zapomną go. I będą śmiać się przy czytaniu wcale nie dlatego, że to wesołe, tylko dlatego, że cieszymy się, gdy widzimy, że człowiekowi może coś jednak się udać". Pomianowski prowadzi nas zarówno przez prozę Babla, podając na przykład, że czterostronicowe opowiadanie "Lubka Kozak" miało 22 wersje, jak i przez życie Babla, którego tragiczny finał jest przecież w ogóle tragedią Rosji, w której wyrżnięta została inteligencja. Pisze Pomianowski: "Z akt wynika, że po trzech dniach i nocach bezustannych badań intensywnych Babel zgodził się napisać własnoręcznie ostatni swój utwór, akt samooskarżenia. Jest w nim przyznanie się do szpiegostwa, trockizmu, terroryzmu oraz spisku na życie Stalina i Woroszyłowa. Pomagać mu w tym mieli najbliżsi przyjaciele - artyści Eisenstein, Aleksandrow i Michoels, pisarze - Erenburg, Olesza, Katajew, dziennikarze - Kolcow i Tatiana Tess(...) Miejscem pochówku Babla jest najpewniej zbiorowy dół z prawa od krematorium, urządzonego w byłym klasztorze Dońskim w Moskwie".
A Jesienin? A inni?
I jak wytłumaczyć, że mój komputer z autokorektą poprawia nazwisko "Stalin" na "Sralin"?
Właśnie w księgarni Liber widziałem nowe przekłady poezji Jesienina, których autorem jest Adam Pomorski. Muszę koniecznie kupić.
Pisze Pomianowski: "Winą Babla była jego sława nie z urzędowego nadania, talent, dany od Boga, a nie od ministra kultury, jego poczucie odpowiedzialności za każde słowo własne, tylko własne i zrozumienie, że doskonałości nie da się osiągnąć z nakazu".
Więc wpadłem wczoraj w prozę i niezwykle kipiący styl Izaaka Babla, w całą galerię szemranych odeskich postaci. Oto na przykład Dwojra, siostra Beni Krzyka. "Siostra Króla, oszpecona przez chorobę, z rozdętym wolem i wysadzonymi z orbit oczyma, siedziała na górze poduszek obok szczupłego chłopaka, kupionego za pieniądze Eichbauma i oniemiałego z żałości".
Prawda, że piękne?
I dalej: "Tylko Dwojra nie miała zamiaru spać. Popychała oburącz odrętwiałego z lęku męża w stronę drzwi małżeńskiej sypialni i spoglądała na niego żarłocznie, jak kot, który trzymając w pysku mysz z lekka próbuje jej zębami".
To z opowiadania "Król". Ale idźmy dalej. Jesteśmy teraz w opowiadaniu "Sprawiedliwość w cudzysłowie":
"Zostawszy odeskim pośrednikiem - zazieleniłem się i puściłem pędy. Obarczony tymi pędami - poczułem się nieszczęśliwy. Z jakiego powodu? Z powodu konkurencji. Bo inaczej nawet bym się nie wysmarkał na tę sprawiedliwość. Nie mam w ręku żadnego rzemiosła. Mam tylko powietrze. Ono błyszczy jak morze w słońcu, to piękne i puste powietrze. Wymienione wyżej pędy chcą zaś jeść. Mam ich siedem, a ósmym jest moja żona. Nie wysmarkałem się na sprawiedliwość".
To chyba zresztą mój ulubiony fragment.
Albo takie cudne perełki jak te z opowiadania "Zmierzch":
"Dławili się drożdżami, na których rośnie zemsta".
"W niebie gotował się zmierzch, zmierzch gęsty jak konfitury".
"Gwiazdy rozsypały się za oknem jak żołnierze, kiedy idą na rozkaz za stodołę, zielone gwiazdy na niebieskim tle".
I można by tak jeszcze długo, całym garściami wyciągać z tej prozy, która blisko leży prozy Bashevisa Singera. Odeskie opowieści Babla i warszawskie opowieści Singera mogłyby ze sobą rozmawiać, ze sobą śpiewać, razem zakrzyknąć a może i zapłakać.
Wyczytałem w nocy do ostatniej kropki, a przecież wrócę jeszcze na pewno do tego świata. I sen miałem wyjątkowo rozgwieżdżony.

Izaak Babel "Opowiadania odeskie", przekład Jerzy Pomianowski, Wydawnictwo Austeria, Kraków-Budapeszt 2009.



Podziel się
oceń
0
0

Lunatyczna kraina

piątek, 29 stycznia 2010 18:57
Śnieg sypie, chyba pierwszy raz tej zimy aż tak mocno. Z perspektywy okna ogród wygląda pięknie. Zostałem w domu, w papierach, mam masę spraw i zaległości wymagających skupienia, dlatego dzisiaj zaszyłem się tutaj. Robię pierwszą korektę książki-wywiadu z panem Marianem Kociniakiem "Spełniony". Książka wciąż jeszcze w procesie. Trwa jej skład, opracowanie graficzne, będzie bogato ilustrowana fotografiami z domowego archiwum pana Mariana. W środę będziemy układać podpisy pod zdjęcia. Lubię ten cały proces powstawania książki. Kiedy wykluwa się z jaja. Kiedy przebija dziobem cienką skorupę, i właściwie już zaczyna żyć, chociaż prawdziwe życie dają czytelnicy.
Książka czyli świat, w którym jestem na własną prośbę zamknięty. Wieczorami Jarosław Iwaszkiewicz.
2 marca 1951 roku pan Jarosław pisał do córki Teresy: "Mieszka teraz u nas Mycielski, bo nie ma się gdzie podziać w Warszawie (wyrzucili go z mieszkania) - jest to także rozpacz babci, ale na ogół jest bardzo cichy i spokojny, pisze tutaj symfonię, którą Dox już zawczasu owywuje, napisał także jedną pieśń, bardzo ładną, do moich słów. On mieszka u nas w sypialnym, a ja przeniosłem się do gabinetu, gdzie wstawiłem sobie wasz tapczan i bardzo mi tutaj jest dobrze spać tak blisko warsztatu, jak mówi Wiesio, który namawia mnie, abym tu zawsze sypiał. Jakoś mi jest lepiej między książkami i papierami niż na burżuazyjnych łożach rodziny Lilpopów". I dalej, że w Stawisku duże śniegi.
Więc u nas też duże śniegi. A między książkami lepiej. Mieszka się między książkami wspaniale.
Czytam, że ósmego lutego wychodzi debiutancka powieść Kazimierza Kutza. Dzisiaj w "Dzienniku" czytałem recenzję, która porównuje tę powieść nawet do "Stu lat samotności". Autor recenzji przyznał debiutowi powieściowemu Kutza pięć gwiazdek. Wpisuję na listę zamówień. Lektura konieczna.
Mam na tej liście od dawna biografię wspaniałej amerykańskiej dziennikarki Barbary Walters, ale wydawca oszalał i książka kosztuje 68 złotych. To już prawdę mówiąc wolę kupić jakiś nieśmiertelny album.
Za to z przyjemnością zamówiłem dzisiaj z Karakteru trzy powieści, w tym wydaną właśnie "Lunatyczną krainę". Teraz już będę miał komplet ich książek.
Śpiewa u mnie Cesaria Evora.
Cabo Verde.
Tak.
Jest o czym myśleć.



A tak zapowiada książkę wydawca:

Mia Couto "Lunatyczna kraina"

W tamtych stronach wojna uśmierciła drogę. Po ścieżkach włóczyły się tylko hieny, poryjkując w popiołach i pyle. Pejzaż skrzyżował się z nigdy dotąd niewidzianymi smutkami o barwach, które oblepiały usta.

Zaczyna się jak u Becketta: pustą drogą wędrują stary mężczyzna i chłopiec, który nie pamięta, kim jest. W poszukiwaniu schronienia docierają do wraku autobusu, gdzie przy jednym z martwych ciał znajdują plik zapisanych zeszytów. Czytając co wieczór mężczyźnie jeden z nich, chłopiec odkrywa, że historia autora,  Kindzu, w zagadkowy sposób splata się z jego własnym życiem. Dalej jest jak u Márqueza: sen przenika się z jawą, przodkowie upominają się o swoje, a wszystkim rządzą przepowiednie i czary. Dzienniki Kindzu opisują jego zmagania z duchem ojca, zdobytą i utraconą miłość, świat, w którym groteska splata się z koszmarem, po ulicach krążą duchy i nikt nie jest tym, kim się wydaje. Nie wiadomo już, która z rzeczywistości jest bardziej realna, a która wyśniona, ani gdzie łączą się, a gdzie rozwidlają ścieżki kolejnych opowieści.

Splatają się rzeczywistości, splatają i słowa: ludzie błąkisnują się i śniwłóczą, a ocean jest pełen niedowidzeń. Język lunatykuje, lewituje, majaczy. Być może tylko tak można opisać świat, który się rozpadł, i który próbuje na nowo odnaleźć swój porządek. Być może tylko tak można zapisać mit.

Mia Couto urodził się w 1955 roku w mieście Beira w Mozambiku. Z wykształcenia biolog, pracuje jako wykładowca uniwersytecki, pisarz i dziennikarz. Był dyrektorem Agencji Informacyjnej Mozambiku, redaktorem naczelnym pisma “Tempo” i dziennika “Notícias de Maputo”. Opublikował, między innymi, tomy opowiadań Vozes Anoitecidas (1987) i Estórias Abensonhadas (1994). Tłumaczony na wiele języków. Został uhonorowany, między innymi, Nagrodą Vergília Ferreiry za całość twórczości w roku 1999.
Po polsku, oprócz Ostatniego lotu flaminga, ukazał się też zbiór opowiadań Mia Couto pt. Naszyjnik z opowiadań (przeł. zespół iberystów UW, Inst. Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW i Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2008), a w sierpniu 2009 nakładem Świata Książki – Taras z uroczynem (przeł. Elżbieta Milewska).

Tytuł oryginału: Terra sonambula
Przełożył: Michał Lipszyc
ISBN 978-83-927366-6-0


Podziel się
oceń
0
0

Bądź lżejszy

czwartek, 28 stycznia 2010 21:18
"I więcej nic nie pamiętam". Boję się otworzyć tę książkę. Wczoraj byłem na wieczornej próbie spektaklu według tego wstrząsającego pamiętnika Adiny Blady-Szwajger, który gra u nas jej córka, Alina Świdowska, a premiera już 4 lutego. Słuchałem poruszony. Mimo że słuchałem bez scenografii, świateł, właściwie zagranej muzyki, bo do premiery wciąż jeszcze tydzień, a pani Alina próbuje w sali wystawowej Żydowskiego Instytutu Historycznego, gdzie Teatr Na Woli będzie grał ten spektakl, właśnie tam, na terenie dawnego getta, w najbliższym sąsiedztwie Błękitnego Wieżowca, który stoi na miejscu starej synagogi, więc mimo że to jeszcze nie jest pełen i gotowy spektakl, słuchałem zmrożony. Piotr Jędrzejas, reżyser, wykreował coś w rodzaju Bożego Igrzyska, tak to rozumiem. Pokazał Adinę Blady-Szwajger, lekarkę z getta jako obraz Boga. Tak to zobaczyłem. Nic więcej na ten temat nie mogę przed premierą. I choć temat więcej niż trudny, uważam, że trzeba ten spektakl zobaczyć. Poza tym to, że z rolą Adiny Blady-Szwajger mierzy się jej córka, daje temu tematowi, tej sprawie, tej opowieści wartość wyjątkową.
A to plakat ze spektaklu. Plakat, który lubię:



Prawda, że wymowny?

Sam czytam wieczorami listy Jarosława Iwaszkiewicza do córek. Tom zaczynają listy do dziewczynek, które jeszcze dobrze nie umieją czytać. Iwaszkiewicz pisze ich językiem, ich wszechświatem pojęć, ale równocześnie traktuje córki poważnie, dojrzale, stawia problemy, zadaje pytania. Z Kopenhagi, w której mieszkał pracując w dyplomacji, pisze też listy jako własna kotka Buksia. Właściwie tworzy odrębny literacki świat. To jest wzruszające, a mnie nagle przypomniał się Franz Kafka, ze słynną opowieścią o listach od lalki. Jest taka opowieść o dziewczynce, którą spotkał w parku, a która zgubiła swoją lalkę, i Kafka współodczuwając jej, zaczął pisać listy - listy od lalki, która wyjechała w podróż. Zastąpił smutek dziewczynki opowieściami o świecie, którego nie znała.
Tę historię opowiada Dora, bohaterka mojej sztuki "Naznaczeni".
Tę historię opowiedział Paul Auster, w jednej ze swojej powieści. W Niemczech powstała oddzielna powieść poświęcona listom lalki do dziewczynki. I właśnie to przypomniałem sobie, kiedy czytałem listy od kotki Buksi.

Literatura i życie.

I teraz czytam, że w Ameryce zmarł J.D. Salinger, autor amerykańskiej powieści wszechczasów "Buszującego w zbożu". Czytałem z dziesięć lat temu, nie umiałem w tę opowieść wejść. Może powinienem teraz wrócić?
I teraz czytam, że w Polsce zmarł Marian Grześczak, znakomity poeta, prekursor poezji konkretnej. Sięgam po tom jego wierszy, który jest pod ręką. Ma tytuł "Niebo jaskółek".
Otwieram go na przypadkowej stronie. Czytam:

Tak się stopami zaparłem
Tak w glinie tkwię tak się trzymam
Że w końcu słyszę jak ziemia stęka
I prosi łagodnie:
Bądź lżejszy, bądź

To wiersz Mariana Grześczaka
"Prośba ziemi" z tomu "Niebo jaskółek. Liryki wybrane", Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999
Podziel się
oceń
0
0

Pan Jarosław do córek

wtorek, 26 stycznia 2010 22:01
Takie książki, nawet kupione samemu sobie, są jak długo oczekiwany prezent. Oto dzisiaj przyszedł pocztą pięknie wydany tom Jarosława Iwaszkiewicza "Listy do córek" w opracowaniu Anny i Radosława Romaniuków (opublikował Państwowy Instytut Wydawniczy). Już nie mogę się doczekać, kiedy wpadnę w tę książkę. Miałem szczęście poznać obie córki państwa Iwaszkiewiczów, Marię i Teresę. Z panią Marią spotykałem się wielokrotnie, nagrywając wspomnienia, kiedy pracowałem wspólnie z panią Izabellą Cywińską nad scenariuszem filmu fabularnego o Powstaniu Warszawskim na Stawisku "Taki raj". Scenariusz publikował miesięcznik "Dialog". Pani Maria nie tylko przyjmowała nas u siebie, na Ursynowie, ale też oprowadziła nas po Stawisku, pokazując różne kąty tego legendarnego domu. Z panią Marią wciąż mam kontakt, prowadziłem spotkanie w Teatrze Na Woli, a także spotkanie poświęcone "Tatarakowi" w warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej". Mam wiele kaset naszych rozmów, które uwielbiałem. Pani Maria ma wspaniałą pamięć i potrafi odtworzyć przeszłość w najdrobniejszych detalach, ożywić fotografie. Panią Teresę odwiedziliśmy raz, w jej mieszkaniu na Saskiej Kępie. Cudowne było obserwowanie sióstr razem, kiedy przypominały sobie różne zdarzenia, dawne dowcipy, kiedy śmiały się razem. Teraz patrzę na zamieszczone w książce zdjęcia córek Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, i już, już chcę zacząć czytać. I już wiem, że dzisiejsza noc raczej zarwana.
W tomie też zdjęcia młodego pana Wiesława Kępińskiego, który był przybranym synem Iwaszkiewiczów. Biografia pana Wiesława jest sensacyjna. Nie tylko uratował się z tak zwanej rzezi wolskiej, uciekał przez pola, a był chłopcem, zostawiając za sobą sześćdziesiąt osób, które zostały rozstrzelane przez Niemców, nie tylko uratował się, ale zaraz po wojnie napisał list do Expressu Wieczornego do pani Karoliny Beylin, że jest sierotą i szuka dla siebie rodziny. Zgłosiło się wiele rodzin, ale wybrano Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów. Wiesio wprowadził się do domu na Stawisku, do innego świata, sam był z proletariackiej Woli, z robotniczej rodziny i nagle znalazł się w tym przedziwnym domu-pałacu, w którym rozmawiało się o książkach i je pisało. Wiedział od razu, że trafił do wyjątkowego domu i miał potrzebę to utrwalić. Od pierwszego dnia pobytu codziennie notował, co się w domu działo. Państwo Iwaszkiewiczowie wychowali pana Wiesława, dali mu wykształcenie. Wiem, że i listy Jarosława Iwaszkiewicza do syna mają się ukazać. I jeszcze w tym roku drugi tom dzienników, a mój wydawca, WAB, wydaje książkę o Stawisku w czasie Powstania Warszawskiego. Cudny rok dla wielbicieli prozy Jarosława Iwaszkiewicza.
A wracając do pana Wiesława Kępińskiego, z którym mam wrażenie lubimy się, mam nadzieję na wspólny, ciekawy projekt, który od miesięcy siedzi mi w głowie.


Podziel się
oceń
0
0

Próby

sobota, 23 stycznia 2010 14:27
Odkąd we Francji ukazała się powieść Yannicka Haenela "Jan Karski", o której sporo tutaj pisałem, zainteresowanie tą książką nie słabnie. Dotyczy to również kontrowersji. Emocjonujące jest czytanie polemik z Haenelem, dosyć długo nie brał w nich udziału Claude Lanzmann, autor 9-godzinnego filmu "Shoah", którego jednym z bohaterów jest Jan Karski. To oglądając ten film Haenel usłyszał o Karskim po raz pierwszy. A potem swoją powieścią spowodował zainteresowanie nie tylko postacią Karskiego ale i fałszowanym wizerunkiem Polski w Europie. Haenel mówił o tym też podczas spotkania w "Gazecie Wyborczej", jakie prowadziłem w ubiegłym roku. Zresztą w swojej powieści, której pierwsza część jest parafrazą wywiadu Lanzmanna z Karskim, takie mam wrażenie, Haenel pisze o Lanzmannie z szacunkiem, chociaż niezrozumieniem pewnych kwestii. Właśnie w czasie tego spotkania mówił Haenel, że posłał Lanzmannowi książkę, a ten przez któregoś ze znajomych powiedział, że nie życzy sobie z Haenelem żadnych kontaktów.
I oto, po miesiącach Lanzmann przemówił, a właściwie postanowił ostro zaatakować Haenela, zarzucając mu fałszowanie historii i jej bohaterów. Prasa francuska pisze o tym obszernie, między innym w "Le Monde" ukazał się artykuł Pierre'a Assouline'a o ataku Lanzmanna. Zresztą Assouline pisze o tym też na swoim blogu, emocjonujące jest czytanie prawie dwustu komentarzy pod jego wpisem. Lanzmann ogłosił, że ma w zanadrzu bombę, która wybuchnie pod koniec lutego, najdalej na początku marca. To 52-minutowy film Lanzmanna "Raport Karskiego", z którego ludzie zrozumieją "jakim kłamcą jest Haenel". Dawno już chyba nie było tak burzliwych dyskusji wokół książki i śledzę je naprawdę z dużym zainteresowaniem.
Powieść "Jan Karski" Yannicka Haenela ukaże się w Polsce dopiero w tym roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego. We Francji emocje sięgają zenitu. Na razie, w obliczu ataku Lanzmanna, Yannick Haenel odwołał ważne spotkanie z publicznością. Miał wziąć udział w debacie "Żydzi i Polacy w obliczu Historii".

Dzisiaj mija trzecia rocznica śmierci Pana Ryszarda Kapuścińskiego. Ze swojego tarasu, na którym uwielbiał czytać, fotografował koty. Na dachu garażu sąsiada wylegiwały się zawsze trzy koty. Pani Alicja Kapuścińska mówi, że jeden z nich gdzieś zaginął. U mnie pojawiły się dwa. O piwnicznym już pisałem. Ostatnio przyprowadził siostrę. Równie czarną jak on. Zaprzyjaźniliśmy się. Dzisiaj pozowały mi do zdjęć. Robiłem je przez okno, Tutka przyglądała się z parapetu, ale w końcu wyszedłem do nich. Teraz mam na głowie całą trójkę. Wyglądają jak rodzina.























Dzisiaj myślę więcej o Panu Ryszardzie Kapuścińskim.

Dzisiaj w "Gazecie" wiersz Julii Hartwig, którym się dzielę.

Julia Hartwig

"Próby"

Aby nie zastygnąć w samotności
wychodzi na ulicę
staje na rogu
zapala papierosa
widzi przejeżdżające auta
przebiegające w chłodzie młode pary
i odkrywa za każdym razem:
E pur si muove!
Wraca do domu
już zapomniał po co wyszedł
znowu smakuje mu samotność.

Podziel się
oceń
0
0

Skrzydło

piątek, 22 stycznia 2010 23:07
Od paru dni zawodowo narabiam z wielką piosenkę "Send in the clowns", słucham wielu wspaniałych wykonań od Shirley Bassey do Barbry Streisand. Ale wśród tych wykonań znalazłem dwa wyjątkowe, bo moich ulubionych aktorek.

Tutaj Judi Dench

http://www.youtube.com/watch?v=yE3dLzIYKs8&feature=related

A tutaj Glenn Close

http://www.youtube.com/watch?v=vufO2FZY6XQ&feature=related

Prawda, że piękne.
Prawdę mówiąc nawet nie wiedziałem, że obie panie śpiewają. A youtube to istna skarbnica.

Znalazłem tam również wykonanie Grażyny Auguścik, zupełnie inne w klimacie, jazzujące, niepokojące, jakby tańczone na puentach:

http://www.youtube.com/watch?v=O_IA6xDesyA&feature=related

Przepraszam za tę obsesję, ale zawodowo jestem z tą piosenką od kilku dni i zacząłem w niej mieszkać, znajdując coraz więcej.

Wracam do lektury. Zostawiam jeszcze wiersz, który współgra z tą piosenką.

Jarosław Zalesiński

"Skrzydło"

To może nigdy nas nie spotkać.
Ściśle spojone deski ściany,
ale pomiędzy nimi mech
w kryjówce szczelin. Suchy miękisz,
osypujący się jak próchno w palcach.
Niemoc, ciężar, który nie może oddzielić się
od siebie. Schylone skrzydło światła
w sidle krętych korzeni.

(z tomu "Wiersze poprzednie i ostatnie", Wydawnictwo Bernardinum 2009)




Podziel się
oceń
0
0

Uczta Babette

czwartek, 21 stycznia 2010 22:27
Czytam "Miłość w czasach zarazy" Marqueza. Słońce, nawet żar, płócienne garnitury, otwarte okna, duchota. Za oknem śnieżny ogród. Kot Tutka śpi przy kominku, a w piwnicy zamieszkał kot wyglądający zupełnie jak Tutka, tylko jakby brzeg jednego ucha umoczył w białej farbie i ogon ma bardziej puchaty. Kiedy spadł śnieg, zaczął przychodzić pod drzwi domu, dlatego dostał talerzi był codziennie karmiony. Przychodził coraz bliżej. Wyczuwał, kiedy wychodzimy i pojawiał się przed furtką. W końcu wskoczył przez okno do piwnicy i tam zamieszkał. Dostał wielką poduchę i ciepły sweter, żeby mógł się w niego wtulić i śnić o swojej Grecji. Podchodzi coraz bliżej, ale jeszcze nie pozwala się dotknąć. Ma w sobie godność. Nie je, kiedy patrzę. Zjada dopiero, kiedy wychodzę. Piwnica lodowata, ale pewnie mu tam i tak lepiej, niż na dworze. Tutka coś tam wie, trochę się orientuje i kilka razy piszczała pod drzwiami, żeby ją wypuścić do piwnicy. Nie wiem, czy się zaprzyjaźnili, ale kilka razy go odwiedziła. Kiedy jeszcze nie było tak zimno, bo teraz egoistki za drzwi się nie wypchnie. Tylko kominek albo łóżko.
Rozmawiałem dzisiaj z Krysią, która mieszka na małej wsi, daleko w lesie. "Wszystkie koty we wsi śpią w łóżkach, żadnego nie spotkasz na płocie, koty w łóżkach, a myszy latają".
A ja coraz częściej myślę o kocie w piwnicy. Czy się jeszcze boi? Czy zaczął ufać? Co czuje, kiedy w piwnicy zapala się światło, kiedy idę po schodach, leży jeszcze na swojej poduszce, czeka aż zejdę i dopiero wtedy skacze na okno, czy też już, kiedy otwieram drzwi do piwnicy? I czy tam mu dobrze chociaż trochę?
Czytam, że w weekend ma być minus 25 stopni. Mam nadzieję, że w tej piwnicy nie zamarznie.
Kiedyś, chyba latem, publikowałem tu zdjęcia małych kotów bawiących się na płocie, które fotografowałem między czwartą a piątą nad ranem. Czy jest jednym z tych kotów? A co z resztą?
Dzisiaj dzień Babci i imieniny Agnieszki. Podwójne święto mojej zmarłej przed prawie trzema laty Babci. Myślę dzisiaj o niej i mam zamiar przed snem przeczytać opowiadanie Karen Blixen "Uczta Babette", bo to przecież o Niej. Zamiast życzeń, których już nie mogę złożyć.
Obejrzałem właśnie film "Julie i Julia" o fenomenalnej mistrzyni gotowania Julii Child z fenomenalną Meryl Streep. Julia Child urodziła się 1912, Babcia Agnieszka w 1914, Julia Child zmarła w 2004, Babcia w 2007. Gdyby się spotkały, na pewno miałyby sobie wiele do powiedzenia. Wymieniłyby się przepisami TOP SECRET.
Gdyby Babcia żyła, gdyby żył dom, który spłonął, rozsuwałaby dębowy, składany stół, nakrywała do niego, a potem podałaby domowy chleb, bulion w bulionówkach, w którym pływałyby łabędzie z ptysiowego ciasta, potem podałaby kaczkę z jabłkiem, a na deser roladę z dżemem, tort kawowy z różami z marcepanu i jeże z tortowego ciasta, oblane czekoladą i napikowane wąsko pokrojonymi migdałami.
A gdyby było zbyt gwarno, zaszyłbym się w "Uczcie Babette" Karen Blixen. W domu Marciny i Filipy.
"Filipa podeszła do Babette i objęła ją. Czuła przy sobie ciało kucharki niby marmurowy posąg, a sama trzęsła się i drżała od stóp do głowy.
Przez chwilę nie mogła mówić. Potem wyszeptała: - Przecież to nie koniec! Wiem, że to nie koniec, Babette. W raju będziesz wielką artystką, jaką stworzył cię Bóg! Ach! - dodała, a łzy płynęły jej po policzkach. - Ach, jak zachwycisz aniołów!"





(Babcia Agnieszka)

Podziel się
oceń
0
0

Wiśniowy sad

wtorek, 19 stycznia 2010 22:36
Nie jest łatwo. Po obejrzeniu "Wiśniowego sadu" nigdy nie jest łatwo. Tyle znam historii o domach i ich utracie, o utracie własnej mitologii, o niemożności wyjścia z problemów, o wpadaniu w nie coraz głębiej. Właśnie przyjaciółka szykuje się do przeprowadzki, zmiany miasta, bo traci swój dom. Genialny Czechow. Nigdy się nie zestarzeje. Przed chwilą skończyłem oglądać w TVP Kultura spektakl Teatru TV "Wiśniowy sad" z 1994 roku, w reżyserii Andrzeja Domalika. Wspaniała rola Krystyny Jandy jako Raniewskiej. Znakomity Michał Pawlicki jako Firs, stary sługa, który myśli, że o nim zapomniano, zamknięto w opuszczonym, sprzedanym domu do zburzenia, świetna Małgorzata Hajewska-Krzysztofik jako córka Raniewskiej, Waria, która od początku skazana jest na samotność, groteskowa Szarlota (w tej roli Ewa Telega), pełen kompleksów Łopachin (Jerzy Radziwiłłowicz), beztroski Trofimow (Szymon Kuśmider) i żydowska orkiestra, która od początku zbyt smutno gra, nawet, kiedy gra do tańca. Powrót Raniewskiej od pierwszej sceny wydaje się jej pożegnaniem z domem, z wiśniowym sadem, z przeszłością. Wspaniały jej monolog dotyczący jej ucieczki z Rosji i życia w Paryżu. Wspaniały, wielki Czechow. Tak kocham jego sztuki. Ten świat, w którym każdy z nas mieszka choć przez chwilę i który prędzej czy później traci. Ten świat naznaczony radością, której synonimem staje się smutek i nostalgia. Dziwny świat wielkiego pana Czechowa.
To wspaniałe, że literatura może poruszyć i poruszyć aż tak. Moja przyjaciółka niedługo opuści Warszawę. Chciałbym, aby była szczęśliwa. Aby zamknięcie jednego świata otworzyło nowy, piękniejszy. I tego jej życzę. Tak bardzo, jak umiem.
Wspaniale, że literatura może tak poruszyć.
Dzisiaj zacząłem czytać "Miłość w czasach zarazy" Marqueza. Zabrałem na kilkudniowe wakacje do Rzymu, ale nie byłem w stanie czytać czegokolwiek. Dzisiaj znów wpadam w ten świat. Myślę, że Marquez lubi i rozumie Czechowa. Lubię wracać do jego książek. Od lat namawiam starszych aktorów, żeby zmierzyli się z jego wspaniałym tekstem "Rzecz o mych smutnych dziwkach". Jaki mógłby to być wspaniały monodram Jerzego Nowaka, Jerzego Kiszkisa, Romana Kłosowskiego. Gdyby ktoś chciał zrobić to w telewizji właśnie z Romanem Kłosowskim. Sam bym chętnie to zrobił, gdybym miał taką okazję. Właśnie z panem Romanem Kłosowskim.
Takie gdybanie.
Wieczorami czytam rozmowy Jana Osieckiego z prof. Zbigniewem Religą "Człowiek z sercem w dłoni". Wspaniała książka o miłości do pracy, do ludzi, o przekraczaniu własnych możliwości, rozwijaniu nauki, pokonywaniu trudności, budowie szpitala w Zabrzu, walce o lepsze życie innych. Tę książkę dostałem od Taty i czytam wolno, żeby starczyła na dłużej.

Moja siostra prosi o pomoc dla ciężko chorego Krzysia Ciemińskiego. Zna Krzysia i Jego rodzinę. Oto apel:

Nazywam się Krzysiu Ciemiński. Mam 6 lat.  Od  2 lat zmagam się z chorobą nowotworową – złośliwy nowotwór mózgu. Jestem pod opieką Akademii Medycznej  w Gdańsku. Przeszedłem operację i od lutego 2008 r.  jestem poddawany chemioterapii. Z powodu przewlekłej małopłytkowości termin podawania kolejnych dawek leków przesuwa się. Potrzebuję dużo witamin, specjalistycznych leków, diety a moi Rodzice nie są w stanie mi tego wszystkiego zapewnić. Mama spędza ze mną dużo czasu w szpitalu w związku z czym nie pracuje. Mam jeszcze 5 rodzeństwa.Jeżeli chcielibyście mi Państwo pomóc przekazując 1 % podatku będę bardzo wdzięczny.

Wpłaty proszę kierować na konto:
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" 
nr konta:
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
tytułem:
darowizna na leczenie   i rehabilitację Ciemiński Krzysztof
Podziel się
oceń
0
0

Teatr, Och Teatr

poniedziałek, 18 stycznia 2010 0:27
Dwa wieczory w teatrze. Wczoraj, w Teatrze Na Woli spektakl "Bomba" Macieja Kowalewskiego i uroczysta gala honorująca Mariana Kociniaka z okazji Jubileuszu 50-lecia pracy artystycznej. Dla nas wszystkich, pracujących w teatrze było to nadwyczajne święto, bo pan Marian znalazł u nas drugi dom, gra w trzech tytułach, bywa prawie codziennie, a 50-lecie pracy artystycznej to w ogóle wydarzenie ważne i wyjątkowe. Kiedy zaczynał się spektakl, kiedy pan Marian pojawił się na scenie publiczność wstała i była długa owacja na stojąco. Trzeba było zaczynać drugi raz. Galę Jubileuszową prowadził pan Marek Kondrat, wieloletni przyjaciel Mariana Kociniaka. Prowadził dowcipnie, z poczuciem humoru, uroczystość raz to była zabawna, raz wzruszająca. Pan Marek Kondrat czytał różne listy i depesze nadesłane do Mariana Kociniaka. Na przykład prezydent, który przecież wystąpił z panem Marianem w filmie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" zakończył swój list mniej więcej tak: z Frankiem Dolasem można by konie kraść, a nawet księżyc. We wczorajszej uroczystości wziął też udział pan Andrzej Wajda, który zaczął odczytywać swój list do pana Mariana ze sceny. Przerwał jednak. Powiedział: "Mareczku, wzruszenie mi nie pozwala. Przeczytaj za mnie..." Pan Marek Kondrat przeczytał, tyle że naśladując pana Andrzeja Wajdę, co rozbawiło i samego mistrza i publiczność. Wzruszający był udział pani Barbary Krafftówny, która siedziała na publiczności, z przypiętym mikroportem, o czym nikt nie wiedział i nagle zaczęła śpiewać "Maniuś to moje słonko, powietrze i jedzonko..." śpiewała wchodząc na scenę, pan Marian porwał ją do tańca i tak śpiewali razem, tulili się do siebie i tańczyli. Było też wzruszająco, bo Maciej Kowalewski, dyrektor teatru, ale przecież autor i reżyser "Bomby" dosłownie rozpłakał się czytają swój list do pana Mariana i publiczność też się wzruszyła, natychmiast wstała i zaczęła Jubilata oklaskiwać, po czym wjechał wielki tort, odśpiewaliśmy "Sto lat" i w ogóle wszystko wczoraj było wyjątkowe i zostanie w pamięci na długo.
Chciałem wkleić kilka zdjęć, ale kompletnie nie można dzisiaj tego technicznie w blogu zrobić, coś się zepsuło w administracji strony.

 Dzisiaj wieczór poszedłem do nowego teatru, otwartego wczoraj "Och Teatru" na spektakl "Wassa Żeleznowa" Maksyma Gorkiego w reżyserii Waldemara Raźniaka i adaptacji Krystyny Jandy. Oto Wassa Żeleznowa, fenomenalna Krystyna Janda, żona i matka walcząc o dobro swojej rodziny decyduje się na bezwzględność, okrucieństwo, nawet podłość. Próbuje ocalić resztki relacji rodzinnych, ale im bardziej się o to stara, tym mniej to wychodzi. Skutek tych działań okaże się tragiczny. Wassa Żeleznowa właściwie jest bezwględna, jest w stanie poświęcić wiele dla korzyści materialnych, które w domyśle dadzą rodzinie szczęście. Tyle że tej rodziny już dawno nie ma. Dom Żeleznowów to "dom zły". Pedofilia, korupcja, pijaństwo, agresja, zaszczucie, żerowanie na słabszych i długo można by jeszcze wymieniać. Bo w tym domu tak naprawdę nie ma czego ocalać. Ale trudno też Żeleznową potępić. Sama mówi o sobie, że jest jak zwierzę. Mówi to ze zdziwieniem, z perwersją, z litością i współczuciem dla samej siebie. Jest jak zwierzę, bo rodziła mimo że kopano ją, ciężarną. Jest jak zwierzę, bo ocaliła w sobie instynkt samozachowawczy, ale i zamknęła własne sumienie. Żeleznowa jest jak diabeł, który nie dopuszcza do siebie tego fragmentu duszy, który jest jasny, choć światło czasem wbrew niej się pojawia. Żeleznowa to kobieta, która nie cofnie się przed niczym, pójdzie po swoje, zawsze. Wstrząsający jest jej monolog przed Rachelą, żoną syna, która przyjeżdża po latach i próbuje załatwić stare sprawy. Tę rolę gra znakomita Dorota Landowska. Rachela jest zdecydowana, uparta, opanowana, mogłaby być córką Wassy, ale w jednym, jedynym momencie pęka. Szuka papierosa i w tym poszukiwaniu jest wszystko - jest jej lęk, są jej wątpliwości, nawet jakaś przegrana. Rachela interweniuje w relacje rodzinne, choć my, widzowie, mamy poczucie, że to bezcelowe, że jednorazowa interwencja jest wołaniem niemego.
Wassa chodzi w futrze, przez cały spekatkl w futrzanej czapie. W tym domu, który się rozpada, nie ma czasu nawet się rozebrać. Interesy, potrzeba przekupienia prokuratora, rozmowy z policją, szantażowanie wekslami są ważniejsze od prawdziwego zadbania o dom. A może nie zdejmuje futrzanej czapy, bo nie chce tu zamieszkać, bo tak naprawdę nie należy do tego miejsca, musi tylko odegrać swoją rolę, pozornie coś ocalić? Może właśnie się przeprowadza do domu z większym ogrodem. "Ktoś, kto ma taki ogród musi być szczęśliwy" - mówi jej autystyczna córka. "Nie..." - odpowiada Wassa śmiejąc się. Szczęście to nie jest jej słowo. Nie zna go. Chociaż tak naprawdę wydaje się szczęśliwa, kiedy pojawia się jej wnuk, Kola. Ale i jemu chce przekazać swoje metody, uczy go mówić: "moje, moje statki". Czyli uczy go posiadać.
Krystyna Janda buduje tę rolę bardzo oszczędnie, w wielkim skupieniu, wewnątrz siebie. Interesujące jest obserwowanie procesu, jaki Wassa przechodzi, jej napiętej twarzy, długiego, wytrzymującego spojrzenia, w którym jest i siła i kompletna bezradność. Jednak to siła wygrywa.
Wyrazisty i niejednoznaczny epizod stworzył w spektaklu pan Jerzy Trela, pojawiający się bodaj w jednej scenie, jako mąż Wassy, i aż żal, że to tylko tyle. Żeleznow jest człowiekiem zepsutym ale i w nim jest jakieś pęknięcie, którego nie wypowiada.
W domu Żeleznowów mieszka też jej brat, hulaka nienawidzący siostry, który zrobiłby wszystko, aby ją pogrążyć. W tej roli świetny Szymon Kuśmider. Mamy wrażenie, że gdyby chciał, mógłby zmienić ten dom, zresztą nie on jeden, a jednak nikt tego nie zrobił.
Z epizodów warto też zapamiętać doskonale obsadzonego Tadeusza Chudeckiego, który gra prawdziwą szczerość i Bartłomieja Ostapczuka, pojawiającego się na chwilę, aby rozbawić Kolę, wnuka Wassy. Bartek gra kogoś w rodzaju klowna, ale robi to subtelnie, szlachetnie. Na chwilę rozświetla ten umierający dom.
Muszę ten spektakl przemyśleć, pobyć z nim, może coś jeszcze napiszę. Gorzki tekst, gorzki spektakl, który kotłuje się we mnie i o którym wciąż myślę.
Ważny spektakl otwierający nową scenę przy Grójeckiej, OCH Teatr prowadzony przez Krystynę Jandę i Marię Seweryn.

Podziel się
oceń
0
0

Słońce i cień

piątek, 15 stycznia 2010 23:11
Nie każda księgarnia ma klimat. Miała go na pewno księgarnia Atena Zofii Janikowskiej w Starogardzie Gdańskim, która już nie istnieje. Ma na pewno Czuły Barbarzyńca, róg Dobrej i Zajęczej w Warszawie, na Powiślu. Miejsce, które uwielbiam, chociaż rzadko bywam, bo całe moje życie dzieje się z dala od Powiśla. Klimat ma też księgarnia teatralna "Prospero" w Instytucie Teatralnym w Warszawie, przy ulicy Jazdów, czyli tuż przy Agrykoli. Zrujnowałem się w niej kilka razy, bo poza książkami związanymi z teatrem, czyli biografiami, rozmowami, dramatami, omówieniami, leksykonami i albumami oferuje też płyty audio i dvd ze spektaklami teatralnymi, również z filmami dotyczącymi wybitnych twórców teatru. Tam kupiłem kultowy spektakl "Igraszki z diabłem" z Marianem Kociniakiem, który jutro w Teatrze Na Woli obchodzi Jubileusz 50-lecia pracy artystycznej. Tam kupiłem niezwykłe dwupłytowe wydanie "Gustaw Holoubek. O sobie". To dwie płyty. Pierwsza, audio, to prawie 300 minut unikalnego nagrania "Wspomnień z Niepamięci", Gustaw Holoubek czyta na niej własne wspomnienia. Druga to film dokumentalny jego syna, Jana Holoubka "Słońce i Cień", film, który nie wychodzi z pamięci. Pisałem już o nim. Oto, po lesie, spacerują dwaj starzy przyjaciele, Gustaw Holoubek i Tadeusz Konwicki. Rozmawiają o życiu, o teatrze, o literaturze i o sprawach ostatecznych. W pewnym momencie Tadeusz Konwicki pyta: "Co się z nami stało, że kiedyś rozmawialiśmy głównie o panienkach i piłce nożnej, a teraz prawie wyłącznie o sprawach ostatecznych". Holoubek mówi o śmierci, i że jej w ogóle nie ma. Piękny jest fragment dotyczący poezji Jana Kochanowskiego. Gustaw Holoubek mówi o sile słowa "zniknienie", słowa, które trwa, w przeciwieństwie do ostatecznego "zniknięcia". Ale film nie jest pozbawiony uroku i dowcipu. Kiedy Holoubek mówi o Jagonie jako urzędniku Boga, Konwicki wtrąca: "A propos... Papieroska?". W innym fragmencie Gustaw Holoubek opowiada o starym małżeństwie. Kobieta wysłała męża do sklepu po chleb i masło. Wrócił ze szczoteczką do zębów. Ona na to spojrzała, zatroskała się i zapytała: "A gdzie jest pasta?"
I nagle dzisiaj, oglądając ten film po raz drugi uświadomiłem sobie, że to film o ludziach, którzy teraz, czyli w nim, na starość, smakują życia i wydobywają z niego tylko te najtrwalsze, bo najszlachetniejsze zapachy. Gustaw Holoubek opowiada, opowiada, a Tadeusz Konwicki słucha tych zwierzeń i uśmiecha się jak chłopiec. I nagle obaj, starzy, idący pod rękę, stają się młodzi, skupieni na tym, co najjaśniejsze.
W książce "Spełniony", którą przygotowałem z Marianem Kociniakiem, sporo miejsca aktor poświęcił swojej przyjaźni z Gustawem Holoubkiem. Mówi, że z jego śmiercią ubyło świata, że świat się zmienił i że trudno jest go zaakceptować z tą nieobecnością.
Księgarnia Prospero, o której piszę prowadzi również sprzedaż wysyłkową, a link zamieściłem obok. Warto przejrzeć bogatą, cenną i wyselekcjonowaną ofertę tej księgarni.
A z dzisiejszych skarbów - do mojej kolekcji zawędrował kolejny autograf. Oto, piękny prezent zrobiła mi pani Christine Jezior, autorka wspaniałego filmu dokumentalnego "Ja Wam to zagram", o którym pisałem, filmu z Wandą Wiłkomirską. Otóż teraz pani Jezior kręci film z wielką skrzypaczką Idą Haendel, o której też tu pisałem. Dzisiaj dostałem pocztówkę z Miami, wysłaną 12 grudnia ubiegłego roku. A na niej słowa wypisane odręcznie przez Idę Haendel: "Serdecznie pozdrawiam z Miami!", a poniżej podpisy obu pań.
Wzbogaca się moje archiwum egzystencji. I cieszę się jak chłopiec.
Teraz kończę, mam dzisiaj ochotę spędzić wieczór z profesorem Religą, czytam wywiad-rzekę z profesorem, jaki dostałem w prezencie Świątecznym od mojego Taty.


Podziel się
oceń
0
0

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  798 003  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl