Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

wiatr pustynny

piątek, 20 listopada 2009 21:51
Słucham przejmującej płyty Renate Jett i wiem, że tak wiele jest tam za słowami. Cieszę się, że przeszliśmy granicę, że odsłoniła przede mną trochę ze swojej biografii i ze swojej duszy, zarówno w tej rozmowie, którą publikuję w "Hotelu Europa", jak i w tej, która niedawno ukazała się w "Wysokich Obcasach". Te dwie rozmowy ze sobą dialogują, współgrają. Coś odkrywają, coś przykrywają, bo dzieli je kilka lat.
Tak chcę się wyciszyć. Te dni to kalejdoskop, w którym barwy zmieniają się, jaśnieją, ciemnieją, weselą się i wyciszają. Chciałbym się wyciszyć. Emocje związane z publikacją książki i praca nad nową powodują, że budzę się w nocy, zdenerwowany, że wszystkiego nie zdążę, że za mało czasu, że za dużo wziąłem sobie na głowę. Ale z drugiej strony, co wybrać, kiedy wszystko mnie interesuje? Mam poczucie, że życie w kalejdoskopie jest pełniejsze od życia zatrzymanego w fotoplastikonie.
Renate śpiewa akurat: and the revolutions starts.
Zaczyna się rewolucja. Zaczyna się każdego dnia.
Kiedy tak dużo się dzieje, szukam poezji. Potrzebuję jej organicznie. Potrzebuję, aby wejść w ten świat między słowami, który nie jest wypowiedziany, więc który jest w ciszy.
O czym myślała Irena Conti pisząc to:

Osuwali się na ziemię poranieni
ścieżki w zieloność zasypywało piaskiem
oczom wymykały się oaza za oazą
jak utracone lata urodzaju
nie spełniona obietnica
pierwszej kropli wzmagała pragnienie
a wiatr pustynny zacierał starannie
drogi powrotu


Tak bardzo nie rozumiałem poezji Ireny, nie wiedząc, kim była naprawdę. Teraz do niej wracam, teraz w niej szukam, opowiadam sobie na nowo jej los, którego nigdy nikomu nie chciała opowiadać, kiedy jak wiatr pustynny zatarła starannie drogi powrotu z Utajonego miasta.

Wiera Gran

czwartek, 19 listopada 2009 20:34
Daty premier wydania moich książek zapisują się w pamięć na trwałe. Powieść "Bądź moim Bogiem" pojawiła się w księgarniach 2 sierpnia 2007 roku. Tego dnia zmarła moja Babcia. Dzisiaj w księgarniach pojawia się "Hotel Europa". Dzisiaj jest druga rocznica śmierci Wiery Gran, której dedykowana była właśnie moja powieść. Tak się losy plączą. Jestem szczęśliwy, że zdążyłem zawieźć "Bądź moim Bogiem" Wierze Gran, we wrześniu 2007 roku, że zdążyłem przeczytać poświęcone Jej fragmenty przy łóżku w Domu Świętego Kazimierza w Paryżu, który był Jej ostatnim adresem. To spotkanie opisałem kiedyś w tekście towarzyszącym płycie "Legendarna Wiera Gran", wydanej przez Polskie Nagrania.
Więc tak się losy plączą.
Posłuchajcie Wiery Gran, bo co możemy zrobić innego, żeby pamiętać?

http://www.youtube.com/watch?v=M502s2tNyJI

Dobrze, że zostają teksty, że zostają piosenki i pewnie jakaś energia po nas zostaje.
Przed chwilą kurier przyniósł nową porcję książek.
Przedstawiam:
Włodzimierz Nowak "Serce narodu koło przystanku"
Jan Ordyński i Henryk Szlajfer "Nie bądźcie moimi sędziami. Rozmowy z Mieczysławem F. Rakowskim"
"20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła".
Już nie mogę się doczekać, kiedy w nie wpadnę. Na razie mam jeszcze dużo, bardzo dużo pracy z książką, nad którą pracuję aktualnie, a którą na razie trzymam w tajemnicy.
I jeszcze na koniec zapis zdarzenia z weekendu. Szedłem do teatru, na zaproszenie znajomej aktorki, wszedłem do kwiaciarni, żeby kupić kwiaty.
Pani, która stała przed mną próbowała skomponować sobie bukiet: "O, i jeszcze ten poproszę" - mówiła wskazując różowy goździk.
"Ten?" - pyta kwiaciarka.
"Ten".
"Jest pani pewna?"
"Tak. A co?"
"A nic... Tylko ja bym tak nie wybrała. To się kupy nie trzyma, ale jak pani chce..."
"Tak, poproszę".
"Niech się pani zastanowi, dodać ten kolor to jest szczyt bezguścia".
"No wie pani, nie znam się na komponowaniu bukietów..."
"To widać, proszę pani... I w ogóle..."
"Co w ogóle?"
"To chce pani ten różowy goździk czy nie?"
"To może tamten, poproszę..."
"Tamten? Cu-dow-nie! To dopiero szczyt kiczu... To jest proszę pani koszmar, a nie gust. Oczywiście, ja go pani mogę dołożyć, klient nasz pan, że nie ma gustu, trudno, nie będę z tym dyskutować, ale jak pani chce..."
"A co pani proponuje?"
"Teraz mam proponować? Trzeba było wcześniej. Pytałam, za ile ten bukiet. Mnie się podaje cenę, a ja robię jak umiem. A gust, z przeproszeniem, mam. Teraz to ja już nie wiem, co tu można dołożyć, jak pani ten wiecheć sobie skomponowała. Nie daj Boże, chce go pani jeszcze komuś dać..."
"No, tak..."
"O, Boże"
"Słucham?"
"Do Boga wzdycham, niech się pani przyzwyczai, bo ten, kto ten wiecheć dostanie, zrobi to samo..."
"To co ja mam zrobić?"
"Teraz to się nad tymi kwiatami można tylko rozpłakać".


(Wiera Gran 1916-2007)

Hotel Europa już jest!

środa, 18 listopada 2009 17:43
"Hotel Europa" (wyd. Prószyński i S-ka) już jest. Nie jest to moja pierwsza książka, ale za każdym razem ciekawość egzemplarza jest wielka, a radość dziecięca. Kiedy przyjechały do domu paczki i zacząłem je rozpakowywać, poczułem się znów odświętnie. Marta pyta: "Pogłaskałeś książkę? I jaka jest, kiedy głaszczesz?"
Pogłaskałem.
Od jutra książka powinna być w księgarniach w całej Polsce. Teraz już nie jest moja, nic ode mnie nie zależy. Zrobiłem, co mogłem i co umiałem. Napisałem najlepiej, jak umiałem. Teraz wędruje do czytelników. Oby znaleźli w niej tyle samo radości.
Myślę o tych wszystkich światach, które spotkały się w pokojach Hotelu Europa. O opowieściach, które są bolesne i radosne, które walczą i się wyciszają. Tyle w nich sprzeczności, tyle w nich wszystkiego, co składa się na biografie.
Cieszę się, że Wydawca pozwolił mi nadać tej książce kształt, jaki sobie wymyśliłem, że pozwolił mi po rozmowie z Niką Strzemińską opublikować tekst o jej rodzicach, Katarzynie Kobro i Władysławie Strzemińskim, że czasem pozwolił mi zamieścić kilka rozmów z tą samą postacią, np. Anna Bolecka, Andrzej Seweryn, Ingmar Villqist.
Mnie samemu zależało, żeby ta książka miała dwie płaszczyzny - opowiadała o jej bohaterach i traktowała o dziennikarstwie, o zawodzie dziennikarza. Do każdej z rozmów napisałem komentarz traktujący o zawodzie i warsztacie dziennikarza.
Teraz książka wędruje do księgarń, a potem na biurka, parapety, do bibliotek i biblioteczek.
Już nie mam na nią wpływu.
Przed chwilą kurier zabrał egzemplarz dla Rodziców, chciałem, żeby dotarł do nich jak najszybciej.
Książkę zadedykowałem pani Zofii Janikowskiej, która w Starogardzie Gdańskim prowadziła księgarnię Atena i salon pisarzy. Dzisiaj ta księgarnia, ten dom książek i pisarzy już nie istnieje. Dlatego chciałem, żeby pozostał nadal, chciałem utrwalić piękną działalność Soni, i podziękować za nią. Księgarnia Atena w Starogardzie Gdańskim była pierwszym miejscem, w którym prowadziłem rozmowy z pisarzami - spotkania autorskie. Tak naprawdę to właśnie tam uczyłem się pytać. A przyjeżdżali wtedy do nas Stefan Chwin, Paweł Hulle, Aleksander Jurewicz, Anna Bolecka, Agata Tuszyńska, Stanisława Zawiszanka, Antoni Libera, prof. Maria Szyszkowska. Długo by można o tym pięknym, bogatym literacko i duchowo miejscu opowiadać.
Dzisiaj w miejscu Ateny jest sklep odzieżowy. Nie miałem odwagi wejść do środka, kiedy ostatnim razem odwiedziłem Starogard.
"Hotel Europa" dedykowany jest Zofii Janikowskiej. Chciałem, żeby Sonia zamieszkała w tej książce.

Rewers

poniedziałek, 16 listopada 2009 23:50
Przede wszystkim urodziny mojej specjalnej agentki, Scully, Agaty, której dzisiaj śpiewam nie tylko "That's What Friends Are For" ale również "Teach Me Tiger". Wszystkiego pięknego, zielonego (bo agencja GreenLight) i niech się spełnia, nawet, kiedy pełnia!

Prowadziłem dzisiaj w "Gazeta Cafe" spotkanie z Borysem Lankoszem, reżyserem i Andrzejem Bartem, scenarzystą filmu "Rewers". To było istne oblężenie. Wiele osób w ogóle nie dostało się na to spotkanie. Nie tylko sala, w której się odbywało był dosłownie wypełniona po brzegi, wiele osób siedziało na podłodze, ale i sala obok, w której publiczność słuchała z głośnika była wypełniona tak, że nie sposób przejść. Dla wielu osób była to nie tylko okazja do spotkania z twórcami obsypanego nagrodami filmu ale i obejrzenia go, bo "Gazeta" pokazywała kopię "Rewersu" tuż po spotkaniu.
Podjeżdżając do "Gazety" zauważyłem dosłownie tłumy na ulicy Czerskiej, która nie jest specjalnie uczęszczaną ulicą Warszawy. Mówię do taksówkarza: "O, Boże, a co tu się stało?" Do głowy mi nie przyszło, że ci wszyscy ludzie idą na projekcję filmu Lankosza. Kiedy wchodziłem do "Gazety" była 18.20, spotkanie zaczynało się o 19.00, a już właściwie nie było można wejść do środka. Spotkałem znajomych, którzy zrezygnowali z próby dostania się i postanowili od razu pojechać do kina.

"Rewers" obejrzałem wczoraj, w kinie Atlantic, na pokazie o 12.30, było trzy czwarte sali. Publiczność i młodsza i starsza, pamiętająca czasy stalinowskie. Reakcje widzów znakomite. Mnie film zachwycił. Dawno już nie widziałem polskiego filmu, który by mnie tak zauroczył, dosłownie od pierwszej do ostatniej sceny. Wybitny scenariusz Andrzeja Barta, autora głośnej powieści "Fabryka muchołapek", nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia i NIKE, więcej niż znakomite role Agaty Buzek (w końcu rola na miarę jej niezwykłego talentu), Krystyny Jandy (znowu zupełnie innej), Anny Polony (oby więcej propozycji filmowych dla tej wybitnej aktorki), Marcina Dorocińskiego (gra samego, wcielonego diabła), Adama Woronowicza (jedna z najkomiczniejszych scen w filmie, aktor wybitnie wszechstronny). Poetyckie stylizowane czarno-białe zdjęcia Marcina Koszałki. Ale przecież i wspaniała ścieżka dźwiękowa Włodka Pawlika. Film Borysa Lankosza precyzyjny, dopracowany, dopieszczony. Lata stalinowskie opowiedziane z dystansem, z poczuciem humoru. Film, który jest hołdem dla kina i dla jego twórców. To trzeba zobaczyć.
Niezdecydowani mogą posłuchać naszego dzisiejszego spotkania w "Gazecie" tutaj:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7260567.html



Jest nadzieja w polskim kinie.
W ostatnich latach choćby "Boisko bezdomnych" Kasi Adamik, "0_1_0" Piotra Łazarkiewicza (już na dvd), "Zero" Pawła Borowskiego. Nowoczesne filmy, otwarte głowy bez kompleksów.
Jest nadzieja.

PS A Borys Lankosz przymierza się do sfilmowania powieści Andrzeja Barta "Fabryka muchołapek", o której tu wielokrotnie pisałem, powieści, która opowiada o tragicznej postaci Chaima Rumkowskiego, "władcy" łódzkiego getta, który jak opowiada legenda pojechał do Auschwitz salonką.  Wydawnictwo WAB, które wydało tę powieść opublikowało ostatnio również "Rewers" w formie noweli filmowej.


Pracownia

sobota, 14 listopada 2009 9:29
Za chwilę biegnę na zajęcia ze studentami. Dzisiaj o panu Ryszardzie Kapuścińskim, więc z przyjemnością czytałem wczoraj po raz kolejny mojego ulubionego "Cesarza". Za każdym razem zachwyt dla warsztatu reportera, dla słownika, jaki wykreował do tej książki sięgając do słownictwa staropolskiego, do dawnej poezji. Jak wiele książek trzeba w sobie nosić, żeby napisać taką jedną? Tajemnica tytanicznej pracy i pokory człowieka, który pracuje w słowie, który szuka klucza, który całkowicie oddaje się pisaniu.
I choć byłem na pogrzebie pana Ryszarda, chociaż odwiedzam jego grób zostawiając na nim jednorazowe długopisy, to przechodząc obok jego domu zawsze patrzę, czy jest zapalone światło w pracowni. Pani Alicja Kapuścińska mówiła mi kiedyś, że jeden z sąsiadów poprosił ją, aby czasem zapalała tam światło. Bo wszyscy przyzwyczailiśmy się patrzeć, czy to światło jest. To znaczy, że pan Ryszard pracuje. Latem siadywał na tarasie, zaczytany. Kochał swój taras i patrzył z niego na dach niżej, na którym wylegiwały się trzy koty, które chętnie fotografował. Ostatnio przychodzą tylko dwa. Jeden gdzieś zaginął.
W pracowni pana Kapuścińskiego wszystko tak, jakby wstał od biurka. Ostatnio, podczas wizyty Alaina Mabanckou w Warszawie, którego zaprowadziłem do tego atelier, szukaliśmy z panią Alicją fotografii dłoni podpisujących książkę, która oparta była o maszynę do pisania.
Przedmioty są, żyją, przemieszczają się. Przecież jest coś w tym, że raz odsłania się wzrokowi zapisana odręcznie notatka przypięta pinezką do biblioteczki, innym razem zdjęcie przy stole z Salmanem Rushdim w środkowym jej miejscu, a jeszcze innym telegram od Wisławy Szymborskiej.
Lubię zajrzeć do swojej szuflady, w której ukryte są różne skarby, choćby tabliczka z nazwiskiem dziadka, zdjęta z drzwi domu, który spłonął.
Świat, w którym jesteśmy, energia, którą zostawiamy, żyje dłużej niż my. I to też jest optymistyczne.
Dobrego dnia. Może uda mi się tu jeszcze zajrzeć.
 

Wyrok

środa, 11 listopada 2009 20:06
Zbieram energię, bo od jutra znów wir. Jutro wieczorem premiera spektaklu "I'm Sorry" w reżyserii Olgi Chajdas na podstawie tekstów Zbigniewa Hołdysa "I'm Sorry" i "Pif, paf, jesteś trup" Williama Mastrosimone'a, w nowym edukacyjnym projekcie Teatru Na Woli skierowanym do młodzieży. Ten spektakl porusza problem agresji i fali samobójstw w polskich szkołach. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że każdego roku samobójstwo popełnia w Polsce 30 do 46 osób między 10 a 14 rokiem życia. Wśród uczniów w wieku 15 - 19 lat jest od 267 do 285 przypadków rocznie (dane z lat 2000-2005). W latach 1991 - 2005 odnotowano 16 przypadków samobójstw dzieci między 7 a 9 rokiem życia. To jest problem i trzeba o nim z młodzieżą rozmawiać. Na jutrzejszy spektakl przyjdą nauczyciele i dyrektorzy szkół. Po spektaklu spotka się z nimi Zbigniew Hołdys.
Chcemy w Teatrze Na Woli realizować dojrzałe spektakle dla młodzieży, mówiące ich językiem, i traktujące o ich problemach. Spektakl "I'm Sorry" grają bardzo młodzi aktorzy, stawiający w zawodzie pierwsze kroki, absolwenci Szkoły Haliny i Jana Machulskich, którzy przygotowali ten spektakl na swój dyplom. W planach są kolejne tytuły, o których na razie jeszcze nie mogę mówić.
Czuję, że to jest ważne i potrzebne.
Trzeba rozmawiać. Trzeba do młodych ludzi kierować poważną ofertę kulturalną. Trzeba nawiązywać dialog.

Zbieram energię, ale to nie jest łatwe. Kolejna wiadomość o śmierci bliskiej osoby kogoś, z kim jestem bardzo zaprzyjaźniony. Tak bardzo nie wiadomo, jak się zachować, co powiedzieć.

Dzisiaj Święto Niepodległosi, a ja zaczytany po uszy w powieści Tahar Ben Jellouna "To oślepiające nieobecne światło". Wybrałem intuicyjnie, a właściwie jest najodpowiedniejsza lektura na ten dzień. Choć bardzo okrutna, czytam, chociaż wolałbym jak najszybciej skończyć, bo opowiada prawdziwy koszmar. To zdarzyło się naprawdę. Bohaterem powieści jest więzień tajnego więzienia w Maroku. Został skazany za udział w zamachu na króla.
Ojciec zamachowca, który prawdę mówiąc nie interesował się rodziną i nie dbał o dzieci, pracował dla władcy, czytał mu poezje.
Kiedy dowiaduje się o czynie swojego syna spotyka się z królem i to, co mówi to jest właściwie jak z "Wyroku" Franza Kafki:
"Dwadzieścia siedem lat temu Bóg dał mi syna. Proszę Boga, aby wziął go z powrotem. Niech wezwie go do siebie i wtrąci do piekła(...) Przeklinam go, wystawiam na wieczne zapomnienie, odbieram mu moje nazwisko, wrzucam do fosy z nieczystościami, żeby szczury i wściekłe psy wyrwały mu serce, oczy, wątrobę, rozerwały go na kawałki".
Ojciec z "Wyroku" Kafki skazywał syna na śmierć przez utopienie.
Syn królewskiego sługi z powieści "To oślepiające nieobecne światło" zastanawia się: "kogo tak naprawdę chciałem zabić, wtedy gdy przybyłem z innymi kadetami do letniego pałacu - króla czy ojca?"
Został osadzony w celi wielkości grobu. Pod ziemią, bez światła. Opowiada osiemnaście lat spędzonych w grobowej celi pod ziemią. Opowiada o konieczności wyzbycia się wspomnień, jeśli chce się przetrwać, o chorobach, które mordują ciało i umysł. Skazani nie mają prawa do leczenia, więc choroba po prostu jest. O tym, że każdy ze skazanych staje się numerem. Niektórzy sami wyznaczają sobie funkcje. Jeden z nich na przykład postanowił być kalendarzem i zegarkiem. Po prostu stał się czasem. Wieczna ciemność, brak kontaktu ze światem wewnętrznym, twardy chleb i makaron bez oliwy i jakichkolwiek przypraw, codziennie, przez osiemnaście lat. I zgadywanie, co jest za celą. Jaki świat? Zgadywanie, jak zaplanowano tę torturę? Kto oblicza, jaką porcję makaronu należy podać nie aby wyżywić, ale aby utrzymać przy życiu jak najdłużej. Kto planuje to powolne zabijanie? "Nadejdzie dzień, kiedy pozbędę się nienawiści, kiedy będę wreszcie wolny i opowiem o wszystkim, co przeżyłem".
Ta opowieść jest efektem tamtego życzenia.
Powieść dostała nagrodę IMPAC. W uzasadnieniu podano: "Arcydzieło, które pokazuje - a udaje się to tylko nielicznym książkom - co powinno być celem literatury". "L'Express" pisał: "Wyobraźnia w walce z barbarzyństwem. Literatura jako ostateczna forma wolności".
Powieść ukazała się nakładem mojego ulubionego Karakteru, a znakomicie ją przełożyła Małgorzata Szczurek.
Nie wiem, dlaczego zanurzyłem się w tej powieści. Nie wiem, dlaczego nie wybrałem czegoś, co byłoby mniej bolesne.
Czytam.



PS Opracowanie graficzne książek z Karakteru jest naprawdę wyjątkowe, powoduje, że każdą z tych książek chce się mieć i na nią patrzeć. Autorem tych opracowań jest Przemek Dębowski.

Kino według Zygmunta Kałużyńskiego

niedziela, 08 listopada 2009 20:18
Ach, ten pan Zygmunt.

"Na przykład wielkim mistrzem, o którym ciągle się czytało, pisało i brzęczało, był niejaki Ingmar Bergman, szwedzki reżyser, który nakręcił ze czterdzieście filmów. Nie było roku, żeby dwóch rzeczy nie natłukł. Dziś, kiedy się ogląda te jego kawałki, to szczęka opada. Jakie to puste! Nic tam nie ma. To jest drętwy teatr, który nawet jako teatr jest lichy. Podejście, że film jest sztuką, spowodowało, że szanowano tylko jego wybrane elementy".

"TR: A nie miał pan takich myśli, że chodzenie do kina i spędzanie tylu godzin w ciemnościach to jest podkradanie godzin z pana własnego życia? Że kino coś panu zabiera, a nie tylko daje?
ZK: Przeciwnie, to były najlepsze godziny mojego życia. Kiedy wychodziłem z kina i znów widziałem moją ulicę, wracałem na mój barłóg, to czułem, jak serce mi się ściskało, czułem się przygnębiony, musiałem przez jakiś czas przyzwyczajać się, że znów wracam do tej smutnej szarzyzny.
TR: Czyli pan nie tyle chodził do kina, co uciekał do kina?
ZK: Tak, to bardzo dobre określenie. Psychoanalitycy nazywają to ewazją i traktują nawet jako zagrożenie dla życia psychicznego(...) Znajdowaliśmy się na tej ciemnej sali w niezwykłej sytuacji - mianowicie każdy był sam i każdy był w społeczności, wśród innych. Ja w moim fotelu, zahipnotyzowany ekranem, byłem zdany na siebie samego i na swoje emocje. Ale zdawałem sobie sprawę z tego, że wokół mnie są ludzie(...) Prawdziwy maniak do kina chodzi sam(...) Ja nigdy nikogo do kina nie zapraszałem, to by mi okropnie przeszkadzało. Nie można wykonywać psychoanalizy we dwoje. Ekran i to, co się na nim dzieje, wciąga do tego stopnia, że ożywia tę część naszego umysłu, która nazywa się podświadomością. To samo jest zadaniem psychoanalityka, który każe nam wyciągnąć się na kozetce i mówić, co nam przyjdzie do głowy, licząc na to, że z tego bełkotu wyciągnie wnioski i wydobędzie je na światło dzienne(...) Kino demoralizuje - to prawda. Z tym, że to się szelenie opłaca, więc siadając w ciemnościach w fotelu, poddawałem się psychoanalizie(...) Każde dobre kino jest psychoanalityczne".

(Zygmunt Kałużyński, Tomasz Raczek "Alfabet na cztery ręce", Instytut Wydawniczy Latarnik, 2009)

Dwa dni z Zygmuntem Kałużyńskim

sobota, 07 listopada 2009 12:45
Jak ten czas goni, tak trzeba go teraz wydrapywać na czytanie. Na razie korzystam z wolnego południa, chcę żeby chociaż przez godzinę, dwie płynął wolno. Filiżanka cappucino i już dużo lepiej.
Kilka dni temu obejrzałem film, o którym wciąż myślę. To nominowany do Oskarów 2008 i do Złotych Globów "Miłość Larsa" w reżyserii Craiga Gillespiego. Oryginalny tytuł to: "Lars And The Real Girl". Nieoczywista opowieść o miłości młodego mężczyzny z małego bliżej nieokreślonego prowincjonalnego amerykańskiego miasta do lalki, którą zakupił w internecie. Lalka ma rozmiar prawdziwej kobiety, ma być spełnieniem męskich marzeń, dla niego wcale nie seksualnych. To, co w tym filmie nadzwyczajne to pokazanie tego małomiasteczkowego środowiska nie tylko jako grupy wsparcia, ale jako mechanizmu uzdrawiającego chorobę mentalną faceta. To w gruncie rzeczy też opowieść o bezwarunkowej tolerancji, a nie o jej granicach. I właśnie to w tym filmie wydaje mi się wartością szczególną. Film jest nie tylko znakomicie opowiedziany ale i zagrany, a Ryan Gosling w roli tytułowego Larsa to zupełne odkrycie. Nie znałem tego aktora. Zachwycił mnie omal od pierwszej sceny.
Na uwagę zasługuje też Patricia Clarkson w roli lekarki, psychologa, która uzdrawiając lalkę, właściwie odmienia też zakochanego w Biance (tak nazywa się lalka) faceta. Patricii Clarkson przyglądam się od dawna, ale ostatnio właśnie drugo- i trzecioplanowymi rolami zapada w pamięć. Zagrała w ostatnich latach w "Vicky Christina Barcelona", czy "Elegia", o której ostatnio pisałem. Pojawiła się też w jednym z moich ukochanych filmów "Dróżniku", też tu o nim kiedyś pisałem. A może jeszcze na swoim poprzednim blogu.
Wczoraj, kiedy już późnym wieczorem wróciłem do domu, włączyłem film dokumentalny Tomasza Raczka i Jana Sosińskiego "Zygmunt Kałużyński. Pół życia w ciemnościach". Film ten jest dodatkiem do książki Zygmunta Kałużyńskiego i Tomasza Raczka "Alfabet na cztery ręce", jaka się właśnie ukazała. Bardzo polecam ten pakiet. Książka jest zapisem rozmów, jakie Tomasz Raczek nagrywał w ostatnich miesiącach życia pana Zygmunta Kałużyńskiego i jakie zdecydował się opublikować dopiero teraz, pięć lat od śmierci krytyka. Czytam tę książkę z zapartym tchem. Przypomina mi inny, iskrzący wywiad-rzekę, to znaczy "Wańkowicz krzepi" Melchiora Wańkowicza i Krzysztofa Kąkolewskiego. Podobnie dowcipna, sporna, zapalna. Jedna i druga jest rozmową z mistrzem zawodu. W obu też książkach rozmowa przechyla się raz w stronę jednego bohatera, raz drugiego i staje się właściwie dialogiem, w którym obie strony chcą się czegoś o sobie dowiedzieć. Wpisuję "Alfabet na cztery ręce" na listę lektur dla studentów uczestniczących w moich zajęciach z "kultury wywiadu".
Wzruszający jest Wstęp Tomasza Raczka, którego Zygmunt Kałużyński, o czym mówi i w filmie i w książce, traktuje jako swojego prawdziwego przyjaciela. Tyle, że w filmie oczy mu iskrzą, głos się łamie, uśmiech rozszerza, czoło marszczy, a to nie jest w stanie niczego ukryć, to odsłania, że Tomasz Raczek był dla pana Zygmunta właściwie najbliższą rodziną.
Pisze Tomasz Raczek: "Na parę tygodni przed ostatnim wyjazdem do szpitala gramofon u Zygmunta został wyłączony z prądu. Definitywnie. Wtyczka leżała daleko odrzucona od gniazdka. Nie słuchasz już muzyki? - spytałem. Nie mogę - odpowiedział - muzyka jest sztuką tak drobiazgowo wykalkulowaną, że wymaga najwyższego skupienia, a ja już nie mogę się skupić".
I mogę prawie ułyszeć ton pana Zygmunta, tak pełnego energii, tutaj już zgaszonego. Książka przedstawia oczywiście całe bogactwo myśli Zygmunta Kałużyńskiego. Jego oryginalne i często niepopularne poglądy, które mogą jątrzyć, są jak kij wbity w mrowisko. Na przykład pogląda o Czesławie Miłoszu: "Jego cała twórczość jest dla mnie dokumentem dezercji z tragicznych czasów, gdzie inni jednak starali się dotrwać do końca na miejscu, gdzie umieścił ich los, sytuacja, najbliższe otoczenie".
Najpiękniejsze są oczywiście te fragmenty, w których mówi o swojej miłości do kina. "Chodzę do kina dlatego, żeby uciec od mojego życia. Kiedy zasiadamy w sali kinowej, zawsze mamy nadzieję, że wejdziemy w inny świat".
"Uważam, że nie ma filmu tak złego, żeby nie było w nim pół minuty wartej zobaczenia".
Będę do tej książki tutaj na pewno wracał, bo chcę przeczytać niektóre fragmenty raz jeszcze. Usłyszeć pana Zygmunta. Dlatego też wczoraj wieczorem zobaczyłem ten dołączony do książki dokument, nakręcony w zagraconym mieszkaniu na Wilczej, pełnym papierów, zakurzonych bibelotów, zaśniedziałej porcelany. Pan Zygmunt, jak chłopiec, pokazuje przed kamerą z prawdziwą dumą swoje trofea - reprodukcje słynnych obrazów, włącza adapter ustawiając płyty prezentujące muzykę klasyczną i muzyczną awangardę. Film lekki, dowcipny, zrobiony z przymrużeniem oka, wypełniony animacjami tańczącej Marilyn Monroe, czy Rity Hayworth ze słynną sceną streaptisu - zdejmowania rękawiczki!
Ulubiona scena filmowa pana Zygmunta, o której mówi: z "Pół żartem, pół serio", kiedy Marilyn Monroe jako nasza rodaczka Kowalczyk idzie peronem i podchodzi do lokomotywy, która puszcza parę, taki wybuch dymu, uderzający w Monroe. Omal ze łzami w oczach pan Zygmunt mówi, że mógłby tę scenę oglądać bez końca.
Fantastyczna scena, w której pan Zygmunt ogląda fragment filmu Morgensterna "Do widzenia do jutra", w którym Teresa Tuszyńska mówi głosem żony pana Zygmunta, amerykańskiej aktorki, Elinor Griswold.
Film pełen oddechu, poczucia humoru i przez to poruszający.



zachowaj ten świat

środa, 04 listopada 2009 20:20
Słucham właśnie, chyba po raz trzeci, nowego dwupłytowego albumu Urszuli Dudziak "Urszula Dudziak Superband Jazz Cafe Live" wydanego przez EMI Music Poland. Re-wel-ka! Bardzo energetyczne brzmienia, klimatyczny koncert, nieokiełznany głos Urszuli i ekstremalna kapela! Pomimo że na albumie w większości są utwory, które mam na innych krążkach, jak "Krakus", "Tango", "Body Rub", "N.Y. Baca" i najsłynniejszy z nich "Papaya", to tutaj brzmią zupełnie inaczej. A już mistrzostwem świata są interpretacje muzyki Chopina "Preludium e-moll" i "Walc Minutowy", oba w opracowaniu Jana Smoczyńskiego. Cieszę się też z tych utworów, których dotąd nie miałem, czyli "Sparrows" i "Zomar Land".
To zapis koncertu z Jazz Cafe Łomianki z maja 2008 roku.
Więcej niż gorąco tę płytę polecam. I do domu, i do samochodu. Naprawdę ma moc i potrafi rozhuśtać. Świetny prezent na Święta, a przecież już za chwilę.
Więc słucham i słucham szczęśliwy, że moja dyskografia Urszuli się powiększa.
Rozbawiło mnie tylko w metrykach utworów "słowa: brak" przy każdym z nich. Urszula żartowała kiedyś, że Filipińczycy, którzy pokochali jej "Papayę" i wymyślili nawet taki taniec, myśleli, że śpiewa "Papayę"... po polsku.

Pisałem wczoraj o spotkaniu z panem Romanem Gutkiem. Zapisu tego spotkania można już posłuchać tutaj:

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95158,7218671,Roman_Gutek_w_Gazeta_Cafe__Posluchaj_relacji.html

Muszę sobie dzisiaj sporządzić taką listę zadań i obowiązków do końca roku, bo coraz ich więcej. A lubię wszystko rozplanować. Mój zeszyt notatek do spotkań się zapełnia. Rozbawił mnie wczoraj pan Gutek, który po kolejnym moim pytaniu, zapytał: "A dużo ma pan jeszcze tych notatek". Bo ten zeszyt to moje prywatne archiwum X.
Daje mi poczucie bezpieczeństwa na spotkaniach, że gdybym nagle miał "blank", czyli nagle nie wiem, gdzie jestem, co dalej, zawsze mam w co zerknąć. Rozmawiam bez planu, ale swoją porcję notatek muszę mieć jako zabezpieczenie. A to naprawdę czasem się zdarza, rzadko, ale się zdarza nagle mieć pustkę.

Czytam w tych dniach wiersze Ireny Conti, czytam je na nowo, po latach, na nowo, szukając innych, ukrytych sensów i zwierzeń. Kiedyś wydawało mi się, że je rozumiem, a nie rozumiałem wcale. Teraz czytam i rozumiem więcej. Teraz, kiedy wiem, że Irena schowała się w sobie.

Irena Conti di Mauro

Spotkali się po latach
tak jakby to było wczoraj
a to już jutro
Ktoś z nich wypisał na murze
"Boże zachowaj ten świat"
W Jego to było rękach
czy może pozwolili mu odejść
sami

*

Tylko rękom zawierzam
to czego słowami dopowiedzieć
nie potrafię

Ręce - dwie kobiety matki
rozpalają ogień
kroją chleb
i drżące otwierają
listy

Tylko rękom spowiadam się
z każdego oddechu
niczego nie odejmując
z nasycenia

Ręce - dwie kobiety kochanki
spragnione ptaki
nad rzeką obfitości
posuwają się chwiejnie
wzdłuż brzegów twoich warg
nieporadne potykają się
przed otwartą bramą
raju

Tylko rękom strach mój
donoszę
w całości

Ręce - dwie kobiety dziewczynki
przerażone przytrzymują
twoje ręce kiedy nadchodzi
burza

(z tomu "Cztery pory pieśni nieustającej. Wiersze włoskie", Czytelnik 1998)

oderwać stopy od ziemi

wtorek, 03 listopada 2009 22:17
Wróciłem z Gazety, gdzie prowadziłem spotkanie z panem Romanem Gutkiem z okazji 15-lecia firmy Gutek Film. Co za biografia i osiągnięcia! Mam nadzieję, że pan Gutek kiedyś opisze to wszystko, co mu się przytrafiło. Wzruszająca opowieść o tym, jak zaprosił do Polski starego już i schorowanego Michelangelo Antonioniego i jak zobaczył w nim chłopca. Antonioni szalał w Łazienkach jeżdżąc meleksem, o północy zażyczył sobie wyjścia do klubu i kiedy się tam pojawił zdziwili się wszyscy bawiący się młodzi. Przypomniałem sobie jedną z historyjek z powieści Fannie Flagg "Nie mogę się doczekać... kiedy wreszcie pójdę do Nieba". Bohaterka, ciotka Elner szacowana na lat 87, a w rzeczywistości dobiegająca setki, wsiada do traka i wyrusza w podróż. Jej siostrzenica zdumiona pyta po powrocie: dlaczego w tym wieku pozwoliła sobie na taką niebezpieczną dla niej wyprawę ciężarówką. Ciotka Elner odpowiada: "Właśnie dlatego, że to może być ostatnia podróż trakiem. Taka okazja może mi się więcej nie trafić".
I mnie się ta filozofia szalenie podoba.
Nie wiem, dlaczego akurat to skojarzyło mi się z Antonionim. Chciałbym to zobaczyć, jak jeździ meleksem parkowymi alejkami.
Obym miał kiedyś i taką siłę i taką fantazję, jeżeli dane mi będzie dożyć takiego wieku.

Dzisiaj pogrzeb Ireny Conti di Mauro, na którym nie mogłem być.
Dla niej przepiszę jeden z moich ulubionych Jej wierszy. Teraz, kiedy wiem o Niej więcej, ile więcej w nich czytam. Teraz zatrzymują mnie bardziej takie wersy, jak ten o podwójnym imieniu.

Irena Conti di Mauro

Niepotrzebnie piszecie
takie smutne wiersze -
mówią zaniepokojeni
i ufnie czekają
na wyczerpującą odpowiedź
i ja nieprzyzwoicie radosna z powołania
i jakże niewesoła w pisaniu
mogę tylko tyle powiedzieć
we własnym podwójnym imieniu

Najpierw - wybaczcie - z uśmieszkiem
życzliwej ironii a potem
już zupełnie na serio:

A więc poezja nie jest
damą do towarzystwa
na odciętej od świata wyspie
ani gazem rozweselającym
rozpisanym na strofy wiersza

Jej życiorys układa się powtarzalnie
od odciętej pępowiny
do zatrzaśnięcia wieka
Rodzi się z człowiekiem
i z człowiekiem umiera
Idzie za nim krok za krokiem
i wbrew powszechnym przekonaniom
jest właśnie prozą codzienności
to znaczy:

Staruszką gramolącą się do tramwaju -
kulawym psem wyrzuconym z samochodu
na pierwszym postoju
nie napisanym listem
milczącym telefonem
pustym nakryciem
nie tylko przy wigilijnym stole
łóżkiem szpitalnym na białej granicy
piekła i raju
marszem codziennym przez dolinę płaczu
bez laski ślepca krzykliwej bielą
nasłuchiwaniem serca
dotykiem wyciągniętej dłoni
dobrym spojrzeniem na drugiego
smutkiem jego smutku
radością jego radości
kawalkadą obłoków
cwałujących do słońca
kiedy stopy odrywają się od ziemi
i rozpoczyna się podróż
do wielkiego zakochania...

Więc może warto pisać dalej
niepotrzebnie smutne
potrzebne wiersze

(z tomu "Cztery pory pieśni nieustającej. Wiersze włoskie", Czytelnik 1998)

sobota, 21 listopada 2009

Licznik odwiedzin: 508318

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran i ukazującej się właśnie "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009). Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI