Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Audio

środa, 30 stycznia 2008 17:51
Już z Warszawy. Porwane te ostatnie dni, postrzępione, ale miłe, ciepłe, można się w nich schować jak w ciepłych kapciach albo jak w rozgrzanym mleku. Biegnę na próbę "Kochanego syna", bo już w poniedziałek mamy premierę w TVP Kultura.
Dzisiaj zapraszam do dźwięku. Nagranie audio spotkania poświęconego Tadeuszowi Łomnickiemu, które w poniedziałek prowadziłem w Teatrze Na Woli już w formie mp3 na stronie:


www.teatrnawoli.pl


Natomiast nagranie spotkania poświęconego "Dziadom" Dejmka, które prowadziłem w redakcji Gazety Wyborczej:


http://bi.gazeta.pl/im/8/4874/m4874078.mp3


(to spotkanie otwierają fragmenty premierowego wykonania "Dziadów").


Biegnę.

Podziel się
oceń
0
0

Rewers

środa, 30 stycznia 2008 0:36
Po północy, piszę ze Starogardu, ze swojego mikroskipijnego pokoiku, w którym mieszkałem chodząc do szkoły, w którym pisałem swoje pierwsze poważne opowiadania i teksty. Teraz jest to "biuro" mojego Taty. Ale wracam. Nad biurkiem zdjęcie Clinta Eastwooda z autografem i zdjęcie Peg Phillips z dedykacją dla mnie. Peg Pihiliipis to aktorka, która zmarła przed sześciu laty, a grała w moim ulubionym, wręcz kultowym serialu "Przystanek Alaska" Ruth-Anne, właścicielkę sklepiku. Nie przegapiłem ani jednego odcinka "Przystanku Alaska". To był mój klimat. Moja baśń.
Piszę ze Starogardu, gdzie wpadłem na chwilę. Odebrałem dzisiaj na fantastycznej, uroczystej gali nagrodę Prezydenta miasta w dziedzinie kultury za rok 2007. Każdego roku prezydent Starogardu wręcza nagrodę Wierzyczankę (od rzeki Wierzyca, przepływającej przez nasze miasto) w dziedzinie gospodarki, kultury i inicjatyw społecznych. W tym roku kulturalna Wierzyczanka przypadła mnie, co jest dla mnie bardzo miłe. Raz, że moja praca została dostrzeżona w rodzinnym mieście, dwa, że do nominacji zgłosił mnie Tato. To też dwa powody, dla których przyjechałem do Starogardu, mimo absolutnej nadaktywności. Jeszcze wczoraj wieczorem prowadziłem w Teatrze Na Woli spotkanie poświęcone Tadeuszowi Łomnickiemu, założycielowi, pierwszemu dyrektorowi i patronowi Teatru Na Woli.
W czasie uroczystości w Starogardzie, kiedy odbierałem nagrodę, na scenę wkroczyła moja Przyjaciółka, Krysia Graban, bibliotekarka z mojego liceum i po raz drugi wręczyła mi nagrodę za całokształt. Pierwszy raz zrobiła to, kiedy kończyłem liceum i szkoła nie nagrodziła mnie. Mówię: "Chociaż na koniec mogli mi coś dać..."
"Za co?" - zapytała Krysia. - "Za całokształt" - odpowiedziałem. Tego dnia Krysia wręczyła mi ufundowaną przez siebie "Pasję życia" o van Goghu. Dzisiaj wręczyła mi "Ważne, żeby iść..." o Kieślowskim i pralinki Adama Sowy - dzieło sztuki dla podniebienia. A wręczając odczytała napisaną przez siebie laudację. A w niej były zdania: "(...) Ty czytałeś od zawsze... i chyba bardzo dokładnie każdą książkę studiowałeś - trzymając ją cały rok w domu".
I tu nasunęła mi się historia wczorajsza. Odebrałem w teatrze telefon z Instytutu Teatralnego. Pani z biblioteki najpierw pytała mnie, gdzie może kupić moje wcześniejsze książki, bo chce uzupełnić zbiory. Zrobiło mi się bardzo miło. Kiedy odpowiedziałem, powiedziała: "Mam jeszcze drugie pytanie... A właściwie prośbę... W 1999 roku wypożyczył pan u nas książkę, której nigdy nie oddał. Pana rewers jest bogaty, bo wysyłaliśmy na różne adresy ponaglenia a one wracały. Dopiero teraz odnalazłam pana w teatrze".
Więc chyba to, co mówiła Krysia w laudacji jest prawdą, choć słabo pamiętam przetrzymywanie książek. A może one po prostu u mnie zamieszkiwały, dobrze się u mnie czuły i nie miały zamiaru się wyprowadzać.
Piszę ze Starogardu, rodzice śpią, a ja piszę tutaj, w konspiracji, tak jak kiedyś czytałem, nocą, w konspiracji. Dużo wrażeń. Rano wracam do Warszawy, wieczorem kolejna próba. Nadaktywność wpływa na sen, a właściwie jego brak. A jeśli sen... Dzisiaj śniła mi się aktorka Zofia Czerwińska. Wręczyła mi koszyk, w którym leżały dwie martwe upierzone kury... I jak rozumieć te sny z ostatnich tygodni? Przecież to jest odjazd, co mi się śni. Na wszelki wypadek wolę nie tłumaczyć.
PS: Skarżyłem się tutaj, że nie wiem, co to Oriflej. Dzisiaj dostałem w odpowiedzi na tego bloga prezent od Beaty, dwa orfileje. Już wiem.

Podziel się
oceń
0
0

Okrucieństwo pisania

niedziela, 27 stycznia 2008 15:16
Odreagowuję ciężki tydzień. Skończyłem czytać nową powieść Bessona "Un homme accidentel" i uświadomiłem sobie, że nigdy dotąd nie napisał tak okrutnej książki. Prawda, ociera się o kicz. Ale te momenty, w których poświęca uwagę psychologii bohaterów, ich decyzjom, ich pragnieniom, sytuacji, w jakiej się znaleźli, wysuwają się na plan pierwszy. Swoim bohaterom przygląda się jak doskonały psycholog. Odsłania prawdę, która jest okrutna. Piszę ogólnie, bo książka jest właściwie kryminałem i najgorsze, co mogę zrobić, to ją opowiadać. Jednak nigdy jeszcze nie postawił Besson bohaterów swoich książek przed takim dylematem, nigdy jeszcze nie popchnął ich do podjęcia decyzji, która wydaje się być (z ich perspektywy) jedyna możliwa, ale która jest też najokrutniejszą. Zmieniają swoje życie właściwie znając przyszłość, wiedząc, gdzie ich ta droga zaprowadzi.
Czytając tę powieść właściwie złościłem się na Bessona. Za to, że chciał postawić swoich bohaterów na granicy beznadziei, że ich zwabił, skłonił do spotkania, które jest naznaczone... Korci mnie, żeby napisać coś więcej, ale: stop. Jeszcze może tylko kilka zdań: "Nigdy nie mieliśmy się spotkać(...) Chcę przez to powiedzieć, że w Wielkim Scenariuszu nigdy nie mieliśmy się poznać(...) Tylko nadzwyczajny przypadek mógł postawić nas twarzą w twarz. Drastyczna śmierć Billy'ego Greenfielda stała się tym uświęconym przypadkiem".
W oryginale nie ma Wielkiego Scenariusza, tylko zdanie: że "nie zostaliśmy zaprogramowani, żeby się spotkać". Ale taką siłę przypadku odczytuję Wielkim Scenariuszem, Czymś absolutnie totalnym, ostatecznym.
Akcja tej powieści dzieje się w Ameryce, w Beverly Hills. To ciekawe, że Francuzi zazwyczaj niechętnie Ameryce i Amerykanom, coraz chętniej o Ameryce myślą. Tegoroczny Goncourt, "Alabama Song" - powieść, którą tu omawiałem też dzieje się w Ameryce. Komitet nagrody orzekł nawet, że Leroy, jej autor napisał "prawdziwie amerykańską powieść".


W sobotniej "Gazecie Wyborcze" zapis spotkania z Julią Hartwig, które prowadzili Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski. Wstyd się przyznać, ale nie znam jeszcze nowego tomiku wierszy mojej ulubionej poetki, ale już zamówiłem w Merlinie. Ma tytuł "To wróci". Z rozmowy w "Gazecie" wypisałem kilka, może kilkanaście zdań:


"Kolportowanie rozpaczy jest zupełnie niepotrzebne. Miłosz uważał, gdzieś to nawet powiedział, że nie wolno zasmucać czytelnika".
"To, że mogę jeszcze pisać, jest dla mnie wybawieniem".
"Myślę, że w moich wierszach zawsze jest nadzieja".
"Rzeczywiście, co dzień - a właściwie co noc - pracuję przez kilka godzin. Piszę byle czym, co akurat mam pod ręką. Nie jest mi potrzebne eleganckie pióro ani piękny papier. Wystarczy wydarty skrawek, bo czasem nagle i niespodziewanie przychodzi mi coś do głowy. I przy pierwszej okazji przepisuję to na komputerze. Choć nigdy pisania od komputera nie zaczynam, to jest mi on potrzebny, żeby zobaczyć, jak wiersz wygląda. Jeżeli jednak siadam nad kartką papieru z zamiarem napisania wiersza, to przeważnie nic z tego nie wychodzi. Nie ma w tym jakiejś otchłannej tajemnicy tworzenia, jest natomiast nieprzewidywalna - to pojawiająca się, to ginąca - dyspozycja pisania. Przychodzi wraz z poczuciem, że wszystko, co się w nas uzbierało, dojrzało do wypowiedzenia. Oczywiście bez żadnej gwarancji, że się uda. Łacińskie przysłowie nulla dies sine linea (ani dnia bez linijki) ma głęboki sens - pisanie wymaga dyscypliny. Charles Baudelaire powiedział bardzo mądre zdanie: praca jest lepsza niż rozkosz. Bo rozkosz w końcu nudzi i męczy, a praca nigdy nie męczy i nie nudzi, jeśli się ją naprawdę lubi. Więc z jednej strony - dyscyplina, z drugiej - zdanie się na łaskę wyobraźni, na łaskę snu. Rzeczywistości, od której zależymy, lecz nie władamy nią".
Credo poetki.


Dobrej niedzieli. A jutro w Teatrze Na Woli o godz. 19.00 spotkanie poświęcone Tadeuszowi Łomnickiemu połączone z pokazem "Ostatniej taśmy Krappa" w reż. Antoniego Libery. Reżyser będzie brał udział w spotkaniu. Będą też współpracownicy i studenci Tadeusza Łomnickiego.


Podziel się
oceń
0
0

Rozbitek

czwartek, 24 stycznia 2008 16:59
Dopijam kawę i biegnę na próbę. Wystraszony, bo dzisiaj dowiedziałem się, że emisja naszego spektaklu tydzień wcześniej. Już dziś zapraszam 4 lutego o godz. 23.45 do TVP Kultura na monodram Anny Mentlewicz "Kochany synu" z Elżbietą Czerwińską. Spektakl trwa 40 minut, będzie emitowany na żywo ze studia. Realizujemy go w ramach cyklu "Czytanie dramatu", z tą różnicą, że nie czytamy, tylko przygotowujemy normalny spektakl. Zrobiłem tak wcześniej realizując w tym samym miejscu własną sztukę "Naznaczeni" z Tomirą Kowalik i Urszulą Dudziak.
Ostatnio nie mam czasu czytać, pisać, myśleć, spać, zwłaszcza, że dzisiaj śniło mi się, że płynąłem morzem do brzegu, obok płynęli jacyć inni rozbitkowie, a ja trzymałem nóż. Nie chcąc ich poranić po prostu ten nóż połknąłem. Marta mówi, że to sen autoagresywny. Mam takie spiętrzenie zajęć do 6 lutego. Potem mogę wrócić do normalnego rytmu.
Ostatni łyk kawy. Biegnę.

Podziel się
oceń
0
0

Od kuchni...

środa, 23 stycznia 2008 10:21
Piszę z kuchni. Przez okno wpada delikatne słońce, a za oknem wciąż leży cienka warstwa śniegu. Ja przepisowo, bo z kawą. Ten moment rano, kiedy piję kawę zawsze jest dla mnie świąteczny. Później, wiadomo, dzieją się różne rzeczy, dobre i złe, wpadam w rytm dni, zanurzam się w sprawach, tematach, słowach.
Wczoraj wróciłem po dziesiątej wieczór, bo z teatru pojechałem na próbę do "Kochanego syna", czyli próbę spektaklu, który przygotowuję z Elżbietą Czerwińską. To była bardzo trudna próba, bo wczoraj doszły charakteryzacja, różne gesty, wcześniej nieopracowane przez nas, poza tym próbowaliśmy już sprawdzić finał. Bardziej przebieg techniczny niż próba. Ale wyjątkowo nam wczoraj nie szło. Ela miała do mnie dziesiątki pytań, z którymi wyjątkowo nie umiałem sobie poradzić. Żartowałem, że to dzień petycji. Dzień przełomowy. Bo wchodzimy teraz na wyższe piętro i rzeczywiście winda zepsuta. Ale wejdziemy. Wiem, jaki chcę zrobić spektakl, kreuję go dosyć świadomie, staram się, aby żaden gest nie był przypadkowy. Ale właśnie ta oszczędność, którą próbuję wykreować, spowodowana m.in. możliwościami zrealizowania tego mini-spektaklu dla telewizji, to, że odrzuciłem scenografię, muzykę, że właściwie grała będzie Eli twarz, będą grały jej dłonie, jest takie trudne. Bo musi skupić na sobie uwagę widza przez około 45 minut. Musi patrzeć w kamerę, jakby chciała ją rozsadzić. Wszystko na czym może się oprzeć, poza tekstem, to ona sama. Jeśli będzie potrzebowała spokoju, musi go znaleźć w sobie. Jeśli będzie chciała uciec, to w siebie. Jeśli będzie potrzebowała muzyki, to musi ją w sobie znaleźć. Powtarzam tylko "jesteś zasznurowana". Bo postać, którą Ela gra jest zasznurowana wewnętrznie. To kobieta, która z powodu traumy, jaką przeszła, przez wiele tygodni nie mówiła. A teraz przyszła opowiedzieć. To ciekawa rola i bardzo ciekawy materiał do grania. Ale piekielnie trudny. Nie dający możliwości się rozpędzić. Powściągliwy. Więc ważny jest też rytm, budowanie nastrojów, ważne jest odpowiednie rozłożenie akcentów. W dodatku jak każdy dramat musi mieć rozwój. Naprawdę się cieszę z naszego spotkania. I choć wczoraj mieliśmy chyba oboje dzień zwątpienia to potrafimy się wzajemnie motywować, napędzać, nie odpuszczamy. Ta praca, którą teraz wykonujemy jest czymś, czego nam nikt nie odbierze. Doświadczeniem, które rozwija. Im bliżej finału tym trudniej. Obserwuję takie zjawisko w ogóle na próbach w teatrze. Im mniej czasu, tym trudniejsze zadania. Zawsze też jest taki dzień jak wczoraj, że tylko pójść do domu. Ale jeśli się zostaje, jeśli się podejmuje wyzwanie, to satysfakcja jest większa. Zostały nam jeszcze dwa tygodnie intensywnych prób. Zaczęliśmy w grudniu.

Czytam o Marcu 1968. Wczoraj czytałem fantastyczną książkę Marty Fik na temat "Dziadów" Dejmka i wydarzeń marcowych. To, co przeczytałem o "Dziadach" jest właściwie jest kryminał. To materiał na wielką fabułę. Tu teatr, a tu życie. Tu "Dziady" Dejmka wystawione z okazji 50. rocznicy rewolucji październikowej, a tu nastroje opozycyjne. Gustaw Holoubek w kajdanach, ale tylko do siódmego spektaklu, po którym KC kazało je zdjąć. Atmosfera w zespole i nastroje na posiedzeniach partyjnych. Telewizja przygotowana do emitowania "Dziadów"... Hanuszkiewicza, gdyby w nastrojach mocniej zabuzowało. KC projektuje ilość granych spektakli, zmniejsza je stopniowo,  żeby ich całkowite zdjęcie zostało niezauważone. Gomułka przejęty tym, co dzieje się w teatrze, a później również literatami. KC wyznacza daty grania "Dziadów" wyłącznie dla aktywu partyjnego. Odbywają się chyba takie trzy przedstawienia. Próbuję sobie wyobrazić taki spektakl. Z betonem partyjnym na widowni. Podobno słuchają uważnie, ale odnoszą się krytycznie. Ciekawy ślad nastrojów w metrykach spektakli, które cytuje Fik. W teatrach inspicjenci wypełniają po spektaklu metrykę przedstawienia, w której pisze się, co było nie tak albo notuje się uwagi. Z metryk "Dziadów" wiemy, jak i na co reagowała publiczność, ile razy kurtyna szła w górę. Blokowanie recenzji z "Dziadów" (w sumie ukazało się ich siedem!). W końcu spektakl ma zejść z afisza. Na ostatnich spektaklach publiczność szturmuje teatr. Dejmek dzwoni po pomoc MO. Milicja przyjeżdża, ale pozwala ludziom wejść do środka. Zainterweniuje po spektaklu, jeśli to będzie konieczne. Podobno do teatru wchodzi ok. 1400 osób. W tym również przeciwnicy i agenci. Studenci wychodzą na ulicę, domagają się "Dziadów" na afiszu Teatru Narodowego. Doskonale wiemy, co działo się potem. Rok 1968 to na całym świecie data rewolucji. Dziwny rok w historii, chociaż w każdym kraju objawił się inaczej i inny miał wymiar.

W piątek o 19.00 w Gazecie Wyborczej będę prowadził spotkanie poświęcone "Dziadom" Dejmka. W spotkaniu wezmą udział Małgorzata Dziewulska, Seweryn Blumsztajn (wówczas studenci protestujący przeciwko zdjęciu "Dziadów"), Damian Damięcki (grał w spektaklu Dejmka dwie role) i Tomasz Kubikowski z Teatru Narodowego, który organizuje specjalne uroczystości rocznicowe.

Zaś w poniedziałek o godz. 19.00 w Teatrze Na Woli będę prowadził spotkanie inaugurujące nowy cykl spotkań teatralnych. Tym razem tematem jest "Tadeusz Łomnicki. Aktor". Pokażemy filmowy zapis najważniejszej roli T. Łomnickiego "Ostatnia taśma Krappa". Swój udział zapowiedzieli m.in. Maria Bojarska, Małgorzata Rożniatowska, Joanna Szczepkowska, Antoni Libera (reżyser spektaklu), Jarosław Kilian, Jerzy Koenig, Adam Ferency, Janusz Zaorski.

Dobrego dnia.


Podziel się
oceń
0
0

Warszawska taksówka

poniedziałek, 21 stycznia 2008 22:40
Zbliżają się obchody czterdziestej rocznicy zdjęcia "Dziadów" Dejmka. Z tej okazji będę w piątek prowadził spotkanie Teatr w Gazeta Cafe w Gazecie Wyborczej. Dzisiaj byłem na konferencji prasowej w Teatrze Narodowym, który przygotowuje specjalne obchody tej rocznicy.
Przygotowując się do piątkowego spotkania postanowiłem odnaleźć wywiad, który przeprowadziłem z Gustawem Holoubkiem. Wywiad, który istnieje tylko na kasecie magnetofonowej. Nigdy go nie spisałem ani nie opracowałem. Nigdy więc nie został opublikowany. Robiłem go dla czasopisma "Sycyna", które prowadził pan Wiesław Myśliwski, zdążyłem w "Sycynie" wydrukować kilka swoich tekstów, zadebiutowałem tam jako prozaik. Pan Myśliwski zamówił u mnie rozmowę z Gustawem Holoubkiem o etosie aktora, o pięknie, właściwie o pedgagogice piękna. Nie mogę odtworzyć dokładnej daty naszej rozmowy, muszę odnaleźć stare kalendarze, na szczęście ich nie wyrzucam. Spotkaliśmy się w gabinecie pana Holoubka w Teatrze Ateneum. Nagrałem prawie dwugodzinny wywiad, który musieliśmy przerwać, bo ktoś już czekał na spotkanie. Mieliśmy dokończyć rozmowę, ale zanim to się stało, nieoczekiwanie dla mnie, "Sycyna" przestała wychodzić. Więc musiał to być rok 1998 lub 99. Potem niebardzo wiedziałem, komu rozmowę zaproponować. Trwał kryzys pism kulturalnych. Rozmowa nie pasowała do tygodnika. Kaseta wylądowała w pudle z nagraniami (archiwizuję wszystkie rozmowy, jakie przeprowadziłem). Dzisiaj jej wysłuchałem. Po prawie dziesięciu latach. To było dziwne i... ciekawe. Zirytował mnie poziom abstrakcji, jaki narzuciłem. Rozmowa dotyczyła idei. Nie była ludzka. Narzuciłem panu Holoubkowi rolę charyzmatycznego, mistycznego aktora, największego interpretatora i słuchając go dzisiaj odniosłem wrażenie, że go też to irytuje, że nie chce być człowiekiem idei. Odpowiadał pięknie, ale w pewnym momencie powiedział: "mam wrażenie, że stale mówię to samo..." Dzisiaj rozmawiałbym inaczej, chciałbym zobaczyć człowieka. Wtedy chciałem zobaczyć artystę. Słuchałem tej taśmy i denerwowałem się na siebie. Pytałem sam siebie: "I co?". Kiedyś lubiłem takie abstrakcyjne rozmowy, dzisiaj wolę konkret. Wolę pęknięcia. Kiedy rozmawiam z artystami, robię to tak, żeby pokazać czytelnikowi ludzi z krwi i kości. Jakbym był bardziej świadomy... A może to wynika z tego, że w 98 roku byłem na drugim roku studiów. Wydawało mi się, że muszę prowadzić rozmowę, która nad poziomy wylata... Słuchając tej rozmowy słyszałem siebie naiwnego, próbującego grać świetnie przygotowanego specjalistę, może teatrologa. Podnosiłem sobie poprzeczkę. Byle była wyżej. Dzisiaj po prostu chcę zrozumieć. Może dojrzałem do prostoty? Pomyślałem, że nadszedł czas, by opracować tę rozmowę. Zrobię to. Bo po wysłuchaniu całości pomyślałem, że dzięki swojej naiwności, dzięki swojemu pozowaniu udało mi się przeprowadzić rozmowę, która jest czymś w rodzaju artystycznego credo Gustawa Holoubka. Jej tematem jest misja aktora i jego powinność wobec widzów, wobec narodu. Credo na dzisiaj, na czas seriali i telenowel. I to, co mnie zaskoczyło to nie tylko wiara aktora w słowo, ale i potrzeba jego kreowania. Powiedział pan Holoubek, że chciałby być pisarzem, a najlepiej poetą i że największą przyjemność sprawiło mu, jak Andrzej Szczepkowski zapowiedział go kiedyś, na jakiejś imprezie w Szwajcarii: "Gustaw Holoubek nie jest aktorem. Jest pisarzem". W sposobie, w jaki mi to mówił wyczuwalna była jakaś nostalgia, może tęsknota za niespełnionym...
Kiedy wyszedłem z konferencji w Teatrze Narodowym wsiadłem do taksówki i zamówiłem kurs do Teatru Na Woli.
"Pan pracuje w Teatrze Na Woly?" - zapytał taksówkarz.
"Tak".
"To tam umarł Tadeusz Łomnicki?"
"Nie, to było w Poznaniu, przed premierą Króla Leara".
"Król Lyr... Tak... Łomnicki... cudowny aktor. Ale na Woly... był dyrektorem? I ją zbudował, prawda? Ale coś z tą Wolą było nie tak, bo czytałem, że żona nie chciała, żeby teatr miał jego imię czy coś takiego..."
"Czytałem, że Łomnicki jadąc taksówką na Wolę, już kiedy nie był dyrektorem teatru prosił, żeby nie jechać ulicą Kasprzaka..." (Teatr Na Woli jest przy Kasprzaka właśnie)
"Tak... Chyba go ta partia zniszczyła... Czytałem... Teatr mu pobudowaly, żyłował się w nim, a potem... Tak panie było. On był wielki. Jeden z największych. To był ktoś! Ale też na partię łasy" - opowiadał mi taksówkarz - "Ale który z wielkich nie był... Czechowicz... był taki aktor..."
"Był..."
"I Dmochowski Mariusz... On też był partyjny... To się wiedziało. To szycha była... Ale już ich nie ma... Popatrz pan, babki są długowieczne. W formie. Kwiatkowska, Szaflarska, Andrycz... Wiem, bo Andrycz wożę do fryzjera, czy na spotkanie... Bielicka też długo była w formie i przeżyła męża, Duszyńskiego... Popatrz pan... A chłopy... Tak szybko ich braknie. Nie ma już ani Maklakiewicza... Zna pan to, jak matka mu zapałki zrzucała przez okno, a tam stówka była na wódeczkę?... Nie ma chłopa. I Łomnickiego nie ma. Jedynie pan Holoubek jest. W zeszłym tygodniu jadę Nowym Światem i patrzę, jak próbuje złapać taxi. Dwie taryfy go minęły. Zatrzymałem się. Wie pan, takie wzruszenie. Ja go w teatrze nie widziałem, ale przecież wielki aktor. Pytam go: A pan to już nie jeździ tą swoją zieloną... - Oddałem synowi - mówi mi z żalem, że już nie jest kierowcą... A ja pamiętam... Zablokował mi kiedyś wjazd na parkingu, o tyle, tyle tylko miejsca zostawił na przejazd... No mówię panu... wielki aktor... I tak sobie rozmawiamy i aż za serce chwyta, że jest, że siedzi za mną, że rozmawiamy, że ja mam ten teatr u siebie w taksówce..."


Wieczorem włączyłem TVP Kulturę. Znakomita rozmowa Jerzego Sosnowskiego z Julią Hartwig. O tym, że widzi jasno. Zapytana, czy pisanie poezji to rodzaj gry takiej jak szachy, odpowiedziała, że jak na grę to zbyt pochłania... za bardzo dominuje życie. Ale odnajduje w pisaniu element gry. Mówiła też, że poezja nie powinna zasmucać. Że powinna powodować iskry. I że wierzy w piękno. W Apokastasis. W odrodzenie.


Podziel się
oceń
0
0

Pęknięcia

niedziela, 20 stycznia 2008 14:36
A co tam... Skorzystałem z tego, że zrobiło się ciepło i poszedłem na taras i wcale nie wróciłem zaraz, tylko wypiłem gorącą czekoladę z pomarańczą. Czuć wiosnę w powietrzu. Przyspiesza.


Kończę "Alabama Song" Gillesa Leroya, czyli tegoroczną powieść-laureatkę nagrody Goncourta. Czytam między zajęciami, między próbami, innymi lekturami, spotkaniami. Z każdym rozdziałem wciąga mocniej. Zelda Fitzgerald, narratorka powieści i kreatorka przedstawionego w nim świata popada w coraz większy obłęd. Najpierw zaczyna mi przypominać, a potem to już absolutnie przypomina Anitę Szaniawską, o której napisałem monodram "Uwaga - złe psy!". Wprawdzie nie znęca się nad mężem, ale sposób, w jaki opowiada swój własny świat jest bardzo, bardzo podobny, w jaki napisałem Szaniawską. Karmiła męża gipsem, bo miał kruche kości. Zelda mówi o obsesji samobójczej, jaka była w jej rodzinie, jej brat wyskoczył przez okno, ale przecież w nekrologu napisano, że wypadł, bo miał malarię i wysoką gorączkę i podszedł do okna... Zelda przekonuje, że ona takiej obsesji nie miała nigdy, a pytana o próby samobójcze tłumaczy tak samo jak Szaniawska: nie, nie skoczyłam... Po prostu zostałam porwana, mąż wynajął zbirów z mafii i uciekłam... Na wszystko ma racjonalne wytłumaczenie. Mąż nie jest pisarzem. Nie, Scott jest plagiatorem. Przecież wykradł jej powieści, jej pomysły, jej listy i dzienniki. Ona nie była jego muzą, on po prostu ją sobie ukradł. Skopiował. Ani jedno zdanie, które napisał, żaden pomysł nie należały do niego. Żywiła jego dzieła sobą. A teraz chce ją zniszczyć, odizolować od świata, zamknąć usta.
Zelda słyszy głosy, poddawana jest elektrowstrząsom, a potem słyszy: "zacznij całować światło". Fascynujący jest sposób, w jaki Zelda o sobie opowiada, dominuje tę powieść. Zdobywa sympatię czytelników, opowiada o swoich pasjach, o lekcjach tańca, na które chodziła, o rozmowach z rosyjską nauczycielką i o tym, jak wracała ulicami Paryża mając poranione nogi i jak usłyszała, że musi z tańcem zerwać... Opowiada o swoim wychowaniu, o zamiataniu pod dywan rodzinnych "historii". Potem, opowiadając o swojej chorobie zdobywa współczucie. Pokazuje, jak walczy ze sobą, przecież mówiąc o tym, jak zwalcza męża. A potem odsłania tragizm. Przecież kazano jej usunąć dziecko. "Nosiłam syna zaledwie przez kilka tygodni swojego życia... Pochowany na śmietniku Excelsiora w Menton".
Zelda Fitzgerald pokazuje się jako postać tragiczna, żyjąca w świecie, którego nienawidzi, w którym jest więziona, w którym zmusza się ją do... życia. Jest przepełniona ambicjami, które nie mają ujścia, projektami, które się nie zrealizują, talentami, które się nie rozwiną. Pokazując te pęknięcia Gilles Leroy broni Zeldę. Walczy o jej prawdę. O współczucie? Może. Powieść czyta się fantastycznie i mam nadzieję, że niebawem któryś z polskich wydawców zdecyduje się na jej publikację u nas.


Pęknięcia... Złamania... Wczoraj wieczorem obejrzałem w telewizji pięciokrotnego laureata Oskara "Łowcę jeleni" Michaela Cimino. Kultowy film z 1978 roku z wielkimi rolami Johna Savage'a, Christophera Walkena, Roberta De Niro. Wyrazistą i mocną rolę stworzył też John Cazale, zwłaszcza w scenie zabawy pistoletem. John Cazale nie doczekał premiery filmu, zmarł na raka kości podczas kręcenia filmu. W tamtym czasie związany z Meryl Streep, która zagrała w "Łowcy jeleni" dziewczynę z supermarketu pragnącą miłości, która czeka na swojego mężczyznę powołanego na wojnę w Wietnamie. Podobno obsadzono Streep w tym filmie, a była jeszcze mało znaną aktorką, żeby towarzyszyła choremu Cazale'owi.
Wstyd się przyznać "Łowcę jeleni" zobaczyłem wczoraj po raz pierwszy. W ostatnim tygodniu kilka osób, jakby to była jakaś zmowa, pytało mnie, czy widziałem, i jak mogłem nie widzieć, bo to jeden z największych filmów w historii kina. To jest jeden z najważniejszych amerykańskich filmów. I chyba też jeden z najbardziej wstrząsających. Opowiada historię młodych mężczyzn z amerykańskiej prowincji, którzy dostają powołanie do armii i są wysłani do Wietnamu. Oglądamy ich właściwie beztroskie życie, ich zabawę w myśliwych polujących na jelenia. Wesele jednego z nich jest zarazem pożegnalnym przyjęciem. Potem już nic nie będzie takie samo. Wstrząsające sceny rosyjskiej ruletki. Wstrząsające obrazy wojny. Ale to co najbardziej poruszające, to ich powrót z wojny. Bo jak żyć po tym, co działo się w Wietnamie? Czy w ogóle warto wracać? Tak zwane normalne życie nie będzie w stanie zagłuszyć dramatu, w jakim wzięli udział. W Polsce film pokazano dopiero w Sylwestra 1990 roku, wcześniej komunistyczne władze nie godziły się na film ze względu na zły wizerunek żołnierzy bloku wschodniego. Tak, to wstyd, że nie znałem "Łowcy jeleni" wcześniej. Jednak nie należy do filmów, które chciałbym obejrzeć po raz drugi. To film, który... rozsadza.


Wracam do lektury. A o 15.00 w TVP Kultura spektakl Teatru TV "Bunia" z Krystyną Feldman w roli głównej. Widziałem go kilka lat temu, pamiętam jeszcze niektóre sceny. Chcę sobie przypomnieć. We wtorek w TVP Kultura słynny monodram Bronisława Wrocławskiego "Sex, prochy & rock'n'roll". To lektura konieczna.


Dobrej niedzieli.

Podziel się
oceń
0
0

Rezerwat

sobota, 19 stycznia 2008 18:20

Próby z Elą dają mi dużo radości i satysfakcji, coś istotnego powstaje z naszego spotkania. Znaleźliśmy odpowiedni ton, mamy postać, teraz pracujemy nad rytmem, nad znalezieniem akcentów, nad wysupłaniem tematów, które są pod tekstem i pomiędzy słowami. Dzisiaj zaczęliśmy już rozmawiać o kostiumie, charakteryzacji. Jednak najważniejsze, do czego dążymy to wykreowanie teatru od wewnątrz, teatru w aktorze. Staramy się przenieść emocje na widzów. Lubię nasze spotkania i rozmowy. Z każdej wynika coś nowego, ciekawego. Będziemy wchodzić wyżej, na kolejne piętra, nawet gdyby winda była zepsuta.

 

Sobotnie popołudnie. Już po pracy, więc do poniedziałku mogę się skupić na pisaniu, czytaniu, nicnierobieniu - w co jednak nie wierzę. Coś tam sobie znajdę.

 

Wczoraj obejrzałem w "Kinotece" film Łukasza Palkowskiego "Rezerwat" według scenariusza napisanego wspólnie z Marcinem Kwaśnym, aktorem grającym w tym filmie główną rolę. To opowieść o warszawskiej Pradze, jej mieszkańcach, żyjących na marginesie życia, w innym świecie, za Wisłą. Opowieść o życiu w biedzie, o cwaniactwie, pijactwie, a może przede wszystkim o zostawieniu tych ludzi samym sobie, o ich zepchnięciu na margines. O ludziach, którzy żyją w getcie, z którego pewnie nigdy się nie wydostaną. Dla nich nie ma już szansy. Jedyne o co jeszcze walczą to prawo do życia po swojemu, w domach-widmach, w rozsypujących się kamienicach, o prawo do życia bez prawa. To opowieść o wykolejeniu i brzydocie. Ale tak naprawdę to film oddający głos ludziom, których nie pokazuje się w telewizji. Tak naprawdę to film o ludziach i ich miejscu. Bohater tego filmu, Marcin jest fotografem. Wprowadzając się do podupadłej kamienicy zaczyna podglądać jej życie. Utrwalać je. Pewnego dnia trafia w starym zakładzie fotograficznym na album ze zdjęciami praskich mieszkań i ich mieszkańców, utrwalonymi przed dziesiątkami lat. Są nieostre, niedoświetlone, ale nie można od nich oderwać wzroku. Skupiają uwagę, bo przywracają pamięć, przywołują przeszłość, ale jakby wciąż trwała. W tym kontekście film przypomina choćby nowojorską opowieść "Dym". I chociaż filmy są różne, choć "Rezerwat" opowiada o warszawskich menelach, a "Dym" o nowojorskich inteligentach to obie historie mają ten sam temat, zbliżoną poetykę opowieści. W "Rezerwacie" fantastyczną rolę fryzjerki Hanki B. zagrała Sonia Bohosiewicz. Zagrała prostą, nawet prostacką dziewczynę, która pije wódkę z gwinta, mieszka z narzeczonym-kryminalistą, zadaje się z podejrzanymi facetami, ale kiedy poznajemy ją bliżej okazuje się dziewczyną o większych ambicjach i aspiracjach, bardziej skomplikowaną. Jest na pewno postacią pękniętą, poszukującą miłości i dobra. Genialna scena, w której ogląda siebie złamaną na fotografiach zrobionych przez Marcina, kiedy po raz pierwszy tak naprawdę dostrzega, że to, co ważne jest poza jej życiem. Patrzy na siebie jak na obcego człowieka. Jakby nie wierzyła, że jest aż tak nieszczęśliwa. Świetna rola Grzegorza Palkowskiego, chłopaka-cwaniaczka, który kradnie Marcinowi aparat i jak się okaże, to zdarzenie odmieni jego życie. Tu też historia przypomina mi "Dym". Epizodyczna rola kioskarki (Viola Arlak) tak wyrazista, że wbija się w pamięć.

Ten film to lektura konieczna. Jestem jego fanem! I pewnie wybiorę się jeszcze raz. Polecam też stronę filmu www.rezerwat-film.pl

A na youtube znajdziecie piosenki z filmu, choć tę najdziwniejszą, "Balladę o kwiatach":

 http://www.youtube.com/watch?v=0ahgNzioirQ

 

Zobaczcie też koniecznie rozmowę o Cudzie nad Wisłą:

http://www.youtube.com/watch?v=9TTc52dJSrU

 

"Rezerwat" ma wszelkie cechy filmu kultowego. I pewnie takim się stanie.

 

Zajrzę tu jeszcze opowiedzieć o Morelach i grejpfrutach...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Morele i grejpfruty

czwartek, 17 stycznia 2008 20:48
Wczoraj prawie jedenaście godzin w podróży, ale za to milion tematów. Wróciliśmy do Warszawy przed trzecią w nocy. Wstałem przed dziewiątą, potem próba z Elą, później Teatr. Prawdę mówiąc, jestem już nieźle umordowany, do czego - jako cyborg - rzadko się przyznaję. Ale dzisiaj tak, padam. Dla odreagowania przeglądam zdjęcia z wakacji na Krecie i na Santorini, te błękity, lazury, góry i Mazury... Minęło pół roku, a jakby to była zamierzchła historia. To oderwanie. Cisza. Wiatr od morza. Znalazłem na przykład takie zdjęcie (z okna hotelu na Santorini):




Prawda, że bajka?
Czasami oglądanie zdjęć z wakacji jest najlepszą formą relaksu.
Poza tym oglądałem fragmenty "Błękitnego diabła", czyli monodramu, jaki napisałem dla Barbary Krafftówny, który dostałem dzisiaj pocztą na dvd od reżysera spektaklu, Józefa Opalskiego. To rejestracja spektaklu zagranego w Krakowie, a ponieważ tam wtedy nie byłem, obejrzałem z dużą przyjemnością. W dodatku świetny zapis - doskonały obraz i dźwięk, co nie zdarza się często przy rejestrowaniu spektakli teatralnych. Duża radość dla mnie mieć "Błękitnego diabła" w domu.

I choć 20:46 chyba (wyjątkowo) czas spać. Chcę jeszcze przejrzeć dwa numery nowego magazynu poświęconego kulturze o smakowitym tytule "Morele i grejpfruty". Magazyn wydawany jest w Lesznie. Redaktorem naczelnym jest Dariusz Łukaszewski. Pismo wygląda apetycznie, m.in. sporo tekstów poświęconych teatrowi. Morele i grejpfruty i dobranoc.


Podziel się
oceń
0
0

Fitzgeraldowie

wtorek, 15 stycznia 2008 20:50
W grudniu napadło mnie i pisałem, pisałem, aż przyśniło mi się, że mi ręcę odrąbią, bo za dużo piszę. A teraz mam spadek formy. Po prostu bardzo dużo się dzieje. Próby w teatrze, własne próby i codzienne odkrywanie tego, co pod skórą, co pod tekstem, co między słowami. Jutro jadę do Tarnowa zobaczyć "Moralność pani Dulskiej" w reżyserii Krzysztofa Miklaszewskiego, aktora współpracującego z Tadeuszem Kantorem, który niedawno wydał książkę "Tadeusz Kantor między śmietnikiem a wiecznością".
Czytam "Alabama Song". Fitzgeraldowie przypominają mi Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów. Zelda ze swoimi obsesjami, strachem przed bakteriami (Scott się nie myje, nie myje rąk po wyjściu z łazienki, trzeba się myć, myć!), uciekająca w chorobę psychiczną. Być może z powodu samotności. Podejrzewająca męża o romans z młodym pisarzem. I Scott, pisarz, któremu podporządkowany jest świat, który wydaje się być królem życia, ale czy jest nim rzeczywiście? Dziwny związek. Żyć ze sobą nie mogą i bez siebie też. Małżeństwo z miłości czy z uzależnienia? Czytam dalej...



Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 780  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości