Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 212 890 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Nowy blog

środa, 12 stycznia 2011 15:10

Mój nowy blog pod adresem:

 

www.remigiusz-grzela.pl

 

Zapraszam.


Podziel się
oceń
4
7

Dziękuję za spotkania

niedziela, 20 czerwca 2010 15:55
Dzisiaj mijają dwa lata od śmierci Piotra Łazarkiewicza, przyjaciela, którego wciąż tak dotkliwie brakuje. Często rozmawiam z Piotrem. Radzę się w różnych sprawach. Chcę wierzyć, że jest, że jak zwykle jest w jakiejś podróży na festiwal filmowy, czy teatralny, że jedzie na premierę do jakiegoś teatru na krańcu Polski, że przyśle z pociągu sms. Po śmierci Piotra wydaliśmy w Teatrze Na Woli książkę "Drogi Piotra Łazarkiewicza. Kierunek: Teatr". Jest w tym tytule właściwie wszystko.
Dzisiaj będę na mszy za Piotra. Będę kierował swoje myśli również w kierunku podróży Elżbiety Czyżewskiej, wspaniałej aktorki, gwiazdy kina, która po wyjeździe z Polski, po latach nieobecności, w 1987 roku, zagrała właśnie u Piotra Łazarkiewicza w filmie "Kocham kino", zagrała kierowniczkę kina Jutrzenka w Lubieniu. Niezwykły film o miłości do kina i ucieczce w nie.
Elżbieta Czyżewska zmarła kilka dni temu w Nowym Jorku, gdzie mieszkała przez lata, nie wygrała z potworną chorobą rak krtani. W Polsce zaczęły ukazywać się okropne artykuły o tym, jak Czyżewskiej nie powiodło się w Ameryce. Na szczęście zareagowała Monika Fabijańska, dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku, zamieszczając swoje pożegnanie aktorki w sobotniej Gazecie Wyborczej. Napisała: "Pisanie, że Elżbiecie się nie udało, jest krzywdzącą nieprawdą. Regularnie grała w filmie i teatrze, do końca swoich dni biegała jak wszyscy aktorzy na przesłuchania i mimo niewielkiej puli nagród dla aktorów z akcentem, grała i grała(...) Miała tu wyjątkową pozycję. Od wczoraj płacze po niej Nowy Jork, i nie tylko polski Nowy Jork, bo Elżbieta była gwiazdą na styku tych dwóch światów, jednym ze zworników łączących polską i amerykańską inteligencję(...) Chodząca własnymi ścieżkami (należała do nich wycieczka po New York Timesa tuż po północy, by przeczytać gazetę przed wszystkimi - i wtedy potrafiła wpaść na... kawę), po nocach oglądająca filmy i czytająca setki książek. Chciała być w centrum tego świata, ale płaciła za to złotą monetą - swojego towarzystwa, w którym każdy chciał być. Uwielbiali ją ludzie młodzi, także młodzi ludzie teatru(...) Była zupełnie owładnięta Nowym Jorkiem; była, jak to się mówi nowojorskim zwierzęciem(...) Poprzez swoją wielką nieszablonowość na szaleństwie tego miasta odcisnęła także swój znak. Dla mnie Elżbieta była ucieleśnieniem Nowego Jorku. Bez niej już nie będzie taki sam".
Po śmierci Elżbiety Czyżewskiej w prasie amerykańskiej ukazało się sporo artykułów. New York Times napisał duże wspomnienie zatytułowane: "Zmarła aktorka niechciana w swoim kraju". Gdzieś pod koniec tego tekstu pada określenie: była królową bez swojego kraju.
Jest w tym coś niebywale gorzkiego, gorzkiego o nas, o naszej zawiści, o naszym szybkim zapominaniu, może też o naszej szczodrości w trwonieniu talentów, które mogłyby wzbogacać kulturę tego kraju, a o których, kiedy nagle znikają, równie nagle zapominamy.
Kilka lat temu, w miesięczniku "Kino" Elżbieta Czyżewska mówiła Grażynie Drabik:

Uważam siebie za" pracującego aktora". Formułka amerykańska: "I am a working actor" oznacza, że trzeba chodzić na "auditions", że trzeba się do nich przygotowywać. Moje" gwiazdorstwo" gdzieś tam siedzi we mnie, bo kiedy dostaję tekst, wydaje mi się, że już dostałam rolę i idę na "audition", jakbym szła na pierwszą próbę. Otwieram drzwi i widzę korytarz, który jest pełen takich osób jak ja, przysłanych przez inne agencje do tej samej roli. Widzę rzeczywistość. Czasami zachwycasz kogoś i dostajesz rolę. Czasem ktoś cię obsadza, bo pamięta z innej sztuki. Przynależność do sfery "pracujących aktorów" w Nowym Jorku, gdzie jest nas bardzo wielu, oznacza także, że trzeba sobie mówić: na każde moje "nieszczęście", że jakiejś roli nie dostałam, jest 17 innych osób, które tak samo cierpią, i ta jedna, która jest szczęśliwym wybrańcem. Jeszcze jedno. Pamiętam występ krakowskiej Piwnicy pod Baranami w Nowym Jorku. Stałam z tyłu dużej sali Town Hall, w której występowali, i słuchałam z przejęciem jak śpiewali: "Jesteś dzieckiem wszechświata". Jest w tym coś ogromnie budującego. Mam prawo być, kim jestem. Uprawiać mój zawód tak, jak potrafię. Mieć moją indywidualną wyjątkowość(...) W ogóle w Nowym Jorku czuję się wygodnie i w domu. Kiedy wracamy z Europy, już wysiadając na lotnisku widzimy całą niesamowitą kolorowość i trójwymiarowość nowojorskiego tłumu. Czujemy, do jakiego stopnia jesteśmy częścią miasta, w którym tak wielu z nas jest przybyszami z daleka. Nowy Jork daje poczucie przynależności i równości, ponieważ prawie każdy jest skądś indziej.
Anonimowość Nowego Jorku jednak często bardzo nam ciąży.
Anonimowość w godzinie nieszczęścia z przekleństwa może stać się błogosławieństwem. W Nowym Jorku życie jest ciągle jakby za rogiem. Trzeba sobie dać radę z tym, co się w danym momencie nie udało, z wiarą, że będzie ciąg dalszy, lepszy. Wyobrażam sobie na przykład, że gdzieś siedzi pisarz, piszący ciekawą sztukę, w której jest rola, do której ja się najlepiej nadaję.
Agnieszka Osiecka powiedziała kiedyś o tobie: "Imponowało mi to, że Ela zawsze miała pomysł na życie".
Bardzo dobre powiedzenie; i co z tym pomysłem Ela zrobiła?


Drodzy Przyjaciele:
to jest ostatni wpis na tym blogu. Przez kilka lat dzieliłem się tym, co dla mnie ważne, tym, co mnie poruszało, zatrzymywało albo bawiło. Wirtualna Polska, jak informowałem, postanowiła wymówić pisanie tego bloga.
Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli poświęcić temu blogowi swój czas i serce. Dziękuję wszystkim Czytelnikom, którzy odnaleźli tu również fragment swojego świata.
To było dla mnie ciekawe i ważne doświadczenie.
Myślałem, że podam adres, pod którym będzie można znaleźć kontynuację tego bloga. Na razie nie znalazłem właściwego dla siebie miejsca, jednak wciąż liczę na to, że się spotkamy w tym wirtualnym świecie.
Mój aktualny kalendarz znajduje się na stronie Agencji:
www.greenlight.art.pl
Dziękuję za spotkania tutaj, za ten fragment świata, który był nam wspólny.


Podziel się
oceń
5
3

Serafina

niedziela, 13 czerwca 2010 17:04
Jestem teraz gdzie indziej. Cała moja energia, zdrowie i nerwy w sprawach, które są w tej chwili priorytetowe, a jest ich kilka. Niepoprawny optymista zawsze wierzę. Dużo pracuję. Oddałem właśnie spory tekst poświęcony Annie Boleckiej do miesięcznika literackiego "Bluszcz", ukaże się chyba w lipcu. Oddałem kolejny wywiad do "Zwierciadła", ukaże się pod koniec czerwca, w numerze lipcowym. Dla mnie była to rozmowa wyjątkowa, bo jej bohaterka to osoba nadprzeciętnie silna, porywająco walcząca, wyjątkowa. Nie zdradzę na razie. Zapraszam do lektury. Przymierzam się do nowej sztuki, którą zamówił u mnie jeden z warszawskich teatrów. Zobaczymy. Robię notatki, myślę.
Jestem w trakcie pisania recitalu dla ważnej artystki, którą cenię i uwielbiam. Nie wiem, kiedy urodzą się wszystkie teksty, ale pracuję.
Pracuję z Elą nad monodramem, pracujemy od wielu miesięcy, w ubiegłym roku pozyskaliśmy prawa do zaadaptowania bestsellerowej amerykańskiej powieści, której tytuł zna każdy, długo powstawała adaptacja, długo czytaliśmy ją przy stoliku, teraz zarysowujemy sytuacje, zaczyna się to wykluwać, kolejne piskle, na które trzeba chuchać.
Mam też propozycję napisania scenariusza filmowego.
A już za chwilę, 28, 29 i 30 czerwca wieczorem TVN pokaże trzyodcinkowy dokument o Pawle Jasienicy, przy którym narobiłem się jak wół. Przeprowadziłem do tego filmu 120 godzin wywiadów, jestem kimś w rodzaju dziennikarza prowadzącego śledztwo. To była ciężka praca wymagająca ode mnie ogromnego przygotowania, skupienia i pełnego profesjonalizmu. W ogóle bardzo trudny film. Pod wieloma względami.
Pomimo że czas dla mnie teraz wyjątkowo trudny, naładowany jestem energią i myślę, że choć zmęczony, nigdy nie byłem tak silny. Ciekawe jest dla mnie obserwowanie tego we mnie.
Wczoraj wieczorem obejrzałem w Teatrze Konsekwentnym znakomity spektakl "Kompleks Portnoya" w reżyserii Adama Sajnuka i Aleksandry Popławskiej wg adaptacji Adama Sajnuka. Szedłem właściwie z obawą. Uwielbiam Philipa Rotha, znam dobrze "Kompleks...", wydawało mi się, że nie do zrobienia w teatrze. Dzisiaj dziwię się swoim obawom. Na scenie powieść nie straciła nic, brzmi inaczej, ale to wciąż ten sam nie pozwalający się okiełznać tekst, ten sam kij w mrowisko, którym grzebał w nim Roth, pisząc tę powieść w latach 60. Może dzisiaj nie jest to już tekst obrazoburczy, ale i nie o to chodzi. Dokonuje Roth zarówno analizy relacji rodzinnych, rodzącego się poczucia winy, próby oderwania od tożsamości rodzinnej, religijnej i narodowej. Adaptacja Adama Sajnuka przypominała mi w jakiś sposób konstrukcję różewiczowskiej "Kartoteki". Inscenizacja i scenografia (gwiazda Dawida, która właściwie staje się sceną, miejscem snucia tej opowieści) nadają symbolicznego tonu tej pozornie jedynie rodzinnej historii.
Alex Portnoy w wykonaniu Adama Sajnuka to nieustający w proteście wobec żydowskiego świata (ale czy tylko) chłopiec, chłopak, dorosły mężczyzna, który za wszelką cenę chce się uwolnić. Właśnie tak, u-wolnić. Chce zerwać spoiwo nie bacząc na konsekwencje. Chce dorosnąć i dojrzeć po swojemu. Myślę, że Roth byłby dumny z tej roli.
Sajnuk buduje swoją rolę dojrzale, konsekwentnie, rozkładając akcenty z dużym wyczuciem i świadomością. Widziałem Adama w innych spektaklach, tutaj, tak uważam, stworzył pełną, krwistą i dojrzałą rolę. A jest przecież i współreżyserem i autorem scenariusza.
Jako żydowsko-włoska nieustannie nakręcona matka znakomita Monika Mariotti, przypominająca momentami matki z filmów Marka Koterskiego. No i dla mnie odkrycie jako Mary Małpka Jane, Rzepka, Pielgrzymka, Siostra Szelma i Dziewczyna wyrazista, interesująca, przykuwająca uwagę, energetyczna Anna Smołowik. Nie widziałem tej aktorki wcześniej na scenie. Zapamiętuję to nazwisko.
W pamięci mam wciąż wiele scen z tego dwugodzinnego, porywającego spektaklu, zmontowanego jak film, który tak pięknie się wydarzył.
Nie uwolnimy się od tożsamości.
Nie mów mi, że na nasze życie wciąż mają wpływ naziści - krzyczy Alex do siostry.
A jeśli mają - odpowiada płacząc i wychodzi.
Nie mogę się z tej sceny uwolnić. Ale nie tylko z niej.
A później, wieczorem, obejrzałem jeszcze francuski film "Serafina" Martina Provosta, gdzieś przypominający naszego "Mojego Nikifora". Serafina, praczka i sprzątaczka pracująca u zamożnych ludzi żyje po swojemu. Powiedzieć, że żyje z dotykania drzew, mówienia do nich, zaklinania wody i rozmowy z ptakami, to mało. Ona ten świat potrafi uchwycić. Przeżyć go dwukrotnie, zanurzając się w niego i malując go. Bo Serafina jest malarką-prymitywistką. Nie zapomnę długo sceny, w której Serafina zasypia na swoim właśnie namalowanym obrazie.
Serafina sprząta u pewnego krytyka sztuki, który jako pierwszy poznaje się na jej talencie. Ale czy zrobi cokolwiek, żeby świat poznał jej talent? Jego zasługą jest na pewno namówienie Serafiny na pracę nad sobą i swoim talentem, namówienie do malowania. Jednak granica pomiędzy realnością i nierealnością zaczyna się zacierać. Z chwilą, w której Serafina zamawia uszycie ślubnej sukni, wiemy już, że Serafina - doskonałe medium sztuki staje się też jej ofiarą. Nie tylko wysłańcem ale i zesłańcem.
Nie chcę opowiadać filmu, ale jeśli traficie na niego w kinach, koniecznie trzeba zobaczyć. Wielką rolę stworzyła w nim Yolande Moreau.
Serafina, która odważyła się żyć w zgodzie ze swoim wewnętrznym głosem, być może nie była gotowa usłyszeć go tak, jak usłyszała.
Wspaniale namalowany, nieoczywisty film.



Yolande Moreau jako Serafina.

Podziel się
oceń
4
2

Tajemnica prądu

sobota, 05 czerwca 2010 18:52
Sam nie wiem od czego zacząć. Może po prostu od tego, że śmieję się z własnej głupoty. A było tak, a właściwie nie było tylko po prostu prąd poszedł i przez cały dzień go nie widziano. Wezwałem pana Marka, który przez cały rok odśnieża naszą ulicę, chociaż śniegu przez pół roku tu na pewno nie widać, żeby sprawdził, skąd wzięła się usterka. Marek daje mi numer do elektryka, który zajmuje się prądem w przedszkolu przy ulicy Takiej-to-a-takiej, w którym pracuje też Marek. Zapisuję go ołówkiem na małej kartce leżącej na biurku. Pod innymi numerami, które zapisuję na niej cierpliwie w ostatnich dniach. Kartka może dawać trochę do myślenia, bo najpierw padają na niej nazwiska typu Nina Simone, Barbara Streisand, Bob Dylan, Aretha Franklin. Pod tym zaś są zapisane numery telefonów bez informacji, czyje te numery są. Oczywiście zapisując je pamiętałem, do kogo należą. A te nazwiska to całkiem inna sprawa, jeśli się nie gubicie, bo szukam akurat muzyki do spektaklu i zapisuję sobie różnych wykonawców, których powinienem posłuchać.
Więc mam wspaniałe nazwiska i nieznane numery telefonów.
Zacząłem dzwonić po elektryka.
"Dzień dobry"
"Dzień dobry"
"Mam pana numer od pana Marka z przedszkola przy ulicy Takiej-to-a-takiej, który pomaga mi w domu w różnych sprawach, ale wysiadł prąd i okazało się, że to nie korki i Marek załamał ręce".
"A... Dlaczego pan dzwoni?"
"Po pomoc"
"Z kim chce pan rozmawiać?"
"Z elektrykiem".
"Nie mamy elektryka na składzie, proszę pana, to jest sklep z butami".
"A Marek z przedszkola..."
"Przykro".

OK. Wybieram drugi numer.
"Dzień dobry".
"Dzień dobry".
"Mam pana numer od Marka z przedszkola przy ulicy Takiej-to-a-takiej..."
"A o co chodzi?!"
"Marek nie może mi pomóc, a nie mam prądu i trzeba z tym coś zrobić, Marek powiedział, że mi to pan naprawi".
"Ja?!"
"No, pan".
"Jaki Marek?"
"Z przedszkola przy ulicy Takiej-to-a-takiej..."
"Dokładnie i wolno, proszę. W jakiej sprawie?"
"Okazało się, wie pan, że to nie są bezpieczniki, bo nowy bezpiecznik włożyłem i go wywala, jak cholera go wywala co chwila..."
"Bezpiecznik?"
"No, L10A tak się ten bezpiecznik nazywa..."
"Proszę pana... to nawet ciekawe, ale z bezpiecznikiem łączy mnie tylko nazwa, bo ja prowadzę firmę ubezpieczeniową".
"A Marek?"
"Jaki znów Marek?"
"No, tak... To ja już nie wiem, co zrobić z tym prądem..."
"Proszę pana, jak będzie chciał pan ubezpieczyć samochód przy rondzie Wiatraczna, gdzie pracuję, to zapraszam od poniedziałku do piątku między 10 a 18, z powodu złych bezpieczników nie ubezpieczamy jednak".
No i tak mniej więcej to wyglądało, a mnie samego własna głupota nawet jakoś bawi.
Dzwonię do Eli, żeby jej to opowiedzieć, a Ela do mnie: "Nie zdążyłam się dzisiaj pouczyć tekstu?" - mówi do mnie jakby to jakiś związek miało z prądem.
"Nie? A co robiłaś?"
"Całą sobotę miałam zajęcia, a to ciasto jadłam jakieś, a to chodziłam po ogrodzie".
To już nie wiem, ani gdzie prąd ani gdzie sobota.
Dobrego dnia.

Podziel się
oceń
0
2

Czterolistna blizna

wtorek, 01 czerwca 2010 20:26
Dnie mijają, a jednak mam wrażenie, że czas nie przecieka przez palce. Dużo się dzieje, bardzo dużo, różnie, czasem dobrze, częściej gorzej, na świecie napięcia, między Koreami, jeszcze ostrzej między Izraelem a Palestyną, w życiu słodko-słono, a sam czuję się coraz silniejszy, coraz więcej światła a dzisiaj to już w ogóle chodzę z przekonaniem, że każda zmiana, jeśli ją dobrze poprowadzić, to rozwój.
Więcej teraz czytam poezji. Mocniej trafia. Otwiera głowę. Daje oddech.
Zbieram słowa, bo próbuję pisać.
Próbuję czytać i próbuję rozumieć.
Od tygodnia wciąż wracam do wierszy pani Ewy Lipskiej, z jej nowego tomiku.
Mimo że pisze "Spuszczam ze smyczy poezję. Nic tu po niej".

Ewa Lipska

"Razem"

Tyle lat razem. Nawet po godzinach życia.
W wąskich ramionach chłopięcego miasta
do którego przyciągnął ich szczupły
wysportowany gotyk.

Zainwestowali w ucho Mozarta
aby usłyszeć rwący potok pieśni.
Umierali na takie same pytania.

Tyle lat razem. Już zestarzał się ich grzech.
Przytył. Chociaż krok w krok za nimi
lubieżny nordic walking.

Lubią wracać ze spaceru pod koniec wiersza.
Kiedy się ściemnia. A czterolistna blizna
po szczęśliwym życiu
zasila miejską elektrownię.

(z tomiku "Pogłos", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010)

Ten tomik okazał mi się potrzebny. Wpadam w niego i wciąż znajduję.
Tak prosto.

Zawodowo głowę mam zajętą, dużo spraw i różnych zobowiązań. W czerwcowym "Zwierciadle" moja rozmowa z Ewą Podleś, o której na świecie piszą, że jest kontraltem najdoskonalszym.
W niedzielę prowadziłem w Gazecie spotkanie z Krystyną Jandą i Magdą Umer. Pod koniec, kiedy oddałem mikrofon publiczności, starsza, miła, uśmiechnięta pani podziękowała za spektakl "Kobieta zawiedziona". Powiedziała, że to był jedyny raz, kiedy wyciągnęła do teatru męża i że potem wrócili do domu, do czwartej nad ranem pili wino i rozmowa była szczera, to była pierwsza i ostatnia tak szczera rozmowa, w której powiedzieli sobie wszystko.
Takie wypowiedzi dodają tym spotkaniom prawdziwej, ludzkiej wartości.
Zapisu audio spotkania można posłuchać tutaj:

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7954504,Janda_i_Umer_w__Gazeta_Cafe__o__Bialej_bluzce__relacja_.html

Spotkanie dotyczyło nowej realizacji spektaklu "Biała bluzka". W dużej mierze poświęcone było genialnej Agnieszce Osieckiej.
A to moim zdaniem jedna z najpiękniejszych piosenek Osieckiej:

http://www.youtube.com/watch?v=H6dcboZT4Q0






Podziel się
oceń
1
3

Czas będzie się zdarzał coraz rzadziej

wtorek, 25 maja 2010 18:36
Po raz pierwszy od dawna byłem w księgarni. To znaczy książki kupuję regularnie, ale zazwyczaj robię to przez internet, za pośrednictwem księgarni Gandalf, a zamawiam tak, bo zraziłem się kiedyś, że większości książek, które chcę kupić zazwyczaj w księgarniach nie ma. Robię więc listę tytułów książek, które mnie interesują i zamawiam je z dostawą do domu. Dzisiaj poszedłem do Empiku i w ogóle nie umiałem się w nim znaleźć. Niby komunikaty wyraźne - tu proza polska, tam proza obca, tu kulinarne, tam motoryzacyjne, tu biografie, a tam audiobooki, a jednak nie udało mi się w ten sposób znaleźć żadnej z książek, które szukałem. A jedną z nich była "Kartoteka" Tadeusza Różewicza, czyli klasyka klasyki i sam pamiętam, że jak chodziłem do liceum, to w małej księgarni w małym mieście były zarówno zbiory dramatów Różewicza, jak i dramaty publikowane oddzielnie. No, ale inna prawda, że tę księgarnię cudną prowadziła cudna Sonia Janikowska, która dbała, znała, będąc księgarzem kompetentnym, zorientowanym, szukającym. Więc dobrze, poszedłem w tymże Empiku do działu informacja i usłyszałem, że "Kartoteki" jak i żadnego innego dramatu Różewicza w tej chwili nie ma, że owszem jeden egzemplarz jest w Empiku Junior i jeden w Galerii Mokotów. Ta wiadomość nie tylko mną wstrząsnęła, ale i wprawiła w kompletne osłupienie. Bo oto, w stolicy średniej wielkości kraju, jeden z najbardziej znanych dramatycznych utworów, jeden z najważniejszych w powojennej dramturgii, nie istnieje. No, pomijając te dwa pojedyncze egzemplarze, które się jakoś ostały. Z tą wiadomościach na barkach poszedłem do małej, niesieciowej księgarni. "Niestety, nie mamy. Nie jest wznawiana. No, może gdyby była jakaś okazja, nagroda, NIKE na przykład, gdyby pan Różewicz zmarł na przykład, to szansa na wznowienie, a i pewnie na wypchnięcie z magazynów już wydanych egzemplarzy, jest duża".
Zaczynam dzisiejszy wpis od tej pouczającej historii, bo uświadamia ona, jakie jest obecnie miejsce kultury we współczesnym świecie. Żadne. I można by długo jeszcze na ten temat, ale chyba nie warto.
W kolejnej małej księgarni, oczywiście po "Kartotece" nawet zapach nie został, ale nagle - i to wyeksponowane - były książki, których szukałem. Poczułem się jak w gabinecie doktora Paj-Chi-Wo, bo rzeczywiście księgarnia była jak zaczarowana. Kiedy zapytałem o nowy tomik Ewy Lipskiej "Pogłos" nie tylko go dostałem, ale i pani powiedziała mi, że wyszedł też nowy tomik Urszuli Kozioł "Horrendum" (oba wydane przez Wydawnictwo Literackie). Ale udało mi się też kupić wznowienie książki Krzysztofa Kąkolewskiego "Co u pana słychać" (Zysk i S-ka, 2010) czyli dziesięć reportaży o powojennej moralności zbrodniarzy hitlerowskich, tę książkę często polecałem studentom, ale z braku wznowień, do bibliotek docierało niewielu. Więc jest w końcu! A tu trafiłem jeszcze na nowe przekłady Jesienina "Kamieniem strącam księżyc" (przekłady Adam Pomorski). Czy ta księgarnia naprawdę istniała? Zaczynam mieć wątpliwości.
Ale książki wciąż leżą na biurku, całkiem realne, namacalne. A może to ja się jeszcze nie zbudziłem.
Całe popołudnie wędruję ścieżkami słów Ewy Lipskiej, poetki dla mnie ważnej, jednej z najważniejszych. Zaznaczam te fragmenty, które chciałbym znać na pamięć:

Płótno traci wzrok.
W kieliszku kamień wina.
(...) Czas będzie się zdarzał coraz rzadziej.


(z wiersza "Martwa natura")

I już mam kilka swoich ulubionych, pierwszych ulubionych wierszy. Dzisiaj jeden z tego kruchego, poruszającego, a jednak ostatecznego tomu.

Ewa Lipska

"Co jakiś czas"

Co jakiś czas wraca miłość i
niewidome noce podczas których
możemy liczyć jedynie na dotyk.

Co jakiś czas ta sama hotelowa restauracja.
Stół nakryty pościelą. Zbiegły z zaświatów
oddech na twarzy kelnera.

Co jakiś czas ktoś grzebie w kieszeniach
naszej śmierci. W lęku który
drze się jak ptak na ostrym dyżurze.

Co jakiś czas ktoś podobny do nas.
W tej samej hotelowej restauracji.
Z tym samym liczydłem które
odejmuje mu rozum.

I z tą samą miłością
która płaci mandat
za przekroczenie
tych samych błyskawic.

(z tomiku "Pogłos", Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2010)

Podziel się
oceń
1
3

Brzuch

niedziela, 23 maja 2010 18:18
Więc jeszcze przez blisko miesiąc będę się tutaj pojawiał, nie powiem, że nie bez żalu. Drzazga została.
Pierwsza od dawna spokojna, wolna i leniwa niedziela. Przeciągam się jak kot. Trochę pisałem, trochę czytałem. Sięgnąłem po powieść "Pierwsza miłość" wybitnego węgierskiego pisarza Sandora Maraia, autora "Żaru". Czyta się to trochę jak "Czarodziejską górę". Podobnie kunsztowna proza do wielokrotnego smakowania. Opowieść starzejącego się mężczyzny, który zagląda w przeszłość, smakuje swoje życie, wracając do dziennika, jaki pisał przed trzydziestu laty, podróżując do miejsca, w którym ów dziennik pisał. Czytam i myślę o potrzebie dzienników, o potrzebie zapisywania i o tym, że przecież to prawda, że nie zapisane nie istnieje. Lubię kupować zeszyty, w których zapisuję różne ważne dla mnie fragmenty albo te, których nie chciałbym zgubić, chociaż nie muszą wydawać się ważne. Zeszyty przywożę z każdej z podróży, dla siebie, dla przyjaciół, namawiam do pisania. Tyle się ciągle dzieje w moim życiu i naprawdę nie ma już czasu na zapisywanie codzienności, mam więc duże przerwy w tym zapisywaniu, a jednak systematycznie od lat coś wykradam codzienności, coś zachowuję, kilka zdań, zasłyszany dialog, jakąś myśl godną odnotowania. Piszę dla siebie. Może kiedyś, kiedy jak bohater "Pierwszej miłości" wyruszę w podróż do miejsca, z którego wyszedłem, wyjmę z torby zapisane zeszyty i spróbuję spojrzeć na siebie, jakiego już nie pamiętam. A może do niczego nie jest mi to potrzebne?
Jestem człowiekiem słów, dlatego tak silna jest we mnie ich potrzeba.
Czytam też ponownie, który to już raz, "Biały kamień" Anny Boleckiej. Uwielbiam tę soczystą, mięsistą i poetycką prozę.
Czytam zaskakując siebie. Zawsze przy lekturze podkreślam to, co wydaje mi się ważne. Teraz czytam tę już przez siebie przeczytaną prozę i zaskakuje mnie, co zakreśliłem i to, czego nie zakreśliłem. Znów czytam z ołówkiem i zakreślam zupełnie nowe fragmenty. Jak ten:
"Nie wiedział, że to, co w dzieciństwie tak go dręczyło - obcość - było w rzeczywistości jego siłą. Stał poza obrębem koła, w którym z monotonną jednostajnością kręciły się losy mieszkańców Kuromęk. Patrzył na siebie z boku, spojrzeniem uważnym i trochę nieżyczliwym, nieufnym i miłosnym zarazem, a życie było dla niego od początku otwarte i pełne wszelkich możliwości".
Dlaczego akurat teraz, czytając tę powieść po dziesięciu latach, zwracam uwagę na zupełnie inne fragmenty? Książka nigdy nie jest zamknięta. Za każdym razem, kiedy ją otwieramy, naprawdę ją otwieramy, dostajemy klucz do świata, który wcale się tam nie zatrzasnął, który nie jest światem włożonym w plastikową śnieżną kulę, ale jest światem, który trwa, który żyje, który codziennie zapełnia się nowymi bohaterami, nowymi zdarzeniami, zmienia się jego barwa i zapach. Za każdym razem, kiedy otwieramy książkę, naprawdę ją otwieramy, i chociaż pozornie świat nie został dotknięty, zmieniony, rozmrożony, to przecież czuć tam oddech kogoś, kto stoi za naszymi plecami, głos dobiegający spoza stron powieści, ten świat żyje i zmienia się, bo to jest nasz świat, a ten nie zatrzymuje się ani na chwilę. Nie jesteśmy w stanie powstrzymać świata dziejącego się na kartach powieści i to jest być może najpiękniejsza prawda, jaką podarowały nam słowa. Bo słowa uruchamiają, a nie zatrzymują, świat.
Jeszcze w piątek prowadziłem spotkanie w Teatrze Na Woli z panią Barbarą Krafftówną. Zapytałem, kiedy po raz ostatni była w Łucku. To kraina jej dzieciństwa. Pani Barbara nie była w Łucku od tamtego wyjazdu, a przecież jest w nim. "Pamiętam, że jestem małą dziewczynką, biegnę ulicą, jest skrzyżowanie ulic i wbiegam za róg tej ulicy, wpadam wprost w wielki brzuch przechodnia. Pamiętam ten wielki, miękki brzuch".
I mnie się to wydaje symboliczne. Bo choć pani Barbara dorosła, to przecież wciąż jest tą biegnącą dziewczynką, widzimy to ze sceny. A to, że wspominając Łuck pamięta ten wielki brzuch, jest też niezwykłe. Po prostu zapamiętała brzuch Łucka. Chciałbym ją zapytać, czy pamięta, kiedy po raz pierwszy usłyszała słowo "brzuch"? Chciałbym zapytać, kiedy słowo dało początek temu światu.



To praca artystów Waltera Martina i Palomy Munoz, poszukajcie w internecie zdjęć ich niezwykłych śnieżnych kul. Inspirujące.


Podziel się
oceń
1
1

Blog

czwartek, 20 maja 2010 13:25
Ponieważ, jak mnie poinformowano, obowiązuje mnie miesięczny okres wypowiedzenia, będę prowadził tego bloga do 20 czerwca. Po tym terminie prawdopodobnie przeniosę się do innego portalu. Może się tam spotkamy.
Podziel się
oceń
1
1

Tego bloga już nie będzie

środa, 19 maja 2010 18:40
Tego bloga już nie będzie.
Pisałem go na zaproszenie i zlecenie Wirtualnej Polski, ze względu na to zaproszenie przeniosłem go z serwisu blog.pl.
Dzisiaj dostałem wymówienie, bez słowa wyjaśnienia, bez podziękowania za dotychczasową współpracę, bez jednego eleganckiego gestu ze strony Wirtualnej Polski, którą promowałem swoim nazwiskiem, która była patronem medialnym moich książek "Bagaże Franza K", "Bądź moim Bogiem" i "Spełnionego", którą to Wirtualną Polskę wymieniam we wszystkich materiałach i notach biograficznych, jakie ukazują się w prasie i na okładkach książek.
Pismo pocztą, zwolnienie jak z pracy. Ogromna przykrość z powodu formy rozwiązania tej współpracy.
Ponad pół miliona wejść na tego bloga. Dziękuję wszystkim swoim Czytelnikom za wierność. Mam wrażenie, że było nam razem dobrze.
Tego bloga już nie będzie.



Podziel się
oceń
2
2

Zakrętka

wtorek, 18 maja 2010 19:43
Z przerażeniem oglądam kolejne wiadomości o powodzi na południu Polski. Mam nadzieję, że żywioł się w końcu uspokoi. Natura wciąż i wciąż pokazuje, jak bardzo jesteśmy od niej zależni.
W ogóle tak niewiele od nas zależy, też przechodzę jakiś proces i obserwuję siebie z zainteresowaniem. Szukam w sobie, staram się wyciszyć, chociaż nie jest to łatwe. Ostatnio i przemęczenie i nadmiar zajęć powoduje, że nie mogę się skupić na żadnej obszerniejszej lekturze. Zawsze w takich chwilach chętnie sięgam po wiersze. Akurat dzisiaj przyszedł pocztą nowy tomik mojego przyjaciela Jana Henryka Cichosza "In blanco". Wiersze Jana znam dobrze, lubię, czekam na nie. Jego wiersze fotografują i być może nawet pokazują więcej niż fotografia.

Dwa z jego nowych wierszy:

Nie miałem odwagi zrobić tych dwóch fotografii.
Za dużo było bliskich. Na pierwszej, w kadrze
widać wbite w zaspę śnieżną dwie żałobne
chorągwie. Za nimi jakiś samochód i pług śnieżny.
Obok kilka skulonych od mrozu postaci. Jedna
z nich pali papierosa. Na drugiej, niezrobionej
w chwilę później, moja Matka skulona pośród
śnieżnej bieli z drżącą na lasce dłonią
żegna na zawsze swojego sąsiada, któremu
jeszcze przedwczoraj śpiewała godzinki.
Szkoda, że za chwilę śnieg zasypie
wszelkie ślady...

*

Skowronek

Skowronek, grudka ziemi
wciśnięta w niebo
radością śpiewania

(Jan Henryk Cichosz, "In blanco", Norbertinum, Lublin 2010)

Myślę o swoich wierszach. Ostatnio, od tygodni, może od miesięcy, piszę dwa i wciąż nie umiem zapisać z nich ani słowa na kartce papieru. Dobrze wiem, co chcę powiedzieć, jak to ująć, napisać, a mimo to nie umiem tego zrobić. To też dla mnie ciekawe.
Od lat składam nowy tomik wierszy. Jestem już bliski jego zamknięcia, a może to dobrze, że nie umiem go skończyć?

PS: Ostatnio pisałem o graniu etiudy: korkociąg. Spaliłem puentę. Kiedy wróciłem do pokoju okazało się, że butelka nie ma korka, tylko zakrętkę.

Kalendarz:

21 maja godz. 19.00 Teatr Na Woli, w ramach cyklu "Wszystko już było. Spotkania z mistrzami teatru" Barbara Krafftówna. Rozmowę poprzedzi pokaz spektaklu Teatru TV "Co się właściwie stało Betty Lemon", telewizyjnego monodramu Barbary Krafftówny, wstęp wolny
25, 26, 27 maja godz. 19.00 Teatr Na Woli "Oczy Brigitte Bardot" z Barbarą Krafftówną i Marianem Kociniakiem
30 maja godz. 17.00 Gazeta Cafe, Gazeta Wyborcza ul. Czerska 8/10 spotkanie z Krystyną Jandą i Magdą Umer poświęcone m.in. premierze "Białej bluzki", wstęp wolny



Podziel się
oceń
2
3

czwartek, 8 grudnia 2016

Licznik odwiedzin:  790 232  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Agencje, które mnie reprezentują

Blisko

Blogi

Intrygujące

Kino

Literatura

Muzyka

Pamięć

Paryż/Paris

Prasówka

Radio/TV

Sztuka

Teatr

Uczta Babette

Ważne

Wydawcy moich książek

O mnie

Autor książek m.in. "Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury" (2000), "Bagaże Franza K. czyli podróż, której nigdy nie było"(2004), "Bądź moim Bogiem" (wydawnictwo WAB 2007), dedykowanej postaci Wiery Gran, "Hotel Europa. Rozmowy" (Prószyński i S-ka 2009) a także ukazującej się właśnie książki "Spełniony" - wywiadu-rzeki z Marianem Kociniakiem. Autor sztuk teatralnych: "Na gałęzi", "Biografia", "Uwaga - złe psy!", "Naznaczeni", "Błękitny diabeł", "SM", "First Lady", "Oczy Brigitte Bardot" a także scenariuszy spektakli "Patty Diphusa" wg. Pedro Almodovara i "Marilyn i Papież".
Kontakt:
Agencja Artystyczna GreenLight
agata.kabat@greenlight.art.pl (Agata Kabat)
www.greenlight.art.pl (PROWADZI RÓWNIEŻ SPRZEDAŻ MOICH KSIĄŻEK)
a także
Agencja Artystyczna GRAMI: www.grami-art.pl
TUTAJ KUPISZ TEŻ MOJE KSIĄŻKI

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl