Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Terminator

wtorek, 09 lutego 2010 23:02
Dzisiaj będzie z nazwiskiem.
Są takie dni, kiedy zbierają się wspomnienia, i nie wiadomo, skąd przyszły i dlaczego akurat teraz.
Ktoś powiedział, że młodzi dziennikarze chcą od razu wszystkiego, że są zbuntowani i uważają siebie za nie wiadomo kogo. Przypomniałem sobie siebie, na początku zawodu. Początek był wcześnie, bo zaczęło się od gazetki szkolnej w starogardzkim ogólniaku i pamiętam, że od razu smażyłem tam zbuntowane teksty a potem bałem się spojrzeć w oczy nauczycielom, którym i tak zawsze bałem się spojrzeć w oczy.
Jeszcze w liceum była lokalna "Gazeta Kociewska" i stała współpraca z gdańskim "Głosem Wybrzeża", już nie istnieje. Pisałem korespondencje ze Starogardu i byłem strasznie dumny, że drukuje mnie gazeta, którą pies w pysku niósł (ten z piosenki Czerwonych Gitar).
A potem przyjechałem na studia i akurat redakcja "Faktów" TVN ogłosiła konkurs na stażystów. Zgłosiłem się. Stanąłem przed komisją: Tomasz Lis, Grzegorz Miecugow, Mariusz Walter i Grzegorz Miecugow zapytał mnie, skąd mam taki wschodni akcent, a ja jeszcze nie rozumiałem, że to po prostu zgryźliwość, że nie mówię do końca poprawnie.
Ale jakimś cudem,  z ogromnej kolejki kandydatów na staż do "Faktów" przyjęto kilka osób. Nie wszystkich pamiętam, ale pamiętam, że wybrano też Grześka Chodkowskiego z mojego roku na studiach (obecnie dziennikarz sportowy TVP), Angelikę Kuźniak (autorka książki "Marlene"), Olimpię Górską (prowadzi programy informacyjne TVP). Redakcja "Faktów" mieściła się jeszcze w starym budynku TVN na Augustówka. Uczyliśmy się fachu, jeździliśmy nagrywać wypowiedzi, tak zwane setki, do wieczornych newsów, pod którymi oczywiście podpisywali się inni. I tak uczyłem się, jak zadawać szybko pytania, jak zdobywać wypowiedź polityka itd. Ale czułem się tam kompletnie bezosobowo i mówiąc delikatnie dostałem w kość i czułem się tam nikim. Po jakimś czasie, dwóch, może trzech miesiącach pomyślałem, że skoro już tu jestem chwilę, to może powinni mi zacząć płacić, przecież pracuję jak inni, od porannego kolegium do wieczornego wydania, nagrywam te setki, pomagam je zmontować... Akurat ukazało się w "Kulturze" u Jerzego Giedroycia kilka moich tekstów i zabrałem je w papierowej teczce, poszedłem na rozmowę do ówczesnego szefa faktów Grzegorza Miecugowa, położyłem teczkę na biurku i powiedziałem: "To dowód na to, że też mam jakieś nazwisko". Otworzył teczkę zdziwiony, zajrzał w tekst i powiedział: "Dziękuję, Remigiuszu Grzelo" i pamiętam jak zaakcentował dobitnie moje nazwisko. Zapytałem, czy teraz mógłbym otrzymywać jakieś honoraria. "A do czego potrzebne ci są pieniądze, Remigiuszu Grzelo?" - zapytał. A przecież byłem na studiach i były mi potrzebne. Wyszedłem i zdaje się już nie wróciłem. Z tamtego stażu w "Faktach" pamiętam jeszcze, jak pierwszego dnia miałem jechać "na materiał" z Markiem Nowickim. "Stażysta u nas nosi statyw" - powiedział. Więc poczułem się jak ten statyw i już się nie odezwałem.
I myślę sobie, że czasem kompletnie dając taką szkołę nie uświadamiamy sobie, mówię tak, bo sam już uczę, jak takie słowa mogą głęboko zapaść, jaką mogą być drzazgą. Ale w sumie to mnie tylko jeszcze bardziej zbuntowało.
Chciałem bardzo pracować, a przecież w "Faktach" nie wyszło. Wtedy Mariusz Szczygieł, który pomógł mi w życiu kilka razy, powiedział mi: "jest robota w Gazecie Wyborczej, ale w dodatku budowlano-mieszkaniowym, możesz pisać, dużo pisać i możesz trochę zarobić, chcesz?" Pojęcia nie miałem o tej budowlanej nomenklaturze, ale bardzo chciałem. Trafiłem pod skrzydła Agnieszki Gutkowskiej i Grażynki Skibickiej i pisałem dużo. Starałem się pisać atrakcyjnie, po swojemu. Na przykład, kiedy zamówiono u mnie tekst o tym, jak zabezpieczyć mieszkanie przed złodziejem, zaproponowałem, że zrobię wywiad z włamywaczem. Dzisiaj sobie to przypomniałem. Ukazał się 18 czerwca 1997 roku. Pod tytułem "Sąsiad lepszy od alarmu" widnieje informacja: "Z włamywaczem o dwudziestoletnim stażu, po dwóch wyrokach, od paru lat na wolności - rozmawia Remigiusz Grzela". Czytam teraz uśmiechają się. Zacząłem od pytania: "Gdzie łatwiej się włamać? Do mieszkania w bloku czy do domku?" Mój włamywacz odpowiada: "Mnie osobiście łatwiej do domku. W bloku jest o tyle beznadziejnie, że jest więcej obserwatorów. Sąsiedzi potrafią włam utrudnić. Ale niektórzy mowią, że włamania na wyższych piętrach to nie takie trudne. Przez pierwsze dwa, trzy piętra przewija się dużo ludzi, chodzą po schodach. Ci na górze wieżdżają windą.
- Czego boi się włamywacz?
- Na pewno nie alarmu. Polacy nie reagują na alarm. Jak się włączy, to znaczy, że jest wichura".
I w innej części tego wywiadu ten pan mówi: "Mieszkanie to nie jest miejsce, w którym można coś schować. Spotkałem się z fantem w siatce z kapustą, a siatka na klamce w kuchni. Wyobrażam sobie minę tego gościa, który zobaczył, że została tylko kapusta. - Gdzie jeszcze nie chować pieniędzy? - Powiem, gdzie chować: w banku. Była taka moda na trzymanie w bieliźniarce, ale każdy głupi wie, że między pościelą jest forsa. Ludzie zaczęli główkować i przyszła następna moda, tak samo głupia. Jeśli mają rzeźbę, posążek czy inne popiersie Papieża, to wkładają zawiniątek do rzeźby. Albo na dno wazonu. Raz znalazłem tysiąc dolarów zanurzonych w wodzie w wazonie z różami. Nie zgadnie pan, w co były opakowane. W zawiniętego na supeł kondoma". Sam się sobie dziwię na różne następne pytania, na przykład: "A bał się pan kiedyś, że ktoś się włamie do pana?"
Wywiad kończy się tak:
"Ale przez cały czas nie mogę zrozumieć, jak się włamujecie do mieszkań w wieżowcu, gdzie na piętrze jest dziesięć mieszkań i w każdej chwili ktoś może usłyszeć.
- Ja tego też nie mogę zrozumieć. Mógłbym mówić więcej, tylko mi honor nie pozwala. Złodziej nie zdradzi swych najważniejszych tajemnic".
Właśnie do "Gazety Dom", środowego dodatku Wyborczej, zrobiłem też inny wywiad, który pamiętam, ale którego nie mogę znaleźć. Pamiętam, że moim rozmówcą był hydraulik z Mokotowa, pan Mieczysław Owczynnikow i mówił o tym, że robota to jest chleb, a na chleb się nie siada. Pamiętam też inne zdanie: "Hydraulika to proszę pana zawód, który łączy dupę z Wisłą". I pamiętam, że ten wywiad jakoś też zdobył zainteresowanie i cytowali go Mann z Materną w swoim ówczesnym programie "MDM".
Do "Gazety Dom" pisałem o barierach architektonicznych, przez które niepełnosprawni mają utrudnione życie, o architekturze kilku miast: Helsinek, Starogardu Gdańskiego, Kielc. Pisałem o cenach nieruchomości, o warszawskich dzielnicach, o życiu ludzi i ich domów, między innymi o pensjonacie Ewelina w Nałęczowie, w którym Prus pisał bodajże "Lalkę". Pisałem o domach i ich mieszkańcach z Białostocczyzny. Wreszcie, jeśli było trzeba pisałem o technikach w budownictwie. Jeden z tych artykułów miał tytuł: "A może keramzyt".
Pamiętam jednak, że zawsze starałem się pisać dając z siebie maksimum talentu. Przez kilka lat napisałem wiele takich tekstów. To była prawdziwa szkoła pisania. I teraz powtórzę swoje pytanie: Czy interesowało mnie budownictwo? Czy chciałem się raczej czegoś nauczyć? Myślę, że wiedziałem, że muszę terminować, że muszę to przejść i robić to najlepiej, jak umiem. A potem było radio, i był cudowny miesięcznik "Kino" i "Sycyna" Wiesława Myśliwskiego i najważniejsza dla mnie "Literatura" Jacka Syskiego... Może o tym wszystkim, kiedyś tu jeszcze napiszę.
Nie wiem, skąd dzisiaj i po co to wspomnienie. Po prostu przyszło. Jest.

Łomnicki

niedziela, 07 lutego 2010 23:03
Emocje wokół postaci Tadeusza Łomnickiego. Oglądałem dzisiaj w TVP Kultura "Niedzielę z Tadeuszem Łomnickim". Tyle różnych opinii na temat Łomnickiego-aktora i Łomnickiego-człowieka. Tyle różnych, czasem skrajnie różnych emocji. Wśród gości m.in. Kazimierz Kutz, Eugeniusz Korin, Józef Opalski, Marek Koterski, również studenci Łomnickiego: Małgorzata Rożniatowska, Maria Mamona, Cezary Morawski. Ale z tych wszystkich wyznań, wspomnień i opinii jedno wyznanie utkwiło mi najmocniej. "To mnie Tadeusz umarł. I nie mówcie, że to było jego marzenie, żeby zagrać Leara, że tak marzył, że aż umarł na scenie. Ja, Marysia, na którą czekał, wtedy do niego jechałam, do Poznania. To mnie umarł. Nie ma dnia, żebym o tym nie myślała. Nie ma dnia, żebym o nim nie myślała. Bo był moim przyjacielem. Nie umiem dawać nekrologów w kolejne rocznice śmierci. To nie jest potrzebne. Nie ma dnia, żeby nie był ze mną" - mówiła Maria Bojarska w rozmowie z Maxem Cegielskim. Rozmowy o Łomnickim ilustrowane fragmentami jego ról teatralnych i filmowych. Wśród nich sceny z "Ostatniej taśmy Krappa", "Kariery Artura Ui", "Ja, Feurebacha", "Przedstawienia Hamleta we wsi Głucha Dolna". I poczucie, że każda z tych ról była wielka, wyjątkowa, że przemyślana w najdrobniejszym szczególe. Przejmujący fragment "Stalina", w którym Łomnicki opowiada o roli Króla Leara. Ten spektakl Kazimierza Kutza wyemitowany był w dniu śmierci Tadeusza Łomnickiego, który umarł na scenie, w próbach do "Króla Leara". Według Marii Bojarskiej tak bardzo zależało Tadeuszowi Łomnickiemu na zagraniu Leara, bo poza wielkością roli, chciał też coś powiedzieć o Polsce, o sobie i swoich słabościach. O swoim rozerwaniu. Pokazano fragment próby do "Króla Leara", w którym Łomnicki beszta Eugeniusza Korina, za to, że przerywa mu monolog próbując ustawić drugi plan. "Nie wiem, jak to mogłem zrobić? Przerwać Łomnickiemu monolog, żeby ustawić halabardników" - wspomina dzisiaj reżyser. Wspomina też, jak nie tylko jemu Łomnicki pomagał pracować i stanąć na nogi w tym zawodzie. Na ciekawy fakt zwrócił uwagę Józef Opalski: Tadeusz Łomnicki zamówił u Stanisława Barańczaka pierwszy przekład Szekspira. "Każde pokolenie potrzebuje swojego Szekspira" - mówiła Maria Bojarska nawiązując zarówno do przekładu Barańczaka, jak i do potrzeby zagrania "Króla Leara" przez Tadeusza Łomnickiego.
Marek Koterski wspominał pracę przy filmie "Dom wariatów". Kiedy składał Łomnickiemu propozycję był debiutantem. Łomnicki wyreżyserował ich spotkanie. Przyjął Koterskiego w sali teatralnej, stojąc na górze ustawionej amfiteatralnie pustej publiczności, widząc wchodzącego Koterskiego szeroko rozłożył ręce i po chwili powiedział: "No... biorę".
I jeszcze wspominał, jak to musiał zwrócić Łomnickiemu na planie uwagę, że przez jego grę przebija rola z "Dożywocia", którą grał akurat w teatrze. I jak Łomnicki najpierw wściekł się, potem kazał wyłączyć światło na planie, położył się na grającym w filmie tapczanie, zakrył głowę ręcznikiem i leżał tak ze dwadzieścia minut, aż wstał, zapalił niewielką lampkę i powiedział: "Miałeś rację, zrobimy to inaczej".
Słuchałem tych wszystkich wyznań i myślałem o tym, w jaki sposób patrzymy, każdy z nas widzi i zapamiętuje coś innego. Jakikolwiek portret zawsze jest jak rozsypane puzzle i zawsze brakować będzie jakiegoś elementu, żeby zobaczyć naprawdę i zobaczyć wszystko.
A potem pokazano "Rewizora" Jerzego Gruzy ze wspaniałą rolą Tadeusza Łomnickiego (grał Horodniczego). Właściwie każda rola i każdy epizod w tym spektaklu to perełka. Więcej niż znakomity Piotr Fronczewski. Pyszny Wojciech Pszoniak. Świetne Anna Seniuk i Joanna Szczepkowska. Ale przecież wspaniali Wiesław Drzewicz, Witold Pyrkosz, Wojciech Siemion, Jan Jeruzal, Bogdan Baer.
Jak to wspaniale zagrane. Ela Czerwińska przysłała sms: "Dlaczego dzisiaj się już tak nie gra? Dlaczego nie ma takich teatrów telewizji". Odpisałem: "Scena faktu, naśladowanie życia, filmy telewizyjne, brak umowności, jaka wyróżniała teatr telewizji i pozwalała kreować role". Tak to czuję. "Rewizor" jest tak zagrany, że nie można oczu oderwać. I nagle, mimo scenografii i kostiumów wydaje się taki aktualny. Farbowane lisy nie tylko w polityce. Cztery sceny z tego spektaklu uważam za mistrzostwo: - przekrzykujący się Dobczyński (Wojciech Pszoniak) i Bobczyński (Jan Jeruzal) w pierwszym wyznaniu, że zobaczyli Rewizora; - pierwsza scena spotkania Horodniczego z  Chlestakowem (Fronczewski), w której Chlestakow próbuje ocenić sytuację i zaczyna górować na Horodniczym; - czytanie listu Chlestakowa, no, tu, zwłaszcza epizod Witolda Pyrkosza jako Lapkina-Tiapkina; - no i finałowy monolog Horodniczego o tym, jak oszukiwał największych oszustów i to zdanie, które tak powraca: "Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie".
Spektakl pyszny. Tak tęsknię za teatrem telewizji.
Gdyby nie TVP Kultura to byśmy całkiem schamieli.



moje ulubione zdjęcie Łomnickiego, Ostatnia taśma Krappa.

W getcie pamięci

sobota, 06 lutego 2010 9:39
Przedwczoraj premiera monodramu "I więcej nic nie pamiętam". Znam ten tekst, byłem na próbach, a jednak na premierowym spektaklu coś we mnie pękło, załkało. Miałem ściśnięte gardło i szklane oczy. Ta opowieść o szpitalu w warszawskim getcie, grana właśnie Tam, w Żydowskim Instytucie Historycznym, w najbliższym sąsiedztwie błękitnego wieżowca, który stoi na miejscu dawnej synagogi, właśnie tam, tuż przy skrzyżowaniu z ulicą Solidarności, która kiedyś była ulicą Leszno, tam, gdzie do pracy chodziła Adina Blady-Szwajger, lekarka z getta, chyba trzy przystanki tramwajowe (a może dwa) od skrzyżowania Leszna i Żelaznej, gdzie był ten szpital (dzisiaj w tym budynku jest Urząd Dzielnicy Wola), i w przekazie córki Adiny, Aliny Świdowskiej robi wrażenie piorunujące. Nie tylko mnie ta opowieść rozbiła, patrzyłem na publiczność. Reakcje były podobne. Koleżanka, która ma dzieci w wieku 12 i 14 lat, jeszcze tej samej nocy napisała mi maila:

Witaj Remku, 
dzięki za tą sztukę. Bardzo ważna I potrzebna. Mnie dotknęła tak
mocno,
że nie byłam w stanie po niej rozmawiać I poszłam do domu. Przepraszam,
że
nie zostałam, by Ci podziękować za zorganizowanie tego kolejnego ,
udanego
projektu.
Jeśli będziesz miał kiedyś okazję, to podziękuj również tej
pani, która
grała w niej. To dla niej chyba musiało być potwornie trudne, a przecież
tak
doskonale sobie poradziła. Mam nadzieję, że jej mama uśmiecha się do
niej
gdzieś tam z góry, bo chyba nie mogła oddać jej pamięci lepszego
pokłonu.
Wiem, że ta sztuka przemawia swoją prawdą do każdego wrażliwego
człowieka,
ale myślę, że w sposób szczególny dotyka ona ludzi, którzy mają
szczęscie
kochać włąsne dzieci w czasach pokoju. Zestaw przeżyć , jakie
zafundowali
naziści ludziom w casie wojny, jest po prostu niewyobrażalny, tak
straszny,
że właściwie nie potrafię o tym myśleć spokojnie.
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie I jeszcze raz dziękuję za
zaproszenie.

P.S. Uważam, że ta sztuka powinna być lekturą obowiązkową w Austrii I
Niemczech, oraz wszędzie, gdzie odzywają się idioci zafascynowani
nazizmem.

Przekaz tego okrutnego tekstu jest więcej, niż mocny. Wiem, że mierzenie się z tym tematem, z historią własnej matki było dla Aliny Świdowskiej potwornie trudne. Było dużo nerwów i wewnętrznego strachu. Widzieliśmy to na próbach. I nagle premiera i cała ta opowieść wydobyła się jak spod skóry, spokojnie, ze środka. Nie wyjdziecie, jeśli nie wysłuchacie do końca. Zostaliście zamknięci w getcie wspomnień. To nic w porównaniu z historią ludzi, którzy naprawdę zostali zamknięci w getcie. - Tak to usłyszałem na premierowym spektaklu. Mocno i okrutnie. Po spektaklu, kiedy gratulowałem Alinie, powiedziała: "Nie wiem, co się stało. Chyba mama była, bo weszłam na scenę i tak jak się denerwowałam, tak nagle opanował mnie spokój. Wiedziałam już, że będę mogła mówić i nad tym panować".
Wierzę w takie znaki.
Uważam, że ten spektakl to jeden z ważniejszych projektów Teatru Na Woli. Publiczność to potwierdza. Bilety na wszystkie spektakle w tym miesiącu już są właściwie sprzedane. Zostały pojedyncze miejsca.
W dzisiejszej Gazecie Wyborczej, w Wysokich Obcasach jest moja długa rozmowa z Aliną Świdowską, o matce, nie o lekarce z getta, ale o matce, którą znała. Opowiada w niej historie, których nie ma w spektaklu. Ta opowieść zrobiła na mnie duże wrażenie. Polecam Państwa uwadze.

...choćbym i mogła
to bym nie płakała,
bo było tak,
jakby wszystkie łzy,
które miałam kiedykolwiek,
już dawno,
może przed laty wyschły

Adina Blady-Szwajger


Butelka na mleko

środa, 03 lutego 2010 20:15
Paweł Łoziński. To tytuł dwupłytowej edycji filmów dokumentalnych wydanych przez Narodowy Instytut Audiowizualny w serii "Polska Szkoła Dokumentu". Paweł Łoziński. Po prostu. Oglądam te filmy od kilku dni i jestem nimi zafascynowany. Bez względu na to, jaki temat i jaką sprawę Paweł Łoziński porusza, zawsze opowiada w bardzo prosty sposób o ludziach i ich wewnętrznym świecie, czasem poranionym, czasem zabliźnionym, zawsze poruszającym. W prawie godzinnym dokumencie "Chemia" pokazuje chorych na raka poddanych chemioterapii, leżą na łóżkach, mówią o sobie i swoich bliskich, chemia wolno kapie do żył, ale samej chemii nie pokazuje ani razu. Są tylko twarze i schowane za nimi światy, strach, ból, próba oswojenia lęku, myśli o najbliższych. Żadnych naukowych danych i statystyk, żadnych wypowiedzi ekspertów, ot rozmowy, jakie ludzie ze sobą prowadzą leżąc na sąsiednich łóżkach, a to o małym dziecku, które zostało w domu, a to o gołąbkach, które smakują najlepiej na świecie, a to o planowanym ślubie i potrzebie kupienia garnituru... Wszystko. Cały świat. A potem, kiedy opuszczają klinikę onkologiczną zastanawiamy się, kto z nich zwycięży w tej okrutnej walce. Żadnych pytań. Żadnych odpowiedzi. Świat tak prosty, jak jego okrucieństwo. Film dedykowany jest Katarzynie Maciejko-Kowalczyk, która go zmontowała, która przegrała walkę z rakiem. "Chemia" była ostatnim filmem, jaki montowała ta wybitna montażystka.
W zaledwie sześciominutowej "Strukturze" swoją historię snuje więzienny oddziałowy. Struktura musi istnieć. Kara musi być uciążliwa i dolegliwa. I właściwie wiemy już wszystko o tym człowieku, który zawsze marzył, aby kierować. A Solidarność powinna siedzieć w więzieniach, bez żadnych przywilejów. W znakomitym dokumencie "100 lat w kinie" o filmach opowiadają zwyczajni ludzie, nie krytycy, nie reżyserzy, nie artyści. Wspominają upadek Trędowatej albo jakiś pocałunek filmowy sprzed pół wieku i wzruszają się, jakby to się wydarzyło naprawdę. Opowiadają o filmach, ale głównie o sobie. O tym, co w ich życiu przypomina film i który z filmów był nakręcony jak specjalnie dla nich. Wskrzeszają tajemnicę starych kin, kina objazdowego, seansy z dzieciństwa i młodości. Opowiadają swoje stulecie. Stulecie widza. W dwunastominutowym dokumencie "Siostry" dwie prawie dziewięćdziesięcioletnie kobiety siedzą na ławce, na podwórku kamienicy i się ze sobą sprzeczają. Jedna z nich za mało chodzi. Druga mówi, że siostra była najmłodsza i dlatego taka rozpieszczona. Aplikuje siostrze dodatkowe dwa okrążenia ruchu. Z tego filmu dowiecie się, jaka jest różnica między dreptaniem a chodzeniem. Fenomenalna miniatura filmowa. Nie można się od niej oderwać. W dziewiętnastominutowej miniaturze "Pani z Ukrainy", sprzątająca mieszkanie Ukrainka opowiada o swojej tęsknocie za domem, o rodzicach, o miłości i marzeniach. Lepiąc pierogi pyta jaka jest różnica pomiędzy słowami "kochać" i "miłość". Nic więcej. Bohaterowie, a głównie bohaterki filmu "Kici, kici" to dokarmiający koty. Chodzą po ulicach, osiedlach i cmentarzach z kocią karmą i opowiadają o sobie, o swoich pierwszych miłościach, o swoich tęsknotach za światem, który minął. Jedna z bohaterek, moja ulubiona bohaterka filmów Pawła Łozińskiego, powtarza: "Wszystko mija jak jeden sen wielki". Uśmiecha się, kiedy mówi o tym, jakie miała powodzenie i że zdradzała męża, ale to dlatego, by się przekonać, czy go kocha. I pokazuje zdjęcie chłopaka, który zginął w Powstaniu. Najbardziej wstrząsający jest film "Miejsce urodzenia", historia pisarza Henryka Grynberga. Historia przerażająca. Oto Grynberg, znany już pisarz, przyjeżdża do Polski i odwiedza wieś, z której uciekał jako żydowski chłopiec. Wędruje od chałupy do chałupy i pyta mieszkańców o wspomnienie jego rodziny. Ktoś mówi, że ich nocował, ktoś inny, że podawał jedzenie przez okno. Ktoś sobie przypomina jego małego brata i opowiada, że widział, jak go zastrzelono i że stał i patrzył i inni też patrzyli, bo byli ciekawi, jak to się odbywa. Wyłania się druga, podskórna, być może schowana, ukryta i zrzucona w niepamięć historia zdrady. Wszyscy tu, którzy tak kochali ojca pisarza, pamiętają, że został zabity przez Polaka. Początkowo nie pamiętają przez kogo. Ktoś mówi, że ojciec Henryka Grynberga chodził zawsze z butelką na mleko. Ktoś inny, że oddał krowy i kiedyś chciał je odebrać gospodarzowi. Ktoś inny przypomina sobie nazwisko zabójcy. I Grynberg do niego idzie. Rozmowa z tym człowiekiem jest przerażająca. Ten człowiek próbuje mu powiedzieć, że ojciec sam przyszedł i prosił, żeby go zabić, ale przecież tego nie zrobił i nic więcej nie pamięta. Rozmowa syna ofiary z jego katem. A potem wspomnienia innych, jak leżał nagi, w rowie z wodą i że leżał chyba ze dwa tygodnie, a obok leżała butelka na mleko. Henryk Grynberg wspomina, że ojciec chodził doić krowy i przynosił potem mleko dla dzieci i innych ukrywających się w ziemiance i zagajnikach. Finał jest straszny, ale oczyszczający, bo Grynberg w końcu prawdę odnalazł. Mógł pożegnać ojca. Tylko świadomość pozostaje, że to jednak się stało i że stało się tu, że to jednak zabił Polak i że właściwie w tym filmie mało kto mówił z sympatią, używając słów: "Żydki", "Żydownica". Film, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Jak mało który dokument. Film, który pozostanie na zawsze.
Zostały mi jeszcze dwa filmy "Sławomir Mrożek przedstawia" i "Taka historia". Obejrzę je dzisiaj lub jutro.
Wspaniały pomysł, by wydać te filmy. Paweł Łoziński, dokumentalista, który pozwala ludziom mówić i który ich słucha. Po prostu.

kara

wtorek, 02 lutego 2010 23:33
Przepraszam, jutro napiszę. W nocy czytałem pamiętnik lekarki z getta, Adiny Blady-Szwajger "I więcej nic nie pamiętam", nie mogłem usnąć do rana, w południe mieliśmy konferencję prasową przed premierą, w czasie której pani Alina Świdowska pokazała fragmenty spektaklu, wieczorem byłem na próbie generalnej "I więcej nic nie pamiętam". To jest naprawdę wstrząsający tekst i spektakl, do którego nie można wchodzić bezkarnie. Jeden z przyjaciół-dramaturgów napisał mi po obejrzeniu spektaklu-próby: "Przeżyłem bardzo mocno. Drugi raz nie, za silne uderzenie, żeby nastawić się na drugi cios".
No, właśnie. Sam jestem teraz jak strzęp.
Przepraszam, dlatego napiszę jutro więcej.

Benia Krzyk

niedziela, 31 stycznia 2010 16:55
Wczoraj ostatnie w tym semestrze zajęcia ze studentami. Pierwszy raz miałem trochę czasu, żeby pospacerować chwilę Krakowskim Przedmieściem. Za każdym razem przemykałem na wydział, jedynie zatrzymując się na stoisku bukinistów przed ASP. Wczoraj dopiero zauważyłem, że nie ma już słynnego Karalucha. To było potworne miejsce, a jednak sentyment pozostał. Karaluch to studencki bar, właściwie najgorszej jakości bar mleczny, z okropnymi stolikami, ladami pod ścianą, ale za to dwujęzycznym polsko-angielskim menu. Zawsze zaludniony, bo jedzenie kosztowało dosłownie grosze. Tyle że z bytności w Karaluchu można by napisać właściwie książkę. Kiedyś usiadła obok mnie kloszardka, która do rosołu wlała całą butelkę kropli żołądkowych. Możecie sobie wyobrazić ten zapach? Zdarzało mi się widywać bezdomnego, który zamawiał dziewięć talerzy z naleśnikami, ustawiał je na długiej ladzie pod ścianą i przechodził od jednego talerza do następnego.
A jednak jajecznica w Karaluchu, naleśniki, okropna kawa z mlekiem przeszły do wewnętrznej pamięci. Wszyscyśmy studiując żywili się w Karaluchu, więc złego słowa nie dam powiedzieć. Więc wczoraj przechodząc obok zauważyłem, że nie ma już Karalucha, tylko pachnąca, urocza francuska piekarnia Saint Honore, z bagietkami, wytwornymi ciastkami, deserami. Wszedłem do środka, inny świat, to samo miejsce, a kompletnie inna rzeczywistość, jasno, pachnie chlebem, który pieczony jest tu na miejscu, pachnie kawą.
Z piekarni Saint Honore poszedłem do księgarni Liber, tuż przy bramie Uniwersytetu. Dawniej bywałem w niej prawie codziennie, a teraz już dawno, dawno nie byłem. Zapomniałem już jak mają wybrane, wyselekcjonowane książki. Kupiłem "Opowiadania odeskie" Izaaka Babla ze wstępem i w przekładzie Jerzego Pomianowskiego. I już nie mogłem się doczekać, kiedy znajdę się w domu. I jak wczoraj ległem na łóżku z opowieściami o Mendlu i Beni Krzykach, jak się tym światem i filozofią Beni Krzyka zaczarowałem. I nagle uświadomiłem sobie, że to przecież rosyjski "Ojciec chrzestny", ten Benia, odeski król szajek i szemranych środowisk. Toż to właściwie mityczna opowieść. Książka wspaniała z wielu powodów, nie tylko z powodu genialnego stylu Izaaka Babla, ale również ze względu na swoją konstrukcję. Poza opowiadaniami o Krzykach, również krótkie szkice autobiograficzne Babla, a całość kończy jego wielka sztuka "Zmierzch", o której pisze się jako rosyjskim "Królu Learze". No więc, jak w ten świat wpadłem, tak już nie mogłem się z niego wydobyć do nocy.
Jerzy Pomianowski we wstępie cytuje Babla: "Biorę jakąś bagatelkę - anegdotę czy plotkę z rynku - i robię z niej rzecz, od której sam nie mogę się oderwać. Zaczyna błyszczeć. Staje się obła, jak morski kamyk. Jej cząstki są sprzęgnięte zwarcie, jak ogniwa. I siła tego sprzężenia jest taka, że nawet piorun jej nie rozbije. Takie opowiadanie ludzie będą czytać, będą. I nie zapomną go. I będą śmiać się przy czytaniu wcale nie dlatego, że to wesołe, tylko dlatego, że cieszymy się, gdy widzimy, że człowiekowi może coś jednak się udać". Pomianowski prowadzi nas zarówno przez prozę Babla, podając na przykład, że czterostronicowe opowiadanie "Lubka Kozak" miało 22 wersje, jak i przez życie Babla, którego tragiczny finał jest przecież w ogóle tragedią Rosji, w której wyrżnięta została inteligencja. Pisze Pomianowski: "Z akt wynika, że po trzech dniach i nocach bezustannych badań intensywnych Babel zgodził się napisać własnoręcznie ostatni swój utwór, akt samooskarżenia. Jest w nim przyznanie się do szpiegostwa, trockizmu, terroryzmu oraz spisku na życie Stalina i Woroszyłowa. Pomagać mu w tym mieli najbliżsi przyjaciele - artyści Eisenstein, Aleksandrow i Michoels, pisarze - Erenburg, Olesza, Katajew, dziennikarze - Kolcow i Tatiana Tess(...) Miejscem pochówku Babla jest najpewniej zbiorowy dół z prawa od krematorium, urządzonego w byłym klasztorze Dońskim w Moskwie".
A Jesienin? A inni?
I jak wytłumaczyć, że mój komputer z autokorektą poprawia nazwisko "Stalin" na "Sralin"?
Właśnie w księgarni Liber widziałem nowe przekłady poezji Jesienina, których autorem jest Adam Pomorski. Muszę koniecznie kupić.
Pisze Pomianowski: "Winą Babla była jego sława nie z urzędowego nadania, talent, dany od Boga, a nie od ministra kultury, jego poczucie odpowiedzialności za każde słowo własne, tylko własne i zrozumienie, że doskonałości nie da się osiągnąć z nakazu".
Więc wpadłem wczoraj w prozę i niezwykle kipiący styl Izaaka Babla, w całą galerię szemranych odeskich postaci. Oto na przykład Dwojra, siostra Beni Krzyka. "Siostra Króla, oszpecona przez chorobę, z rozdętym wolem i wysadzonymi z orbit oczyma, siedziała na górze poduszek obok szczupłego chłopaka, kupionego za pieniądze Eichbauma i oniemiałego z żałości".
Prawda, że piękne?
I dalej: "Tylko Dwojra nie miała zamiaru spać. Popychała oburącz odrętwiałego z lęku męża w stronę drzwi małżeńskiej sypialni i spoglądała na niego żarłocznie, jak kot, który trzymając w pysku mysz z lekka próbuje jej zębami".
To z opowiadania "Król". Ale idźmy dalej. Jesteśmy teraz w opowiadaniu "Sprawiedliwość w cudzysłowie":
"Zostawszy odeskim pośrednikiem - zazieleniłem się i puściłem pędy. Obarczony tymi pędami - poczułem się nieszczęśliwy. Z jakiego powodu? Z powodu konkurencji. Bo inaczej nawet bym się nie wysmarkał na tę sprawiedliwość. Nie mam w ręku żadnego rzemiosła. Mam tylko powietrze. Ono błyszczy jak morze w słońcu, to piękne i puste powietrze. Wymienione wyżej pędy chcą zaś jeść. Mam ich siedem, a ósmym jest moja żona. Nie wysmarkałem się na sprawiedliwość".
To chyba zresztą mój ulubiony fragment.
Albo takie cudne perełki jak te z opowiadania "Zmierzch":
"Dławili się drożdżami, na których rośnie zemsta".
"W niebie gotował się zmierzch, zmierzch gęsty jak konfitury".
"Gwiazdy rozsypały się za oknem jak żołnierze, kiedy idą na rozkaz za stodołę, zielone gwiazdy na niebieskim tle".
I można by tak jeszcze długo, całym garściami wyciągać z tej prozy, która blisko leży prozy Bashevisa Singera. Odeskie opowieści Babla i warszawskie opowieści Singera mogłyby ze sobą rozmawiać, ze sobą śpiewać, razem zakrzyknąć a może i zapłakać.
Wyczytałem w nocy do ostatniej kropki, a przecież wrócę jeszcze na pewno do tego świata. I sen miałem wyjątkowo rozgwieżdżony.

Izaak Babel "Opowiadania odeskie", przekład Jerzy Pomianowski, Wydawnictwo Austeria, Kraków-Budapeszt 2009.


Lunatyczna kraina

piątek, 29 stycznia 2010 18:57
Śnieg sypie, chyba pierwszy raz tej zimy aż tak mocno. Z perspektywy okna ogród wygląda pięknie. Zostałem w domu, w papierach, mam masę spraw i zaległości wymagających skupienia, dlatego dzisiaj zaszyłem się tutaj. Robię pierwszą korektę książki-wywiadu z panem Marianem Kociniakiem "Spełniony". Książka wciąż jeszcze w procesie. Trwa jej skład, opracowanie graficzne, będzie bogato ilustrowana fotografiami z domowego archiwum pana Mariana. W środę będziemy układać podpisy pod zdjęcia. Lubię ten cały proces powstawania książki. Kiedy wykluwa się z jaja. Kiedy przebija dziobem cienką skorupę, i właściwie już zaczyna żyć, chociaż prawdziwe życie dają czytelnicy.
Książka czyli świat, w którym jestem na własną prośbę zamknięty. Wieczorami Jarosław Iwaszkiewicz.
2 marca 1951 roku pan Jarosław pisał do córki Teresy: "Mieszka teraz u nas Mycielski, bo nie ma się gdzie podziać w Warszawie (wyrzucili go z mieszkania) - jest to także rozpacz babci, ale na ogół jest bardzo cichy i spokojny, pisze tutaj symfonię, którą Dox już zawczasu owywuje, napisał także jedną pieśń, bardzo ładną, do moich słów. On mieszka u nas w sypialnym, a ja przeniosłem się do gabinetu, gdzie wstawiłem sobie wasz tapczan i bardzo mi tutaj jest dobrze spać tak blisko warsztatu, jak mówi Wiesio, który namawia mnie, abym tu zawsze sypiał. Jakoś mi jest lepiej między książkami i papierami niż na burżuazyjnych łożach rodziny Lilpopów". I dalej, że w Stawisku duże śniegi.
Więc u nas też duże śniegi. A między książkami lepiej. Mieszka się między książkami wspaniale.
Czytam, że ósmego lutego wychodzi debiutancka powieść Kazimierza Kutza. Dzisiaj w "Dzienniku" czytałem recenzję, która porównuje tę powieść nawet do "Stu lat samotności". Autor recenzji przyznał debiutowi powieściowemu Kutza pięć gwiazdek. Wpisuję na listę zamówień. Lektura konieczna.
Mam na tej liście od dawna biografię wspaniałej amerykańskiej dziennikarki Barbary Walters, ale wydawca oszalał i książka kosztuje 68 złotych. To już prawdę mówiąc wolę kupić jakiś nieśmiertelny album.
Za to z przyjemnością zamówiłem dzisiaj z Karakteru trzy powieści, w tym wydaną właśnie "Lunatyczną krainę". Teraz już będę miał komplet ich książek.
Śpiewa u mnie Cesaria Evora.
Cabo Verde.
Tak.
Jest o czym myśleć.



A tak zapowiada książkę wydawca:

Mia Couto "Lunatyczna kraina"

W tamtych stronach wojna uśmierciła drogę. Po ścieżkach włóczyły się tylko hieny, poryjkując w popiołach i pyle. Pejzaż skrzyżował się z nigdy dotąd niewidzianymi smutkami o barwach, które oblepiały usta.

Zaczyna się jak u Becketta: pustą drogą wędrują stary mężczyzna i chłopiec, który nie pamięta, kim jest. W poszukiwaniu schronienia docierają do wraku autobusu, gdzie przy jednym z martwych ciał znajdują plik zapisanych zeszytów. Czytając co wieczór mężczyźnie jeden z nich, chłopiec odkrywa, że historia autora,  Kindzu, w zagadkowy sposób splata się z jego własnym życiem. Dalej jest jak u Márqueza: sen przenika się z jawą, przodkowie upominają się o swoje, a wszystkim rządzą przepowiednie i czary. Dzienniki Kindzu opisują jego zmagania z duchem ojca, zdobytą i utraconą miłość, świat, w którym groteska splata się z koszmarem, po ulicach krążą duchy i nikt nie jest tym, kim się wydaje. Nie wiadomo już, która z rzeczywistości jest bardziej realna, a która wyśniona, ani gdzie łączą się, a gdzie rozwidlają ścieżki kolejnych opowieści.

Splatają się rzeczywistości, splatają i słowa: ludzie błąkisnują się i śniwłóczą, a ocean jest pełen niedowidzeń. Język lunatykuje, lewituje, majaczy. Być może tylko tak można opisać świat, który się rozpadł, i który próbuje na nowo odnaleźć swój porządek. Być może tylko tak można zapisać mit.

Mia Couto urodził się w 1955 roku w mieście Beira w Mozambiku. Z wykształcenia biolog, pracuje jako wykładowca uniwersytecki, pisarz i dziennikarz. Był dyrektorem Agencji Informacyjnej Mozambiku, redaktorem naczelnym pisma “Tempo” i dziennika “Notícias de Maputo”. Opublikował, między innymi, tomy opowiadań Vozes Anoitecidas (1987) i Estórias Abensonhadas (1994). Tłumaczony na wiele języków. Został uhonorowany, między innymi, Nagrodą Vergília Ferreiry za całość twórczości w roku 1999.
Po polsku, oprócz Ostatniego lotu flaminga, ukazał się też zbiór opowiadań Mia Couto pt. Naszyjnik z opowiadań (przeł. zespół iberystów UW, Inst. Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW i Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2008), a w sierpniu 2009 nakładem Świata Książki – Taras z uroczynem (przeł. Elżbieta Milewska).

Tytuł oryginału: Terra sonambula
Przełożył: Michał Lipszyc
ISBN 978-83-927366-6-0

Bądź lżejszy

czwartek, 28 stycznia 2010 21:18
"I więcej nic nie pamiętam". Boję się otworzyć tę książkę. Wczoraj byłem na wieczornej próbie spektaklu według tego wstrząsającego pamiętnika Adiny Blady-Szwajger, który gra u nas jej córka, Alina Świdowska, a premiera już 4 lutego. Słuchałem poruszony. Mimo że słuchałem bez scenografii, świateł, właściwie zagranej muzyki, bo do premiery wciąż jeszcze tydzień, a pani Alina próbuje w sali wystawowej Żydowskiego Instytutu Historycznego, gdzie Teatr Na Woli będzie grał ten spektakl, właśnie tam, na terenie dawnego getta, w najbliższym sąsiedztwie Błękitnego Wieżowca, który stoi na miejscu starej synagogi, więc mimo że to jeszcze nie jest pełen i gotowy spektakl, słuchałem zmrożony. Piotr Jędrzejas, reżyser, wykreował coś w rodzaju Bożego Igrzyska, tak to rozumiem. Pokazał Adinę Blady-Szwajger, lekarkę z getta jako obraz Boga. Tak to zobaczyłem. Nic więcej na ten temat nie mogę przed premierą. I choć temat więcej niż trudny, uważam, że trzeba ten spektakl zobaczyć. Poza tym to, że z rolą Adiny Blady-Szwajger mierzy się jej córka, daje temu tematowi, tej sprawie, tej opowieści wartość wyjątkową.
A to plakat ze spektaklu. Plakat, który lubię:



Prawda, że wymowny?

Sam czytam wieczorami listy Jarosława Iwaszkiewicza do córek. Tom zaczynają listy do dziewczynek, które jeszcze dobrze nie umieją czytać. Iwaszkiewicz pisze ich językiem, ich wszechświatem pojęć, ale równocześnie traktuje córki poważnie, dojrzale, stawia problemy, zadaje pytania. Z Kopenhagi, w której mieszkał pracując w dyplomacji, pisze też listy jako własna kotka Buksia. Właściwie tworzy odrębny literacki świat. To jest wzruszające, a mnie nagle przypomniał się Franz Kafka, ze słynną opowieścią o listach od lalki. Jest taka opowieść o dziewczynce, którą spotkał w parku, a która zgubiła swoją lalkę, i Kafka współodczuwając jej, zaczął pisać listy - listy od lalki, która wyjechała w podróż. Zastąpił smutek dziewczynki opowieściami o świecie, którego nie znała.
Tę historię opowiada Dora, bohaterka mojej sztuki "Naznaczeni".
Tę historię opowiedział Paul Auster, w jednej ze swojej powieści. W Niemczech powstała oddzielna powieść poświęcona listom lalki do dziewczynki. I właśnie to przypomniałem sobie, kiedy czytałem listy od kotki Buksi.

Literatura i życie.

I teraz czytam, że w Ameryce zmarł J.D. Salinger, autor amerykańskiej powieści wszechczasów "Buszującego w zbożu". Czytałem z dziesięć lat temu, nie umiałem w tę opowieść wejść. Może powinienem teraz wrócić?
I teraz czytam, że w Polsce zmarł Marian Grześczak, znakomity poeta, prekursor poezji konkretnej. Sięgam po tom jego wierszy, który jest pod ręką. Ma tytuł "Niebo jaskółek".
Otwieram go na przypadkowej stronie. Czytam:

Tak się stopami zaparłem
Tak w glinie tkwię tak się trzymam
Że w końcu słyszę jak ziemia stęka
I prosi łagodnie:
Bądź lżejszy, bądź

To wiersz Mariana Grześczaka
"Prośba ziemi" z tomu "Niebo jaskółek. Liryki wybrane", Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999

Pan Jarosław do córek

wtorek, 26 stycznia 2010 22:01
Takie książki, nawet kupione samemu sobie, są jak długo oczekiwany prezent. Oto dzisiaj przyszedł pocztą pięknie wydany tom Jarosława Iwaszkiewicza "Listy do córek" w opracowaniu Anny i Radosława Romaniuków (opublikował Państwowy Instytut Wydawniczy). Już nie mogę się doczekać, kiedy wpadnę w tę książkę. Miałem szczęście poznać obie córki państwa Iwaszkiewiczów, Marię i Teresę. Z panią Marią spotykałem się wielokrotnie, nagrywając wspomnienia, kiedy pracowałem wspólnie z panią Izabellą Cywińską nad scenariuszem filmu fabularnego o Powstaniu Warszawskim na Stawisku "Taki raj". Scenariusz publikował miesięcznik "Dialog". Pani Maria nie tylko przyjmowała nas u siebie, na Ursynowie, ale też oprowadziła nas po Stawisku, pokazując różne kąty tego legendarnego domu. Z panią Marią wciąż mam kontakt, prowadziłem spotkanie w Teatrze Na Woli, a także spotkanie poświęcone "Tatarakowi" w warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej". Mam wiele kaset naszych rozmów, które uwielbiałem. Pani Maria ma wspaniałą pamięć i potrafi odtworzyć przeszłość w najdrobniejszych detalach, ożywić fotografie. Panią Teresę odwiedziliśmy raz, w jej mieszkaniu na Saskiej Kępie. Cudowne było obserwowanie sióstr razem, kiedy przypominały sobie różne zdarzenia, dawne dowcipy, kiedy śmiały się razem. Teraz patrzę na zamieszczone w książce zdjęcia córek Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, i już, już chcę zacząć czytać. I już wiem, że dzisiejsza noc raczej zarwana.
W tomie też zdjęcia młodego pana Wiesława Kępińskiego, który był przybranym synem Iwaszkiewiczów. Biografia pana Wiesława jest sensacyjna. Nie tylko uratował się z tak zwanej rzezi wolskiej, uciekał przez pola, a był chłopcem, zostawiając za sobą sześćdziesiąt osób, które zostały rozstrzelane przez Niemców, nie tylko uratował się, ale zaraz po wojnie napisał list do Expressu Wieczornego do pani Karoliny Beylin, że jest sierotą i szuka dla siebie rodziny. Zgłosiło się wiele rodzin, ale wybrano Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów. Wiesio wprowadził się do domu na Stawisku, do innego świata, sam był z proletariackiej Woli, z robotniczej rodziny i nagle znalazł się w tym przedziwnym domu-pałacu, w którym rozmawiało się o książkach i je pisało. Wiedział od razu, że trafił do wyjątkowego domu i miał potrzebę to utrwalić. Od pierwszego dnia pobytu codziennie notował, co się w domu działo. Państwo Iwaszkiewiczowie wychowali pana Wiesława, dali mu wykształcenie. Wiem, że i listy Jarosława Iwaszkiewicza do syna mają się ukazać. I jeszcze w tym roku drugi tom dzienników, a mój wydawca, WAB, wydaje książkę o Stawisku w czasie Powstania Warszawskiego. Cudny rok dla wielbicieli prozy Jarosława Iwaszkiewicza.
A wracając do pana Wiesława Kępińskiego, z którym mam wrażenie lubimy się, mam nadzieję na wspólny, ciekawy projekt, który od miesięcy siedzi mi w głowie.

Próby

sobota, 23 stycznia 2010 14:27
Odkąd we Francji ukazała się powieść Yannicka Haenela "Jan Karski", o której sporo tutaj pisałem, zainteresowanie tą książką nie słabnie. Dotyczy to również kontrowersji. Emocjonujące jest czytanie polemik z Haenelem, dosyć długo nie brał w nich udziału Claude Lanzmann, autor 9-godzinnego filmu "Shoah", którego jednym z bohaterów jest Jan Karski. To oglądając ten film Haenel usłyszał o Karskim po raz pierwszy. A potem swoją powieścią spowodował zainteresowanie nie tylko postacią Karskiego ale i fałszowanym wizerunkiem Polski w Europie. Haenel mówił o tym też podczas spotkania w "Gazecie Wyborczej", jakie prowadziłem w ubiegłym roku. Zresztą w swojej powieści, której pierwsza część jest parafrazą wywiadu Lanzmanna z Karskim, takie mam wrażenie, Haenel pisze o Lanzmannie z szacunkiem, chociaż niezrozumieniem pewnych kwestii. Właśnie w czasie tego spotkania mówił Haenel, że posłał Lanzmannowi książkę, a ten przez któregoś ze znajomych powiedział, że nie życzy sobie z Haenelem żadnych kontaktów.
I oto, po miesiącach Lanzmann przemówił, a właściwie postanowił ostro zaatakować Haenela, zarzucając mu fałszowanie historii i jej bohaterów. Prasa francuska pisze o tym obszernie, między innym w "Le Monde" ukazał się artykuł Pierre'a Assouline'a o ataku Lanzmanna. Zresztą Assouline pisze o tym też na swoim blogu, emocjonujące jest czytanie prawie dwustu komentarzy pod jego wpisem. Lanzmann ogłosił, że ma w zanadrzu bombę, która wybuchnie pod koniec lutego, najdalej na początku marca. To 52-minutowy film Lanzmanna "Raport Karskiego", z którego ludzie zrozumieją "jakim kłamcą jest Haenel". Dawno już chyba nie było tak burzliwych dyskusji wokół książki i śledzę je naprawdę z dużym zainteresowaniem.
Powieść "Jan Karski" Yannicka Haenela ukaże się w Polsce dopiero w tym roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego. We Francji emocje sięgają zenitu. Na razie, w obliczu ataku Lanzmanna, Yannick Haenel odwołał ważne spotkanie z publicznością. Miał wziąć udział w debacie "Żydzi i Polacy w obliczu Historii".

Dzisiaj mija trzecia rocznica śmierci Pana Ryszarda Kapuścińskiego. Ze swojego tarasu, na którym uwielbiał czytać, fotografował koty. Na dachu garażu sąsiada wylegiwały się zawsze trzy koty. Pani Alicja Kapuścińska mówi, że jeden z nich gdzieś zaginął. U mnie pojawiły się dwa. O piwnicznym już pisałem. Ostatnio przyprowadził siostrę. Równie czarną jak on. Zaprzyjaźniliśmy się. Dzisiaj pozowały mi do zdjęć. Robiłem je przez okno, Tutka przyglądała się z parapetu, ale w końcu wyszedłem do nich. Teraz mam na głowie całą trójkę. Wyglądają jak rodzina.























Dzisiaj myślę więcej o Panu Ryszardzie Kapuścińskim.

Dzisiaj w "Gazecie" wiersz Julii Hartwig, którym się dzielę.

Julia Hartwig

"Próby"

Aby nie zastygnąć w samotności
wychodzi na ulicę
staje na rogu
zapala papierosa
widzi przejeżdżające auta
przebiegające w chłodzie młode pary
i odkrywa za każdym razem:
E pur si muove!
Wraca do domu
już zapomniał po co wyszedł
znowu smakuje mu samotność.

wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 544655

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran i ukazującej się właśnie "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009). Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI