Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Jutro pogrzeb Pana Ryszarda

wtorek, 30 stycznia 2007 22:57
Kolejny raz "Ginger i Fred". Tak lubię ten film. Ile razy oglądałem? Trzy? Cztery? Porusza mnie, dotyka. Zwłaszcza scena, w której Ginger i Fred robią próbę, po tylu latach znów razem. I później to napięcie w czasie telewizyjnego nagrania... Ich oczekiwanie. I Fred, czyli Pippo, który robi wszystko, byle nie próbować i nie tańczyć. Zachowuje się jak teoretyk, mówić potrafi. Giulietta Masina i Marcello Mastroianni. Cóż to za smakowita para. Giulietta bardzo chciała, żeby ten film powstał, namawiała Federico... Nakręcił dla niej. Nakręcił o swojej młodzieńczej miłości, Ginger Rogers. Gwiazda zeszła z ekranu i - jak to w życiu - przyszło rozczarowanie. Ginger Rogers, wiedząc, że Fellini robi swój film, próbowała to zatrzymać. Straszyła adwokatami, sądami. Wreszcie zrobiła sprawę. Chciała zatrzymać dystrybucję filmu, żądała wysokich odszkodowań. A Federico, przecież dorosłe dziecko, tłumaczył ją tak, jak tłumaczy się miłość z młodości: "Ginger Rogers na pewno sama by tak nie zrobiła. Podpuścili ją adwokaci, którzy zobaczyli pieniądze... To na pewno nie był jej pomysł." A FeFe chciał przecież zrobić film o tych, dla których Ginger Rogers i Fred Astair byli legendami. Którzy chcieli - choć na małą chwilę - być nimi. Zrobił wielki film o wielkiej tęsknocie. Nie ma Ginger Rogers, nie ma Astaira, odszedł Marcello, a Giulietta umarła kilka miesięcy po śmierci FeFe. Powiedziała jeszcze: "Federico, wracam do Ciebie." Kiedy ciężko chorowała, kiedy miała naświetlania i prosiła lekarzy, żeby nie mówili, jak jest źle, a Federico był po drugim zawale w Rimini, bo lekarze zalecili mu zmianę klimatu, jeździł do niej, karetką do Rzymu, do szpitala. On, wielkie dziecko unieruchomione na wózku, z bezwładnymi nogami, z niedowładem ręki. Ale wierzył, ciągle wierzył, że będzie robił filmy. Mógłbym o nich opowiadać, wierzyć w nich, w kino, w marzenia i sny. Mógłbym o Marcellu, o mojej ulubionej scenie z "Miasta Kobiet". Snaporaz, Marcello, idzie wzdłuż ścian orgazmów. Na ścianach zdjęcia kobiet. Pod nimi przyciski. Marcello naciska je i słucha orgazmów. Idzie jak kot. Skrada się, a za ścianą czeka ona, Anna Prucnal.  Marcello, który nie lubił gotowych scenariuszy.  Improwizował. Był sobą. Do "Ginger i Fred" zaczął się odchudzać. Ale to Masina narzucała rygor i rytm. Ten film był dla niej. Paliła jednego papierosa za drugim, w końcu Federico wpadł na pomysł, by w jednym z pokoi w ich domu w Rzymie, urządzić palarnię...
Mógłbym tak o nich. I taka scena, którą mogłaby się zaczynać moje sztuka o nich. Giulietta wraca do domu po pogrzebie Federico. Idzie do kuchni. Robi to, co robiła zawsze. Włącza radio w kuchni, a potem mówi: "Znów założyłeś skarpetki nie do pary, Federico, dziecko, zmień je."


Podziel się
oceń
0
0

K r y s t y n a F e l d m a n

poniedziałek, 29 stycznia 2007 20:19
Kościół jest instytucją "świętą i przeklętą". Kościół jest święty, bo założony przez Chrystusa i utykający, bo są w nim ludzie. Więc jest tam i sacrum i profanum. Ale wszyscy jesteśmy kulawi i ważne, by z tym walczyć i pragnąć się podnieść. I to jest właśnie otwarcie na Boga. Nie można pogrążać się w rozpaczy. Nigdy nie widziałam mamy zgnębionej, a straciła męża, którego bardzo kochała, została z dwojgiem małych dzieci. Przecież w czasie okupacji niemieckiej wiele nam groziło. Ojciec był wychrzczonym Żydem. Mama modliła się i wiedziała, że nic złego się nie stanie. Mnie wiara pomaga. Ja też mam czasem gorsze dni i odganiam je modlitwą, Ewangelią. Bardzo kocham teatr, ale zawsze trzeba mieć jakieś pięterko wyżej - wyżej - taki azyl. Bo teatr jest nierównym kochankiem. Potrafi skrzywdzić.
Krystyna Feldman w rozmowie, jaką przeprowadziłem do książki "Rozum spokorniał", całość tej rozmowy można przeczytać na PARNAS.PL


Podziel się
oceń
0
0

Głucho

niedziela, 28 stycznia 2007 10:46
Od kilku miesięcy siedzę przy biurku i piszę. Jestem w innym miejscu, w innym czasie, wśród innych ludzi. Stałem się absolutnie autystyczny i najchętniej nie wychodziłbym z domu. Kiedy nie piszę, czytam, ewentualnie idę do kina czy do teatru. Wczoraj obejrzałem "Kopię mistrza" Agnieszki Holland o Beethovenie, miejscami bardzo poruszający film, dziwny, który puentę ma niejako w środku fabuły. W każdym razie jest tam scena wywołująca największe emocje. Głuchy Beethoven dyryguje orkiestrą, która gra prawykonanie IX Symfonii. Beethovenem dyryguje młoda kopistka. I nikt nie zauważa, że mistrz nie jest w formie. I potem burza oklasków za plecami mistrza - scena niema, głucha jak on sam... On boi się odwrócić, aplauzu nie słyszy. Kopistka przesuwa go lekko. Dźwięk potężnieje.
Piękne zdjęcia, pociągające wnętrza, intrygująca fabuła, i muzyka... Monumentalna, zrywająca kanony u kompozytora, który rozszerza chór, orkiestrację, bo potrzebuje głośniej i głośniej...
Czytam Erwina Axera "Z pamięci". Książka kunsztowna, spokojna, elegancka, staroświecka w najlepszym znaczeniu tego słowa. Bije z niej ciekawość ludzi i świata i ogromny szacunek dla sztuki i dla artystów. Potrafi Axer narysować czyjś portret kilkoma kreskami, a mówi czasem więcej niż niejeden biograf. Takie są fragmenty dotyczące Eichlerówny, Rudzkiego, Schillera, Elizabeth Bergner (fantastyczny fragment o pauzie na scenie), Rubinsteina, Stokowskiego... Nawet w niewielkim akapicie opowiadającym o krótkim spotkaniu ze Staffem, w knajpie na Nowym Świecie, udaje mu się pokazać pogodzenie się Staffa ze starością, z sukcesem, który przeminął. Trzeba być dobrym człowiekiem - jak powiedziałby Ryszard Kapuściński - żeby napisać taką książkę, i napisać tak.
Autystycznie siedzę przy komputerze, więc mniej podsłuchuję, przyglądam się. A kilka razy usłyszałem: dlaczego nie piszesz już scenek ze spotkań, z autobusu... Dzisiaj cytuję dwie, ukradzione, opowiedziane mi, więc znam ze słyszenia. Elka, z którą oglądałem wczoraj "Kopię mistrza" wróciła niedawno z Zakopanego. Była z córką, w jednej restauracji zamówiły obiad. Kelnerka wszystko pomieszała. Dostały inne dania, inne dodatki. Próbowały o tym powiedzieć. Kelnerka na to, po góralsku: "A co za problem? Psezućcie se z talyza na talyz!" Opowiadam to Marcie, a Marta rewanżuje się opowieścią znajomego, który nocował w hotelu, gdzieś w Polsce, w mieście średniej wielkości. Zszedł na śniadanie, ale dostał twarde i suche pieczywo. Zwrócił kelnerowi uwagę, a ten na to: "Ciulu, niedziela!".
Dobrej niedzieli.


Podziel się
oceń
0
0

Przebudzenie

piątek, 26 stycznia 2007 10:00
Przyszła zima... Gromadzę książki, jakbym chciał zbudować ciepłe gniazdo. Wczoraj pocztą "Listy" Stanisławy Przybyszewskiej, "Pożegnania" Stanisława Dygata, a w księgarni "Z pamięci" Erwina Axera. Pan Axer mieszka w sąsiedztwie, z mojej uliczki wychodzi się omal na jego dom. Książkę chciałem przeczytać odkąd wyszła. Pisał o niej w absolutnym zachwycie Pilch, pisała bardzo polecając "Gazeta Wyborcza". Zachęcały mnie do jej przeczytania różne osoby, które były na wieczorze ją promującym, podczas którego pan Axer nie wypowiedział ani słowa. Ale słowa wybrzmiewały ustami Zbigniewa Zapasiewicza.
Zacząłem czytać wczoraj wieczorem, przed snem. Axer ma absolutnie proustowski dar opowiadania. A w opisach, zwłaszcza teatru, bywa jak Franz Kafka. W dziennikach Kafki znajdziemy sporo, bardzo szczegółowych informacji o wyglądzie artystek, ich grze scenicznej. U Erwina Axera znalazłem parę niesamowicie sugestywnych fragmentów dotyczących interesującej mnie od dawna Haliny Mikołajskiej. Pisze Erwin Axer: "Postać, jak zwykło się mówić, słuszna, twarz o rysunku kamei, piękna głowa, którą lekko na bok przechylała, osadzona na łabędziej szyi, szczupłe, dość długie ramiona, kształtne, proporcjonalne dłonie, tak ważne na scenie, głos bogaty o zabarwieniu indywidualnym, ćwiczony, o skali szerokiej, giętki także w śpiewie, dykcja łatwo sięgająca dalekich rzędów, z leciutką skazą, która dyskwalifikuje słabych artystów, wielkim przydaje czaru, bo jest częścią ich osobowości, pozwoliły jej grać wszystko niemal, co mieści się w kobiecym emploi(...) Jeżeli termin intelektualny może w odniesieniu do teatru mieć jakikolwiek sens(...) to Mikołajska była jedyną w Polsce aktorką, do której ten przymiotnik wolno zastosować." I ciekawie, bo inaczej, o jej zaangażowaniu w politykę: "W połowie lat siedemdziesiątych Halina Mikołajska stopniowo wchodziła w nową rolę na scenie szerszej niż deski Teatru Współczesnego. Coraz bardziej pochłaniało ją zadanie, dla którego musiała zmobilizować całą swoją uwagę, wszystkie siły i talent. Rola, którą sama sobie wybrała, w której sama, choć otoczona gronem przyjaciół i współtowarzyszy, na oczach całej Polski, o każdym swoim kroku decydowała, za każdy odpowiadała(...) Z brutalnością, na którą stać każdego, nawet z pozoru cywilizowanego dyrektora, powiedziałem jej, że z wielkiej aktorki staje się dyletantką w polityce(...) Dziś z perspektywy czasu sądzę, że stało się tak, jak musiało(...) Ostatnia rola, ta na szerszej scenie zagrana, więcej znaczy niż jakiekolwiek przedstawienie teatralne. Pozostanie w pamięci polskiego społeczeństwa dłużej jeszcze, choć w inny sposób, niż najwspanialsze kreacje sceniczne Haliny Mikołajskiej."
W książce Axera kapitalny esej - szkic do portretu Durrenmata. Ciekawie opowiedziane rozmowy z Brechtem i Brechta miłość do Polski, która była dla niego pomostem do Moskwy. Polecam tę książkę wszystkim wielbicielom teatru. Do czytania, do słuchania, do przemyślenia. Warto się w niej ogrzać. W prezencie mój widok z okna, zdjęcie z dzisiejszego przebudzenia.






Podziel się
oceń
0
0

Krystyna Feldman

środa, 24 stycznia 2007 19:07
Nie mam siły... Zmarła Krystyna Feldman, dla której pisałem "Złe psy" o która chciała je grać. Tak się lubiliśmy... Uwielbiałem jej poczucie humoru... Podziwiałem aktorstwo i skromność.

Podziel się
oceń
0
0

Notes Ryszarda Kapuścińskiego

środa, 24 stycznia 2007 13:04
Robię dzisiaj porządki w notatkach. Znalazłem taki zeszyt, w którym, pamiętam, siedząc w Czułym Barbarzyńcy, w wysokim angielskim fotelu, pijąc kawę, wypisałem sobie parę myśli Ryszarda Kapuścińskiego z jego poetyckiego tomiku "Notes", Warszawa 2005. Przepisuję:

Druty
Ty piszesz o człowieku w obozie
ja o obozie w człowieku
u ciebie druty kolczaste są na zewnątrz
u mnie kłębią się wewnątrz każdego z nas

- Myślisz że ta różnica jest taka wielka?
To są dwie strony tej samej męki

Na wystawie "Fotografia chłopów polskich do 1944"
wpatruję się w ciebie
babciu
kiedy tak siedzisz
w sztywnych koronkach
w długiej spódnicy
przed chatą w Rakocicach
data pod fotografią
1913
jeszcze nie wiesz
o czym wiem od dawna
za rok wszystko trzaśnie
ruszą armie

ale na razie tu cisza
mało ludzi
tylko słyszę
dziewczyna do dziewczyny
- ten w austriackim mundurze
wykapany Bogdan

***

I nie zostało mi nic oprócz Boga -
to znaczy zostało wszystko
jeżeli wierzysz

***

Przetrwa ten, kto stworzył swój świat.


Podziel się
oceń
0
0

Piszę niedokończone książki

środa, 24 stycznia 2007 10:50
"Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat."

"Musimy się pogodzić z tym, że publikujemy książki niedokończone(...) Wszystkie moje książki są niedokończone."

"Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry człowiek usiłuje zrozumieć innych, ich intencje, ich wiarę, ich zainteresowania, ich trudności, ich tragedie. I natychmiast, od pierwszej chwili, stać się częścią ich losu."

"Najczęściej określiłbym swoją profesję jako bycie tłumaczem. Tylko tłumaczem nie z języka na język - ale z kultury na kulturę."

"By napisać polski tekst, trzeba poczytać Żeromskiego, Prusa, Nałkowską - piękną polską prozę, która wprowadza z powrotem w nasze obrazowanie, nasze słownictwo; pozwala zasiedzieć się w gatunku."

"Być reporterem to przede wszystkim szanować drugiego człowieka, cenić prywatność, osobowość oraz wartości, które on wyznaje(...) Dla mnie reporter musi być człowiekiem pokornym i empatycznym."

"Moją ambicją jest napisanie książki, która by zawierała uniwersalne przesłanie"

Ryszard Kapuściński "Autoportret reportera" , Kraków 2003

Podziel się
oceń
0
0

Odszedł Ryszard Kapuściński

wtorek, 23 stycznia 2007 22:57
Zmarł Ryszard Kapuściński. Mieszkał kilka domów dalej. Był dla mnie mistrzem zawodu, jedną z najważniejszych zawodowo osób. W Rzymie fotografowałem wystawę księgarni w centrum miasta, wyłącznie z książkami pana Ryszarda (w galerii obok), fotografowałem z dumą, chciałem mu to zdjęcie wrzucić do skrzynki na listy. Myślałem, żeby to zrobić, za każdym razem kiedy przechodziłem obok... Nie zdążyłem. Na biblioteczce, obok kartki od Tadeusza Różewicza, krótki list od pana Ryszarda po mojej książce o Kafce. Stoi wśród moich najważniejszych akcentów zawodowych. Spotkania na ulicy, nagrania dla radio, spotkanie na warsztatach u Haliny Bortnowskiej, dedykacje w książkach... Czytałem wszystkie. W każdej się zakochiwałem. Zwłaszcza w "Hebanie" i "Herodocie"... To dla mnie smutny, bardzo smutny dzień.


Podziel się
oceń
0
0

Pola

wtorek, 23 stycznia 2007 15:25
Na biurku coraz więcej książek. Codziennie nowe. Dzisiaj przyszła pocztą kolejna, Poli Gojawiczyńskiej "Szybko zapomniane" - jej różne teksty i felietony. Rano była Ania Bolecka, smażyłem omlety, rozmawialiśmy o pisaniu. Później na ten temat też z Martą Fox, telefonicznnie, Marta pisze nową powieść dla młodzieży. Przeżywa męki twórcze. Otwieram Gojawiczyńską z dzisiejszej poczty i na jaki rozdział natrafiam od razu? "Gdy skończę powieść". Dedykuję wszystkim piszącym i czytającym:
"- Pracuję zawsze rano - powiedziałam oschle i nie bez złości, zapytana o proces twórczy. To straszna rzecz, taki intelektualny wywiad w trakcie robiącej się powieści, gdy autor sam nie wie, czy jest sobą, czy tym wszystkim, co tworzy; gdy pokój jego zaludniony jest cieniami, pełen spraw i rozmów, pełen głosów: ani odrobiny miejsca na nic innego z zewnątrz. Zabieram się do pracy, gdy mam już proces twórczy za sobą. Muszę powieść wynosić w sobie, obcować z jej ludźmi aż do ich oczywistego życia, oglądać po wielokroć dzielnicę, dom, mieszkanie, sprzęty, wiedzieć o pracy, zarobkach i potrzebach, znać obyczaje i dzień powszedni, aż po tak inne wydarzenia dnia, które dzieją się z dala od tej rzeczywistości, a są wydarzeniami historycznymi(...) Nie robię notatek, nie kreślę planu. Polegam na wewnętrznym zaangażowaniu się, na pamięci, na wzroku. Mimo to prawie nigdy nie odstępuję od treści i linii zamierzonej książki, od tego, co chcę w niej powiedzieć(...) Myślę zawsze, że pisarz tylko oddaje ludziom to, czym go los obdarzył: swój talent pomnożony przez pracę. Ja natychmiast zapominam, gdy odkładam pióro, że jestem pisarką, i zapominam tak doskonale, że jestem zdziwiona, gdy ktoś o tym pamięta(...) Pracuję systematycznie codziennie, tylko w godzinach rannych, lecz nie pozwalam sobie i w tej drugiej, wolnej połowie dnia na jakieś bardziej absorbujące przeżycie, rozmowy czy zajęcia(...) Skończyłam pisać, odkładam pióro. Lubię żyć. Lubię to wszystko, co daje teatr w dobrej sztuce; to, czym obdarza nas muzyka. Lubię też chodzić przez miasto coraz to nową stroną, innymi drogami, patrzeć na zmienny, płynny, pełen przeobrażeń wygląd ulic i
spokój zamieszkanych już, wykończonych, całkowicie nowych."


Powyżej Marta Fox przy pracy.
Podziel się
oceń
0
0

Dudziak daje czadu, coraz więcej czadu!

poniedziałek, 22 stycznia 2007 18:02
Wczoraj w Teatrze na Woli jazz na absolutnie światowym poziomie! Urszula Dudziak, artystka elektryzująca, charyzmatyczna, dała ponaddwugodzinny koncert wykonując piekielnie trudne kompozycje, w tym "New York Baca" Michała Urbaniaka, należący do żelaznego repertuaru wokalistki. A jednak wczoraj śpiewała go jeszcze inaczej, wprowadzając elektryczne intro budujące omal baśniowy nastrój, później śpiewała  skatem akompaniując samej sobie na akordeonie! Stworzyła porywające show. Właściwie każdym utworem budowała inny nastrój, dramaturgię, ani przez chwilę nie pozwalając widowni na brak zdziwienia. Każde jej wykonanie było niespodzianką, nawet jeśli były to utwory wielokrotnie przez nią wykonywane, jak "Tango" Larry Coryella, który - jestem przekonany - gdyby to wykanie usłyszał komponowałby więcej i wyłącznie dla Uli. "Tango" w jej wykonaniu słyszałem wielokrotnie, ale za każdym razem dodaje innych barw, dzikości, inaczej tonuje, inaczej rozkłada akcenty. Jest to w ogóle jedna z moich ulubionych kompozycji. Nie zabrakło wczoraj tak znakomitych dzieł Michała Urbaniaka jak "Mazurka" czy "Body Rub" ("cokolwiek Michał miał na myśli dając taki tytuł"). I właśnie z muzyką Urbaniaka głos Dudziak wydaje się być najbardziej synchronizowany - pasuje omal organicznie. Artystka tłumaczyła wczoraj, że 20 lat z Urbaniakiem, ich dwie córki, powodują, że jest on wciąż obecny, w każdej jej komórce. Postulowała też założenie Stowarzyszenie Byłych. Między wykonaniami Urszula Dudziak opowiadała o sobie, o swoim życiu, o swojej recepcie na szczęście i młodość ("skończyłam 63 lata, za chwilę będę miała 64!" - mówiła ze sceny). "Tyle mówię między utworami, żeby zrekompensować widowni to, że śpiewam bez słów." Publiczność, mimo że usadzona w teatralnych fotelach, wstawała, widziałem wirujące marynarki, co chwila odzywały się okrzyki: "Brawo!". Właściwie każde z wykonań wzbudzało gorący aplauz. To było one woman show. Dudziak opowiadała anegdoty ze swojego życia. Na przykład tę o prawie nieprzytomnej kobiecie, którą zobaczyła na ulicy. Podeszła do niej, chcąc pomóc. Poczuła odór gorzały, kobieta otworzyła oczy, spojrzała na Dudziak i zaczęła intonować Urszuli najbardziej znany utwór Papaję. Tu-tu-tu-tu-tu, tu-tu-tu-tu-tu, tu-tu-tu-tu-tu-tu Papaya! A kiedy Ula zapytała ją, gdzie mieszka, kobieta śpiewała wskazując na blok w pobliżu: Tu-tu-tu-tu-tu, tu-tu-tu-tu-tu, tu-tu-tu-tu-tu-tu...
Urszula Dudziak występuje z fantastycznym młodym zespołem, w którym każdy jest fascynującym artystą (to naprawdę najwyższy poziom!): Jan Smoczyński - klawisze, akordeon, Artur Lipiński - perkusja, Daniel Biel - bas, Tomasz Krawczyk - gitara. Rozbawiło mnie, kiedy przed jedną z piosenek Urszula mówiła do muzyków: "No, dzieci, gramy. Mamusia dyryguje."
Były też dwie muzyczne niespodzianki. Obie córki Urszuli, Kasia Urbaniak, śpiewająca wczoraj "In Liverpool" z repertuaru Suzanne Vega i Mika Urbaniak z "Define yourself". Kasia dotąd nie śpiewała, ale zdecydowała się towarzyszyć mamie na wczorajszym koncercie. Słyszałem ją wczoraj po raz pierwszy i jestem przekonany, że o niej jeszcze usłyszymy. Ma ciekawy, powiedziałbym "punkowy" głos do trochę ostrzejszego repertuaru. Mika jest już ukształtowaną artystką, i jak napisała w jednym ze swoich felietonów Manuela Gretkowska ma głos, który obezwładnia ból. Nie zabrakło też wspólnego wykonania i to największego hitu Urszuli, czyli "Papai". Wzruszające było, kiedy jej córki śpiewały o tym, że Papaja to piosenka ich życia: "song of our life, the song of Papaya". Ula śpiewała skatem. Widać było, że jest bardzo szczęśliwa. Michał Urbaniak, siedzący na widowni, filmował wszystko. Zabawne było zresztą, kiedy Ula po każdej piosence pytała: "Czy jest już Michał? Nie ma? On się zawsze spóźnia... Całe życie mnie to denerwowało. Nic, może za chwilę przyjdzie." Publiczność krzyczała, bisowała, były owacje na stojąco. Dwie godziny wypełnione energią i wyłącznie pozytywnymi emocjami. Czad i odlot.  Koncert organizowała reprezentująca artystkę Agencja GRAMI. Mi też gra!

Podziel się
oceń
0
0

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  806 758  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości