Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Lektor

sobota, 31 stycznia 2009 16:43
Książki, które nie wychodzą z głowy. Tak się złożyło, że dzisiaj przeczytałem na blogu Marty jej wpis o filmie "Reader" z Kate Winslet, czyli o ekranizacji powieści "Lektor" Bernharda Schlinka. To powieść, do której wciąż wracam i do której zaglądam. Przeczytałem ją długo po jej wydaniu, właśnie zachęcony wpisem w blogu Marty. Tak się złożyło, że wczoraj z Teresą długo o tej powieści rozmawialiśmy, bo jest w niej coś niepokojącego, co nie pozwala zapomnieć. Schlink uchwycił to coś, co jest w ludziach, a co pozwala im być i złymi i dobrymi. Może to za duże uogólnienie, o książce pisałem tutaj szczegółowo, więc nie mam zamiaru się powtarzać, ale chcę tylko powiedzieć, że Schlink napisał powieść, z której nie można się otrząsnąć. Teraz, po wpisie Marty, nabrałem też wielkiej ochoty na obejrzeniu filmu, którego zdaje się jeszcze nie ma w polskich kinach.
To, co mnie najbardziej pociąga w literaturze i w kinie to nieoczywistość. Nie znoszę deklaracji w stylu: ten jest bohaterem, a ten Judaszem. Prawdziwe w człowieku jest i jedno i drugie. Pokazanie człowieka na granicy pomiędzy jednym i drugim zawsze mnie fascynowało i tak staram się pisać. Nie jako adwokat diabła, ale jako ten, który stara się dostrzec złożoność i który pamięta, że zawsze jest tylko fragment. W ogóle jestem przekonany, że literatura, która osądza przestaje być literaturą. Osąd pozostaje po stronie czytelnika.
Wracam do takich powieści jak "Lektor" Schlinka czy "Klientka" Assouline'a, bo burzą moją wygodę i komfort, bo zostawiają po sobie rysę. A to już bardzo dużo.

W ostatniej "Polityce" rozmowa Zdzisława Pietrasika z Małgorzatą Szumowską. Lubię wywiady z Szumowską, bo zawsze jest otwarta, pozbawiona kompleksów, niczego nie ukrywa. Nawet kiedy czytam wiele jej wywiadów na przykład na temat ostatniego filmu, nie odnoszę wrażenia, że się powtarza. Szumowska udzielając wywiadu wynosi z niego coś dla siebie. Szuka w sobie, analizuje, patrzy na siebie z dystansu, nie boi się przyznać do swoich emocji, doświadczeń, przekonań. Nie stara się też pokazać siebie kryształowej.
O swoim filmie "33 sceny z życia" mówi: "Zmienił mnie bardziej niż jeszcze niedawno myślałam. Ale nie wiem, czy nie na gorsze - cały czas się nad tym zastanawiam. Momentami wydaję się sobie cyniczna. Zaczynam nabierać cech ojca, zaczynam bardziej nieufnie patrzeć na ludzi i świat. Mam mniej złudzeń. To jest raczej niemiła wiedza, ale może to jest jednak zmiana na lepsze? Bo mam większą świadomość". Mówi o tym, dlaczego uciekła z Krakowa, dlaczego nie chce zamieszkać w Paryżu i że nie jest patriotką: "Nie czuję chyba szalonego związku z narodowością, z flagą, z hymnem..." Ale w innym miejscu mówi też: "Polska to jest moje miejsce na ziemi".
Mnie Szumowska intryguje. Lubię ją jako udzielającą wywiad, bo nie gra, tylko rozumie, że wywiad daje coś dziennikarzowi i daje coś rozmówcy. A może po prostu rozumie wywiad jako rozmowę? Bo jeśli ludzie naprawdę ze sobą rozmawiają, to przecież zawsze czegoś się o sobie dowiadują.
"33 scen z życia" jeszcze nie widziałem, ale teraz to już koniecznie idę do kina.

A w "Dzienniku" strzępy wstrząsającej rozmowy Magdaleny Miecznickiej ze Sławomirem Mrożkiem, rozmowy przeprowadzonej w Nicei, gdzie mieszka. Zapytany o swoje dramaty powiedział: "Teraz nikt na Zachodzie nie wystawia moich sztuk. Nie istnieją". Przyznaje się do swojej niepamięci, spowodowanej afazją. Przyznaje się, że nie umie sobie przypomnieć różnych szczegółów.
Mówi też, że przestał się interesować, jak kto wystawia jego sztuki. Zapytany o "Miłość na Krymie" w reż. Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym, odpowiedział: "
Uważam, że była okropna. Kiedyś starałem się nad tym panować, zabroniłem Jarockiemu wystawienia sztuki bez uwzględnienia tych dziesięciu punktów - czyli moich wskazówek dla reżysera, ale potem machnąłem na to ręką. Nie mam na to siły. Niech sobie robią, jak chcą. I tak już nad tym nie zapanuję".
Zatrzymał mnie jeszcze inny fragment: "
Przestałem się bić z polskością dzięki Jaruzelskiemu. Zresztą nienawidzę go za to. Bo zmusił mnie do tych pozytywnych uczuć wobec Polaków, do tego zespolenia się z Polską. Ja wtedy musiałem się zaangażować przeciw Jaruzelskiemu. Wtedy, w 1982 r., nie można było nie być Polakiem, nie czuć się częścią wspólnoty. Przestałem walczyć i pogodziłem się z tym, że jestem Polakiem".
Zapytany, dlaczego zdecydował się wydać teraz swoje dzienniki (za tydzień druk fragmentów w "Dzienniku" zapowiadający książkę) odpowiedział, że zrobił to dla pieniędzy.
"
Dzielenie się z samym sobą nie jest bolesne. Byłoby bolesne, gdybym znajdował się na początku życia. Ale jestem na końcu. Zaskakuje mnie tylko czasem, jak pewne sprawy, które wówczas wydawały mi się trudne, są w istocie proste.

 

I ponieważ taksówka ciągle nie przyjeżdża, dodaje:

 

- Te "Dzienniki" nie były pisane do wydania. Nie pisałem ich do publikacji i nigdy, no, prawie nigdy przez te lata ich nie czytałem. Na przykład Gombrowicz pisał dziennik do publikacji. Ja - jak dotąd - nie".


Przepisuję tu te fragmenty, bo chciałbym je zachować. A na liście książkowych zakupów dopisuję "Dzienniki" Mrożka.

Teraz czekam na dwie kolejne przesyłki z Merlina, a w nich:

"Po śniadaniu" Eustachego Rylskiego - eseje o 7 pisarzach, którzy wpłynęli na twórczość i życie autora

"Tworki" Marka Bieńczyka, bo jestem baaardzo spóźniony z lekturą tej książki

"Utwór o matce i ojczyźnie" Bożeny Keff, bo słyszałem bardzo dobrze

"I była miłość w getcie" Marka Edelmana, bo książka, którą Edelman bardzo chciał wydać

"Beznadziejna ucieczka przed Basią" Katarzyny Surmiak-Domańskiej, bo komuś pożyczyłem i przepadła jak kamień w wodę

"Adam Michnik. Biografia. Wymyślić to, co polityczne" Cyrila Bouyeure'a, bo wyczytałem już wszystkie zapowiedzi książki i mam coraz większy apetyt

"The Crying Light" - najnowsza płyta Anthony And The Johnsons.

Jest na co czekać.


Podziel się
oceń
0
0

Biały balonik

czwartek, 29 stycznia 2009 22:10
Wyzuwanie z dzieciństwa.
Coś przestawiło się w mojej poczcie i wyświetliły mi się maile od końca, od roku 2000. Nawet nie wiedziałem, że tak stare wiadomości trzymam na serwerze. Z ciekawości zacząłem czytać te do mnie, i moje wcześniejsze podczepione niżej. Słuchałem siebie sprzed lat, nie pamiętając już ani tamtych spraw ani dawnych inspiracji, wątpliwości, czy zmartwień. Słuchałem siebie nie pamiętając siebie tamtego. To było dziwne, ciekawe, ale dziwne doświadczenie.

25 lipca 2001 pisałem:

Ta rzeczywistosc mnie przeraza coraz bardziej - na kazdym kroku, co wlacze
telewizor - dramat. Jedynie dokumentalisci nie moga narzekac na
brak tematow.

Taka jest prawda. Powodz trwa, pod Kielcami utonela kobieta z dzieckiem,
troje pozostalych dzieci tej pani w ciezkim stanie w szpitalu, jedynie ojcu nic
sie nie stalo. Woda zalewa i topi. Az trudno sobie to wyobrazic chodzac po
suchej (albo ledwie zroszonej deszczem) Warszawie. Domy zalane, drzewa
polamane (jak nad naszym jeziorkiem), kora zerwana. Przepraszam, ze takie
fatalistyczne wiesci ciagle dosylam - ale o tym, co pozytywne nie pisza,
a co zle naglasniaja.

Premier Buzek nie umial podjac decyzji co do mianowania nowego ministra
Lacznosci, wiec zlikwidowal ministerstwo. A co tam. Zdaje sie nasz pan
premier przed wyborami przejal sie swoja rola, i rzadzenie - jak widac -
bardzo mu sie podoba. Czasem to juz nie wiem, czy mamy jeszcze jakis
rzad, czy nie.

W co uciekac? W pisanie? W ksiazki? - Rzucilem w koncu
Ksiege z San Michel, strasznie mnie znudzila, nie wiem,
moze jeszcze do niej wroce - i zabralem
sie za "Monsieur Rene" Ustinova.
Nie jest to zadna ambitna literatura,
ale napisane swietnie, czyta sie jak kryminal,
troche w stylu Agathy Christie, ktora
Ustinov czuje bardzo dobrze - bo gral przeciez
w serii filmow o Poirot.
To opowiesc o portierze hotelowym, ktory przeszedl
na emeryture i organizuje cos
w rodzaju biura sledczego zlozonego z pokojowek,
ochmistrzyn, oddzwiernych,
portierow - zbieraja informacje o gosciach, ktorzy
wydaja im sie podejrzani by w razie potrzeby
zapobiegac przestepstwom - tacy dziarscy staruszkowie...
Nawet widze jak mozna to sfilmowac - ale niestety
juz nie ma aktorow, ktorych podstawiam sobie pod
postacie z tej ksiazki - Jack Lemmon, Marcello
Mastroianni, Walther Mathau i Lilian Gish -
niezly zestaw, prawda?
Niestety na razie nie wybieram sie w niebiosa,
by zrealizowac "Monsieur Rene".
A u nas moglby grac Gustaw Holoubek,
Roman Klosowski, Zbigniew Zapasiewicz
i koniecznie Krystyna Feldman. To tez niezly zespol.
Chyba - jak Pani widzi -
mam za duzo czasu, bo zaczynam wymyslac,
a na co jak na co, ale na wyobraznie
nie moge narzekac.

Pozdrawiam

R.


A 29 czerwca 2001:

Ja musze cos zrobic ze swoja praca. To juz nie jest do wytrzymania, 

codziennie i codziennie z wariatka. Pisze Pani, zeby nie rzucac

etatu - ja rzuce, dopiero jak bede mial inny. 1000 zl, jaki mi

placa w radio za pol dnia z wariatka, to zdecydowania za malo.

Do konca roku nie wytrzymam. No way. Dla wlasnego zdrowia

psychicznego. I tak dlugo wytrzymalem.

Prosze mi napisac cos pozytywnego. Pozdrawiam -

I tak czytam o sobie i szukam momentu, w którym się zmieniłem.
Ciekawe.
Niedawno zadzwonił do mnie dziennikarz z jakiejś gazety, żeby
zapytać mnie o kontakt do kogoś, kogo cytowałem w książce
"Rozum spokorniał", wydanej w roku 2000. A przecież
przygotowywałem tę książkę w latach 97-99.
Oczywiście nie mogłem sobie zupełnie przypomnieć, o co chodzi, o kogo,
tyle było później wywiadów, tekstów, spraw.
Uświadomiłem sobie, że jestem dziennikarzem oddwunastu, a nawet -
jeśli wliczyć bardzo regularną, omal codzienną współpracę
z nie istniejącym dziś "Głosem Wybrzeża", z czasu, kiedy
chodziłem do liceum, nawet od lat 15!

Przed chwilę obejrzałem w TVP Kultura wzruszający irański film
"Biały balonik". Opowieść o dziewczynce, która w Nowy Rok spełnia swoje
marzenie - udało jej się ubłagać mamę, aby dała jej pieniądze na rybkę -
białego welona. Ale gubi pieniądze i postanawia za wszelką cenę je odnaleźć.
Jej determinacja, wciąż odradzająca się siła są naprawdę wzruszające.
To, co mówiła, mógłby powiedzieć dorosły. Próbując wydobyć zgubione
pieniądze, nagle dorosła.
Fabuła o zgubionych pieniądzach, ale jak opowiadana!
Podobny film, właściwie teatr TV zrobiła w Polsce Izabella Cywińska
"W poszukiwaniu zgubionego buta" wg Wiesława Myśliwskiego
z Izabellą Dąbrowską w roli głównej.
TVP Kultura to moja telewizja. Wciąż coś znajduję dla siebie.
Wczoraj "Krajobraz po bitwie" Andrzeja Wajdy ze wstrząsającymi rolami
Stanisławy Celińskiej i Daniela Olbrychskiego.
Ale nie zapomnę też Aleksandra Bardiniego jako skrzypka, z jednej
strony wrażliwy wirtuoz, z drugiej obleśny cynik. I jedno i drugie
prawdziwe.
A w niedzielę w TVP Kultura Barbara Krafftówna, oprócz filmów
również rozmowy z aktorką. Też mam przyjemność wziąć udział
w tym wydarzeniu. Pierwsze wejście o 17.05.
A w niedzielny wieczór "Jak być kochaną".
Widziałem trzy razy, obejrzę czwarty.

Czytam teraz "Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza" autorstwa
Beaty Nowackiej i Zygmunta Ziątka. Dopiero zaczynam, ale już jeden
 z fragmentów dał mi do myślenia:
"Opuszczenie Pińska i tułaczka nie powstrzymały tego procesu
wyzuwania z dzieciństwa
, bo jak widzieliśmy, jeśli coś zapisało się na trwałe
w pamięci Kapuścińskiego, to właśnie zapoznawanie się z nowymi
postaciami biedy, okrucieństwa, przemocy, śmierci i zabijania oraz
umacnianie się w świadomości, że z tego składa się życie.
Swoistym ukoronowaniem owej strasznej edukacji zdaje się
dorośnięcie do roli ministranta. Swoje porażające ministranckie zajęcie
pisarz relacjonuje z tak rzeczową skrupulatnością i powściągliwością,
jakby ministrantura na tym właśnie polegała:
na codziennym asystowaniu księdzu
przy pochówku w masowych grobach".


Podziel się
oceń
0
0

Charles Bukowski

wtorek, 27 stycznia 2009 21:03
Nie odzywam się, więc - wiadomo - masakruję swoją książkę. A kiedy tego nie robię, wybieram coś w TVP Kultura, najczęściej o pisaniu, na przykład dokument o Charlesie Bukowskim "Bukowski - Born Into This". Niezwykły portret niepokornego poety i pisarza. W pamięci pozostaje scena, kiedy Bukowski po latach wchodzi do rodzinnego domu w Los Angeles, którego nienawidzi, wchodzi do łazienki i to, co opowiada, jego ton, zaimprowizowane sceny jak z wizji lokalnej, przywodzą na myśl programy kryminalne. "Tu ojciec miał zawieszony skórzany pasek do ostrzenia brzytwy. Tu mnie chwytał i odwracał. Kazał mi się trzymać sedesu. Tłukł mnie o tu". Ta scena, w której stary już człowiek, z butelką piwa w ręku, uznany pisarz, idol kilku pokoleń beatników opowiada, w jaki sposób i dlaczego tłukł go niemiecki ojciec. I jak matka, Niemka nakazywała mu posłuszeństwo wobec ojca, który ma zawsze rację, bo chyba z nadania boskiego jest ojcem.
Inna scena - Bukowski siedzi w fotelu i czyta jeden ze swoich starych wierszy - erotyków, o tym, jak para po seksie myje się wzajemnie pod prysznicem. Prawie nie może dokończyć lektury, bo zaczyna płakać jak dziecko. "Robię się miękki" - mówi. Ale to o kobiecie, z którą byłem, a której już nie ma.
W innej scenie ktoś pyta Bukowskiego o jego książkę "Kobiety" - "Czy nie uważasz, że tam nic nie ma oprócz opisów aktów seksualnych?" "Tylko to znalazłeś?" - pyta Bukowski - "Tylko to? A ta scena, kiedy po stosunku płaczę?"



Miejsce po Bukowskim:



Podziel się
oceń
0
0

Destruktor

niedziela, 25 stycznia 2009 21:09
Wpadłem w dekonstrukcję swojej powieści. Miałem jedynie przeczytać wydruk komputerowy. Nie tylko skreślam ale i odręcznie dopisuję całe strony do przepisania na komputerze, ale znając siebie od razu, jeszcze przed przepisaniem czynię te nowe strony i sceny nieaktualnymi, bo przyklejam na nie żółte karteczki z informacją: "przy przepisywaniu uczynić scenę mniej realistyczną albo zupełnie odrealnioną". Więc nie jest to dopisywanie ale od razu skazywanie dopisanej sceny na brak przyszłości. To jest ten moment, który lubię, bo zaczynam coraz głębiej wchodzić w świat powieści i w głowy bohaterów, ten moment, kiedy niczego nie jestem pewny, kiedy mam coraz więcej wątpliwości i pytań. Zadaję je sobie, ale przecież zadaję je bohatrom. To jest ten moment, kiedy lawiruję na granicy. Oczywiście nic a nic nie posuwam się do przodu, bo pracuję na tych fragmentach, które napisałem już wcześniej. Wiem jednak, że jest to konieczne. W każdym razie jest potrzebne mnie.
Kot Tutka nie tylko patrzy na to ze spokojem, ale i odwraca głowę od stosu zadrukowanych i odręcznie zapisanych kartek, najpierw się przy nich kładzie, by natychmiast zamknąć oczy, śmiertelnie znudzony lekturą.
Ponieważ wracam do pisania, więc dzisiaj bardziej fotoblog.

















Podziel się
oceń
0
0

Remo Nożycoręki

sobota, 24 stycznia 2009 19:40
Odkładałem ten moment. Ale to była konieczność. Wiedziałem, że w końcu przyjdzie ten dzień, kiedy będę musiał przeczytać tę część powieści, którą napisałem dawno, przed wieloma miesiącami, żeby kontynuować wątki, wejść na nowo w świat, który staram się konstruować. To nie było łatwe. Odsuwałem jak mogłem. Nie lubię czytać tego, co napisałem. Wracać do swoich słów. Zawsze widzę słabości. Kreślę, szukam odpowiedniejszych zwrotów, skracam, dopisuję. Tak też się stało. Nie umiem czytać tak po prostu. Natychmiast węszę jak śledczy i staję się swoim prześladowcą. Staję się własnym wrogiem. Czytam, chociaż właściwiej jest powiedzieć: burzę, szaleję, przewracam. Pamiętam, jak nie mogłem skończyć "Bądź moim Bogiem", wyciągałem omal spod maszyny drukarskiej, żeby jeszcze pół rozdziału wykreślić i pół dopisać. Już mi grożono, że ta książka się nie ukaże, jak tak będę wciąż zmieniał. Niektóre z moich sztuk mają po trzy, cztery wersje. Żadnej nie uważam za skończoną.
Czytam i szaleję. Kartki wydruku zaczynają wyglądać jak partytury, pełne tajnych znaków, strzałek, symboli, przeniesień, skreśleń i przywróceń. Jestem na siebie tak zły, że jem kostki cukru. Są twarde, uderzam w nie zębami, a potem błogo rozpływają się we mnie. Za chwilę pisanie mnie tak zemdli, na co czekam, że będę to musiał rzucić w cholerę. Przynajmniej do następnej próby. Bo jeśli z czegoś na pewno nie umiem zrezygnować, to z próbowania.

Podziel się
oceń
0
0

Ten Inny

sobota, 24 stycznia 2009 0:40
Ukochana książka napisana przez męża to "Podróże z Herodotem" - tak mówiła pani Alicja Kapuścińska dzisiaj w Klubie Księgarza, na spotkaniu w drugą rocznicę śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Opowiadała, że pamięta dokładnie moment, kiedy mąż przyszedł mówiąc, że już wie, że już ma, że napisał właśnie pierwszą stronę i że był taki szczęśliwy. Zna tę stronę na pamięć. Cytowała z czułością. Opowiadała o tych momentach krótkiego szczęścia, kiedy mąż skończył pisać i o tym, że bardzo szybko dopadało go to coś, co kazało mu wyruszać w kolejną podróż. Opowiadała o jednym z nielicznych wspólnych zagranicznych pobytów, o Meksyku, gdzie przyjmowała gości polską kuchnią, bo na inne, bardziej wyszukane dania nie było pieniędzy. Mówiła, jak wyłączała wyboraźnię za każdym razem, kiedy mąż wsiadał do samolotu. I o tym, że lubi wchodzić do pracowni męża, że pokazuje tę pracownię młodzieży. I że nigdy nie powiedziała mężowi: "Nie jedź". "Jakbym mogła?" - zapytała. Kiedy zapytałem, jakie są te dwa lata nieobecności Ryszarda Kapuścińskiego, odpowiedziała: "Nie przyjmuję do wiadomości, że Ryśka nie ma. Stale wyjeżdżał, więcej go nie było, niż był. Wyjeżdżał na długie miesiące. Teraz też mówię sobie, że przecież Rysiek wyjechał, że wróci. Czasem łapię się na tym, że mówię sobie w myślach: opowiem Ryśkowi, jak wróci. Przyzwyczaił mnie do swojej fizycznej nieobecności. Kiedy wyjeżdżał bywało, że bardzo długo nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Ale przecież Rysiek był. Teraz też jest. Wchodzę do pracowni i zapalam światło. Sąsiedzi mnie proszą, bo też chcą widzieć światło w jego oknach. Robię to dla nich".
Córka państwa Kapuścińskich, fotografik, wszechstronna artystka Rene Maisner, która właśnie przyleciała z Kanady, gdzie mieszka, przyszła na spotkanie z aparatem. Fotografowała publiczność. Opowiadała o smutku, z jakim musiała się zmierzyć po śmierci ojca. Z jednej strony ból po stracie Ojca, z drugiej smutek, że wszyscy znali Ojca lepiej, że tyle o nim nie wiedziała. "To może dziwne, ale teraz, po śmierci Ojca, jestem z nim więcej, bardziej, lepiej go poznaję. Bardziej się do Ojca zbliżyłam. Jeżdżę po świecie i o Nim opowiadam, nie przestaję o Nim myśleć, poznaję Go". Rene Maisner mówiła, że jej fotografowanie miało początek w domu, bo Ojciec nie tylko fotografował, ale też sam wywoływał zdjęcia - zamieniał kuchnię w ciemnię. Malarstwem zainteresowała się właśnie w czasie wspólnego pobytu w Meksyku. Opowiadała, że Ojciec miał silną osobowość. Rene Maisner fotografuje odpady cywilizacji. Mówi, że fotografuje fragmenty. Ryszard Kapuściński wielokrotnie powtarzał, że wszystko jest fragmentem. "Czytam jego książki i tak jakbym go słuchała. Pisał tak, jak opowiadał. Jakby mówił do jednego człowieka. Byłam niedawno z Mamą w Niemczech na spotkaniach poświęconych Ojcu. Ktoś czytał po niemiecku Jego książkę. I mimo że nie znam niemieckiego, doskonale rozumiałam, czułam, kiedy Ojciec jest ironiczny, czułam, jak budował zdania, po prostu go słyszałam".
Pani Alicja Kapuścińska opowiedziała też o pasji męża - o zbieraniu jednorazowych długopisów, których nigdy nie wyrzucał. Mówi, że na grobie męża na Powązkach znajduje długopisy, jakie zostawiają czytelnicy. Poprosiłem więc publiczność, żeby podarowała panu Ryszardowi swoje długopisy po zakończeniu spotkania. Powiedziałem, że pani Alicja zostawi je w pracowni męża. Pani Alicja długo podpisywała "Spacer poranny", wydany dzisiaj w Bibliotece Gazety Wyborczej. Kiedy żegnałem się z panią Alicją po spotkaniu, zauważyłem, że na stoliku leży całkiem pokaźny stosik długopisów. Ludzie podchodzili i zostawiali prezent dla Reportera, któremu długopisy sprawiały zawsze ogromną radość. Reporter, mój Mistrz, uśmiechał się z ogromnej fotografii, która stała na scenie.

Wróciłem i wciąż jeszcze myślałem o tym niezwykłym spotkaniu, na które przyszło tak wiele osób. I że to dwa lata i że wciąż wszyscy czekamy na powrót. I że to najdłuższa podróż Wielkiego Reportera.

Włączyłem telewizję i przez przypadek trafiłem na niezwykły czeski film "Moja siostra, Fany" w reż. Karela Kachyny. Film opowiada historię dwóch starszych kobiet, sióstr, zmuszonych do zamieszkania razem. Fany jest upośledzona umysłowo. Ma swój świat, w którym wydaje się być szczęśliwa. Jej siostra jest lekarką. To spotkanie nie prowadzi do konfliktu, ale do wzajemnego zrozumienia. Lekarka rozumie, że świat jest siostry jest ciekawszy, może uczciwszy, na pewno prawdziwszy, bez okłamanych uczuć i skrywanych emocji.
Fany wierzy siostrze, ale chyba najbardziej wierzy w psa, wilczura, pana Dzikiego. Kiedy siotra pyta Fany, co zrobi z ogromną sumą, jaką zostawiła jej na książeczce matka, Fany odpowiada, że chce kupić froliki dla psów. Pan Dziki nie odstępuje swojej pani, tej niezwykłej starej dziewczynki. Będzie z nią do końca. A po jej śmierci zadzwoni do drzwi mieszkania siostry i poczeka na zaproszenie. Siostra zaś pieniądze z książeczki przekaże na budowę schroniska dla psów. Wzruszająca jest scena, kiedy po pogrzebie siostry wysypuje z jej torebki drobiazgi i znajduje wśród nich wspólne zdjęcie z dzieciństwa. Zdjęcie się trzęsie, bo trzęsie się dłoń je trzymająca.
Fany jest jedną z piękniejszych postaci filmowych, jakie widziałem w kinie. Tylko za bardzo wierzy w świat. To rola-majstersztyk. Zagrała ją znana czeska aktorka Jirina Bohdalova, którą znam przecież z różnych filmów, a której zupełnie nie rozpoznałem. Dopiero później szukając informacji o filmie, skoro zrobił na mnie wrażenie, ze zdumieniem przeczytałem, że to Bohdalova. Gra jakby nie miała ciała, jakby jej nic nie ciążyło, jakby była dzieckiem, które nawet jeśli się przewraca to traktuje to jako zabawę. Warto ten film obejrzeć. Naprawdę.



Niezrozumienie Innego. Temat wszystkich książek Ryszarda Kapuścińskiego. Innemu poświęcił swoje życie. "Inny - to ja. Inny jest zawsze blisko, a często - w nas samych" - pisał w "Lapidarium". I jeszcze, że "nieskończona jest ilość postaci, które można wydobyć z tego samego człowieka".



Podziel się
oceń
0
0

To be

czwartek, 22 stycznia 2009 23:03
Są tacy aktorzy. Nawet w tej samej roli nie przestają zaskakiwać, zadziwiać, poruszać. Dzisiaj, po długim czasie, zszedłem ze swojego teatralnego pokoju na spektakl "Uwaga - złe psy!". To wielka, obsypana nagrodami, ascetyczna rola Małgorzaty Rożniatowskiej. Słuchałem tej opowieści, którą sam przecież napisałem, słuchałem Anity Szaniawskiej, którą gra Małgosia, i po raz kolejny dałem się uwieść. Po raz kolejny uwierzyłem w jej spowiedź, po raz kolejny przyjąłem jej prawdę za jedyną możliwą, po raz kolejny rozgrzeszyłem tę nieoczywistą postać. Kiedy Małgorzata Rożniatowska wchodzi na scenę już jest Anitą. Jest postacią od swojego pojawienia się. Uwierzyłem, pozwoliłem siebie uwodzić, na końcu przekonać. Poczułem ból, że Anita nie umie przestać być swoim wrogiem. I że zawsze nim będzie. Przede wszystkim dla siebie. Słuchałem tej spowiedzi i nic innego nie istniało. Z minuty na minutę Anita stawała się ofiarą, marionetką, a w finale również smutnym clownem.
Są tacy aktorzy. Dzisiejszy spektakl zakończył się owacją na stojąco. Ludzie wychodzili z teatru w milczeniu, poruszeni, zaskoczeni, uwiedzeni.
Są tacy aktorzy.
Teraz wracam do pana Ryszarda Kapuścińskiego. Jutro w Klubie Księgarza o 19 prowadzę spotkanie w drugą rocznicę Jego śmierci. Wracam więc do książek, do reportaży, do wierszy. Pamiętam, że kiedy dowiedziałem się o śmierci pana Ryszarda, który wciąż tu był, którego widywałem na spacerach, przed domem, na balkonie z książką, poczułem smutek jak po śmierci kogoś bliskiego. Bo jest Mistrzem. Bo zostawił świadectwo, że tylko dobry człowiek może być reporterem. I można się z tym nie zgadzać, ale wspaniałe jest to, że Ryszard Kapuściński dał temu fachowi etykę. I nie musimy się nią kierować, ale ona jest. I kiedy dowiedziałem się o śmierci pana Ryszarda poczułem smutek jeszcze większy, bo uświadomiłem, że już nie będzie Jego książek, że już nie będziemy mieli przyjemności czekania na nie. Ale to nie jest prawda. Wciąż wychodzą. Jutro promujemy odnaleziony esej "Spacer poranny". Książka uzupełniona jest o fotografie rękopisów. Patrzę na skreślenia, zamazania, na szukanie odpowiedniejszego wyrazu, na odręczne rysunki ptaków. Tak się złożyło, że trafiłem dzisiaj w TVP Kultura na reportaż o nieobecnej obecności Ryszarda Kapuścińskiego. Zapamiętałem wypowiedź Joanny Szczepkowskiej, że życie Kapuścińskiego było dziełem samym w sobie, bo żył tak, jak wszyscy chcielibyśmy, bo odważył się na to, na co się nie odważamy, bo żył tak jak chciał i jeszcze to życie opisał. Więc jest w swoim dziele. Jest.
Akurat wczoraj, w Dzień babci i imieniny Agnieszki, a moja zmarła Babcia miała tak na imię, dostałem pocztę od siostry i jej męża. Otworzyłem kopertę, z której wypadł czarny różaniec, mój różaniec z pierwszej komunii świętej, i zdjęcie, na którym leżę na tapczanie, mam kilkanaście lat, śmieję się z czegoś, obok siedzi Babcia i na mnie patrzy. Siedzi tak, jak ją zapamiętałem. Z rękoma skrzyżowanymi na kolanach. Siostra wysłała mi te pamiątki, które znalazła porządkując mieszkanie, wiele dni temu. Ale dotarły wczoraj, jak znak. Rozmawiałem z siostrą, która jak reporter kazała mi przyjrzeć się temu zdjęciu uważnie. Odszukać nasz świat. Żółw Ludwik w akwarium w tle. Radiomagnetofon Emilia, który kupiliśmy z siostrą z pieniędzy po pierwszej komunii, duży, ale wtedy poręczny, czerwony walk-man, który długo chcieliśmy mieć i jakoś się u nas znalazł, nie pamiętam, czy to prezent. Patrzę na ten pokój, którego już nie ma. Patrzę na Babcię. Babcia patrzy na mnie. Tylko nie dowiem się już, o czym akurat myśli.


Podziel się
oceń
0
0

Lekcja

wtorek, 20 stycznia 2009 22:38
Życie jest logiczne. I historia jest logiczna. - Tak mówił Eugene Ionesco w wywiadzie telewizyjnym, jakiego fragment obejrzałem wczoraj na e-teatr.tv. Autor teatru absurdu.
A dzisiaj TVP Kultura pokazała jego "Lekcję", spektakl sprzed 20 lat z Anną Polony w roli profesora, a właściwie pani profesor. Cieszę się, że telewizja powtarza archiwalne spektakle, bo są role, jak ta w "Lekcji", które stają się legendarne, i którym jedynie dzięki takim emisjom mogę się przyjrzeć. Chociaż teatr to spadający pyłek kurzu w świetle reflektora, zapach fotela, bliskość aktora, teatr jest na jeden dzień. Rejestracja spektaklu zawsze będzie jedynie powtórzeniem. Jednak Anna Polony rozsadza rejestrację. Przechodzi samą siebie. Gra rolę, od której nie można oderwać oczu. Śmieszy i przeraża. Masakruje. Nie zatrzymuje się ani na moment. Cieszę się, że mogłem obejrzeć "Lekcję", która pewnie dla wielu aktorów mierzących się z rolą profesora stała się niedoścignionym wzorem, punktem odniesienia.

W nocy skończyłem czytać "Skazaną na życie" Anny Langfus. Po tej powieści o upodleniu i walce o własną godność nie byłem w stanie dzisiaj siegnąć po kolejną książkę. Wciąż mam przed oczami obrazy z płońskiego więzienia politycznego, do którego trafiła bohaterka, sceny tortur, jęki skazanych, meldunki, egzekucję. Dość. Na chwilę. Muszę sobie teraz poczytać "Winnice Toskanii" na przykład, albo cokolwiek niezobowiązującego. Próbowałem czytać z tego powodu "Antychrystę" Amelie Nothomb, ale napisane zupełnie jak dla szesnastolatki i nawet ja nie jestem dość egzaltowany, żeby mieć przyjemność z tej lektury. Może nie jest dobrze, kiedy pisarz wydaje jedną książkę rocznie. Wprawdzie japońska powieść Nothomb mnie urzekła, więc ma u mnie spory kredyt zaufania i na parapecie leży jeszcze kilka jej powieści, ale "Antychrysta", która jest mniej więcej o tym, o czym jest "Panna Nikt" Tryzny, tylko literacko Tryźnie nie dorasta do pięt, na razie osłabiła mój zapał.

We wczorajszym "Dużym Formacie" znakomity wywiad z Alicją Kapuścińską, żoną Ryszarda Kapuścińskiego, który przeprowadzili Teresa Torańska i Artur Domosławski. Dla mnie fascynujący, bo pokazujący człowieka, który się denerwuje, niepokoi, który ma upór, ale też różne słabości. W najbliższy piątek o 19.00 w Klubie Księgarza będę miał przyjemność i zaszczyt poprowadzić spotkanie z panią Alicją Kapuścińską i córką Rene Meisner, w drugą rocznicę śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Tego dnia wychodzi też wydana przez Gazetę książka-esej "Spacer poranny" Ryszarda Kapuścińskiego - tę książkę wg koncepcji Bożeny Dudko będziemy promować na spotkaniu w Klubie Księgarza. Fragmenty przeczyta pani Jolanta Olszewska, która z powodzeniem od kilku lat gra monodram według "Cesarza".

Pani Alicja Kapuścińska w wywiadzie dla Dużego Formatu mówiła m.in.
My w ogóle nie mamy wspólnych zdjęć. Może jakieś jedno, amatorskie. A wtedy, Boże, wtedy nikt w urzędzie stanu cywilnego nie robił zdjęć. Nikomu nawet do głowy by to nie przyszło. Zastanówcie się, to był 1952 rok! Zresztą żaden ze znajomych nie miał aparatu fotograficznego. Rysiek kupił sobie używaną zorkę dopiero kilka lat później, jadąc pierwszy raz do Indii. Miałam na sobie skromną granatową sukieneczkę z białym kołnierzykiem, a on czarny garnitur z matury, jedyny, jaki miał. Usiedliśmy, urzędnik coś mówił, a Rysiek wyjął z kieszeni obrączki, trącił mnie, podał jedną i: wsadź mi na palec - powiedział.

Cały wywiad do przeczytania tutaj:
http://wyborcza.pl/1,75480,6177188,Maz_reporter.html

I tak mi choroba upłynęła na czytaniu. Nadrobiłem różne zaległości. Chorobę czas zamknąć.
Właśnie ukazał się styczniowy "Dialog" z tekstem mojej sztuki "First Lady". Polecam uwadze.

Kot Tutka patrzy na mnie z politowaniem, że tak czytam albo piszę, a wiadomo, jak ona zaczyna czytać to tak jej oczy ciążą, że natychmiast zasypia.
Więc jej na złość coś tam jeszcze w udawanym ukryciu przeczytam, o i jak fuka na mnie, i fuka jeszcze, i odpływam.


Podziel się
oceń
0
0

Skazana na życie

poniedziałek, 19 stycznia 2009 17:33
Piszę popołudniami, bo wtedy czuję się trochę lepiej. Ale w ogóle to czuję się teraz jak w piosence: "przewróciło się, niech leży, cały dowcip polega na tym, że nie muszę go podnosić, będę się potykał czasem". Mniej więcej tak.
Za to czytam. Kończę właśnie powieść Anny Langfus "Skazana na życie". Pisałem tutaj już o Annie Langfus, francuskiej pisarce, urodzonej w Lublinie Żydówce, która przeżyłą piekło getta i wojny i która w 1946 roku wyjechała do Francji, gdzie pisała po francusku i dostała nagrodę Goncourta. O pamięć o Annie Langfus walczy Teatr NN - Brama Grodzka, który zainicjował wydanie jej powieści "Skazana na życie" w Polsce, po blisko 50 latach od wydania francuskiego. Powieść poprzedza wstęp mojej ulubionej poetki, Julii Hartwig, chodzącej w Lublinie do tego samego liceum, co Anna Langfus.
Powieść Anny Langfus to okrutne świadectwo wojny, ale przede wszystkim ludzkiej niegodziwości. Bohaterka, nie wiem, na ile powieść jest autobiograficzna, przechodzi piekło na ziemi. Traci w getcie i później całą rodzinę. Zostaje sama. Ludzie, których spotyka chcą handlować jej życiem. Polacy mają - jej zdaniem - wyjątkowe zamiłowanie do denuncjowania. I rzeczywiście portret Polaków, który kreśli jest straszny. W tej pojemnej, trzystustronicowej powieści, spotyka bohaterka niewielu dobrych ludzi, Mariana, przywódcę z AK, do którego dołącza, niemieckiego zdegradowanego żołnierza Vicka, który okazuje pomoc zarówno jej, jak i jej mężowi. Dobro jest w tej powieści antybohaterem. Właściwie dobra nie ma.
Ten obraz buduje Langfus konsekwentnie, od początku powieści, bo zdaje się już w pierwszym rozdziale bohaterka mówi: "Za oknami śpią ludzie w swoich łóżkach. To mordercy. Każdy z nich śpi z trupem pod łóżkiem. Z takim małym, ślicznym trupem o ich twarzy, tej samej, którą mieli jeszcze wczoraj, żeby rozmawiać, śmiać się, jeść. Rozumiesz? Nic nie rozumiesz. No więc ludzie, którymi byli wczoraj, zabili. To niebezpieczne dla człowieka z dziś, rozumiesz? Zabili, udusili, khhh! Potem wpycha się trupa pod łóżko, żeby go nie oglądać". I w innym miejscu: "Słońce rozjaśnia świętych na witrażach. Idziemy w ciszy drogą krzyżową. Jezus patrzy na nas swymi licznymi twarzami o oczach wielkich od cierpienia. Wokół niego drwiący kaci. Ale stoi też tu Maria Magdalena i ściera z jego włosów krew i plwociny. A ja sobie myślę, że na zewnątrz jest za dużo tych, którzy są w agonii i którym nawet kurwa nie okaże litości".
To jest brutalna opowieść o świecie, który umarł i o ludziach, którzy są skazani na życie. Właśnie tak. Czyli, jak napisała Irit Amiel, o ludziach, którzy są osmaleni. Czytam tę powieść z przerażeniem, ze smutkiem, ale czytam, bo uważam, że trzeba. Nawet, że to jest konieczne. I że to też jest prawda o nas, których na taką próbę nie wystawiono.
(tłumaczenie powieści Hanna Abramowicz)
Więcej o Annie Langfus na stronie Teatru NN - link obok.

Oglądałem wczoraj "Życie na podsłuchu", wcześniej nie widziałem tego filmu, bo sam pisałem sztukę na podobny temat i nie chciałem się niczym podświadomie inspirować. Przecież to też film o świecie, z którego nie ma ucieczki. Gdzie dobro i zło nie są oczywiste. Gdzie tak naprawdę nie ma wyrazistych pojęć "dobro" i "zło". Te pojęcia wydają się czysto retoryczne. Odstają od rzeczywistości. Odklejają się.

Takie mam myśli i lektury w chorobie. Za półtorej godziny Ela wychodzi na scenę na Smolnej, gdzie gra "Kochanego syna". Po raz pierwszy nie mogliśmy zrobić próby przed spektaklem, a lubię nasze spotkania i próby, zawsze coś udaje nam się nowego wypracować. Będzie dzisiaj grała przed ważną komisją, więc trzymam kciuki. Jestem jej pewny, bo miała już wszystkie możliwe trudności i przeszkody, np. urwała mikrofon i musiała grać pogłos, innym razem akustyk nie włączył płyty cd z muzyką i musiała sama sobie zaakompaniować, nie mówiąc o występie w Częstochowie, gdzie organizator stworzył tak żenujące warunki, że Ela musiała właściwie wykreować też teatr. Ale wiadomo spektakl to spektakl, każdy wieczór jest inny, wszystko może się zdarzyć, więc jestem stremowany, bo jestem w domu i nie mogę już niczemu zapobiec.

Z moich spektakli i spotkań w najbliższym czasie:
STYCZEŃ
22 - Patty Diphusa w Rybniku; Uwaga - złe psy! w Teatrze Na Woli
23 - Uwaga - złe psy! w Teatrze Na Woli; w Klubie Księgarza spotkanie w drugą rocznicę śmierci pana Ryszarda Kapuścińskiego - gośćmi honorowymi są pani Alicja Kapuścińska i córka, Rene Maisner
28-31 - Oczy Brigitte Bardot w Teatrze Na Woli
31 - Patty Diphusa dwukrotnie w Teatrze Polonia
LUTY
1 - Patty Diphusa dwukrotnie w Teatrze Polonia
7 - Błękitny diabeł, czyli monodram Barbary Krafftówny w Częstochowie w Teatrze im. Mickiewicza
9 - spotkanie z Mariuszem Trelińskim, Gazeta Cafe
14-17 - Oczy Brigitte Bardot w Teatrze Na Woli
23 - spotkanie z panią Mają Komorowską w Teatrze Na Woli
26 - Uwaga - złe psy! w Teatrze Na Woli
27 - Uwaga - złe psy! w Lublinie, Centrum Kultury, Peowiaków 12



Podziel się
oceń
0
0

Lektura na czas choroby

sobota, 17 stycznia 2009 16:00
No i dopadło mnie. Znów leżę. Po Warszawie grasuje jakiś ostry wirus, przed którym trudno się obronić. Wśród przyjaciół zapalenia oskrzeli i zapalenia płuc. Na szczęście nie jest ze mną aż tak źle, ale miewam kryzysowe momenty. Od rana nie miałem ochoty ani na rozmowy ani na słuchanie czegokolwiek, dopiero teraz trochę lepiej. Za to czytałem. Skończyłem właśnie powieść belgijskiej pisarki mieszkającej w Paryżu, Amelie Nothomb "Ani z widzenia, ani ze słyszenia". To powieść o walce o własną tożsamość i o ucieczkach, które bywają nieuniknione. Młoda Belgijka urodzona w Japonii (mieszkała tam do piątego roku życia) zamieszkuje w Tokio, gdzie dorabia jako nauczycielka francuskiego. Poznaje studenta, Japończyka, który jeździ białym mercedesem, co nieustannie wywołuje w wyobraźni Amelie kryminalne scenariusze o jego przynależności do mafijnej Yakuzy. Amelie opowiada o Japonii, jaką znała w dzieciństwie i o tej, do której teraz trafiła. W jakimś sensie staje się Japonką, zwłaszcza tańcząc pod górą Fudżi. W Japonii odnajduje siebie, ale również siebie obcą. Rinriego też pociąga jej obcość. Przeżywają romans, który Amelie nazywa idealnym. Nie będę więcej zdradzał, ale powiem jeszcze, że jest to na pewno dobra lektura na czas choroby. Wciągająca, odsłaniająca sugestywną kulturę i kuchnię japońską, nie pozbawiona humoru.
Kiedy na przykład koleżanka próbuje obrzydzić Amelie związek ze studentem, tłumaczy: "Uważaj. Z takich związków rodzą się okropne dzieci(...) Mam przyjaciółkę, która wyszła za mąż za Japończyka. Mają dwoje dzieci, cztery i sześć lat. Mówią na swoją matkę siusiu, a na ojca kupka".
Amelie Nothomb to ceniona i wielokrotnie nagradzana w krajach francuskojęzycznych pisarka. Kupiłem teraz kilka jej powieści, żeby nadrobić zaległości lekturowe.

Zajrzę jeszcze do tomiku wierszy Romy Jegor "Salamandra". A na razie cytuję jej wiersz, który koresponduje z powieścią Amelie Nothomb:

ROMA JEGOR

LETNIE PRZESILENIE

Powinniśmy iść na południe
za ptakiem i zwierzęciem któremu chłód
zaczyna wiązać łydki
skrzydłom coraz trudniej przebić
zeszklone cumulusy więc
zostawmy północ wikingom
łapom i szczękom niedźwiedzi o gęstych
futrach
powinniśmy iść na południe
jak zawzięte łososie w pergaminowych
łuskach
odgrzebywać nam trzeba ślady meteorów
i szlachetne profile starych muszli
które znaczą drogę
rozerwać w końcu swoje naszyjniki zębów
poszukać stosu albo dziupli z księgą
pełną żywicznych słoi
w blasku próchna rozgrzewać żywicę

wtapiać się
w bursztyn

*

Zapraszam w najbliższy poniedziałek 19 stycznia o godz. 19 na Scenę na Smolnej (Smolna 9, wejście Aleje Jerozolimskie 2) na monodram Anny Mentlewicz "Kochany synu" w wykonaniu Elżbiety Czerwińskiej, w mojej reżyserii. Wyjątkowo wstęp wolny!


Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 760  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości